1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Pani parasolka

Pani parasolka

Znano ją na Bliskim i Dalekim Wschodzie, w Europie a nawet Ameryce, już w starożytności noszono ją nad głowami faraonów, rzymskich cesarzowych a potem papieży i europejskich monarchiń. Nie zawsze miała chronić przed deszczem lub słońcem, czasem mogła służyć innym bardziej brutalnym celom….

  „Zacienione miejsce” na patyku

W języku angielskim słowo: „umbrella” oznacza sprzęt chroniący wyłącznie przed deszczem, natomiast termin: „parasol” odnosi się do lekkiego, delikatnego „przyrządu”, używanego najczęściej przez kobiety, a chroniącego wyłącznie przed słońcem. Takiego rozróżnienia dokonano w XIX wieku, w Europie. Słowo „umbrella” pochodziło od łacińskiego  wyrazu: „umbracullum”, co dosłownie znaczy „zacienione miejsce”. Relatywne jest znaczenie słowa „parasol”, oznacza dosłownie: „ochrona przed słońcem”.  Owe wyrazy o łacińskich korzeniach są jedynie dowodem na to, że w starożytnym Rzymie popularne były przyrządy chroniące przed słońcem, deszczem natomiast specjalnie się nie przejmowano.

Te rzymskie, a raczej etruskie wynalazki (bo Rzymianie mieli je zapożyczyć od tego ludu) były wykonywane ze skór zwierzęcych, na drewnianym szkielecie i takiejże samej rączce. Niestety nie można ich było składać, za to - w zależności  potrzeby  - dawały się obniżać lub podwyższać. Podobne parasole miały być też znane w starożytnej Grecji, gdzie nazywano je: „skiadeion”,  ale nosiły je ze sobą tylko kobiety. Natomiast w starożytnym Egipcie wykonywano parasole z liści palmowych lub kolorowych, farbowanych piór, które za faraonem nosili jego służący.

Od deszczu peleryna, od słońca parasol

W późniejszym okresie w Europie sprzęty na wzór  starożytnego  umbracullum nie cieszyły się popularnością. Od deszczu miała chronić gruba, wełniana peleryna noszona nad głową, a od słońca  kapelusz lub chustka. Co ciekawe w  kolekcjach tzw. mirabilów  przywożonych do Europy przez kupców lub zakonników z  terenów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, często obejrzeć można było chińskie lub japońskie parasolki robione z papieru ryżowego, pokryte laką lub woskiem, pięknie zdobione, z rzeźbioną rączką.

Zobacz nakrycia głowy

Idąc za trendem, od połowy wieku XVII w Anglii i Francji, na fali zainteresowania  sztuką i kulturą Chin, zaczęto używać dużych i dość ciężkich okrągłych parasolek osadzonych na długim bambusowym kijku, obszytych dookoła frędzelkami.  Były one wykorzystywane zarówno przez kobiety jak i mężczyzn, a ich celem była ochrona przed słońcem.

Dodatek do „polonezki”

W 1710 roku Francuz Jean Marius wynalazł składaną parasoleczkę, którą można było wkładać w specjalny pokrowczyk, a była ona tak mała, że mogła zmieścić się w kieszeni. Dzięki temu zabiegowi parasolka stała się w wieku XVIII  obok wachlarza bardzo popularnym dodatkiem do stroju damskiego.  Słynna Madame de Pompadour, faworyta Ludwika XV, do swych jedwabnych sukni lubiła nosić ową malutką parasoleczkę ozdobioną scenami  w stylu chińskim.  Po pierwszym rozbiorze Polski we francuskiej modzie damskiej pojawił się specjalny rodzaj sukni, tzw. à la polonaise . Była to podpinana u góry spódnica , którą z tyłu za pomocą specjalnych sznureczków można było ściągnąć i podzielić na trzy części, np. dwa skrzydła i ogon, co miało nawiązywać do potrójnego rozbioru naszego kraju. Owe suknie, zwane „polonezkami”, były często noszone na dwór, na spacer po mieście czyli tam gdzie bezlitosne słońce mogło opalić porcelanową skórę pięknych dam. Aby się przed tym ustrzec najczęściej wraz z suknią „polonezką” noszono zgrabną parasoleczkę. Stała się ona nieodzownym dodatkiem do tego typu stroju.

Parasoleczka „en tous cas”  i „cloche”

W wieku XIX parasolka staje się niezbędnym dodatkiem do stroju kobiecego. W czasach Jane Austin w modę wchodzą dwa ciekaw modele: parasol pagodowy i markiza. Ten pierwszy swoją formą przypominał dachy tych dalekowschodnich budowli a ten drugi nazywany parasolem- wachlarzem, był płaski i pionowo osadzony na bambusowym kijku. Damy nosiły go nie nad głową tylko z boku zasłaniały nim twarz przed palącymi promieniami słońca. W okresie późniejszym  pojawiają się  następne dwa rodzaje, tzw. „en tous cas” i „cloche”. „En tous cas” chronił przed deszczem, był większy, mocniejszy, szyty z wodoodpornego materiału, skromnie zdobiony i niezbędny szczególnie w czasie podróży. Natomiast „cloche” był od słońca, malutki, strojny, pokryty jasnym jedwabiem, haftami i koronkami, z rękojeścią rzeźbioną w kości słoniowej lub inkrustowaną metalem, emalią lub szlachetnymi kamieniami.  Jednak w początkach wieku XX, w okresie gdy angielskie sufrażystki zażarcie walczyły o prawa kobiet, mała parasolka zamieniała się w ich rękach w skuteczne narzędzie obrony, szczególnie pomocne w czasie licznych manifestacji, które były często brutalnie tłumione przez przeciwników emancypacji kobiet. Natomiast w Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym, parasol stał się ulubionym narzędziem, którym można było „sprać” znienawidzoną rywalkę. W takim celu użyła jej Zofia Olechnowicz, świetna tancerka, prywatnie żona jednego z najbardziej znanych przedwojennych aktorów –Adolfa Dymszy. Gdy dowiedziała się, że jej mąż romansuje z koleżanką „po fachu”, jak pisze Tadeusz Wittlin: „Wsiadła w pociąg do Bydgoszczy, wpadła do garderoby i tak sprała tę małpę parasolką, że tylko wióry leciały”.

Dziś…

W dzisiejszych czasach parasolka już nie jest uważana za manifest kobiecości.  Co prawda jej kształty i różnokolorowe wersje pozwalają nam na odrobinę indywidualizmu, lecz najczęściej jest ona przypomnieniem smutnych, szarych deszczowych dni. Może to jest też powód, dla którego tak często je gubimy. Ja jednak znalazłam na to sposób! Przywożę sobie z podróży coraz to nowe parasolki  - w ten sposób nawet w słotny dzień przypominają mi się radosne spacery i przecieranie nowych, wspaniałych szlaków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień

Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Wędrujący stolik - nośnik wspomnień (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)
Niepozorny mebel, łącznik między dawnymi a nowymi czasy. Dla Antoniego Komasy-Łazarkiewicza to przede wszystkim nośnik wielu wspomnień.

W ciągu życia dość intensywnie się przeprowadzałem, zmieniałem kraje i po drodze zdążyłem zgubić większość rodzinnych pamiątek. Na szczęście ta, bardzo dla mnie cenna, ocalała. Uświadomiłem sobie teraz, że towarzyszy mi dzielnie od urodzenia. To niepozorny mebelek, tak zwany stolik palacza, z cynowym blatem. Cynowym właśnie po to, żeby można było bezkarnie strzepywać nań popiół. Okrągły, z charakterystyczną odciśniętą na blasze szachownicą. Jeden z naszych rodzinnych mebli. Najpierw pamiętam go u babci, mamy taty, w Szklarskiej Porębie. Wydaje mi się, że nie mogło go zabraknąć w takim porządnym drobnomieszczańskim domu, z jakiego babcia się wywodziła. Ale jego historia jest dłuższa. Około 100 lat temu trafił, jako część wyprawki, do domu mojej prababci w okolicy Tarnowskich Gór. Stamtąd przewędrował do Rozdroża Izerskiego, gdzie moja babcia prowadziła prewentorium gruźlicze dla dzieci. Potem znalazł się u moich rodziców w Warszawie. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo był moim ulubionym stolikiem do jedzenia śniadania, gry w szachy i warcaby. Potem przeprowadził się razem ze mną do mojego pierwszego warszawskiego mieszkania, skąd zabrałem go ze sobą do Berlina. Pewnego razu zobaczyłem tutaj podobny egzemplarz na targu staroci i zapytałem handlarza o jego pochodzenie. Okazało się, że takie stoliki produkowane były przed wojną wyłącznie w jednym miejscu, i to była fabryka w Berlinie. Tak więc dzięki mnie ten stolik wrócił do swojej ojczyzny. Stoi teraz w dużym pokoju i nie służy do strzepywania popiołu, tylko do odstawiania filiżanek. Jest dla mnie nośnikiem wielu wspomnień, takim artefaktem. Przebył przez ostatnie 100 lat wiele kilometrów, drogę w kształcie zamkniętego koła na mapie, która w tym czasie uległa radykalnym transformacjom. Kawał drogi i potężna karta historii. Ciekawe, czy ta podróż dobiegła końca.

Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza) Antoni Komasa-Łazarkiewicz kompozytor filmowy, autor muzyki między innymi do filmów: „Winterreise”, „W ciemności”, „Pokot”. Od stycznia w Radiu 357 w każdy poniedziałek o godz. 16.00 prowadzą z żoną Mary Komasą swoją audycję. (Fot. archiwum Antoniego Komasy-Łazarkiewicza)

 

  1. Materiał partnera

Peace, love and Crocs

Klasyczny but, kolorowy print i spersonalizowane przypinki Jibbitz - taki zestaw to oryginalny produkt, który zapewnia niepowtarzalność. (Fot. materiały prasowe)
Klasyczny but, kolorowy print i spersonalizowane przypinki Jibbitz - taki zestaw to oryginalny produkt, który zapewnia niepowtarzalność. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wyobraź sobie świat, w którym ceni się wolność, indywidualność, szerzy pokój i miłość. Brzmi doskonale? 

Działania marki Crocs od dawna skupiają się wokół szerzenia idei równości w każdej dziedzinie życia. Promuje ludzi z każdego zakątka świata bez względu na ich dokonania. Najnowsza kolekcja Tie Dye jest tego odzwierciedleniem. Baw się kolorami, wyraź siebie, pokaż swój sposób patrzenia na otaczający świat.

Technika Tie Dye

Tie Dye czyli dosłownie zawiąż-pofarbuj to technika nieregularnego barwienia, która charakteryzuje się użyciem nasyconych kolorów. Jest modnym trendem z lat 70-tych. Wielu artystów uważa, że jest to rodzaj sztuki, która pozwala wyrazić siebie poprzez zastosowanie abstrakcji. Szybko zagościła w świecie mody, zwłaszcza wśród marek streetwearowych. Tie-dye, czyli nierównomierne farbowanie ubrań, swoje korzenie ma w najciekawszej modowo dekadzie XX wieku, czyli na przełomie lat 60. i 70. Barwny wzór idealnie wpasował się w psychodeliczną estetykę hippie, a poza tym był to świetny sposób do wykorzystania starych ubrań i odkrycia ich na nowo. Czyli dokładnie tak jak jest to modne teraz. My jednak Tie-dye najbardziej kojarzymy z latami 90. Wtedy t-shirty i bluzy farbowane za pomocą tej techniki były na topie. Często trendy z wybiegu nie trafiają na ulice, jednak trendsetterki od razu pokochały ubrania Tie-dye. W sezonie wiosna/lato 2021 marka Crocs przedstawia swój klasyczny produkt w wielobarwnej odsłonie zgodnie z gorącym trendem sezonu.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Spersonalizowany Crocs

Klasyczny but, kolorowy print i spersonalizowane przypinki Jibbitz - taki zestaw to oryginalny produkt, który zapewnia niepowtarzalność. Dzięki łatwości zakładania i zdejmowania zapewnisz swoim butom unikatowy wygląd każdego dnia.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Crocs to obuwie dające komfort noszenia i wyrażania siebie. Baw się modą niezależnie od panujących trendów czy nowości na światowych wybiegach. Do takich butów idealnie pasują skarpetki w podobny wzór, albo gładkie, spokojne stylizacje z prostymi ubraniami. Jest to idealny wzór na wiosenno-letni sezon.

  1. Styl Życia

Utkane przyjemnością

"Czułe tkanki", których pomysłodawczynią i twórczynią jest Maria Boczar, to przestrzeń dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. (Fot. Agnieszka Sopel)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oczywiście efekt jest istotny – ładna makatka, podstawka pod kubek – ale ważniejsze okazują się sama czynność, czas na nią poświęcony i zdobyta nowa umiejętność. Maria Boczar, która organizuje dziewczyńskie warsztaty tkackie, tłumaczy, dlaczego coraz więcej osób zwraca się ku rękodziełu.

Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar, pomysłodawczyni i twórczyni „Czułych tkanek” – przestrzeni dla kobiet do kreatywnego wyrażania siebie. Prowadzi dziewczyńskie warsztaty tkackie, współorganizuje kilkudniowe wyjazdy łączące tkanie, jogę, medytację oraz bycie w bliskości z naturą. Instagram: @czuletkanki. (Fot. Agnieszka Sopel)

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans… Już od kilku lat trwa moda na „wytwory naszych rąk”. Począwszy od pieczenia chleba, przez rzemiosło, samodzielne odnawianie starych mebli, aż po wszelkiego rodzaju rękodzieło. To nurt, który wciąż powraca. Światowa pandemia na pewno przyczyniła się do jego rozwoju, zaczęliśmy szukać czegoś, co pozwoli oderwać myśli od tego, co nie jest łatwe i przyjemne. Na wiele spraw utraciliśmy teraz wpływ, a takie formy tworzenia, jak tkanie czy robienie na drutach, dają nam poczucie kontroli, bo możemy decydować o przebiegu każdego etapu powstawania dzieła.

Nagle się okazało, że mamy czas na takie przyjemności... I to mamy go całkiem dużo! Ale tak naprawdę to często tkwimy w błędnym przekonaniu, że aby nauczyć się jakiejś nowej umiejętności lub wrócić do przyjemności starej, potrzebujemy mnóstwa czasu. A tymczasem wystarczy kilka chwil w ciągu dnia, żeby stało się naszym minirytuałem. Oczywiście nie od razu staniemy się profesjonalistami, do tego potrzeba czasu i praktyki, ale robótki ręczne możemy przecież sobie dawkować. Nie musimy zrobić całego szalika czy czapki od razu, wystarczy przerobić kilka rządków. Można do tego w każdej chwili powrócić i po jakimś czasie spojrzeć świeżym okiem, z innej perspektywy.

Ale kiedy odkładam robótkę, to często już jej nie kończę... Na szczęście z robótkami jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, a nawet gdyby, to w dzisiejszych czasach możemy sobie przypomnieć za pomocą tutoriali w Internecie. Kończenie to zresztą ważny temat, bo niektórzy mają tendencję do odkładania na później wielu rzeczy. Jeśli zależy nam na ukończeniu pracy, to najlepiej właśnie stworzyć z tego mały rytuał, naprawdę wystarczy kilka minut dziennie.

'Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia uważnym i obecnym" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

Skoro prace ręczne są coraz popularniejsze, to czy zajmują się nimi też mężczyźni? Niedawno Wojciech Eichelberger zachęcał ich do robienia na drutach na łamach „Zwierciadła”, bo ma to uczyć uważności, dokładności oraz skupienia. Oczywiście! Moje warsztaty akurat skierowane są tylko do kobiet, bo zależało mi na odwołaniu się do dawnych, tradycyjnych zwyczajów, jak chociażby darcie pierza. Brakowało mi kobiecej wspólnoty, którą dziś ładnie nazywamy siostrzeństwem. Jestem jednak przeciwna przypisywaniu określonych umiejętności konkretnej płci, podziałowi na typowo damskie i typowo męskie czynności. Tkanie, robienie na drutach, wszelkie tworzenie wiążę bardziej z emocjonalnością i wrażliwością niż płcią. Coraz częściej spotykam mężczyzn, którzy się tym zajmują i publicznie chwalą. Czynności, które angażują i absorbują jednocześnie ręce i głowę, są niezwykle uziemiające. Osadzają nas w tu i teraz, skupiają naszą uwagę na kolejnych krokach.

Czyli tkanie jest mindfulness? Niektórzy porównują je do medytacji. Doszukałam się wielu wspólnych punktów pomiędzy tkaniem a medytacją, ale też głęboką praktyką jogi. Nazywam je teraz jogą dłoni. Wszelkie prace ręczne wymagają od nas bycia obecnymi i uważnymi, nie możemy się rozpraszać, bo zaraz coś nam nie wyjdzie. Kiedy już wejdziemy w rytm powtarzalnych ruchów, to jest to bardzo bliskie powtarzaniu mantry. W ten sposób się relaksujemy, wyciszamy – zupełnie jak w medytacji właśnie.

Maria Boczar: 'Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe'. (Fot. Agnieszka Sopel) Maria Boczar: "Czasem trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie takim, jakie sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Nie wszystko da się naprawić, czas coś będzie niedoskonałe". (Fot. Agnieszka Sopel)

Gdy siadamy na macie do jogi, to na początku mamy mętlik w głowie, ale po chwili oddech się wyrównuje, ciało i myśli uspokajają. Z tkaniem jest bardzo podobnie. Wiele dziewczyn, które trafiają na warsztaty, zaczyna potem przed snem zamiast czytania praktykować tkanie. Daje im to wyciszenie po całym dniu.

Nie każdemu jednak od razu to wychodzi. Kiedy ja się uczyłam, zauważyłam, że im bardziej się spinałam i niecierpliwiłam, tym gorzej mi szło – krzywy ścieg, gubienie oczka. Jak poradzić sobie z momentami frustracji? Najlepiej wtedy odłożyć na chwilę pracę i wrócić do niej za jakiś czas. Warto też się zastanowić nad tym, dlaczego fakt, że popełniamy jakiś błąd, że coś nie od razu nam wychodzi, aż tak nas denerwuje... Dlaczego nie pracujemy dalej? Dlaczego aż tak nas to blokuje? Czemu nie możemy czerpać radości z samego procesu tworzenia?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko, co robimy, ma mieć jakiś wymierny efekt. Oczywiście celem tkania jest stworzenie jakiegoś dzieła: powstaje, dajmy na to, podstawka pod kubek, ale ważna jest też przyjemność z samego tworzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, zaspokajanie potrzeby kreacji jest dla nas naturalne, w dorosłym życiu często wydaje nam się to śmieszne lub niepoważne. Czasem dziewczyny, które zapisują się na warsztaty i opowiadają o tym bliskim, słyszą: „Ale po co ci to? Do czego ci się to przyda?” Uczę je, by cieszyły się tym, że w ogóle mogą coś takiego robić, że umieją tkać, nawet jeśli nie od razu bezbłędnie…

Robótki ręczne dają szansę naprawienia błędów. Zawsze można spruć i zacząć od nowa. Nie marnuje się włóczki, jedynie czas. Choć może właśnie się go nie marnuje…? W moim odczuciu to jest niezwykle cenny czas i zupełnie niezmarnowany. Kiedy pracujemy nad jakimkolwiek projektem, to na etapie jego powstawania popełnia się zawsze mnóstwo błędów – i to jest normalne. Te błędy są cenną informacją, którą wykorzystujemy przy kolejnych pracach – wtedy już wiemy, jak ich uniknąć. W tkaniu, w zależności od tego, z jakiego splotu korzystamy – błąd będzie bardziej lub mniej widoczny, a wręcz może być niezauważalny, no i zawsze możemy go poprawić... Ale może wcale nie musimy? Tu pojawia się kwestia bycia nadmiernie perfekcyjnym. A tkanie uczy też, że czasem właśnie trzeba odpuścić i zostawić coś niekoniecznie w takiej postaci, jak sobie wymarzyliśmy, żeby móc pójść dalej. Uczymy się godzić z tym, że czasem coś będzie niedoskonałe. Zostawiamy za sobą potrzebę bycia idealnym.

Ta chęć doskonałego wykonania może nas też blokować przed nauką nowych rzeczy… Właśnie! Tu znów się odwołam do przykładu dzieci – one zwykle nie boją się próbować, nie zastanawiają się, co będzie, jak się nie uda.

Co jest najlepsze w tkaniu? Co ci to daje fizycznie i psychicznie? Co daje to twoim kursantkom? Dla mnie jest alternatywą dla wchodzenia na matę. To jest idealne narzędzie do docenienia danej chwili, ale też oderwania się od problemów i trosk. Kiedy tkam, mój oddech się uspokaja, ja się uspokajam. Zaspokaja to także moją potrzebę tworzenia i daje mi wspomniane już poczucie sprawczości.

Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel) Robótki ręczne, czyli robienie na drutach, szydełkowanie, tkanie – przeżywają ostatnio renesans. (Fot. Agnieszka Sopel)

Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy. Te warsztaty łączą pokolenia kobiet – córki kupują je w prezencie matkom, przyjaciółki – sobie nawzajem w prezencie; są też okazją do zmierzenia się z nową aktywnością. Niestety, szkoła często zabija w nas chęć tworzenia. Na warsztatach pojawiają się na przykład osoby, którym kiedyś powiedziano, że mają dwie lewe ręce. I to już w nich zostało. Przychodzą towarzysko i zaznaczają, że na pewno nic nie zrobią. Później jednak tworzą genialne makatki i wysyłają mi wiadomości z pytaniami, gdzie kupić wełnę, bo już mają pomysły na kolejne prace. Wspaniale jest obserwować tę ich przemianę.

Takie doświadczenie uczy nas też poszanowania i docenienia wartości „hand made”. Rozumiemy, dlaczego za ręcznie robiony wełniany sweter trzeba zapłacić kilkaset złotych, bo już wiemy, ile kosztuje surowiec, ile czasu i energii należy poświęcić na jego zrobienie. Oczywiście! Nawet stworzenie małej makatki czy zakładki do książki wymaga naszego zaangażowania, czasu i pracy.

'Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy' - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel) "Dla moich kursantek zawsze staram się stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której się nie oceniamy, gdzie nie jest ważny efekt finalny, a samo bycie razem, uczenie się czegoś nowego, czerpanie z tego satysfakcji, ale też poznawanie nowych osób, wspólne rozmowy" - mówi Maria Boczar. (Fot. Agnieszka Sopel)

  1. Styl Życia

Inès de la Fressange: "Nie jestem buntowniczką, jestem Francuzką"

Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Inès de la Fressange (Fot.Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znaki rozpoznawcze? Połączenie luzu i elegancji, szeroki uśmiech, własna opinia. Nie chowa urazy i nigdy się nie poddaje. Modelka i projektantka Inès de la Fressange to ucieleśnienie paryskiego stylu i hartu ducha.

Zaczęła pani karierę modelki w wieku 17 lat, zaraz po maturze. Traktowała to pani jak przygodę czy zawód?
Na pewno nie jak misję, jaką jest choćby zawód lekarza. Nigdy nie planowałam, że będę modelką, po prostu mi to zaproponowano. Nie spodziewałam się też, że będę nią tak długo. Modeling pozwolił mi ostatecznie stać się tym, kim jestem dzisiaj – stylistką i projektantką.

Bliscy nie byli przeciwni pani karierze? Pani rodzina wywodzi się z bardzo starej arystokracji. Takie rody często cechują sztywne kody zachowań.
Moja rodzina zawsze wyłamywała się ze stereotypu sztywnych arystokratów! Wszyscy moi bliscy byli pełni fantazji, nietuzinkowi i kreatywni, całym sercem oddani kulturze i sztuce. Nie mieli żadnych uprzedzeń w stosunku do innych i zawsze dawali mi odczuć, że ufają moim wyborom. Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo często obserwuję, jak z lęku o przyszłość swoich dzieci rodzice wprowadzają pełen nakazów i zakazów rygor, co nigdy daje dobrych rezultatów.

W latach 90. była pani najbardziej znaną francuską modelką na świecie, muzą głównego projektanta Chanel – Karla Lagerfelda. Kontrakt na wyłączność (pierwszy taki w historii) skończył się jednak w chwili, gdy zgodziła się pani pozować do nowego popiersia Marianny, symbolu francuskiej Republiki.
Praca dla Chanel była dla mnie wielkim szczęściem i radością, ale kiedy merowie całej Francji wybrali mnie jako tę, która ma odzwierciedlać współczesną wizję Marianny, symbolu wszystkich francuskich wartości, nie mogłam i nie chciałam odmówić. Bardzo zdziwiło mnie, że ten pomysł spotkał się z tak zdecydowaną dezaprobatą Karla, ale ponieważ nasze stosunki były od jakiegoś czasu napięte, wybrałam wolność. W końcu hasło „Wolność, równość, braterstwo” nadal jest dewizą naszego kraju.

Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images) Inès de la Fressange jako panna młoda z Karlem Lagerfeldem na pokazie Chanel na sezon jesień/zima w 1988 roku. (Fot. Getty Images)

Nie opuściła pani jednak świata mody – obecnie znów stoi pani na czele własnej marki – Inès de la Fressange Paris. Jej butik przez wiele lat znajdował się na Avenue Montaigne, najelegantszej ulicy w Paryżu. Dokładnie tam, gdzie mieszkał pani dziadek.
Mój butik mieści się obecnie w Dzielnicy Łacińskiej. I ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy widzę w nim babcię w towarzystwie wnuczki, wspólnie robiące zakupy. Stawiam raczej na sportowy szyk. Jestem przeciwna przeładowanym szafom, pełnym różnych ubrań, wzorów i dodatków. Lepiej posiadać ich niewiele, ale za to takich, które można ze sobą łączyć i zestawiać w wielu wariantach. Przesadny konsumpcjonizm nie jest dzisiaj na czasie, podobnie jak ostentacyjna elegancja. Staram się projektować ubrania, których zawsze sama poszukiwałam w sklepach i które mogłabym codziennie nosić.

Świat biznesu nie okazał się dla pani zbyt łaskawy: w wyniku konfliktu ze współudziałowcami została pani zwolniona i dopiero po 14 latach procesów odzyskała prawo do własnej marki. W tym czasie była pani dyrektorką artystyczną marki Roger Vivier, projektowała, pisała książki. Nie poddała się pani. Dzisiaj nazywa się to rezyliencją...
Ludzie biznesu potrafią być pełni agresji, nieżyczliwi i pozbawieni zdrowego rozsądku, ale uważam, że istnieje coś w rodzaju sprawiedliwości, która sprawia, że zostają za to ostatecznie ukarani. Od kilku lat pracuję z Diegiem Della Valle z Roger Vivier. To ktoś wyjątkowy – bardzo dba o swoich pracowników, nie traci kontaktu z rzeczywistością i rozumie, że najważniejszy jest dobry produkt. Dzięki temu moja marka rozwija się wręcz wspaniale. Wracając do moich dawnych problemów – już o nich nie myślę. Nie chcę żyć z urazą ani życzyć komuś źle. To klucz do szczęścia!

W życiu prywatnym też przeżyła pani trudne chwile, mam na myśli nagłą śmierć pani męża, włoskiego historyka sztuki Luigiego d’Urso, ojca pani córek Nine i Violette. Jak po tym wszystkim udało się pani odnaleźć radość życia?
Każdy z nas miewa w życiu problemy, a czasami nawet dramaty i tragedie. Moje córki i ja musiałyśmy znaleźć w sobie wiele odwagi, aby zmierzyć się ze stratą Luigiego, ale sądzę, że ostatecznie to doświadczenie wykształciło w nich wielkie pokłady współczucia i wielkoduszności. Myślę, że należy trzymać się listy tego, co w naszym życiu pozytywne, zamiast w kółko odtwarzać sobie w głowie, co się nie udało, albo bać się tego, co nastąpi.

Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images) Inès z Karlem Lagerfeldem oraz córkami Nine i Violette podczas Paris Fashion Week – Haute Couture jesień/zima 2014–2015. (Fot. Getty Images)

Jakie wartości stara się pani przekazać córkom?
To moje córki przekazują mi swoje wartości! Ich pokolenie jest zdumiewające – bardzo feministyczne, otwarte na świat, zainteresowane ekologią, wielkoduszne i życzliwe w stosunku do starszych. Kiedy dziewczynki były małe, często powtarzałam im, żeby nie czyniły drugim tego, czego same nie chciałyby doświadczyć. Mówiłam, że większość ludzi na Ziemi nie żyje w takim komforcie jak one i że nie pomoże bycie piękną i elegancką, jeśli nie posiada się szerokiego uśmiechu. Myślę, że doskonale to zrozumiały.

Pani wielkoduszność przejawia się na przykład w tym, że działa pani w wielu stowarzyszeniach...
Bardzo bliskie są mi problemy dotykające dzieci – czy to we Francji, czy w Afryce. Staram się też wspierać walkę z rakiem, chorobą Alzheimera i pomagać stowarzyszeniom stojącym na straży praw człowieka, jak Amnesty International. Nie wolno być obojętnym na świat.

Ma pani w sobie chyba coś z kameleona – szybko odnajduje się w nowych sytuacjach i dziedzinach.
Kameleon zmienia kolor w zależności od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje, ja wolę zachować określone poglądy. Ale to prawda, lubię interesować się różnymi dziedzinami i pracować z nowymi ludźmi. Myślę, że zdolność adaptacji nie wyklucza tego, że pozostaje się sobą.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć sukces, jest „nie bać się nie podobać innym”. Miała pani na myśli siebie samą? Był czas, kiedy określano panią słowami „modelka, która mówi”. Czuje się pani buntowniczką?
Nie, absolutnie nie jestem buntowniczką, jestem po prostu Francuzką! Zawsze robię, co mogę i jak mogę. Jako modelka chodziłam zygzakiem, szeroko się uśmiechałam i zawsze mówiłam to, co myślę. Nie świadczyło to o mojej rewolucyjności, ale dzięki temu wydawałam się bardziej autentyczna i szczera. Udało mi się, ale wszystko równie dobrze mogło się skończyć katastrofą!

Ale się nie skończyło! W wieku 63 lat jest pani kobietą biznesu i ikoną mody. Jaką radę dałaby pani dojrzałym kobietom?
Nie poddawajcie się nostalgii, nie myślcie, że przedtem było lepiej, interesujcie się młodymi ludźmi i nowymi rzeczami. Oddajcie połowę swojej garderoby, wyrzućcie stare dokumenty i gazety, wysprzątajcie dom i patrząc na wasze aktualne zdjęcia, pomyślcie, że za dziesięć lat wydacie się sobie na nich po prostu fantastyczne! Oczywiście, nie jest przyjemnością kontemplować swoje zmarszczki czy siwe włosy, ale na szczęście mam moje dwie absolutnie cudowne córki, przy których bardzo często się uśmiecham. Moje zmarszczki wtedy trochę znikają...

Za granicą, a także w kraju jest pani ambasadorką paryskiej elegancji, napisała pani bestsellerowy poradnik „Paryski szyk”. Skąd u pani ta pasja do Paryża i paryżanek?
Książka była rzeczywiście wielkim sukcesem, również w Polsce. Wciąż otrzymuję znad Wisły lajki na Instagramie, to bardzo miłe. A Paryż? Cóż, to bardzo zróżnicowane miasto, każda dzielnica żyje swoim własnym życiem. Mieszkali tu chociażby Francis Scott Fitzgerald, Maria Curie czy Ernest Hemingway, wszyscy oni wzbogacili to miasto, czyniąc je jeszcze bogatszym i ciekawszym. Jako dziecko mieszkałam na wsi i zawsze, kiedy przyjeżdżałam do Paryża, moją wielką radością była podróż metrem. A zresztą, kto nie lubi Paryża?

Latami paryski szyk był kwintesencją najlepszego stylu. Pojawiają się głosy, że to już minęło, a serce mody bije dziś raczej w Nowym Jorku, Londynie czy Mediolanie.
Jeśli zapytam panią, jakie są najsłynniejsze marki mody na świecie, myślę, że nasuną się pani na myśl firmy francuskie... Paryski styl od zawsze wzbudza zachwyt, podobnie jak paryska kreatywność. Sztuka i moda mają jednak kosmopolityczny charakter – wielu stylistów we Francji jest obcokrajowcami. Podobnie elegancja istnieje wszędzie – najpiękniejsze kobiety, ubrane w sari, widziałam w indyjskim Radżastanie. Muszę też przyznać, że bardzo lubię pewną japońską markę...

Prawdziwa paryżanka pochodzi z prowincji – to też pani słowa…
To często prawda, ale bycie paryżanką to tak naprawdę kwestia mentalności i estetycznych wyborów – prawdziwe paryżanki mogą mieszkać równie dobrze w Krakowie!

Z jednej strony żyje pani w paryskim szalonym tempie, z drugiej kocha południe Europy i dolce far niente. Czy to nie paradoks?
Moje tempo nie jest wcale szalone, powiedzmy raczej, że dużo pracuję. Z wiekiem nauczyłam się już nie stresować. Aby móc efektywnie działać, należy stworzyć sobie niszę spokoju. Ja sama od czasu do czasu potrzebuję się rozluźnić i poleniuchować bez poczucia winy – to zapewne pozostałość dzieciństwa spędzonego poza miastem. Ale można też żyć w Paryżu czy innym wielkim mieście i nie miotać się bez przerwy. Trzeba tylko określić swoje priorytety, nauczyć się mówić „nie” i czasami po prostu zostać w domu.

Paryskie życie jest często krytykowane za snobizm, sztuczność, hipokryzję i obojętność. Pani sama jest krańcowo inna – spontaniczna i żywiołowa. Paryż pani nie zmienił?
Głupcy, imbecyle, okrutnicy i ludzie nieżyczliwi istnieją na całym świecie, we wszystkich środowiskach zawodowych. Często mówię sobie, że muszą być naprawdę nieszczęśliwi, żeby przejawiać tyle agresji i małostkowości. Mnie zdrowe podejście do życia zaszczepiła niania, która była dla mnie jak druga matka. Była Polką i nazywała się Wiktoria Hacieja, ja mówiłam na nią Toja, inni – Wisia. Pochodziła z bardzo biednej rodziny, w dzieciństwie musiała chodzić boso do szkoły i często nie miała prawie nic do jedzenia. Powtarzała mi, że wiele ludzi ma dużo mniej szczęścia od nas, że należy im pomagać oraz cieszyć się z małych rzeczy. Piekłyśmy więc ziemniaki w ognisku, robiłyśmy girlandy z papieru albo laleczki z płatków maków i masowo produkowałyśmy strucle. Zawsze przy tym dużo się śmiałyśmy. Wiktoria nauczyła mnie kochać kwiaty i naturę. Mimo że przeczytała w życiu niewiele książek, wiedziała o nim więcej niż większość ludzi, których znam. Przez całe moje dzieciństwo opowiadała mi o swojej siostrzenicy, która została w Polsce i którą w końcu poznałam, kiedy miałam 20 lat. Część mojego serca jest polska – być może to właśnie pomaga mi cieszyć się każdym dniem.

Rozmawiamy w czasie pandemii koronawirusa. Jak znaleźć w tej sytuacji przestrzeń na szczęście?
Rzeczywiście, nie jest to proste – i nie myślę jedynie o chorych. Wielu ludzi znajduje się czy za chwilę znajdzie w ciężkiej sytuacji ekonomicznej, inni czują się samotni, odizolowani od innych i pełni obaw o przyszłość. Dlatego tym bardziej nie należy sobie zatruwać życia niepotrzebnymi kłótniami, egoizmem czy rasistowskimi postawami. Życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na głupoty! 

Inès de la Fressange urodziła się w 1957 roku w Gassin jako córka Andrégo de Seignard, markiza de La Fressange, maklera giełdowego, oraz Cecilii Sánchez Cirez, argentyńskiej modelki. Razem z dwójką braci wychowywała się w XVIII-wiecznym młynie pod Paryżem. Obecnie mieszka w Paryżu z drugim mężem Denisem Oliviennesem. Ma na swoim koncie kilka poradników stylu. Najnowszy to – napisany wspólnie z Sophie Gachet – „Paryski szyk jeszcze raz. Podręcznik stylu”, Dom Wydawniczy Rebis.

  1. Moda i uroda

Celebracja siły i piękna kobiet. Wyjątkowa współpraca marki Patrizia Pepe

Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Patrizia Pepe po raz kolejny wyraża swoją pasję do świata sztuki i kultury. Tym razem w ramach specjalnej współpracy z Ache77, młodym ulicznym artystą, znanym ze swojego współczesnego podejścia do techniki sitodruku, którą łączy z różnymi materiałami i powierzchniami.

Ache77 to czołowy przedstawiciel Galerii Street Levels. W swojej artystycznej interpretacji oddał charakter i cechy osobowości kobiety Patrizii Pepe. Jego grafika została zaprezentowana na oficjalnych kanałach społecznościowych marki. Tym samym Patrizia Pepe celebruje siłę i piękno kobiet, to właśnie im poświęca nowe przesłanie dotyczące jedności i samoświadomości, które powstało z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Patrizia Pepe (@patriziapepe)

Jak mówi Ache77: „Chciałem ukazać w oczach tej kobiety duszę tych, które uwielbiają obserwować, a jednocześnie są silne i odważne. Ludzie patrzą na nią i w intensywności tego spojrzenia rozpoznają kobietę, która jest świadoma siebie i nie boi się pokazać swojej odwagi. To przesłanie do wszystkich kobiet: nie bójcie się patrzeć na rzeczy, nie bójcie się pokazywać swojej siły!".

Grafika została zrealizowana w ramach szerszego projektu, którego celem jest wsparcie artystów w tym szczególnie trudnym okresie. To już kolejna tego typu współpraca, która podkreśla związek marki ze sztuką i regionem, z którego pochodzi. Dodatkowo Patrizia Pepe przekazała darowiznę na rzecz Galerii Street Levels, współzałożonej i promowanej przez Ache77 we Florencji.

- Oczy są ważnym elementem komunikacji niewerbalnej, za ich pośrednictwem możemy powiedzieć lub ukryć wiele różnych nastrojów. W tak ważnym dniu pragnę przekazać wszystkim kobietom, przesłanie bliskości i siły zawarte w jednym spojrzeniu - mówi  Patrizia Bambi, dyrektor kreatywna marki Patrizia Pepe.