1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Kolagen - źródło młodości skóry

Kolagen - źródło młodości skóry

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Od niego zależy młody wygląd naszej skóry. Dlatego firmy kosmetyczne nieustannie szukają sposobu wykorzystania tego składnika. Do gabinetów medycyny estetycznej trafił właśnie nowy zabieg z kolagenem. Premierę miała też luksusowa marka polskich produktów z naturalnym kolagenem.

„Kolagen to najpopularniejsze białko organizmu syntetyzowane w fibroblastach. Stanowi niemal 1/3 całkowitej masy białka występującej w ludzkim ciele. Kolagen ma wyjątkowo regularną budowę o kształcie potrójnej spirali, superhelisy, złożoną z łańcuchów aminokwasów, czyli połączonych ze sobą aminokwasów. Tworzy w skórze coś w rodzaju siateczki. Dzięki niemu skóra się nie rozrywa, chyba że dochodzi do ekstremalnego naciągnięcia – wtedy właśnie powstają rozstępy. O tym, jak wytrzymały jest kolagen, świadczy choćby fakt, że jedno włókno kolagenu o średnicy 1 mm jest w stanie wytrzymać obciążenie do 10 kg”, mówi dr Iwona Radziejewska-Choma, flebolog i lekarz medycyny estetycznej.

Źródło młodości

„Kolagen to najważniejsze włókno podporowe skóry, które sprawia, że jest ona gładka, napięta i odpowiednio nawilżona. Można porównać go do rusztowania – u młodych osób taka podpora jest trwała i mocna, jednak wraz z upływem czasu staje się coraz słabsza i mniej stabilna. Dzieje się tak dlatego, że po 25. roku życia rozpoczyna się nieodwracalny i nieuchronny proces stopniowego zanikania kolagenu – zmniejsza się jego produkcja, a zwiększa degradacja – wyjaśnia dr Radziejewska-Choma. – W ten sposób zostaje zachwiana równowaga kolagenowa w organizmie człowieka, więcej kolagenu ulega zniszczeniu, niż organizm może odbudować. Bardzo duży wpływ na jego degradację ma promieniowanie UV”, dodaje ekspertka.

Czy warto go suplementować?

W aptekach i drogeriach możemy znaleźć bogatą ofertę suplementów z kolagenem. Trzeba jednak pamiętać, że skóra znajduje się na ostatnim miejscu listy zmartwień naszego organizmu. Suplementowany kolagen w pierwszej kolejności trafia do ścięgien, stawów, tkanki kostnej, chrzęstnej, naczyń krwionośnych i innych ważnych dla funkcjonowania organizmu narządów. Tylko odpowiednio wczesne i regularne dostarczanie organizmowi kolagenu daje więc szansę na zatrzymanie na dłużej także młodości skóry. Z drugiej strony na Zachodzie mówi się o „wegańskich zmarszczkach” i niektórzy dermatolodzy twierdzą, że weganki mają znacznie bardziej wiotką i skłonną do zmarszczek cerę. Nasz swojski rosół przez wiele osób uważany jest za napój młodości właś­nie ze względu na zawartość kolagenu. W Nowym Jorku czy Los Angeles gwiazdy chętnie wpadają na bone broth, czyli bulion na kościach, chociaż niezbyt chętnie chwalą się tym na Instagramie.

Dla skóry

„Medycyna estetyczna już od wielu lat wykorzystuje kolagen w różnych postaciach. Pierwsze kolagenowe wypełniacze pojawiły się na rynku w latach 80. ubiegłego wieku. Główną ich wadą były niepożądane działania – przede wszystkim reakcje alergiczne. W poszukiwaniu lepszych rozwiązań wprowadzono wypełniacze pozyskiwane z tkanek osób zmarłych, a potem kolagen hodowany na ludzkich fibroblastach”, wyjaśnia dr Radziejewska-Choma. „Dziś mamy w końcu preparat kolagenowy, który nie wywołuje niepożądanych działań ubocznych, a zawarta w nim substancja aktywna pochodzi z organizmu konia”. Nithya, bo o tym produkcie mowa, zawiera kolagen typu I,który podaje się do skóry na zasadzie mezoterapii. „Preparat ma formę proszku, który tuż przed podaniem rozpuszcza się w soli fizjologicznej. To sprawia, że kolagen rozpada się do tripeptydów i amino-kwasów, dzięki czemu nie alergizuje. Tripeptydy to cząsteczki bioaktywne – pobudzają czynniki wzrostu i namnażanie się nowych fibroblastów. Te zaś zaczynają produkować nowy, młody kolagen typu III. Dodatkowo biopeptydy zawarte w preparacie wyhamowują proces niszczenia kolagenu”, mówi lekarz.

„Zazwyczaj jedną fiolkę preparatu, czyli 5 ml, wykorzystuje się na obszar twarzy, szyi, dekoltu i ewentualnie dłoni. Skóra po zabiegu staje się bardziej jędrna, a zmarszczki mniej widoczne. Zabiegi z użyciem specjalnego preparatu Nithya Body można stosować także na ciało, zmniejszając widoczność blizn i rozstępów. Bardzo dobrze sprawdza się też przy tzw. pelikanach, wiotkiej skórze brzucha, łokci, kolan i wewnętrznej strony ud”, mówi dr Radziejewska-Choma.

Kolagen w kremie

Cząsteczka kolagenu ma zbyt duży rozmiar, by mogła wniknąć w skórę. Mimo to jest cenionym składnikiem wielu produktów pielęgnacyjnych ze względu na swoje właściwości wygładzające, nawilżające i regenerujące. Kolagen nałożony na skórę tworzy na jej powierzchni bardzo cienką błonę utrudniającą parowanie wody. W efekcie perfekcyjnie nawilża. W produktach z kolagenem znajdują się też polipeptydy (wśród nich często wykorzystywany w kosmetykach matrixyl), które mają zdolność przenikania przez naskórek i przyspieszania regeneracji komórek skóry.

Nie tylko dla weganek

Kolagen produkowany jest w naszej skórze, dlatego warto właściwie ją stymulować, by ta „fabryka” działała pełną parą. Możemy popijać białą herbatę – zawiera dużo antyoksydantów, które chronią kolagen i elastynę przed rozpadem. Bogatym źródłem właśnie antyoksydantów są też ciemnozielone liście, jak szpinak czy jarmuż, oraz jagody i borówki. W walce o kolagen przyda się również likopen zawarty w burakach i pomidorach. W odnowie zapasów kolagenu dużą rolę odgrywa witamina A, którą znajdziemy w marchewkach i batatach. Czosnek zaś jest źródłem tauryny i siarki – mikroelementów niezbędnych do produkcji kolagenu. „Również w pielęgnacji warto serwować skórze antyoksydanty, produkty z witaminą C i retinolem”, przekonuje dr Radziejewska-Choma.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Epilacja laserowa - pozbądź się zbędnego owłosienia na zawsze

Depilacja nóg, pach, czy strefy bikini zabierają  sporo czasu, nerwów, a czasami wiąże się też z bólem. Epilacja laserowa pozwala na stałe pozbyć się uciążliwych włosków. (Fot. iStock)
Depilacja nóg, pach, czy strefy bikini zabierają sporo czasu, nerwów, a czasami wiąże się też z bólem. Epilacja laserowa pozwala na stałe pozbyć się uciążliwych włosków. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Tęsknimy za latem, a w kalendarzu wciąż zima… Zamiast narzekać, lepiej wykorzystać ten czas na zabiegi, które można zrobić jedynie o tej porze roku. Jednym z nich jest epilacja laserowa - czyli usunięcie na zawsze zbędnego owłosienia. 

Tęsknimy za latem, a w kalendarzu wciąż zima… Zamiast narzekać, lepiej wykorzystać ten czas na zabiegi, które można zrobić jedynie o tej porze roku. Jednym z nich jest epilacja laserowa - czyli usunięcie na zawsze zbędnego owłosienia. 

Tak, na zawsze - to jest możliwe. Po serii zabiegów włosy naprawdę nie odrastają. Bezpowrotnie można zapomnieć o maszynkach, piankach, golarkach, depilatorach, woskach i wszystkich problemach z tym związanych. Trwałe usunięcie owłosienia, które i tak ciągle było golone albo depilowane, to duża wygodna oraz oszczędność czasu, a czasem też bólu. I najlepsze rozwiązanie dla osób szukających w pielęgnacji ekologii - jeśli założymy, że w ciągu roku kobieta średnio zużywa 20 maszynek do golenia, a przygodę z depilacją zaczyna w wieku 15 lat, to jest o co zawalczyć. Czasem laser staje się też jedynym skutecznym rozwiązaniem na problem wrastających włosków - tak było w moim przypadku. Po wielu latach stosowania depilatora, w pewnym momencie, na moich nogach pojawiło się dużo ciemnych punkcików, czyli włosków, które nie był w stanie przebić się przez naskórek. Co gorsze, z czasem ciemne kropki zamieniały się w krostki. Jak do tego doszło? Włosy po depilacji, stają się coraz cieńsze i słabsze - trudno jest się im przebić przez naskórek, więc zaczynają rosnąć w poprzek, czasem widoczne są jako czarna nitka pod skórą. Mogą się też zakręcić w mieszku włosowym i spowodować stan zapalny. W moim przypadku nie pomagały pilingi, golenie w odpowiednim kierunku, ani specjalistyczna pielęgnacja. Epilacja laserowa okazała się wybawieniem -  już po pierwszym zabiegu problem wrastających włosów zniknął. A od  pond 15 lat nie wiem w ogóle co to zbędne owłosienie i depilacja.

Jak działa laser?

Laser wysyła wiązkę promieniowania - energia ta zamienia się w ciepło, które powoduje zniszczenie cebulki oraz macierzy włosa, czyli miejsca odpowiedzialnego za jego odżywianie i wzrost. Promieniowanie pochłaniane jest przez melaninę, czyli zawarty we włosie barwnik, szczególnie skoncentrowany w trzonie włosa. Im ciemniejszy włos, zawierający dużo pigmentu, tym lepszy efekt, bo bardziej nagrzewa się włos w trakcie zabiegu. Do niedawna blondynki właściwie nie miały większych szans na epilację laserową, ale najnowsze technologie zrobiły w tej dziedzinie postęp. Dobry sprzęt pozwala na jednoczesne usuwanie włosów ciemnych oraz jasnych - mówi dr Franciszek Strzałkowski założyciel Kliniki Starzałkowski. Stało się to możliwe m.in. dzięki technologii Diolaze XL, w której zastosowano mieszane długości fali (755+810 nm oraz 810+1064 nm). Laser z taką technologią stosujemy w naszej klinice. Dodatkowo laser ten, dzięki zróżnicowaniu emisji długości fal działa na mieszki płycej i głębiej położone, co zwiększa skuteczność zabiegu - przekłada się to na mniejszą liczbę serii koniecznych do uzyskania pożądanego efektu.

Dlaczego zabiegi epilacji laserowej trzeba powtarzać?

Cykl życia włosa  ma trzy fazy: intensywnego wzrostu, spoczynku i obumierania. W momencie wykonywania zabiegu tylko część włosów jest w fazie wzrostu zwanego anagenem i tylko one mogą być usunięte na zawsze. Dlaczego? W  tej fazie wzrostu cebulka jest ściśle połączona z macierzą  -  „ustrzelona” dokładnie w tym czasie, jest zniszczona skutecznie. Oznacza to, że po jednym zabiegu pozbywamy się na stałe około. 30 proc. włosów. Dla uzyskania optymalnego efektu należy wykonać kilka zabiegów w odstępach trzech, czterech tygodni.

Czy to boli?

Dużo zależy od tzw. indywidualnego progu bólu, ale jeszcze więcej od maszyny jaką wykonywany jest zabieg. W najnowocześniejszych laserach wbudowane są unikalne układ do chłodzenia powierzchni skóry. Większość naszych pacjentów uważa, że epilacja laserem DiolazeXL jest praktycznie bezbolesna, nawet na tak delikatnych obszarach, jak wąsik, pachy czy bikini. Jednak dla pacjentów, którzy mają niską wytrzymałość na ból można dodatkowo zastosować zewnętrzne dodatkowe chłodzenie powietrzem o temperaturze minus 24 stopnie C.— mówi dr. Strzałkowski .

Czy epilacja laserem jest bezpieczna?

Podczas zabiegu zniszczeniu, oprócz włosa, ulegają tylko maleńkie naczynka odżywiające opuszkę włosa, a to nie jest groźne dla całego systemu naczynek krwionośnych skóry. Zabieg jest bezpieczny, pod warunkiem że moc promieniowania jest odpowiednio dobrana. Źle wykonana epilacja może spowodować oparzenia, a następnie trwałe przebarwienia naskórka, dlatego lepiej wykonywać ją w sprawdzonym miejscu.

Czy do epilacji należy się przygotować?

Przede wszystkim epilacji nie wolno wykonywać na świeżo opalonej skórze, dlatego zima to najlepszy czas na serię zabiegów - mówi dr. Franciszek Strzałkowski. Minimum 4 tygodnie przed zabiegiem nie powinno się wyrywać - depilować włosków, ale golić można, a nawet trzeba, bo skóra do zabiegu musi być gładka. Przeciwskazaniem jest również stosowanie leków światłouczulających: m.in. antybiotyków. Musi minąć przynajmniej 2 tygodnie od zakończenia leczenia, żeby wykonać zabieg - dodaje dr Strzałkowski.

Ile to kosztuje?

Epilacja laserowa, przy wszystkich swoich zaletach, ma jedną wadę - jest dość droga, biorąc pod uwagę jednorazowy wydatek. Jeden zabieg epilacji nóg kosztuje 600-800 zł. W przypadku wykupowania serii, klinki zwykle oferują rabat. Kwoty te robią wrażenie, kiedy trzeba je wydać na raz, ale warto wówczas pomyśleć, że już nigdy nie wyda się ani złotówki na inne akcesoria do golenia, o oszczędności czasu  i wygodzie nie wspominając.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. (Fot. iStock)
Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Moda i uroda

Stylowe buntowniczki

 Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)
Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Kiedyś nie miały programów telewizyjnych, linii kosmetyków, a mimo to miały siłę przyciągania, która sprawiała, że ich styl naśladowała ulica, a projektanci nazywali je swoimi muzami. Czy to niewytłumaczalne „coś”, które potrafiło zmienić zwykłą dziewczynę w międzynarodowy fenomen, zostało dzisiaj wymazane przez instagramowe filtry? Czy media społecznościowe zakończyły erę it-girls?

To. Nienamacalne, wyjątkowe, często niedoścignione. „Coś, co przyspiesza puls każdej osoby w kraju” – pisał Francis Scott Fitzgerald. Świat pierwszy raz o it-girls dowiedział się na początku XX wieku i od tamtej pory nie przestał się nimi fascynować.

Dziś to hasło zdaje się otaczać nas zewsząd. Widzimy je na okładkach magazynów, w artykułach i Internecie. Co ciekawe, nadal nie do końca wiadomo, czy z tym „czymś” trzeba się urodzić, czy można to też wypracować lub (w dobie cyfryzacji) po prostu wykreować. A może dziś prawdziwych it-girls już nie ma, a zastąpiły je influencerki?

Ten dziwny magnetyzm

Rudyard Kipling jako pierwszy wykorzystał przedrostek it, czyli „to”, by określić kobiecy urok. „Tu nie chodzi o urodę czy chwilę miłej rozmowy. To po prostu TO COŚ. Niektóre kobiety pozostaną w pamięci mężczyzn na zawsze, wystarczy, że tylko przejdą ulicą” – pisał w 1904 roku w opowiadaniu „Mrs Bathurst” (Pani Bathurst), tym samym przyczyniając się do stworzenia sformułowania it-girl. Pierwszą it-girl była zatem tytułowa bohaterka, z zawodu barmanka. Dla Kiplinga „to” odnosiło się do seksapilu, czyli określonego sposobu poruszania się i bycia, który silnie wpływał na mężczyzn. Potem, dzięki pisarce Elinor Glyn, it nabrało znacznie szerszego znaczenia. W jednej ze swoich krótkich powieści, nieprzypadkowo zatytułowanej „It”, Glyn pisze, że aby mieć „to coś”, trzeba mieć dziwny magnetyzm, przyciągający obie płcie. „Do tego niezbędna jest atrakcyjność fizyczna, ale piękno – już niekoniecznie”. Na podstawie jej powieści w 1927 roku powstał głośny film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrała ikona kina niemego Clara Bow. Jako zuchwała i bezwstydna pracownica domu towarowego wzbudzała zachwyt klientów do tego stopnia, że sama stała się pierwszą it-girl, istniejącą już nie tylko na kartach powieści. Aktorka była uosobieniem zwariowanej epoki jazzu. Rozpoznawana i pożądana w każdym towarzystwie, kompletnie nie zważała na etykietę. Mówiła z silnym brooklyńskim akcentem i klęła jak szewc, a postaci, które grała, czyli głównie kelnerki, sprzedawczynie czy manikiurzystki, obdarzała sporą dawką ciepła i humoru, co sprawiało, że ludzie czuli, iż jest jedną z nich. Nocami, zamiast z hollywoodzką śmietanką, wolała grać w pokera ze swoim szoferem, kucharką i pokojówką. Często można ją było zobaczyć, jak sunęła po Sunset Boulevard jaskrawoczerwonym packardem z towarzyszącym jej na siedzeniu pasażera psem rasy chow-chow, ufarbowanym pod kolor auta. Była inna, wyjątkowa, przyciągająca uwagę. I takie też były jej stroje.

Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW) Ikona kina niemego Clara Bow. (Fot. BEW)

Kult niedoskonałości

Początkowo i prasa, i krytycy byli ostrożni z tytułowaniem znanych kobiet tym mianem. It-girl miało się łączyć z wyjątkowymi cechami i szczególnym zainteresowaniem. Clara Bow nosiła je z dumą latami, co nie znaczyło jednak, że był to termin zarezerwowany jedynie dla niej.

It-girl z założenia nigdy nie miała być perfekcyjna. Z tym określeniem zawsze wiązał się pewien chaos. Bardziej niż idealny wygląd liczyły się styl życia, obecność w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I, naturalnie, oryginalny sposób ubierania się. Prawdziwe it-girls wzbudzały fascynację przez to, że ich życie było dalekie od fałszywej doskonałości. Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra, ale też wzbudzała duże zainteresowanie swoim prawdziwie rockandrollowym stylem życia i zawiłą relacją z członkami zespołu The Rolling Stones, których w zasadzie nie opuszczała na krok.

Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images) Anita Pallenberg, ikona stylu lat 60. i 70. XX wieku, która spopularyzowała sukienki boho, minispódniczki, wysokie buty i futra. Na rękach Marlon Richards, pierwsze dziecko Pallenberg i Keitha Richardsa. (Fot. Getty Images)

To samo tyczy się Brytyjki Jane Birkin, która wyprowadziła się z rodzinnego, swingującego Londynu, by spróbować sił we francuskim kinie. Nie znała języka, ale była absolutnie czarująca. I tym urokiem zdobywała kolejne role. Nawet Francuzi z czasem wybaczyli jej błędy i silny akcent. Koszula, dżinsy, prosty T-shirt i słynny pleciony koszyk, z którym nie rozstawała się nawet na wieczorowych galach, tworzyły styl, który dzisiaj tak mocno kojarzony jest z Paryżem. Miasto świateł wchłonęło estetykę Jane tak bardzo, że wydaje się, jakby zawsze była po prostu stylem paryskim.

Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News) Jane Birkin - brytyjka, która podbiła serca Francuzów. (Fot. East News)

To, co sprawiało, że osoby takie jak Jane Birkin czy Anita Pallenberg były tak czarujące, to także ich pozorna obojętność wobec sławy. Nie prosiły się o nią, to ona znalazła je sama. A gdy to zrobiła, nie chciała opuścić. It-girls otaczały zawsze tłumy paparazzich, bo każda nowa fotografia była na wagę złota. Szczególnie uciążliwe było to dla Brigitte Bardot, której nadmorska willa La Madrague w Saint-Tropez była regularnie nawiedzana przez fotografów, fanów i turystów. Podglądali ją lornetkami z lądu, morza (nierzadko podpływali do brzegu nurkowie) i z powietrza (helikoptery). Wszystko po to, by czytelnicy gazet na całym świecie mogli zobaczyć, jak tego dnia wygląda ikona stylu, kopiowana w latach 60. już przez większość Francuzek, które fryzowały się jak Bardot, mocno podkreślały oczy czarną kredką, próbując jednocześnie naśladować jej specyficzny sposób chodzenia i charakterystycznie wydęte usta. Dlatego kiedy była w ciąży, wynajęła mieszkanie obok szpitala, by ukradkiem chodzić na wizyty. Nic z tego. Jej nowy adres szybko wyciekł do mediów. Ostatnie tygodnie ciąży spędziła zamknięta w apartamencie z zasłoniętymi firankami.

Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images) Brigitte Bardot była regularnie nagabywana przez fotografów, fanów i turystów. (Fot. Getty Images)

Dzisiejsze infuencerki nie uciekają od kamer, ale same je na siebie kierują. Łaknąc coraz większej publiki, nawet wyręczają paparazzich i same robią sobie zdjęcia telefonem.

Ze świata analogowego w wirtualny

Wystarczy sporządzić listę nazwisk kobiet uznawanych za it-girls w danej dekadzie, by zobaczyć, jak bardzo na przestrzeni lat ich liczba zaczyna rosnąć. Te najbardziej znane, jeszcze z czasów analogowych, były raczej uosobieniem słowa „cool”. To aktorka Chloë Sevigny i sprawnie bawiąca się trendami prezenterka telewizyjna i modelka Alexa Chung. O pierwszej „New York Times” w 1994 roku pisał, że w wyjątkowy sposób wpływa na ludzi, choć nie jest ani wyjątkowo piękna, ani seksowna. Jest po prostu inna i ma w sobie elektryzującą nonszalancję. „Ta pozorna obojętność na promowanie siebie jest jej najbardziej atrakcyjną cechą. Choć może to też świadczyć o jej sprycie” – komplementował ją dziennikarz Jay McInerney. Nazwał ją wtedy „najbardziej wyluzowaną dziewczyną na świecie”. Do dziś pozostała ikoną kina niezależnego, a każdy jej nowy film jest uznawany za kontrowersyjny.

Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images) Aktorka Chloë Sevigny. (Fot. Getty Images)

Alexa Chung to z kolei pełna humoru Brytyjka, dziewczyna z sąsiedztwa, która po pokazie Chanel zamiast na elegancki bankiet chętniej poszłaby do klimatycznego pubu, zatopiona w rockandrollowym stylu życia. Kiedy tworzyła zgraną parę z liderem zespołu Arctic Monkeys, Alexem Turnerem, w prasie pojawiały się ich zdjęcia z ulic Londynu, po których spacerowali w trampkach, wyciągniętych podkoszulkach i ramoneskach. W przeciwieństwie do Sevigny Chung z czasem zaczęła jednak sprawnie prowadzić swoją karierę, płynnie przechodząc ze świata analogowego w wirtualny i w pełni korzystając z możliwości, jakie dają media społecznościowe. Wydała nawet książkę, znów zatytułowaną „It”, w której zdradza tajniki pielęgnacji swojej urody, swoje modowe wybory i upodobania. Książka miała premierę w 2013 roku, dokładnie w tym samym czasie rozpoczęła się era Instagrama.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Siła filtrów

Clara Bow czy Edie Sedgwick, gwiazda filmów Andy’ego Warhola i it-girl lat 60., nie miały kolekcji ubrań, programu telewizyjnego ani nie wydały książki o sobie. Dzisiejsze it-girls jak Alexa Chung, ale też blogerka Leandra Medine czy rosyjska ikona stylu Miroslava Duma, to prawdziwe marki, a ich blogi, linie ubrań czy kosmetyków – sprawnie działające biznesy. Nie trzeba już ich łapać na ulicach Nowego Jorku czy Paryża, same codziennie dostarczają nam swoje zdjęcia i filmiki ukazujące je w prywatnych i bardziej oficjalnych sytuacjach.

Ale coś jeszcze się zmieniło. Instagram, dzięki filtrom, pozwala nakładać maski, sztucznie zbliżające nasze twarze do narzuconej przez estetykę sieci perfekcji. Coraz popularniejsze stają się nierealne w rzeczywistości cybertwarze – szczupłe, z zadartymi nosami, dużymi ustami i rozciągniętymi w kształt migdała oczami. Takie, jakie za sprawą operacji plastycznych mają siostry Kardashian-Jenner, które i tak korzystają z filtrów, by jeszcze mocniej to podkreślić. Obsesja na punkcie rodziny Kardashian czy sióstr i modelek Hadid nie wynika z ich osobowości, zachowania czy wyjątkowego stylu, ale z powodu ich pozornej doskonałości. Mają perfekcyjnie skrojone twarze, ładne ciała i (pozornie) idealne, pełne luksusu życie. Tymczasem prawdziwa it-girl musi mieć pewne niedoskonałości, a nawet wady. Czerpie z życia pełnymi garściami. Robi wszystko, na co każdy z nas miałby ochotę, a nie ma na to wystarczającej odwagi. Nieznane są jej zwykłe troski, więc jej życie jest często autodestrukcyjne, a tym samym fascynujące. Dziś influencerki, by nie stracić obserwatorów, starają się być nieskazitelne i jak najbardziej neutralne. W tej walce o perfekcję często zatracają człowieczeństwo. „Typowy influencer jest całkiem przeciętny – to przeciwieństwo awangardy” – pisze Natasha Stagg w książce „Sleeveless: Fashion, Image, Media, New York 2011–2019”.

Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images) Rosyjska ikona stylu Miroslava Duma. (Fot. Getty Images)

It-girls wyznaczały trendy. Dzisiaj, by być popularnym, często powiela się utarte schematy. Podczas gdy one nie walczyły o swój tytuł, influencerki mają ambicję, by się nimi stać i czerpać z tego ekonomiczne i społeczne korzyści. Często więc kopiują to, co u innych okazało się skuteczne. I tak jak kiedyś it-girls tworzyły swój styl, obecnie coraz częściej widzimy influencerki przebrane w pełne looki od projektantów, które wysyłają im marki czy domy mody.

Podobnie widzi to teoretyk popkultury Mark Fisher, który twierdzi, że it-girls uosabiały styl życia, który przez paraliżujący wpływ mediów społecznościowych wymiera. W książce „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” pisze, że „oderwana od rzeczywistości chęć bycia widzianym zastąpiła prawdziwe zaangażowanie”. Realne, nieprzewidywalne życie zastąpiliśmy jego namiastką. Przez paranoję, w jaką wpędzają nas media społecznościowe, które wręcz zachęcają do tworzenia jednowymiarowej osobowości, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przejmujemy się opinią innych. A prawdziwe it-girls miały ją za nic. Robiły to, co uważano za nieakceptowalne, dopóki same nie sprawiły, że w końcu zostało zaakceptowane.

  1. Moda i uroda

Pełne, wąskie, naturalne… Czy istnieją usta doskonałe? Co warto wiedzieć przed zabiegiem? 

Zobacz galerię 2 Zdjęć
Zabiegi związane z modelowaniem ust kwasem hialuronowym dają różnorodne efekty -  nie musimy obawiać się przerysowanego czy wulgarnego wyglądu. Można nimi unieść opadające kąciki, wygładzić zmarszczki palacza, odmłodzić wargi, nawilżyć i wprowadzić harmonię w proporcjach twarzy. Rozmowa z lek. Małgorzatą Kocot z kliniki IkonaCity.

Zabiegi związane z modelowaniem ust kwasem hialuronowym dają różnorodne efekty -  nie musimy obawiać się przerysowanego czy wulgarnego wyglądu. Można nimi unieść opadające kąciki, wygładzić zmarszczki palacza, odmłodzić wargi, nawilżyć i wprowadzić harmonię w proporcjach twarzy. Rozmowa z lek. Małgorzatą Kocot z kliniki IkonaCity.

Jak rozmawiać z lekarzem, by uniknąć nieporozumień w zakresie tego, o jakich ustach marzymy? Zwłaszcza, że z pewnością wielu osobom zależy na  dobrym - naturalnie wyglądającym - efekcie. Najlepiej „pismem obrazkowym”. Idealnie, gdy pacjentka będzie miała wystarczająco dużo czasu i wcześniej przemyśli, jaki efekt końcowy chciałaby uzyskać. Na wizytę może przygotować zdjęcie ust w jej ocenie idealnych, np. celebrytki, aktorki lub jakiekolwiek inne pokazujące o jaki efekt jej chodzi. To dobry punkt do rozpoczęcia dialogu. Widząc przykład mogę stwierdzić, czy takie usta będą pasowały do jej indywidualnych warunków anatomicznych, wyjściowego kształtu i wielkości ust, rozmiaru nosa, proporcji twarzy czy linii żuchwy. Czasami zdarza się, że pacjenci zarówno kobiety jak i mężczyźni zabiegiem w okolicach ust chcieliby ukryć istniejące wady zgryzu. W tych przypadkach najlepiej najpierw skontaktować się z lekarzem ortodontą, a dopiero w drugim etapie skorygować kształt i wielkość ust, by przywrócić twarzy harmonię. Przede wszystkim ostateczny efekt zabiegu powinien być wynikiem porozumienia. Kompromisem uwzględniającym życzenia pacjenta oraz doświadczenie i świadomość lekarza. Dla zwiększenia komfortu pozwalam moim pacjentom kontrolować przebieg całego zabiegu w lusterku. Nic nie może ich wtedy zaskoczyć.

Czy przerabianie własnych zdjęć za pomocą filtrów to dobra wskazówka? To wręcz najlepszy sposób komunikacji! Wiemy wtedy dokładnie, co dla danej pacjentki oznaczają usta małe, a co duże, jakie jest jej wyobrażenie o naturalności, czy bardziej zależy jej na podkreśleniu kształtu ust czy większa objętość jest najbardziej oczekiwana. Oczywiście inny kształt będzie „pasował” dwudziestolatce, a inny kobietom po sześćdziesiątce, inny wybierają mężczyźni z sumiastym wąsem, a inny panowie z gładko ogoloną twarzą. Muszę powiedzieć, że większość pacjentek po kilku miesiącach, wraca na kolejny zabieg. Obawy wtedy są już dużo mniejsze, panie chętniej podejmują odważniejsze decyzję. Na własnej skórze przekonują się, że standardowa objętość strzykawki czyli 1 ml kwasu hialuronowego nie zniekształca ust, nie zaburza naturalnego ruchu i mimiki tej okolicy, nagle okazuje się że „to wcale nie jest za dużo”. Widzę też, że młodsze pacjentki mają w sobie więcej odwagi. Już na pierwszej wizycie dokładnie wiedzą jakiego efektu oczekują. Te dojrzalsze są na początku bardziej zachowawcze, często obawiają się reakcji otoczenia i najbliższych.

Czyli naturalność może być różnie postrzegana? Jeśli chodzi o „naturalność”, to nie tylko dotyczy ona wielkości ust, ale także lub nawet najważniejsze - proporcji. Najlepszych wskazówek dotyczących naturalnych proporcji ust udziela nam tak zwany złoty podział, czyli matematyczna zależność oddająca najdoskonalszą harmonię. Zgodnie z zasadą złotego podziału stosunek objętości górnej wargi do dolnej powinien wynosić 1:1,618, dolna warga powinna być zawsze większa niż górna. W przypadku jeśli np. górna warga będzie za duża w stosunku do dolnej to, mimo że całe usta nie będą przerysowane, mogą nam się po prostu nie podobać i wydawać się nieco wulgarne. Oczywiście proporcje objętości i wysokości rozróżniamy również ze względu na płeć. U panów usta powinny być szerokie i bardziej płaskie. Na męskich twarzach dobrze prezentują się wargi masywne, bez mocno zaznaczonego łuku kupidyna. Kąt podciągnięcia górnej wargi powinien być jak najbardziej płaski. W przypadku kobiet bardzo istotne jest podkreślenie łuku kupidyna- stąd popularność takich technik jak Baby Doll Lips czy Russian Lips, które aktualnie podbijają Instagram. Usta po wykonaniu zabiegu powyższymi technikami są niezwykle kobiece, ale pasują do osób między 25 a 35 rokiem życia. Dla dojrzalszych pacjentek mogą okazać się zbyt intensywne czy przerysowane, a przecież kształt ust musi być dopasowany również do gęstości skóry i rysów twarzy.

Czy przy pomocy kwasu hialuronowego można jedynie poprawić kondycję ust, nawilżyć je? Tak, istotny jest wybór kwasu hialuronowego, którego użyjemy w trakcie zabiegu. Każda z technik pozwala osiągnąć inny efekt. Jednak nawet w przypadku zabiegu nawilżania ust powinniśmy zastosować preparat najwyższej jakości, który da nam naturalny i przede wszystkim trwały efekt. Zabieg pielęgnujący nie doda ustom objętości. Osobiście preferuję do nawilżania ust kwas hialuronowy Teosyal RHA1  lub RHA KISS marki Teoxane, bo efekt utrzymuje się 9-12 miesięcy. Jeżeli użylibyśmy innego produktu, na przykład takiego do mezoterapii, obrzęk po zabiegu byłby stosunkowo duży, a efekt niestety krótkotrwały. Po 2-3 miesiącach pacjentka byłaby zmuszona powtórnie odwiedzić gabinet.

Zabieg nawilżania ust kwasem hialuronowym rekomendujemy również pacjentom, którzy stosują dermatologiczną przeciwtrądzikową terapię doustną pochodnymi witaminy A, Wówczas, pierwszym objawem ubocznym są wyschnięte, pękające usta. W tym przypadku, zanim rozpoczniemy leczenie, możemy niejako zabezpieczyć pacjenta przed tą nieprzyjemną dolegliwością na najbliższe 9 miesięcy.

Zabieg ten świetnie sprawdzi się też u osób, które mają tendencję do często nawracającej opryszczki. Oczywiście z zachowaniem odpowiednich odstępów czasowych pomiędzy nawrotami i najczęściej  z  zastosowaniem profilaktycznej kilkudniowej kuracji lekami przeciwopryszczkowymi  przed, w trakcie i po zabiegu. Efekt będzie rewelacyjny, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym, gdy jesteśmy na nią bardziej narażeni. Aktualnie, gdy jesteśmy zmuszeni do stosowania „anty-covidowych” maseczek ochronnych, wiele osób skarży się na wysychanie ust. Dodatkowo rozmawiając, generujemy tarcie pomiędzy materiałem a ustami, a to może powodować szereg mikrouszkodzeń naskórka. Omawiany zabieg przy użyciu kwasu hialuronowego może zmniejszyć ten problem. Nawilżanie ust to uniwersalny zabieg, polecam go wszystkich. Będzie doskonały zarówno dla osiemnastolatki, jak osiemdziesięciolatki, dla podrażnionych ust zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. Dodatkowym plusem nawilżenia ust jest także podkreślenie koloru czerwieni wargowej, zniwelowanie ich bladości, co bywa uwarunkowane genetycznie, a często pojawia się wraz z wiekiem.

Czy Polki mają swoje preferencje jeśli chodzi o modelowanie ust? W Polsce dominuje słowiański typ urody. Oznacza to, że mamy przeważnie nieduże i stosunkowo wąskie usta. Doskonale rozumiem, dlaczego większość z nas chciałaby je nieco wymodelować i nie chodzi tutaj tylko o objętość. W związku z tym, podczas pierwszego etapu powiększania, jeśli zależy nam na naturalnym efekcie, skupiamy się na proporcjach. Zadaniem lekarza jest również dobranie preparatu odpowiedniej jakości. W tym przypadku powinien być niezwykle plastyczny i dostosowywać do naturalnej dynamiki tej okolicy. Dobrym przykładem jest szeroka gama kwasów hialuronowych Teosyal Lip Collection, która składa się z pięciu różnych produktów, dedykowanych tylko tej szczególnej okolicy, pozwala to na idealne dobranie preparatu. Produkty z Teosyal RHA ze względu na swoje właściwości reologiczne, wbudowują się w strukturę skóry, są także bardziej odporne na rozciąganie – uśmiech, mówienie, wszelką naturalną mimikę. Polki lubią także usta „American Style”, który charakteryzuje się tym, że górna warga jest bardziej wyciągnięta na boki i w górę. Dolna warga pozostaje nieco węższa, ale jest bardziej podkreślona. Ten kształt możemy zaobserwować u większości amerykańskich modelek - usta są kobiece i niewyzywające. Mimo że stosunkowo mocno powiększone. My Polki mamy delikatny, słowiański typ urody, ale pociąga nas bardziej wyrazisty amerykański wizerunek. Myślę, że najlepiej jest jednak zachować umiar.

Dlaczego techniki znane jako Baby Doll Lips i Russian Lips zrobiły tak zawrotna „karierę", choć wielu z nas źle się kojarzą? Baby Doll Lips oraz Russian Lips to obecnie najbardziej pożądane kształty ust. To określenia popularne raczej w social mediach, niż wśród lekarzy. Ale proszę się nie obawiać, nadążamy za trendami! Te nazwy niezwykle silnie zakorzeniły się w świadomości pacjentek. Najważniejsze, by obydwie strony dobrze rozumiały, o jaki efekt chodzi. Wyjaśniając - Baby Doll to usta uniesione tylko w centralnej części. Układają się w kształt serca. Jednak jeśli patrzymy na nie z profilu, są spłaszczone, nie nadajemy im objętości, która wysuwałaby je do przodu. Natomiast kształt Russian Lips eksponuje usta pełniej - ku górze i do przodu. Mimo, że ten rosyjski styl jest mocno kontrowersyjny, nie dyskredytowałabym go. Są osoby, które z takimi ustami wyglądają świetnie, co więcej dodaje im to pewności siebie. Szczególnie panie o ciemnej karnacji, ciemnej oprawie oczu, ciemnych tęczówkach i... z dużym nosem. W tym przypadku wyraźne usta doskonale zmniejszą optycznie nos. Paradoksalnie uzyskamy łagodniejszy wyraz twarzy. Masywny nos w połączeniu z małymi ustami nadaje twarzy dosyć surowego wyglądu.

Czy powiększanie ust możemy robić etapowo? Tak, jak najbardziej. Jeśli małe usta chcemy powiększyć mniej więcej trzykrotnie, to powinniśmy rozłożyć to na kilka etapów. Dla przykładu - wyobraźmy sobie osobę, która ma niezwykle cienkie, prawie niewidoczne wargi - w tym przypadku jeśli cały proces przeprowadzimy w odpowiedni sposób, etapami,  mimo znacznego dodania objętości, efekt nie będzie zdradzał jakiejkolwiek ingerencji. Na początku zawsze pracujemy nad konturem i kształtem ust. To daje pacjentce czas na zastanowienie, do jakiego efektu będziemy zmierzać kolejnymi krokami. Kiedy podejmie już decyzję, wraca do gabinetu i wskazuje, jak mają wyglądać jej wymarzone usta. Możemy wyraźniej unieść łuk kupidyna lub podkreślić centralną część dolnej wargi. Mamy bardzo dużą swobodę w modelowaniu ust. Najważniejsze jest to, by finalnie pacjentka była zadowolona i czuła się komfortowo.

Jako pierwszy preparat zawsze polecam RHA KISS. To najnowszy produkt linii Teosyal - niebywale plastyczny i dający finezyjny efekt podkreślenia konturu czerwieni wargowej. Usta nie przestają wyglądać naturalnie. Dzięki mniejszej objętości kwasu hialuronowego w ampułce - 0,7 ml – możemy osiągnąć delikatny i naturalny efekt. W przypadku gdy decydujemy się na kolejny krok i kolejny zabieg powinniśmy poczekać około 6 tygodni. Jest to czas, w którym czerwień wargowa adaptuje do nowej formy i większej objętości, napina się i wygładza. Jeśli pacjentka czuje niedosyt i chce wyraźniejszego efektu, możemy kontynuować proces modelowania ust. Wiem, że czasami czekanie na efekt końcowy jest trudne, ale cierpliwość, odpowiedni kwas hialuronowy, technika zabiegowa i zaufanie do lekarza dają wspaniałe, bo naturalne efekty, a jednorazowe podanie dużej ilości preparatu sprawia, że zaniknie odpowiedni kształt i kontur ust, będzie dominowała tylko objętość, a to efekt, którego często najbardziej się obawiamy.

A co z wielkimi, przerysowanymi wargami, które stereotypowo kojarzą się nam z zabiegami powiększania ust? To najczęściej kwestia podania zbyt dużej objętości w czasie jednego zabiegu, produktu niskiej jakości albo niewłaściwej techniki iniekcyjnej. Tak mogą powstawać deformacje. Jeżeli w ciągu roku nie podamy pacjentowi ilości preparatu przekraczającej w sumie objętość 2 ml, to usta pozostaną naturalne i zachowają swój kształt. Przekroczenie tej ilości może skutkować nadmiernym napięciem warg. A to również wpływa chociażby na odczuwanie temperatury, które w tym przypadku może być zaburzone. Inną kwestią jest jakość produktów kwasu hialuronowego. Pacjenci, skuszeni niższymi cenami, decydują się na preparaty z nielegalnych źródeł, które nie dość, że nie posiadają medycznych certyfikatów, to mogą być po prostu podróbkami znanych marek, niestety o nieznanym składzie i pochodzeniu.

A czy kwas hialuronowy może być traktowany przez organizm jako ciało obce? Czy dojdzie wtedy do otorbienia? Tak, mogą pojawić się zmiany o charakterze „granuloma”czy - grudek. Najczęściej jest to wynik użycia preparatów niskiej jakości. Istotną kwestią jest również właściwy dobór odpowiednio usieciowanego kwasu hialuronowego. Jeśli decydujemy się na użycie podrabianych preparatów, których nie brakuje w internecie, podejmujemy więc duże ryzyko. Kolejne czynniki bezpieczeństwa to technika iniekcyjna oraz sterylne warunki, w których przeprowadzany jest zabieg. Z przerażeniem czytam na różnych forach wypowiedzi o rozmasowywaniu produktu przez pacjentów po zabiegu. W ten sposób  możemy nadkazić miejsce iniekcji, umożliwiając bakteriom dostanie się w głąb skóry.

Wróćmy do samych zabiegów. Rozumiem, że mamy wpływ na to, jaki będzie finalny kształt ust. Mamy nad tym pełną kontrolę dzięki użyciu odpowiednich preparatów. Również znajomość zaawansowanych technik iniekcyjnych pozwala osiągnąć pożądany efekt. Możliwymi rezultatami są wypełnienie, lifting, konturowanie czy nawilżenie. Możemy zdecydować się na wymodelowanie kształtu ust lub podkreślenie łuku kupidyna czy dodanie im objętości, wszystko zależy od rodzaju preparatu jaki wykorzystujemy i znajomości zaawansowanych technik iniekcyjnych stosowanych przez konkretnego lekarza.

Czy przy pomocy kwasu hialuronowego możemy odmłodzić nasze usta, zlikwidować smutny wyraz twarzy, unieść kąciki? Oczywiście! Tu należy wspomnieć o tak zwanych zmarszczkach palacza. Są to pionowe linie znajdujące się nad górną wargą. Pacjentki, które chcą się ich pozbyć, jednocześnie nie zmieniając objętości ust, mogą zdecydować się na preparaty Teosyal RHA1 i RHA2. Będą najbardziej odpowiednie ze względu na swoją plastyczność i dynamikę. Pozwolą osiągnąć naturalny efekt. Zawsze polecam jednak połączenie zabiegu wypełnienia zmarszczek z subtelnym wymodelowaniem ust. Jeśli skupimy się tylko na tym pierwszym, rezultat może być niespójny. Podkreślony kolor i kształt ust wzmocnią ostateczny efekt zabiegu. Kwasem hialuronowym można skorygować również opadające kąciki ust, czyli otaczające usta mięśnie i specyficzne dla każdej osoby mimikę tej okolicy. Oczywiście możliwe jest podniesienie kącików poprzez podanie preparatu tylko wokół ust, osobiście jednak preferuję delikatne, ale holistyczne podejście co pozwala na osiągnięcie najbardziej naturalnego efektu. Jeśli u pacjenta podniesiemy kąciki ust, zlikwidujemy zmarszczki palacza, ale usta pozostaną niewyraźne i bez zaznaczonego konturu, to rezultat będzie niespójny. Paradoksalnie, obawiając się przerysowania, sprawimy, że zaburzymy harmonię. A to do niej przeważnie dążymy.

Czy istnieją więc usta doskonałe? Odpowiem przekornie - tak! Zakładając, że nasza potrzeba dążenia do doskonałości jest nieustająca, a doskonałość, której szukamy ulega zmianom, związanym z modą, wiekiem, poczuciem pewności siebie, aktualnym poziomem szczęścia i spełnienia, a czasami też zasobnością portfela. Mam wrażenie, że żaden z innych zabiegów medycyny estetycznej tak bardzo nie wpływa na nasze postrzeganie własnej atrakcyjności. Decydując się na wykonanie zabiegu, nawet tylko nawilżenia ust zbliżamy się do ideału, a usta doskonałe dla każdego pacjenta oznaczają przecież coś innego.

Lek. Małgorzata Kocot jest dermatologiem zajmującym się medycyną estetyczna od prawie 20 lat oraz trenerem zaawansowanych technik iniekcyjnych kwasu hialuronowego w firmie Teoxane. 

  1. Moda i uroda

Przebarwienia skóry - teraz jest najlepszy czas, by je usunąć. Jak?

 Serum liposomowe, Sesderma, Azelac RU, 132 zł/30 ml (cena promocyjna w superpharm.pl)
Serum liposomowe, Sesderma, Azelac RU, 132 zł/30 ml (cena promocyjna w superpharm.pl)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Skąd się biorą? Co współczesna medycyna proponuje kobietom, które nie lubią na swojej twarzy, dekolcie czy dłoniach brązowych nierównych plamek. Rozmowa z dr. Franciszkiem Strzałkowskim.

 

Stosuję kremy z wysokimi filtrami nawet, kiedy wychodzę na chwile na balkon, a i tak mam przebarwienia. Dlaczego? Słońce, czyli promieniowanie UVB stymuluje skórę do produkcji barwnika (melaniny), aby ją skutecznie chronić przed poparzeniem. Reakcję od razu widzimy na skórze - niektórzy reagują zaczerwienieniem, inni od razu zbrązowieniem skóry. Pojawienie się barwnika to po prostu blokada przed wnikaniem szkodliwego promieniowania. Opalenizna z czasem schodzi i wydawałoby się, że skóra wróci do naturalnego koloru. Niestety czasem ta redukcja barwnika nie schodzi do „zera’’, a na skórze pozostają nieestetyczne plamki. Czyli mówiąc najkrócej przebarwienia to wynik zaburzeń czynności komórek melanocytów, czyli komórek produkujących pigment (barwnik). To bardzo delikatna sprawa. Niestety. Jeśli mamy do nich tendencje – prawodopodobie będą powracać. Czasem wystarczy wyjście na saune, zażycie gorących kąpieli, zastosowanie niewłaściwych kosmetyków i w końcu ekspozycja na słońce – aby wróciły. Pracę komórek produkująych barwnik mogą zaburzać również leki np. antydepresanty, antykoncepcja, nadmierna ekspozycja na słońce, substancje fotouczulające, czy fotouwrażliwiające w kosmetykach np. retinoidy.

Nie można jednak wpadać w paranoję i uciekać, przed słońcem zupełnie. Witamina D, która dzięki niemu jest aktywowana jest nam niezbędna do życia.

Czyli jak korzystać ze słońca? Jeśli mamy tendencje do przebarwień, twarz, dekolt i dłonie trzeba bardzo dokładnie chronić. Warto przy tym pamiętać, że krem SPF 50 nie daje 100 proc. ochrony - przy pełnej ekspozycji na słońce musi być nakładany co dwie godziny, i co ważniejsze – odpowiednio grubą wartstwę. Wiele kobiet nie lubi filtrów, bo nie lubi ich konsystencji, bielenia, błysku itd. I nakłada bardzo cienką warstwę. Na samą twarz należy nakładać 1,25 g (kropla wielkości sporej maliny). Dzisiaj rynek oferuje tak dużo kosmetyków z filtrem, tak dużo różnych konsystencji, że każdy typ skóry, znajdzie kosmetyk dla siebie. Mamy kremy matujące, kremy emulsyjne i lekkie oraz spraye, które można aplikować nawet w ciągu dnia na makijaż. Wiec nie ma wymówek. Warto wyrobić w sobie codzienną, całoroczną rutynę.

Spotkałam się z taką opinią, że przebarwienia - oraz ich likwidowanie -  to jeden z bardziej skomplikowanych problemów w kosmetologii. Zgodzi się Pan doktor z tym stwierdzeniem? Tak. Mają różne pochodzenie, czasem są zaniedbane i noszone przez wiele lat, stale nawracające. Usuwając przebarwienia zawsze trzeba mieć na uwadze całą skórę, żeby nie skupiając się tylko na nich, nie spowodować kolejnego problemu np. uwrażliwienia czy ścieńczenia skóry. Czasem jest to szukanie po omacku. Zdarzają się przebarwienia, przy których nie możemy ustalić konkretnej przyczyny ich powstania. Są mniej lub bardziej rozległe. Nie wiadomo jak bardzo mogą być głębokie. Każdy przypadek jest inny i każdy należy rozpatrywać indywidualnie.

Walczymy z przebarwieniami bo dodają nam lat bardziej niż zmarszczki. Plamy sprawiają, że nasza skóra wygląda szaro i smętnie. Dlatego jesienią popularne są zabiegi likwidowania przebarwień. Problem jest tylko jeden - jak znaleźć odpowiednią dla siebie metodę? Przebarwienia dotyczą głównie kobiet, w różnym wieku, z różnym typem skór. Im jaśniejsza skóra i płytsze zmiany, tym łatwiej je usunąć. Im wyższy fototyp skóry i głębsze przebarwienia, tym niestety, trudniej się ich pozbyć. Dodatkowo należy ocenić ich pochodzenie. Wszystkie te parametry bierze się pod uwagę, przy dobieraniu metody walki z tymi nieestetycznymi plamami.

Jeśli mamy delikatnie nierówny koloryt wystarczy wzbogacić domową pielęgnacje w kosmetyki z kwasami, aby skóra odzyskała blask. Jeśli to jednak za mało, to gabinety oferują mnóstwo peelingów chemicznych, które poradzą sobie z płytkimi przebarwieniami. Jeśli przebarwienia są ciemne, rozległe, a ich przyczyna leży w zaburzeniach hormonalnych, bądź wynikają z nadużywania kąpieli słonecznych lub korzystania z solarium, to sprawa nie już tak łatwa. Należy udać się do specjalisty, aby dobrał odpowiednią kuracje w gabinecie.

Z własnego doświadczenia wiem, że lepiej poradzić się specjalisty, bo dobrze dobrana metoda to załatwienie problemu raz a skutecznie, a nie eksperymentowanie na własnej skórze. Oferta zabiegów jest naprawdę szeroka. Najbardziej znany jest Cosmelan - ma on jednak swoje minusy i nie każda skóra może pozwolić sobie na tak silne i długotrwałe złuszczanie. Bardzo skuteczne są peelingi chemiczne np. prx t33, kwas mlekowy, azelainowy, kwas kojowy, kwas traneksamowy, heksylorezorcynol, witamina C, arbutyna - wykonywane regularnie co 4-6 tygodni w gabinecie, dają bardzo dobre efekty. Inna metoda to IPL – czyli podgrzanie komórek zawierających barwnik, skutkuje ich zniszczeniem. Stosujemy również mikronakłuwanie (dermapen) w połączeniu z peelingami chemicznymi oraz lasery Qswitch lub picosekundowy.

Lubię te zabiegi, bo dzięki nim pozbywam się plam, natomiast moje koleżanki zawsze  zachwycją się efektem ubocznym jakim jest generalny lifting skóry - po każdym „odplamianiu" skóra staje się jędrna, napięta, i świeża. Kwasy cieszą się wciąż dużym zainteresowaniem, ponieważ działają wielokierunkowo. Odświeżają, złuszczają i stymulują skórę do odbudowy. Dzięki oddziaływaniu na skórę właściwą, doprowadzają do pogrubienia naskórka, który wraz z wiekiem ulega ścieńczeniu. Lasery czy światło IPL oprócz usuwania m.in. przebarwień również stymulują skórę właściwą do wytwarzania nowego kolagenu, istniejące już włókna stają się krótsze i bardziej elastyczne. Dlatego dodatkowym skutkiem ubocznym przy usuwaniu przebarwień jest poprawa jędrności i napięcia skóry.

Słyszałam, że sposobem na uniknięcie silnej reakcji skóry na kontakt z kwasem - np. mocnego zaczerwienienia czy obrzęku, jest jej zahartowanie. Czy to prawda? Tak – właśnie przy zabiegach z kwasami. Lekarz czy kosmetolog po dobraniu odpowiedniej terapii, wskazuje jaki kosmetyk należy stosować w domu, aby przygotować skórę do zastosowania mocniejszych stężeń w gabinecie.

Czy jest ratunek dla dekoltów z plamami? Zwłaszcza tych, na których widać uwielbienie do plażowania sprzed lat? Tu sprawa nie jest prosta. Bardzo często przebarwienia są rozległe, z dekoltu przechodzą na plecy, ramiona, przedramiona czy dłonie. Jeśli mamy do czynienia z przebarwieniami umiejscowionymi wyłącznie na obszarze dekoltu – będzie łatwiej. Te powstają zazwyczaj na skutek zbyt intensywnej ekspozycji na słońce lub zaburzeń hormonalnych – menopauzy. Tak jak w przypadku przebarwień na twarzy, tak również tutaj należy określić ich rodzaj, przyczynę i głębokość, a następnie dobrać odpowiednie leczenie.

Ale zabieg w gabinecie to początek kuracji… Zgadza się. Każdy zabieg wykonany w gabinecie powinien być kontynuowany w domu. Osoby zmagające się z przebarwieniami powinny codziennie stosować kosmetyki zawierające tzw. inhibitory tyrozynazy – czyli substancje blokujące powstawanie barwnika. I oczywiście polubić ochronę przeciwsłoneczną.

Dr Franciszek Strzałkowski – lekarz medycyny estetycznej, anestezjolog, założyciel Kliniki Strzałkowski w Warszawie (Fot. materiały prasowe) Dr Franciszek Strzałkowski – lekarz medycyny estetycznej, anestezjolog, założyciel Kliniki Strzałkowski w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Kosmetyki blokujące powstawanie barwinika - polecenia redakcyjne.

Serum liposomowe, Sesderma, Azelac RU, 132 zł/30 ml (cena promocyjna w superpharm.pl) Serum liposomowe, Sesderma, Azelac RU, 132 zł/30 ml (cena promocyjna w superpharm.pl)

Sesderma, Azelac RU Zawarty w Azelac RU kwas azelainowy hamuje tyrozynazę, działa przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, niacynamid zmniejsza rumień, działa łagodząco i antybakteryjnie. Dodatek retinolu pomaga rozjaśnić przebarwienia. Serum jest bardzo dobrze tolerowane przez skórę, dzięki nanotechnologii dociera aż do warstwy skóry właściwej, zapewniając intensywne działanie depigmentujące.

 

Linia Bioderma, Pigmentbio zwiera produkty do komplekowej pielęgnacji: kremowy żel oczyszczająco-złuszczający do mycia twarzy 99 zł/500 ml; Rozjaśniający krem na dzień redukujący przebarwienia z wysokim filtrem Pigmentbio Daily care SPF 50+  114 zł/40 ml; koncentrat C-Concentrate, 99 zł/15 ml; Linia Bioderma, Pigmentbio zwiera produkty do komplekowej pielęgnacji: kremowy żel oczyszczająco-złuszczający do mycia twarzy 99 zł/500 ml; Rozjaśniający krem na dzień redukujący przebarwienia z wysokim filtrem Pigmentbio Daily care SPF 50+  114 zł/40 ml; koncentrat C-Concentrate, 99 zł/15 ml;

Bioderma, Pigmentbio  Rozjaśniający koncentrat z witaminą C wspomaga redukcję przebarwień dzięki opatentowanej technologii Lumireveal. Daje efekt  promiennej cery bo zawiera kwasy AHA, BHA i skoncentrowaną witaminę C, która pozostaje aktywna, dzięki specjalnemu ochronnemu opakowaniu. Przywraca skórze naturalny blask, bez powodowania podrażnień. Zapobiega oznakom przedwczesnego starzenia się skóry bo zwiera witaminę E.

SVR Clairial, 139 zł/30 ml SVR Clairial, 139 zł/30 ml

SVR Clairial Serum redukujące przebarwienia i zapobiegające tworzeniu się nowych plam. Jego delikatna konsystencja działa nawilżająco, a przyjemny kwiatowo-drzewny zapach nie zawiera alergenów. Zawiera 8-proc. kompleks depigmentujący, który rozjaśnia i redukuje wszystkie rodzaje przebarwień oraz zapobiega ich nawrotom. 2-proc. stabilizowana witamina C, dodaje skórze blasku i ujednolica cerę. Kwas hialuronowy nawilża.