1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. 5 kobiet, które zmieniły modę ostatniego stulecia

5 kobiet, które zmieniły modę ostatniego stulecia

123rf.com
123rf.com

Na przestrzeni ostatniego stulecia moda biznesowa przeszła ogromne przeobrażenia. Na te zmiany wpływ miały kobiety, które określa się  ikonami stylu. Buntowniczka wyznaczająca modę na chłopczycę, projektantka dająca kobietom swobodę, autorytet w modzie biznesowej, aktorka znana z małej czarnej i prekursorka power dressingu ... poznaj ich historię i zobacz, co sprawiło, że ich stylem inspirowały i nadal inspirują się kobiety na całym świecie.

Louise Brooks – chłopczyca z buntowniczą fryzurą

Louise Brooks była najpopularniejszą aktorką kina niemego lat 20., ale nie tylko tym przyciągnęła do siebie rzeszę fanów. Jej styl idealnie wpisał się w potrzeby kobiet początku XX wieku – buntowniczek, chłopczyc i młodych kobiet wchodzących w dorosłe życie oraz pragnących zerwać z dotychczasowym kanonem piękna. Louise jako jedna z pierwszych znanych osób postanowiła ściąć włosy na krótko, uprościć swoją garderobę tak, aby swoim wyglądem przypominać chłopca. Kobiety pokochały ją za to i chciały naśladować styl legendarnej aktorki. To doprowadziło do rozpowszechnienia się stylu chłopczycy, który również płynnie zaczął pojawiać się w modzie biznesowej.

Coco Chanel – kobieta, która zrewolucjonizowała modę

Chanel to nazwisko, którego nie można pominąć, mówiąc o kobiecej modzie. Projektantka tworzyła stroje proste i inspirowane modą męską. Jednak jej głównym celem było stworzenie ubrań, które zapewnią kobietom wygodę. Coco Chanel swoimi projektami sprzeciwiała się panującym trendom. W latach 50., kiedy w modzie dominowała sylwetka Diora (obszerne dekolty, duże spódnice i mocno wymodelowana talia), Coco zaproponowała prostą garsonkę (spódnica portfelowa i pudełkowy żakiet). Wtedy też stworzyła kultowy tweedowy żakiet, będący obowiązkowym elementem biurowej garderoby nie tylko w latach 50., lecz także dzisiaj.

Jacqueline Kennedy – autorytet i ikona stylu lat 60.

Jackie Kennedy w swoich prostych garsonkach w niecodziennych na lata 60. kolorach (czerwony, żółty, różowy) kreowała modę na elegancki styl. Mimo tragedii i trudności, jakie spotkały ją w życiu, zawsze wyglądała dobrze i starała się zachowywać klasę. Jej niepowtarzalny uniform – ołówkowa spódnica, prosty żakiet, białe rękawiczki i toczek na głowie – stał się jej znakiem rozpoznawczym. Co więcej, jej strój na stałe zapisał się w historii mody, a kobiety na całym świecie inspirują się nim do dziś. Jackie również świadomie kreowała swój wizerunek. Zwracała uwagę na jakość materiałów, kierowała się ideą „im mniej, tym lepiej”, dbała o to, by noszone przez nią stroje szyli amerykańscy projektanci (choć podobno zdradzała ich z Chanel i jej tweedowymi żakietami).

Audrey Hepburn – kobieta, która spopularyzowała małą czarną

Hepburn znana jest nie tylko ze swojego talentu aktorskiego, ale również z legendarnej czarnej sukienki – obecnie obowiązkowego elementu garderoby prawie każdej kobiety. Audrey nie wpisywała się w ówczesne kanony piękna. Miała drobną figurę, długie nogi, nietypową urodę, ale swoim stylem i podejściem do mody zafascynowała wszystkich. W latach 60. aktorka była prekursorką prostoty i geometryczności. Nosiła ubrania podkreślające smukłą sylwetkę w neutralnych barwach. Bardziej niż na kolorach skupiała się na fakturze materiału. Jej rola w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”, w którym wystąpiła w czarnej, długiej sukience na stałe zapisała się w historii mody.

Margaret Thatcher – prekursorka power dressingu

Margaret Thatcher, pierwsza kobieta, która została premierem Wielkiej Brytanii, miała przed sobą wielkie wyzwanie. Musiała swoim wizerunkiem i zachowaniem udowodnić, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Udało jej się zrobić to m.in. za pomocą stroju. Thatcher była prekursorką power dressingu, czyli sposobu ubierania się, który podkreślał kobiecą siłę i charyzmę. Jej uniform był dokładnie zaplanowany – niebieska garsonka z żakietem o mocno zarysowanych ramionach, jedwabna bluzka, czarna pudełkowa torebka, czarne czółenka i znak rozpoznawczy – broszka. Co ciekawe, Margaret Thatcher nigdy nie nosiła spodni, nawet w trakcie urlopu.

Źródło: 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Moda i uroda

Rękawiczki - historia zimowych niezbędników sięga paleolitu!

Ręcznie robione, ciepłe, doskonałe na prezent... Współczesne rękawiczki, choć mogą być dopełnieniem stroju, pełnią przede wszystkim funkcję praktyczną. (fot. iStock)
Ręcznie robione, ciepłe, doskonałe na prezent... Współczesne rękawiczki, choć mogą być dopełnieniem stroju, pełnią przede wszystkim funkcję praktyczną. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Współcześnie nosimy je głównie zimą, od czasu do czasu na bal. Był jednak czas, kiedy żadna elegancka kobieta ani mężczyzna nie wyszliby bez nich na ulicę.

Najstarsze rękawiczki pochodzące z okresu paleolitu miały formę futrzanych woreczków bez palców. Te z jednym palcem wynaleźli "Praeskimosi", a wersja z pięcioma pojawiła się jakieś trzy tysiące lat temu w starożytnym Egipcie. Kilka takich par odnaleziono w grobowcu Tutenhamona - szyto je ze skór i zdobiono delikatnym haftem, a służyć miały m.in. do strzelania z łuku w czasie polowań. Podobne rękawiczki nosiły również starożytne Egipcjanki oraz Rzymianki. Zakładały je do spożywania posiłków (zamiast widelców), chroniąc w ten sposób dłonie przed tłustymi i gorącymi potrawami.

Purpurowe dla cesarza, białe dla papieża

W okresie średniowiecza rękawiczki były wykorzystywane jako symbol - nadający lub odbierający. Na nie się przysięgało lub za ich pomocą rzucało wyzwanie. Pan lenny, chcąc ukazać swoją władzę nad lennikiem oddawał mu swoją rękawicę, a w ramach daniny nierzadko zdarzało się dawać kilka par rękawiczek - tak wysoka była wówczas ich cena.

To właśnie ich wysoka wartość sprawiła, że stały się również symbolem władzy duchownej, cesarskiej i królewskiej. Papież nosił białe, kardynałowie czerwone, a biskupi fioletowe. Duchowni nakładali je podczas ceremonii, aby w ten sposób zasłonić dłonie przed kontaktem z „sacrum”.

Rękawice szyte z purpurowego jedwabiu, haftowane złotą nicią i wyszywane perłami oraz złotymi blaszkami, były natomiast składowym elementem niemieckiego stroju cesarskiego. Kolor fioletowy był barwą koronowanych władców, którzy w momencie nakładania korony manifestowali tym samym żałobę po swoim poprzedniku. Szyto je z wełny lub jedwabiu i nakładano na namaszczone świętymi olejami dłonie monarchy. Wierzono, że gdy olejki wsiąkną w królewskie rękawiczki, nadadzą im szczególnej mocy: boskiej i magicznej. Z obawy przed dostaniem się tak cennej materii w niepowołane ręce, zaraz po koronacji rękawiczki zawsze palono, a popioły rozrzucano.

Fra­nçois Gérard „Pani Barbier-Walbonne”, 1796. Rękawiczki (jedwabne lub atłasowe) używane w domowym zaciszu, podczas czytania książki, świadczą niewątpliwie o jej wysokim statusie społecznym. Damy musiały dbać o swój wizerunek także podczas codziennych czynności (stąd chęć wyeksponowania rękawiczek). Fot. commons.wikimedia.org Fra­nçois Gérard „Pani Barbier-Walbonne”, 1796. Rękawiczki (jedwabne lub atłasowe) używane w domowym zaciszu, podczas czytania książki, świadczą niewątpliwie o jej wysokim statusie społecznym. Damy musiały dbać o swój wizerunek także podczas codziennych czynności (stąd chęć wyeksponowania rękawiczek). Fot. commons.wikimedia.org

Rękawiczki od Szekspira

Jednak prawdziwa kariera rękawiczek rozpoczęła się w epokach renesansu i baroku.  W tym okresie ich wytwórcy łączyli się w gildie, których patronem był św. Marcin z Tours, były legionista i biskup.  Był to również czas, kiedy na szyciu rękawiczek dawało się nieźle zarobić, czego dowodem był John Szekspir, który z syna biednego rolnika przedzierzgnął się w bardzo dobrze prosperującego rękawicznika w mieście Stratford-upon–Avon, a potem dzięki swojemu majątkowi został nawet sędzią pokoju.

Jego słynny syn William, zanim rozpoczął karierę piórem, w warsztacie ojca zwyczajnie „machał” igłą. Interesujący jest fakt, że przebojem tej epoki były wymyślone w Italii tzw. rękawiczki perfumowane. Można je było przykładać do nosa i w ten sposób unikać niezbyt przyjemnych zapachów, bo mimo, iż okres renesansu był taki „oświecony” to z higieną było wtedy bardzo na bakier…  Innym „bestsellerem” były rękawiczki tzw. rzezane, szczególnie popularne w krajach znajdujących się pod panowaniem Habsburgów. Ich cechą charakterystyczną były z kolei nacięcia na palcach, przez które prześwitywały cenne pierścionki…

W okresie baroku, szczególnie na terenie Europy Zachodniej, rękawiczki stały się symbolem zawarcia kontraktu ślubnego, a młodzi wręczali je sobie jako jeden z elementów pieczętujących nowy związek.

Rękawiczki damskie z naturalnej, koźlej skóry z efektownymi przeszyciami, zakończone mankietami. Na mankietach dwa guziczki z masy perłowej. Rękawiczki pochodzą z asortymentu dawnego sklepu Wojnarskich. Lata 20-te XX w. (źródło fot. profil FB Muzeum Regionalnego w Pilźnie) Rękawiczki damskie z naturalnej, koźlej skóry z efektownymi przeszyciami, zakończone mankietami. Na mankietach dwa guziczki z masy perłowej. Rękawiczki pochodzą z asortymentu dawnego sklepu Wojnarskich. Lata 20-te XX w. (źródło fot. profil FB Muzeum Regionalnego w Pilźnie)

 

Rękawiczka w rozmiarze numer 5

W wieku XVIII pojawiają się urocze i delikatne, ażurowe rękawiczki bez palców, tzw. mitenki, a obok nich długie rękawiczki z jedwabiu, gdzie kciuk był oddzielony od pozostałych palców, a wierzch dłoni osłaniała trójkątna klapka. W tym okresie nadal popularnością cieszyły się rękawiczki perfumowane - Maria Antonina miała ponoć zwyczaj zamawiać co tydzień(!) osiemnaście nowych par.

Jednak to w wieku XIX rękawiczka stała się dopiero, obok kapelusza, jednym z najważniejszych akcesoriów kobiecego stroju. W tym czasie malutka stopa i dłoń były jednym z wyznaczników idealnie pięknej kobiety.

Każda dama, której dłoń mieściła się w rękawiczkę o rozmiarze numer 5 mogła poczuć się dumna, że spełnia ideał… Jednak, żeby wcisnąć się w ów wymarzony rozmiar, trzeba było włożyć dużo wysiłku. Najpierw specjalnymi bambusowymi szczypcami należało rozciągnąć rękawiczkę i nasypać do środka talku, a następnie, przy pomocy dwóch ekspedientów lub służących, cierpliwie upychać małą rączkę. Aby „łapka” wydawała się jeszcze bardziej miniaturowa, panie zwykle kupowały rękawiczki o numer mniejsze, natomiast panów przed tym przestrzegano, bo ręka  wciśnięta w za małą rękawiczkę w wypadku gentelmanów wyglądała po prostu śmiesznie i nieelegancko.

Rękawiczki były symbolem elegancji i dobrego stylu, zarówno u kobiet jak i mężczyzn. (Ilustr. iStock) Rękawiczki były symbolem elegancji i dobrego stylu, zarówno u kobiet jak i mężczyzn. (Ilustr. iStock)

W tym okresie rękawiczki damskie zwykle występowały w trzech fasonach: krótszym, sięgającym do przegubu dłoni, i półdługim, z mankietem do łokcia – te noszono na co dzień. Te długie, zwykle sięgające do ramienia, noszono do balowych toalet z krótkimi rękawkami i wydatnym dekoltem. Ciekawostka: owe balowe rękawiczki miały od spodu, na wysokości  nadgarstka, tzw. łezkę, przez którą widać było kawałek skóry, a dalej zapinały się na kilka perłowych guziczków. Panowie uwielbiali odwracać kobiecą dłoń i z wymownym spojrzeniem całować ponętną „łezkę”, w którą dama wcierała kilka kropelek perfum…

Dzisiaj rękawiczki straciły swój romantyczny, a nawet rzec by można erotyczny charakter. Służą nam na ogół zimą, chroniąc dłonie przed mrozem. Inne, gumowe czy lateksowe stały się pospolitym symbolem pani domu (a także służb medycznych), która dbając o porządek, dba również o piękno swoich paznokci i skóry dłoni. Tymczasem rękawiczki to nadal świetny sposób, by dodać sobie koloru i radości, nie tylko gdy jest zimno i szaro...

  1. Moda i uroda

Witajcie w Chanelwood

Fot. Imaxtree
Fot. Imaxtree
Zobacz galerię 70 Zdjęć
Francuski dom mody Chanel zaprezentował właśnie kolekcję na sezon wiosna-lato 2021. Tym razem marka zabrała nas do Chanelwood, niezwykłego miejsca, w którym paryska elegancja spotyka się z hollywoodzkim blichtrem rodem z lat 50. i 60. 

Chanelwood to nic innego jak paryskie Hollywood, które na potrzeby pokazu kolekcji Chanel na sezon wiosna-lato 2021, powstało w kultowym Le Grand Palais w Paryżu. Virginie Viard, dyrektor kreatywna marki, zaprezentowała prace powstałe w czasie pandemii. Zainspirowana archiwum francuskiego domu mody kreatorka stworzyła kolekcję subtelnie nawiązującą do życiorysu samej Coco Chanel, czyli matki założycielki.

Nowe projekty opierają się na filmowych przyjaźniach słynnej projektantki. Viard sięgnęła więc po klasyki francuskiego kina z lat 50. i 60., takie jak "Szalony Piotruś" z Anną Kariną, "Basen" z Romy Schneider oraz "Winda na szafot" z Jeanne Moreau. Coco była mocno związaną z każdą z wymienionych gwiazd: nie tylko je ubierała, ale również przyjaźniła się z nimi. Virginie Viard pragnie kontynuować tę tradycję, dlatego w nowej kolekcji z pomocą mistrzów krawiectwa, rzemieślników i kaletników prezentuje swoją wizję Chanelwood, francuskiej fabryki snów, w której marzenia naprawdę się spełniają.

Sięgając do korzeni, Chanel kreuje przyszłość - nową falę francuskiej mody. Najnowsza kolekcja kładzie nacisk na indywidualizm i dramatyczność, ale też ponadczasową elegancje. Współczesność spotyka tutaj elementy charakterystyczne marki, a sama kolekcja jest niezwykle obszerna. Znajdziemy w niej m.in. kultowe tweedowe komplety, marynarki z klapami, spódnice w pepitkę, mięsiste sukienki na guziki, cekinowe żakiety i cygaretki z lampasami. Nie brakuje również typowych dla letniej garderoby hiszpanek w grochy, koszulek z jaskrawymi napisami, eleganckich plażowych szortów, tenisowych spódniczek, luźnych kardiganów i żakardowych mini. Na brawa zasługują też detale - miniaturowe torebeczki, sznury pereł, biżuterie z monogramami, ozdobne paski i kryształowe kolie.

Kolekcja utrzymana jest w pastelowej kolorystyce, nie brakuje więc fioletu i różu, jednak na pierwszy plan tradycyjnie wysuwa się nieśmiertelna czerń i biel, a także głęboka czerwień i błękit. Stonowane barwy przeplatają się więc z żywymi, tworząc niezwykle zgrane duety.

Pokaz mogliśmy oglądać na żywo prosto z Paryża za pomocą transmisji w mediach społecznościowych marki oraz na stronie chanel.com. W scenografii wykorzystano ogromną konstrukcję z napisem CHANEL nawiązującą do słynnego hollywood sign i luster makijażowych największych gwiazd filmowych. Poniżej możecie obejrzeć relację video z pokazu, natomiast zdjęcia kolekcji Chanel wiosna-lato 2021 dostępne są w naszej galerii.

  1. Kultura

Audrey Hepburn - gwiazda, która pragnęła zwykłego życia

Audrey Hepburn w filmie
Audrey Hepburn w filmie "Miłość po południu" reż. Billy Wilder. (Fot. BEW PHOTO)
W zbiorowej świadomości funkcjonuje jako ikona – sarnie oczy, sznur pereł i długa fifka z papierosem trzymana w dłoni. Ale film był tylko jednym z elementów jej życia. Na pierwszym miejscu zawsze stawiała dom. - Najszczęśliwsza była w swetrze i dżinsach, w domu, w otoczeniu rodziny, gotująca proste dania ze swojego dzieciństwa - mówi Luca Dotti, syn Audrey Hepburn.

 

Gdybym napisała biografię, zaczynałaby się tak: Urodziłam się w Brukseli, w Belgii, 4 maja 1929 roku i zmarłam sześć tygodni później” – powiedziała w wywiadzie. Gdy Audrey Hepburn była niemowlęciem, zachorowała na koklusz. Po jednym z ataków kaszlu jej serce się zatrzymało i przestała oddychać. Uratowała ją mama, która uznała, że to znak – jej córka dokona czegoś ważnego. Nie pomyliła się.

Mąka z bulw tulipanów

Jako dziewczynka była nieśmiała, dużo czasu spędzała samotnie, poza domem, by nie uczestniczyć w rodzinnych awanturach. Albo pod stołem, również podczas kłótni rodziców. Przed wybuchem II wojny światowej John Victor Ruston, bankier, awanturnik i ojciec Audrey, przyłączył się do ruchu sir Oswalda Mosleya, przywódcy nowej Brytyjskiej Unii Faszystów. W książce „Audrey Hepburn. Jej prawdziwa historia” Alexander Walker, biograf artystki, napisał: „Jego środowisko i dalsze koleje losu to sekrety, które Audrey przez całe życie starała się ukryć”. Mama Audrey, Ella van Heemstra, była baronową i arystokratką, która przed wojną również przynależała do Unii Faszystów.

Pięcioletnia Audrey została wysłana na wieś do Anglii, rozpoczęła naukę w prywatnej szkole i chociaż tęskniła za ojczyzną, to szybko opanowała nowy język. Rok później ojciec porzucił rodzinę, a dziewczynka wymyśliła sobie, że zostanie sławną baletnicą. Nie wiedziała, że straciła z ojcem kontakt prawie na zawsze. W 1939 roku, gdy wybuchła wojna, został aresztowany i wywieziony na wyspę Man – Audrey odnalazła go 25 lat później dzięki pomocy Czerwonego Krzyża. Ukrywał się, bo nie chciał, by jego przeszłość wpłynęła na życie sławnej już córki.

Jako dziesięciolatka Audrey opuściła zaangażowaną w wojnę Anglię jednym z ostatnich samolotów. Mama zdecydowała o przeniesieniu córki i synów do Arnhem w Holandii, gdzie żyła babcia Audrey. W 1944 roku, podczas nazistowskiej okupacji, wujek Hepburn został rozstrzelany, a jej przyrodni brat zesłany do obozu pracy. Wtedy, w wieku 13 lat, Audrey zagrała swoją pierwszą rolę – zaangażowała się w ruch oporu, została łączniczką. Za papierosy zdobyła dla chorej mamy penicylinę. Jej rodzina, aby upiec chleb, który pozwalał im przeżyć, wytwarzała mąkę z bulw tulipanów. Ludzie umierali na ulicach z głodu, mrozu i wycieńczenia. Niedożywienie wywołało u Audrey anemię, chorowała na astmę, żółtaczkę i cierpiała na obrzęki kończyn. Na 16. urodziny – miała niecałe półtora metra wzrostu i ważyła 40 kilogramów – dostała prezent w postaci wyzwolenia Holandii. „Z własnego doświadczenia wiem, jak wiele UNICEF znaczy dla potrzebujących dzieci, ponieważ sama otrzymałam żywność i opiekę medyczną po II wojnie światowej” – wyznała wiele lat później, w 1989 roku, gdy została oficjalnie mianowana Ambasadorką Dobrej Woli UNICEF. Zanim jednak symbolicznie spłaciła swój dług, zaangażowała się w realizację marzeń.

Smak ciepłego szampana

W 1945 roku, po wojnie, Audrey przeniosła się do Amsterdamu, by uczyć się baletu u Sonii Gaskell. Trzy lata później przeprowadziła się do Londynu, chodziła do szkoły tańca u Marie Rambert. Jej mama pracowała jako kucharka, pokojówka, a później kierowniczka kwiaciarni, by opłacić lekcje ukochanej córki. Audrey pozostała jej za to wdzięczna do końca życia. Jako sławna aktorka pamiętała o matce. Po latach usilnych prób i konsultacjach ze swoją ostatnią nauczycielką Hepburn zrozumiała, że ze względu na zły stan zdrowia i wyniszczenie organizmu podczas wojny nigdy nie zostanie baleriną. „Nie myślałam, że będę występować przed kamerą z twarzą jak moja” – wyznała, gdy odniosła sukces.

Pierwszą poważną rolę w broadwayowskim przedstawieniu „Gigi” zaproponowała jej sama Colette, autorka sztuki. Audrey odmówiła słowami: „Właściwie to jestem tancerką”. Ostatecznie dała się namówić, czym otworzyła sobie drzwi do światowej kariery. „Gigi” spotkała się z uznaniem krytyków i publiczności. Gdy po raz 217 zagrała sztukę na Broadwayu, poleciała do Rzymu. Zachwyciła Hollywood próbnymi zdjęciami i dostała rolę w filmie „Rzymskie wakacje”, za który nagrodzono ją Oscarem. Pierwsza rola w filmie prawie nigdy nie spotyka się z takim uznaniem. Z gali wracała z mamą, kupiły szampana i chociaż był ciepły, to zdaniem Audrey to najlepszy szampan, jaki kiedykolwiek piła.

Była inna. Nie regulowała brwi, nie wybielała zębów, miała płaskie piersi i nie chciała tego zmieniać. Świat oszalał na jej punkcie – tym bardziej że Audrey nie była rozkapryszoną gwiazdką, czasami wstawała o 5 rano, by tylko poćwiczyć rolę i do późnej nocy pracowała nad głosem podczas lekcji śpiewu. „Była rzadkim zjawiskiem w Hollywood, gwiazdą, która wykazywała szczerą troskę o innych, a nie o siebie” – twierdził jej przyjaciel Roger Moore. „Onieśmielało ją, że pracownicy lotnisk czy hoteli traktują ją jak kogoś wyjątkowego. Nie znosiła takich sytuacji i nigdy nie wykorzystywała swojej sławy czy pozycji dla własnych interesów” – tłumaczył w jednym z wywiadów jej syn Luca Dotti, dodając: „Nie uważała, że jest lepsza od innych. To pewnie dlatego, że nigdy nie zapomniała o horrorze wojny”. Gdy dostała propozycję zagrania w ekranizacji „Dziennika Anny Frank”, odmówiła, bo wiedziała, że taka rola mogłaby ją zniszczyć emocjonalnie.

Ambasadorka życia

Mając 25 lat, wyszła za mąż za Mela Ferrera, bo jak twierdziła, jego spojrzenie przeszyło ją na wylot. Bardzo chciała mieć dzieci. Gdy po raz drugi poroniła, bała się, że oszaleje. „Bolało bardziej niż rozwód rodziców i zniknięcie ojca” –  wyznała. Paliła paczkę papierosów dziennie i miała 7 kilo niedowagi. Mel Ferrer nie poradził sobie z typowym męskim problemem, jakim jest związek z niezależną, silną, więcej zarabiającą kobietą. Szczególnie gdy spotkało ją uznanie całego świata za główną rolę w „Śniadaniu u Tiffany’ego”, które zapewniło Hepburn nieśmiertelność. „To problem, kiedy żona przyćmiewa męża, tak jak Audrey przyćmiewa mnie” – powiedział po latach. Aktorka krytycznie podchodziła do swojej twórczości, pozostając zdziwiona uznaniem, którego doświadcza. O roli w kultowym „Śniadaniu u Tiffany’ego” mówiła: „Jest to film, który oglądam z najmniejszym zażenowaniem. Ale zawsze prześladują mnie wtedy dwie myśli. Po pierwsze, jak ja mogłam porzucić kota? I po drugie, że Truman Capote chciał w tej roli obsadzić Marilyn Monroe”.

Narodziny synka, Seana, były dla niej znacznie ważniejsze od zdobytego Oscara. W 1968 roku wyszła ponownie za mąż, za włoskiego psychiatrę, Andreę Dottiego. Szybko została po raz drugi mamą, urodziła syna Luca. Jeśli chodzi o męża, to udało jej się dopiero za trzecim razem. Psychiatra zdradzał Audrey i w odróżnieniu od swojej żony wolał rozrywkowe życie od spokoju domowego.

Gdy Audrey została ambasadorką UNICEF-u, wyznała, że przygotowywała się do tej roli całe życie. Sądzono, że pojawi się na kilku galach i szybko znudzi, jednak pomocy głodującym dzieciom Audrey poświęciła wiele lat. Właśnie podczas tej pracy poznała Roberta Woldersa, męża i przyjaciela. Spędziła z nim swoje ostatnie 12 lat, które uznała za najszczęśliwsze.

Dzięki pracy dla UNICEF-u Audrey zatoczyła symbolicznie krąg – wiedziała, czym jest głód, cierpienie, wojna i właśnie dlatego poświęciła ostatnie lata życia, by pomóc tym, którzy głodu, cierpienia i wojny nadal doświadczają. „Jeśli przestaniesz chcieć dawać, nie ma już nic, dla czego warto byłoby żyć” – mówiła. W dodatku często powtarzała, że to przywilej móc uratować dziecko. Pokorna wobec swoich ran i spektakularnych sukcesów postanowiła zutylizować swoją sławę i rozpoznawalność w sposób, który przyniesie korzyść naprawdę potrzebującym.

Podróżowała do Bangladeszu, Ameryki Południowej, Somalii, Afryki. To właśnie po powrocie z Etiopii apelowała do Amerykanów i całego świata o pomoc dla dzieci, zdarzało się, że ze łzami w oczach prosiła o wsparcie. Przeczytała kiedyś wywiad z amerykańskim politykiem Henrym Kissingerem, który twierdził, że Bangladesz to kraj, dla którego nie ma ratunku. Audrey poczuła się dotknięta siłą jednego człowieka, który swoimi słowami przekreśla losy całego państwa. Poleciała do Bangladeszu, zaangażowała się w zbiórkę funduszy. Ostatnią podróż odbyła razem z Robertem do Somalii. Niestety, już wtedy cierpiała na raka jelit, choroba zatrzymała jej pracę i życie, gdy miała 63 lata.

Osoby, które w dzieciństwie doświadczyły traumy, cierpienia, porzucenia, mogą w dorosłym życiu przyjąć różne strategie. Niektórzy walczą i szukają winnych, osądzają świat, rodziców, politykę. Inni zamykają się w sobie, pielęgnują wewnętrzną ofiarę, skrzywdzone dziecko. Jeszcze inni chodzą po świecie z postawą roszczeniową, uważają, że skoro doświadczyli tylu krzywd, należy im się rekompensata, uznanie, miłość i prawo do radzenia innym. Niektórzy, tak jak Audrey, po prostu biorą życie w swoje ręce. „Każdy człowiek od urodzenia jest zdolny do kochania” – powtarzała – „musi jednak wytrwale ćwiczyć, tak jakby dbał o mięśnie”.

Najszczęśliwsza była w swetrze i dżinsach, w domu, w otoczeniu rodziny, gotująca proste dania ze swojego dzieciństwa – mówi Luca Dotti, syn Audrey Hepburn i autor jej kulinarnej biografii w rozmowie z Martyną Harland.

W „Audrey w domu” piszesz o różnych potrawach, szczególnie istotnych w życiu twojej mamy, jak curry, hutspot, penne alla vodka. Skąd pomysł na to, by przedstawić ją od tej strony? Urodziłem się w 1970 roku, czyli właściwie już po jej filmowej karierze. Ona od wczesnej młodości pracowała bez ustanku. Gdy skończyła 40 lat, uznała, że ma już dość, i zamieszkała we Włoszech. Z dzieciństwa zapamiętałem curry jako część sekretnej, lecz trwałej więzi łączącej babcię i mamę. Ja byłem z tego wykluczony. Z kolei hutspot to mały garnek z ziemniakami, marchwią i cebulą. Pożywne danie wywodzące się z dawnej Holandii, mocno wiązało się z historią kraju i losem mojej matki. Głodem, który przeżyła podczas II wojny światowej, kiedy hutspot było jej jedynym pożywieniem. Z kolei penne alla vodka, czyli śmietana i wódka w dużych ilościach, to czas zabawy w jej życiu. Przygotowywała je wspólnie ze swoją przyjaciółką Connie, żadne spotkanie towarzyskie nie mogło się bez tego obejść.

Podobno w walizce zawsze woziła makaron. Mówiła, że do szczęścia wystarczy jej spaghetti al pomodoro z odrobiną oliwy. Ten smak dawał jej poczucie bezpieczeństwa, kojarzył się z domem? Si, bravo, to było ulubione danie matki. Gdyby w mojej książce miały znaleźć się tylko dwa przepisy, byłyby to makaron z sosem pomidorowym i ciasto czekoladowe. Ciasto czekoladowe kojarzyło się mamie z kolei z wyzwoleniem. Kiedy wybiegła powitać żołnierzy, dostała od nich czekoladę i papierosa.

Życie Audrey przez lata zmieniło się z wyrafinowanego w bardzo proste. Im bardziej moja matka stawała się świadoma siebie i pewna tego, co chce robić, tym bardziej dążyła do prostego życia. Dotyczyło to wszystkiego, od kuchni po modę. W latach 50. i 60. nosiła efektowne stroje, od Givenchy po Valentino. Słynne duże kapelusze, okulary muchy i „mała czarna”. W latach 70. zamieniła je na proste, niezobowiązujące ubrania, jak dżinsy i t-shirty. Dla wielu stała się ikoną mody, ale w prawdziwym życiu szczęśliwa była w swetrach i dżinsach. Tak ją właśnie pamiętam, jako kobietę, która odbierała mnie ze szkoły i uwielbiała gotować. Aktorstwo tak naprawdę nie było jej prawdziwą ambicją, to po prostu zawód. Oczywiście kariera i postaci, które kreowała na ekranie, pomogły jej rozkwitnąć. Mimo to Hollywood jej nie interesowało. Kolejne sukcesy filmowe sprawiały, że dalej szła tą drogą. Najbardziej jednak pragnęła spokojnego życia na wsi. Z wieloma gwiazdami tamtych czasów, jak Elisabeth Taylor czy Marilyn Monroe, wiązało się sporo dramatycznych opowieści. Wielka kariera i wielkie życie. A moja matka ceniła życie proste, codzienność włoskiej kury domowej. Szczęśliwa była z rodziną. Wiele osób oceniało taki tryb życia jako nudny i smutny, zupełnie tego nie rozumiała. Mimo że chciała studiować, nigdy nie miała takiej możliwości, była więc bardzo dumna, gdy w 1992 roku Brown University przyznał jej doktorat honoris causa. „Wyobrażasz sobie?” – powiedziała – „Doktorat dla mnie, dla kogoś z takimi brakami w wykształceniu?”.

Ralph Lauren powiedział o niej: „Audrey w prawdziwym życiu była taka, jak ta pokazywana w filmach. Taka, jak można było się spodziewać”. Z kolei Peter Bogdanovich opisał moją matkę jako motyl z żelaza. Wolna jak motyl, ale stworzona ze stali. Była bardzo silna, zdeterminowana i uparta. Wszystko robiła na sto procent, całą sobą. Gdy zdecydowała, że chce założyć rodzinę, stwierdziła, że nie da rady pogodzić tego z karierą. Wybrała to, czym chciała się zająć bardziej. Była już wtedy sławna i mogła wybierać role, które chciałaby zagrać. Myślę, że dla każdej kobiety to bardzo trudna decyzja, szczególnie gdy odnosi sukcesy na polu zawodowym.

Jak fakt posiadania sławnej, uwielbianej przez wszystkich matki wpłynął na twoje relacje z kobietami? Trudność w moim życiu polegała głównie na tym, żeby wytłumaczyć mojej dziewczynie czy żonie, że nie występuje w żadnym turnieju i nie rywalizuje z moją matką. Nie szukam mojej matki w kobiecie, z którą się spotykam. Nie mam takiej potrzeby. Moja żona nie wygląda jak moja matka i wcale nie musi.

Długo nie wiedziałeś, że twoja mama jest sławna. W domu nie oglądało się filmów z jej udziałem? Opowieści mojego ojca psychiatry były dużo ciekawsze. W domu to on był w centrum uwagi. Tak naprawdę w pełni zdałem sobie sprawę ze sławy matki dopiero po jej śmierci. Wtedy zacząłem się zastanawiać nad tym, jaki jest mój prywatny obraz, a jak postrzegają ją inni. Moja mama była zawsze blisko ludzi. Nie jeździła autem, dużo chodziła i znała wszystkich w okolicy. Nie ukrywała się za ciemnymi okularami i ochroną. To były inne czasy. Dlatego ludzie zawsze chronili ją i jej prywatność.

Podobno najbardziej ceniła sobie rolę Susy w filmie „Doczekać zmroku”, do której nauczyła się zachowywać jak osoba niewidoma. Nad żadnym innym filmem nie pracowała tak ciężko, a dodatkowym powodem do dumy było to, że ta kreacja różniła się od większości ról, w jakich ją obsadzano. Zagrała niewidomą kobietę, która podejmuje walkę z przestępcami. Była już starsza, bardziej świadoma siebie. To moment, gdy poczuła się tak naprawdę aktorką. Bardzo też lubiła swój wcześniejszy film „Historia zakonnicy” i „Na zawsze” Stevena Spielberga, którego podziwiała, od kiedy zobaczyła „E.T.”. To była jej ostatnia rola filmowa, zagrała tam anioła Hap. Mojej matce zawsze powtarzano: „Chcemy ciebie, bo jesteś naturalna i nie potrafisz grać”. Nie była wielką aktorką, była po prostu sobą.

Podziw dla twojej matki jest najsilniejszy w Japonii. Kilka lat temu znalazła się tam na 31. miejscu w rankingu najbardziej popularnych postaci historycznych. Tuż przed Mahatmą Gandhim. Tam właśnie narodził się fenomen Audrey Hepburn. W Europie matka była znana jako aktorka, a ludzie uważali ją za piękną kobietę. Jednak w Japonii stanowiła kogoś zupełnie wyjątkowego. Myślę, że wiele Japonek po prostu było się w stanie z nią utożsamić. Z jej wyglądem, drobną sylwetką, ale też dyskretnym zachowaniem i determinacją, charakterystycznymi dla Azjatów.

Jednak Audrey Hepburn musiała przecież mieć jakieś wady, była kobietą z krwi i kości. Właśnie ten idealny obraz matki, który tak naprawdę powstał dopiero po jej śmierci, skłonił mnie do poszukiwań. Chciałem porównać dwa punkty widzenia, publiczny i mój własny. Proces zagłębiania się w temat i pisania książki sprowadzał się do jednego: zrozumienia, że moja matka jest postrzegana jako ktoś wyjątkowy. Nie ja. Niektórzy nadal mają wobec mnie oczekiwania. Skoro jesteś synem Audrey Hepburn, powinieneś być jakiś. Gdy mama umarła, miałem 23 lata. Wtedy postanowiłem nie mówić nikomu, że jestem jej synem. Wiele czasu minęło, nim pogodziłem się z tym, kim jestem.

To kim jest Luca Dotti? Mężem, który kocha swoją żonę, ojcem trójki dzieci, grafikiem. Po prostu Lucą Dottim.

  1. Moda i uroda

Czarny total look - stylizacje na każdą okazję

Czarny total look sprawdzi się na każdą okazję. (fot. Imaxtree)
Czarny total look sprawdzi się na każdą okazję. (fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 20 Zdjęć
"Czerń jest ponad wszystko" - tak mówiła kiedyś Coco Chanel, ikona mody i wielka miłośniczka tego koloru. Dziś trend "all in black" uwielbiają nie tylko projektanci i modelki, ale również gwiazdy i celebryci. Co takiego wyjątkowego jest w stylizacjach, w których czarny gra pierwsze skrzypce? Wystarczy spojrzeć... Sam szyk, elegancja i klasa.

Czerń od zawsze kojarzy się z elegancją i dobrym stylem. Jest uniwersalna, ponadczasowa, ale też tajemnicza i zmysłowa. Symbolizuje siłę, odwagę i pewność siebie.

Mediolan (fot. Imaxtree) Mediolan (fot. Imaxtree)

Mediolan (fot. Imaxtree) Mediolan (fot. Imaxtree)

Czerń jest również zaskakująco łatwa w stylizacji. Świetnie wygląda np. w wersji z marynarką. Dzięki takiemu zestawieniu zawsze będziesz prezentować się szykownie i z klasą. Outfit ten doskonale sprawdzi się w pracy, ale możesz go nosić również na co dzień.

Nowy Jork (fot. Imaxtree) Nowy Jork (fot. Imaxtree)

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)

Omawiając czarne stylizacje nie sposób nie wspomnieć o nieśmiertelnej "małej czarnej", którą możemy nosić dzięki Coco Chanel. Projekt zaprezentowany w 1926 roku na łamach amerykańskiego Vogue'a wciąż zachwyca swoją prostotą. Dziś na ulicach możemy podziwiać przeróżne wariacje na temat tego modelu.

Nowy Jork (fot. Imaxtree) Nowy Jork (fot. Imaxtree)

Nowy Jork (fot. Imaxtree) Nowy Jork (fot. Imaxtree)

Mediolan (fot. Imaxtree) Mediolan (fot. Imaxtree)

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)

Moda na "małą czarną" nie przemija. Ogromną popularnością cieszą się również czarne sukienki w wersji maxi. Dobrze jest mieć w szafie choć jeden taki model. Długa sukienka w wersji black to szybki ratunek na niespodziewane wyjście i jednocześnie świetne rozwiązanie na niemalże każdą okazję - od nieoficjalnych po eleganckie spotkania. W takiej stylizacji spokojnie możesz udać się do pracy, na randkę lub na imprezę.

Londyn (fot. Imaxtree) Londyn (fot. Imaxtree)

Nowy Jork (fot. Imaxtree) Nowy Jork (fot. Imaxtree)

Czarny total look w towarzystwie ramoneski to idealna opcja nie tylko na rockowy koncert. Skórzana kurtka doda stylizacji pazura, a także podkreśli twój charakter.

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)

Czarne płaszcze to klasyka gatunku, która zawsze będzie dobrym i bezpiecznym wyborem. Dobierając odpowiednie materiały i faktury możemy wyczarować niezwykle elegancką stylizację lub charakterny, mocny look, dzięki któremu przykujesz uwagę wszystkich przechodniów na ulicy.

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)

Kopenhaga (fot. Imaxtree) Kopenhaga (fot. Imaxtree)

Mediolan (fot. Imaxtree) Mediolan (fot. Imaxtree)

Czerń możemy nosić niezależnie od pory roku, także w sezonie letnim. Czarne ubrania świetnie sprawdzą się na każdą okazję. Ponadto kolor ten wygląda dobrze zarówno w sportowych, jak i casualowych stylizacjach.

Na koniec mamy coś specjalnego dla tych, którzy uwielbiają bawić się modą. Oto kilka odważnych stylizacji w wersji "all in black", które nas zachwyciły.

Kopenhaga (fot. Imaxtree) Kopenhaga (fot. Imaxtree)

Londyn (fot. Imaxtree) Londyn (fot. Imaxtree)

Londyn (fot. Imaxtree) Londyn (fot. Imaxtree)

Paryż (fot. Imaxtree) Paryż (fot. Imaxtree)