1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Masaż nuru - co to jest? Na czym polega zabieg i kiedy warto się na niego zdecydować?

Masaż nuru - co to jest? Na czym polega zabieg i kiedy warto się na niego zdecydować?

Masaż nuru polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Intensywniej i bliżej niż w tradycyjnym masażu. (Fot. iStock)
Masaż nuru polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Intensywniej i bliżej niż w tradycyjnym masażu. (Fot. iStock)
Jakie obrazy przychodzą na myśl, gdy słyszysz słowa „masaż nuru”? Relaksujący dzień w spa? Kameralne popołudnie z partnerem? Lepiej przeczytaj, czym jest masaż nuru, żebyś nie była zaskoczona.

Nuru dosłownie oznacza „śliski”. To japońska technika masażu pochodząca z Kawasaki w Japonii. Polega na tym, że dwie lub więcej masażystek nuru pociera swoim ciałem o ciało klienta. Obie strony są nagie i pokryte bezwonnym i bezbarwnym balsamem do masażu.

Jak dokładnie wygląda masaż nuru?

Podczas masażu uczestnicy starają się uzyskać jak najszerszy kontakt fizyczny, wywołując silne doznania dotykowe mające na celu złagodzenie stresu. Tradycyjnie głównym składnikiem żelu używanego w masażach nuru jest siarczanowany polisacharyd fukoidan, który pozyskiwany jest z liści z wodorostów brunatnych Sphaerotrichia divaricata.relak Często dodaje się rumianek, azulen i  minerały. Dostępne są gotowe wersje żelu nuru, czasem stosuje się też specjalne pudry.

Sesja masażu nuru często kończy się aktem seksualnym, dlatego nie w każdym kraju jest on legalny.

Jakie korzyści może przynieść masaż nuru?

Jak najszybciej umówić się na wizytę… czy też całkowicie pominąć ten trend masażu? Mówiąc wprost, masaż nuru to masaż erotyczny, można z niego skorzystać także w innych popularnych turystycznych destynacjach, np. w Tajlandii. Masażystka masuje klienta całym ciałem, zapewniając większy kontakt cielesny niż w tradycyjnym masażu. Masaże Nuru można wykonywać na stole do masażu, łóżku lub nawet nadmuchiwanym materacu. Coraz więcej brakuje bliskiego kontaktu fizycznego i masaż ten staje się coraz bardziej popularny. W Londynie przeprowadzono ankietę, w której 40% przepytanych mężczyzn przyznało, że korzystało z masażu nuru. Tu warto podkreślić, że masaż nuru nie jest przeznaczony tylko dla mężczyzn. Technika ta jest odpowiednia dla każdej płci.

Dla niektórych par masaż nuru może być sposobem, aby urozmaicić swoje życie miłosne. Pokrycie żelem i ślizganie się po partnerze może nie tylko stworzyć nowe doznania, ale także pomóc poczuć się bardziej komfortowo we własnej skórze. Masaże nuru są z natury intymne, mogą pomóc budować więzi emocjonalne. W japońskiej kulturze, gdzie narodziła się ta technika masaż nuru postrzega się jako podróż duchową.

Jednak, co może najbardziej intrygujące, masaż nuru oferuje szereg korzyści zdrowotnych. Pewna londyńska agencja masażu nuru podała, że ​​83 procent osób, które próbowały masażu nuru, doświadczyło później znacznego poprawy samopoczucia. Masaże nuru są również pomocne w rozluźnieniu mięśni i nawilżeniu skóry (ponieważ żel nuru jest silnie nawilżający). Masaż wykonany przez doświadczoną masażystkę, która dobrze zna tradycyjną technikę, może też pomóc uwolnić toksyny z organizmu.

Czy warto wybrać się na masaż nuru?

Skorzystasz z najnowszego trendu i umówisz się na sesję? To zależy od tego, czego potrzebujesz. Jeśli zależy ci na rozluźnieniu spiętych mięśni, lepiej skorzystać z klasycznego masażu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Medytacja - lek dla ciała i umysłu

Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Z badań wynika, że w przypadku wielu chorób regularna praktyka medytacyjna sprawdziła się jako metoda wspierająca konwencjonalną terapię medyczną. Nieoceniona jest też profilaktyczna rola medytacji w życiu wszystkich zestresowanych.

Artykuł archiwalny 

Medytacja często jest postrzegana jako tajemna praktyka dostępna tylko dla wschodnich myślicieli, buddystów. Praktykowana przez Europejczyków potrafi budzić zadziwienie i sprzeciw. Chciałabym rozwiać te niepokoje i przedstawić wiele niezwykłych korzyści płynących z medytacji.

Na początek definicja. Medytacja, z łac. meditatio, oznacza rozmyślanie, zagłębianie się w myślach. Nie sposób wszystkie techniki medytacyjne wrzucić do jednego worka. Potrafią się różnić od siebie diametralnie, zarówno w technice, jak i w samym celu. Medytację zalecają religie Wschodu: buddyzm, zen, taoizm, hinduizm; modlitwa kontemplacyjna jest jej przykładem w praktyce chrześcijańskiej. Medytacja jest także obecna w psychoterapii i procesach samodoskonalenia się pozbawionych elementów religijnych. Warto wymienić kilka metod medytacyjnych.

W wielu przypadkach medytacja polega na powtarzaniu w kółko jakiegoś dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam.

Vipassana polega na uświadamianiu sobie własnych naturalnych reakcji w ciele na wszystkie zewnętrzne bodźce oraz na koncentracji na oddechu. Zen skupia się na liczeniu oddechów. W buddyzmie tybetańskim to proces tworzenia i niszczenia mandali. Medytacja transcendentalna to powtarzanie mantr, czyli formuł. Są mantry uniwersalne wypowiadane w sanskrycie, za odmianę mantry można także jednak uznać modlitwę różańcową do Matki Boskiej. Jest też medytacja tonglen polegająca na wizualizacji cierpienia – swojego lub czyjegoś, „wdychaniu” tego cierpienia, przetwarzaniu na poziomie serca w stan ukojenia i wydychaniu go w postaci promiennego światła. Wyróżnia się także medytację w ruchu: ćwiczenia tai-chi i qigong, a także tańce transowe.

Po co się medytuje? By osiągnąć oświecenie, pełną kontrolę nad duszą i ciałem, pozbyć się lęku przed śmiercią, a także by poprawić swoje zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

Więcej niż relaksacja

Podczas medytacji ciało odpoczywa, a stan głębokiej relaksacji działa uzdrawiająco na cały organizm. W zapisie badania EEG medytującej osoby pojawiają się fale alfa wskazujące na stan najwyższego odprężenia i dobrego samopoczucia. Medytacja może wzmacniać odporność organizmu i przywracać równowagę w autonomicznym układzie nerwowym (unerwiającym narządy wewnętrzne) – między układem sympatycznym, pobudzającym, np. przyspieszającym oddychanie, i parasympatycznym, hamującym, spowalniającym oddychanie. Powoduje rozluźnienie mięśni, często trwalsze niż w trakcie ćwiczeń relaksacyjnych. Co ważne, dzięki medytacji wydolność i aktywność układu nerwowego wzrastają, a nie obniżają się, jak w przypadku innych technik relaksacyjnych.

Już od lat 70. nauka bardzo interesuje się wpływem medytacji na organizm. Badania wykazały, że jest to z jednej strony metoda profilaktyczna, zapobiegająca różnym chorobom, wywołanym przede wszystkim permanentnym stresem, a z drugiej – metoda uzdrawiająca i wspierająca leczenie farmakologiczne, szczególnie w przypadku chorób przewlekłych.

Osoby praktykujące medytację są mniej nerwowe, mniej agresywne, mniej podatne na depresję, za to szczęśliwsze i zdrowsze od tych, które nie medytują. Medytacja to sposób na radzenie sobie ze stresem, a więc jednocześnie na zapobieganie niechcianym następstwom stresu, takim jak nadciśnienie, atak serca, udar, zwiększona podatność na alergie czy rozwój nowotworów. Dlaczego tak się dzieje? Stres powoduje przyspieszone oddychanie, wzrost ciśnienia krwi, napięcia mięśniowego, przyspieszenie akcji serca. Przez ciągłe napięcie wyczerpują nam się naturalne zapasy energii i spada odporność. Regularne codzienne medytowanie po 20 minutach przynosi ulgę i zmniejsza objawy u osób przewlekle chorych m.in. na astmę, cukrzycę, nadciśnienie, migreny. Tam, gdzie lekarze zalecają spokój, opanowanie, zdrowy tryb życia, bo już same leki nie pomagają, z pomocą przychodzi właśnie medytacja.

Wyciszenie umysłu

Dr Dean Ornish (ur. 1953 r.), amerykański lekarz i uczony z Uniwersytetu w San Francisco, a także założyciel Preventive Medicine Research Institute w Sausalito, od lat stosuje terapię łączącą medytację i specjalną dietę niskotłuszczową u pacjentów cierpiących na chorobę wieńcową i nowotwory prostaty.

Zaleca też medytację jako doskonałą terapię na nadciśnienie i obniżanie poziomu cholesterolu.

W jednym z wywiadów szczegółowo opisuje działanie regularnej medytacji: „Medytacja to potężne narzędzie redukujące stres, ale też dużo więcej. To praktyka i proces koncentrowania się na własnej świadomości. W wielu przypadkach medytacja polega na ciągłym powtarzaniu dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. (…) Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam. Jeśli czujesz się lepiej ze świecką medytacją, możesz powtarzać słowo one [ang. jeden]. Rodzice, usypiając czy uspokajając dziecko, często intuicyjnie nucą mruczanki typu aaaa, yhmmmm. Zazwyczaj dźwięki zaczynają się od o lub a, a kończą na m lub n. Na przykład »ommmmmmmmmmmmm«, »amennnnnnnnnnnn« czy »szalommmmmmmm« czy »onnnnnnnnnne«.

Weź wdech i na wydechu wypowiedz swój dźwięk w przeciągły sposób, następnie znów weź wdech i powtarzaj. Możesz powtarzać dźwięk głośno bądź w myśli, choć wielu osobom łatwiej jest się skoncentrować, kiedy powtarzają na głos. Kiedy skupiasz się na swoim umyśle, zaczyna się dziać wiele dobrych rzeczy. Po pierwsze, łatwiej ci się skoncentrować, tak więc cokolwiek robisz, robisz to lepiej. Po drugie, na poziomie zmysłów, kiedy podchodzisz do czegoś z uwagą, czerpiesz z tego więcej korzyści. (…) Twój umysł zaczyna się wyciszać i zaczynasz doświadczać coraz większego wewnętrznego spokoju, radości i dobrego samopoczucia. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że to nasz naturalny stan, trwający, dopóki sami go nie popsujemy, co jest bardzo wzmacniającą świadomością. Bo kiedy czujemy się zestresowani, przestajemy oskarżać o to innych, tylko skupiamy się na tym, co możemy z tym stresem zrobić sami”.

 
Przeprowadzono badania grupy osób, które zdecydowały się na zmianę stylu życia według wskazówek doktora Ornisha (regularna medytacja, niskotłuszczowa dieta i udział w zajęciach grupy wsparcia). Po roku okazało się, że zmiany miażdżycowe częściowo się u nich cofnęły, a po pięciu latach ta korzystna tendencja była jeszcze wyraźniejsza.

Zamiast leków nasennych

Jednym z pionierów w dziedzinie psychosomatyki – łączenia umysłu i ciała w jeden system – jest Herbert Benson (ur. 1935), amerykański kardiolog, założyciel Mind/Body Medical Institute pod Bostonem i profesor związany z Harvard Medical School. W swoich badaniach, rozpoczętych 35 lat temu, koncentruje się na szkodliwym wpływie stresu na zdrowie i metodach przeciwdziałania mu. Medytację uznał za jeden ze skuteczniejszych sposobów na ograniczenie negatywnych skutków stresu.

Medytacja jako sposób radzenia sobie ze stresem jednocześnie pomaga zapobiegać nadciśnieniu, atakom serca, udarom, zwiększonej podatności na alergie czy rozwojowi nowotworów.

Benson zauważył, że w czasie wizyt kontrolnych jego pacjenci zawsze mają podwyższone ciśnienie krwi. Wysunął hipotezę, że powoduje to stres związany z wizytą u lekarza. Powrócił na uczelnię – Harvard Medical School – by rozpocząć swoje wieloletnie badania. W czasie studiów spotkał młode osoby praktykujące medytację transcendentalną, które poprosiły go o przeanalizowanie ich poziomu ciśnienia.

Tak więc Benson wraz kolegą Robertem Keithem Wallace’em przeprowadzili badania w dwóch fazach: najpierw gdy ochotnicy po prostu spokojnie siedzieli przez 20 minut, a potem w trakcie ich 20-minutowej medytacji. Wyniki okazały się zaskakujące. W czasie medytacji (w przeciwieństwie do fazy siedzenia) u badanych zaobserwowano obniżony metabolizm, wolniejsze tempo oddechu i bicia serca, a także wolniejszy przepływ fal mózgowych. Benson określił to jako reakcję organizmu na relaksację, przeciwstawiając ten stan reakcji na stres. Na podstawie badań doszedł do wniosku, że aby organizm osiągał reakcję na relaksację, można stosować różne rodzaje medytacji, w zależności od potrzeb pacjenta. Powinny zostać jednak spełnione dwa warunki: powtarzanie jakiegoś dźwięku, słowa, frazy z modlitwy lub ruchu oraz koncentracja na tym powtórzeniu, czyli odłożenie na bok wszelkich przeszkadzających myśli.

Wieloletnie badania wykazały, że od 60 do 90 proc. wizyt u lekarza jest spowodowane dolegliwościami lub chorobami pacjenta wywołanymi przez stres. Program leczenia Bensona obejmuje techniki medytacji, odpowiednią dietę, ćwiczenia fizyczne i grupę wsparcia pomagającą przeformułować negatywne myślenie w pozytywne. Efekty terapii zostały odnotowane.

75 proc. pacjentów cierpiących na bezsenność dzięki medytacji zostało całkowicie uleczonych i mogło odstawić bezpowrotnie leki nasenne, 36 proc. kobiet cierpiących na nieuzasadnioną medycznie bezpłodność zaszło w ciążę w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia programu. U pacjentów z nadciśnieniem ciśnienie krwi zdecydowanie się obniżyło. U wielu kobiet ustąpiły napięcia przedmiesiączkowe i dokuczliwe objawy menopauzy.

Druga strona medalu

Medytacje są bezpieczne. Przestrzega się jednak, że regularne praktykowanie medytacji może wzmocnić działanie niektórych leków, zwłaszcza przeciwlękowych i obniżających ciśnienie krwi. Konieczna w takich przypadkach jest konsultacja z lekarzem prowadzącym. Medytacja może być niebezpieczna dla osób ciężko chorych psychicznie. Istnieje teoria, że podczas medytacji może pogarszać się stan osób cierpiących na schizofrenię, odradza się ją również chorym na cyklofrenię.

Konsultacja: lekarz med. Tomasz Nocuń

  1. Moda i uroda

Ćwiczenia i masaże na twarz

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nagość zaczyna się od twarzy – napisała Simone de Beauvoir. I faktycznie, fizjonomia odzwierciedla to, jak żyjemy, w jaki sposób się odżywiamy, czy szanujemy swoje ciało, zatem i same siebie. Owszem, zawsze można się ukryć pod makijażem, ale – jak przekonuje charakteryzatorka Aneta Kolendo-Borowska – lepsze i zdrowsze są ćwiczenia i masaże.

Dlaczego mówimy, że twarz jest naszą wizytówką? Bo w drugim człowieku jako pierwszą zauważamy twarz, po twarzach się rozpoznajemy, z mimiki odczytujemy niewerbalne sygnały. Należy więc o nią dbać nie po to, by była ładna i wiecznie młoda, tylko by najlepiej odzwierciedlała nas samych.

Czy w naturalny sposób możemy sobie poradzić ze zmarszczkami, które przecież postarzają? To nie zmarszczki nas postarzają, ale owal twarzy, który z wiekiem staje się coraz mniej wyrazisty. I tak, dzięki odpowiedniej pielęgnacji możemy uzyskać dobre rezultaty. Sama nie korzystam z medycyny estetycznej, wygląd zawdzięczam uważności na potrzeby mojej skóry i masażowi. Jeśli możemy pozwolić sobie na głęboki masaż raz w tygodniu, to wspaniale, ale jeszcze ważniejsze jest to, co robimy pomiędzy wizytami w salonie, bo codzienne zachowania wpływają na nasz wygląd – na przykład dużo czasu spędzamy, wpatrując się w ekran smartfonów, co powoduje tworzenie się drugiego podbródka albo podczas rozmowy trzymamy telefon przy uchu, przez co tworzą się zmarszczki na policzkach. Lepiej używać słuchawek lub zestawów głośnomówiących. Poza tym wiele osób  ze stresu zaciska szczęki, a to powoduje np. podłużne bruzdy nad ustami, zwane zmarszczkami palacza czy – jak usłyszałam ostatnio – kodem kreskowym. Jemy też dużo miękkiego jedzenia, więc mniej gryziemy i tym samym nie gimnastykujemy żuchwy. A mięśnie twarzy są połączone.

Można korzystać z filmików z ćwiczeniami na twarz, których mnóstwo jest na YouTubie. Gdy nauczymy się podstawowych ruchów, możemy ćwiczyć w każdej wolnej chwili, a maseczki nawet nam to ułatwiają. Ostatnio jechałam pociągiem i dzięki przysłoniętej twarzy mogłam do woli robić dziwne miny. Warto też zaopatrzyć się w specjalny roller liftingujący z dwiema kulkami na końcu, taki roller zasysa skórę i tym samym ją rozmasowuje. To naprawdę działa! W ramach eksperymentu masowałam przez 30 dni tylko jedną połowę twarzy i okazało się, że bruzda nosowo-wargowa po tej stronie stała się krótsza.

Na nasz wygląd wpływa też spięty kark, więc znów – niezależnie od profesjonalnego masażu – warto samemu go uciskać. Jeśli boli, to znaczy, że bardzo tego potrzebujemy. Wiele zależy również od tego, jak śpimy. Jestem w stanie powiedzieć, na którym boku śpią moje klientki, bo mają po tej stronie głębszą bruzdę nosowo-wargową. Najlepiej zasypiać na wznak, bez poduszki. Może nie będzie to na początku specjalnie komfortowe, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Jakiś czas temu mówiło się, że nie należy masować twarzy, bo rozciągnie się od tego skóra. Dziś masaże i ćwiczenia twarzy przeżywają ogromną popularność. Dzięki globalizacji dotarły do nas trendy z Azji. Zaczęliśmy doceniać efekty jogi twarzy, japońskiego masażu kobido, akupresury czy shirodary, czyli ajurwedyjskiego rytuału polegającego na polewaniu okolic trzeciego oka strumieniem ciepłego oleju. Wzmianki o masażu twarzy pojawiają się w zapiskach z trzeciego wieku przed naszą erą. Nie ma on nic wspólnego z rozciąganiem skóry, wprost przeciwnie, dzięki masażowi i ćwiczeniom staje się ona lepiej ukrwiona i odżywiona, a przez to jędrniejsza. Maluję czasem śpiewaczki operowe. Wszystkie one, nawet dojrzałe już panie, mają przepiękne, idealnie gładkie dekolty. To skutek uboczny tego, że nieustannie pracują klatką piersiową.

Polki zachłysnęły się koreańską pielęgnacją, ale czy rzeczywiście będzie ona dla nas tak skuteczna jak dla Azjatek? Azjatyckie kosmetyki i rytuały pielęgnacyjne są wspaniałe, ale nie da się ukryć, że mamy inne twarze, choćby ze względu na układ kości czy częstą u mieszkanek Azji fałdę mongolską na górnej powiece. Azjatki mają też grubszą skórę i podściółkę tłuszczową, przez co wyglądają młodziej. Ich skóra lepiej znosi różnice temperatur i przesuszenie, a kosmetyki rzadziej ją podrażniają. Nawet masaż kobido, bardzo obecnie popularny, został stworzony z myślą o tamtejszej fizjonomii. Jest tam jeden gest, podczas którego dłoń masażysty płynnie przechodzi z jednej partii twarzy na drugą. U Europejek dłoń łatwo może zahaczyć wtedy o nos, w przypadku malutkich nosków Azjatek do tego nie dochodzi. Jeśli decydujemy się na masaż kobido, warto też pamiętać, żeby używać dużo olejku. Jako Polki mamy bowiem płytko unaczynioną skórę, więc każdy masaż powinien odbywać się z dużym poślizgiem.

Na co jeszcze jako Polki powinniśmy szczególnie uważać? Nasza skóra jest cienka, a do tego wystawiona na działanie dużych amplitud temperatur, co sprzyja pękaniu naczynek. W okresie zimowym przegrzewamy się, co sprawia, że nasze skóry są przesuszone. Modne morsowanie jest z mojej perspektywy wspaniałym snobizmem, bo zimno cudownie wpływa na skórę, ujędrnia ją i odmładza. Nie musimy oczywiście kąpać się w przerębli, wystarczy, że ustawimy temperaturę w sypialni na niższą.

Do największych pielęgnacyjnych grzechów Polek należy niezmywanie makijażu, a skóra musi odpocząć! Wiele kobiet używa zresztą za dużo kosmetyków, do tego często niedopasowanych do potrzeb skóry. Zamiast wybrać się do dermatologa, wolą zamalować trądzik grubą warstwą podkładu. Nie bardzo też rozumieją swoją skórę i jej potrzeby. A na jej wygląd może mieć wpływ bardzo wiele czynników: proszek użyty do prania pościeli; szampon, który podczas spłukiwania dostał się do oczu i na twarz; lakier do włosów.

Stan cery bardzo często wynika również z tego, co zjadłyśmy poprzedniego dnia. Od lat wyjeżdżam do Azji na wakacje. Długo nie zrozumiałam, dlaczego po powrocie do kraju stan mojej cery gwałtownie się pogarszał. W końcu uświadomiłam sobie, że chodzi o dietę: na wakacjach jadłam zdecydowanie mnie glutenu, za to na przykład wodorosty, które pomagają Azjatkom zachować jędrną skórę.

Jest pani charakteryzatorką, umalowała setki osób. Jaką wiedzę o skórze wyniosła pani ze swojej pracy? Moja praca polega nie tyle na malowaniu, co wręcz tworzeniu nowych twarzy. W zeszłym roku obchodziłam 25-lecie swojej pracy zawodowej, przez ten czas zyskałam ogromną wiedzę i świadomość. Na początku zachłysnęłam się kolorowymi kosmetykami i możliwościami, jakie dawały. Stosowałam produkty, które zawierały silikony, kleje, mnóstwo konserwantów. Z czasem zauważyłam jednak, że im bardziej troszczę się o twarz osoby, którą maluję, tym lepszy makijaż wychodzi. A jeśli najpierw wymasuję twarz aktora, nie potrzebuję potem aż tylu produktów do malowania, bo skóra i tak wygląda promiennie. Moje zainteresowania przeszły w stronę masażu i pielęgnacji, i poczułam, że chciałabym stworzyć kosmetyk, który zadbałby o skórę malowanych przeze mnie osób. I tak powstało Serum Rozświetlające Saint Oil, w którego skład wchodzi mieszanka cennych olejków i naturalnych składników aktywnych. Z czasem – na podstawie inspiracji z całego świata – stworzyłam autorską metodę masażu i automasażu Bless Me.

Makijaż jest super, poprawia humor, dodaje pewności siebie, może być środkiem ekspresji. Ale im bardziej zadbana skóra, tym mniej go potrzebujemy. Nawet modne na Instagramie konturowanie, polegające na nałożeniu kilku kosmetyków w różnych kolorach, okaże się niepotrzebne, jeśli porządnie wymasujemy twarz rollerem. Kości policzkowe wydadzą się lepiej zarysowane i wystarczy je tylko musnąć bronzerem, by wyglądały pięknie.

Podstawowa wiedza, jaką wyniosłam, jest więc taka, że nasza skóra, podobnie jak my sami, potrzebuje uważności i świadomego dotyku.

Aneta Kolendo-Borowska, charakteryzatorka filmowa i teatralna z 25-letnim stażem, terapeutka twarzy. Twórczyni marki Bless Me Cosmetics, której kluczowym produktem jest Serum Rozświetlające Bless Me Saint Oil Skin&MakeUp.

Na cztery pas

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będziemy dbać o cerę na co dzień. Aneta Kolendo-Borowska proponuje, by domowa pielęgnacja obejmowała cztery elementy:
  • Drenaż limfatyczny (ważny zwłaszcza przy tendencji do obrzęków). Układ limfatyczny, w przeciwieństwie do krwionośnego, nie ma własnej pompy. Trzeba go rozruszać, zatem każdy dzień najlepiej zacząć od tego, żeby wysunąć głowę poza krawędź łóżka i parę minut poleżeć na plecach z głową w dół. Potem warto delikatnie przyłożyć dłonie do twarzy i przesunąć je do węzłów chłonnych przy obojczykach. W ten sposób stymulujemy limfę do przemieszczania się i obrzęk maleje.
  • Masaż skóry rollerem liftingującym zakończonym dwiema kulkami. Wystarczy przejechać nim siedem razy na każdą partię twarzy, pamiętając, by wszystkie ruchy były do góry, przeciwnie do grawitacji. Można to robić w każdej sytuacji, nawet szykując herbatę czy oglądając serial.
  • Ćwiczenia wzmacniające i napinające mięśnie. Dobrze jest robić różne dziwne, przerysowane miny, np. wytrzeszczać szeroko oczy, robić ustami ruch, jakby się rozcierało szminkę, a zwłaszcza rozluźniać żuchwę, bo zaciśnięte szczęki to bardzo powszechny problem.
  • Uciśnięcie punktów akupresurowych na twarzy (usuwa napięcie, a rysy stają się bardziej miękkie i łagodne). Przykładamy rozczapierzone palce do czoła, dociskamy je licząc do siedmiu i odpuszczamy. Potem w ten sam sposób uciskamy skronie i punkt między brwiami, tzw. trzecie oko, a koniec punkt tuż pod nosem, nad ustami.

  1. Styl Życia

Sesja z gongami i misami tybetańskimi – dobry sposób na relaks

Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Muzyka łagodzi obyczaje. Ale też emocje tak silne, że uniemożliwiają odpoczynek... Czy sesja z gongami tybetańskimi to dobry sposób na seans relaksacji – sprawdziła dziennikarka Marta Urbaniak. 

Wśród moich bliskich koncerty gongów i mis tybetańskich zyskują na popularności. Nic dziwnego – czasy mamy niepewne, a sesje muzykoterapii należą do najbardziej znanych sposobów na relaks całego ciała.

Terapia dźwiękiem, podobnie jak ziołolecznictwo, znana jest w wielu rejonach świata i sięga tysięcy lat. Australijscy Aborygeni leczyli instrumentem zwanym didgeridoo. W medycynie chińskiej stosuje się kamertony, w hinduskiej – śpiewa mantry, a szamani wchodzą w transowe doznania dzięki rytmicznym uderzeniom bębnów. Tradycja koncertów mis i gongów w Nepalu i Tybecie ma już ponad trzy tysiące lat. Przeczytałam, że tybetański gong ma najsilniejsze wibracje spośród wszystkich instrumentów znanych ludzkości, a przez to najmocniej rezonuje z naszym ciałem. Natomiast misy, ręcznie wykute ze stopu 12 metali, wydają dźwięki o wszystkich częstotliwościach, których potrzebujemy. Co ciekawe, większe znaczenie dla naszego dobrostanu ma nie melodia, a rytm. To on sprawia, że koncerty gongów i mis tybetańskich dają niezwykłe wrażenie otulenia, które prowadzi do poczucia absolutnego relaksu. Tak silnie oddziałują na ciało i umysł, że nazywa się je wręcz kąpielami w gongach. Postanowiłam sprawdzić, jak taka kąpiel zadziała na mnie.

Mój eksperyment

W listopadzie, jak często wtedy się zdarza, czułam się zmęczona i przygnębiona. Do tego doszedł lęk spowodowany pandemią i sytuacją kobiet w Polsce, który sprawiał, że od dłuższego czasu nie przesypiałam w spokoju całej nocy. Gdy jednak weszłam do studia Akademia Sound Therapy na warszawskim Żoliborzu, od razu poczułam się bezpiecznie. Światło było przygaszone, pachniało kadzidłem, a z głośników sączyła się łagodna muzyka.

W centralnym punkcie sali stały instrumenty, rozpoznałam wśród nich imponujący tybetański gong oraz misy. Rozłożyłam własną matę do jogi i otuliłam się kocem (również własnym, w końcu trwa pandemia). Dźwięki niosły się pojedynczo i nie tworzyły linii melodycznej. Każdy wybrzmiewał powoli i w końcu przechodził w ciszę. Leżałam z zamkniętymi oczami, czekając na śmiałe wizje albo stan zen. Ale nie nadchodziły, zamiast tego jedna myśl goniła drugą. Zaskakujące dźwięki kolejnych instrumentów za każdym razem sprowadzały mnie jednak do tu i teraz. Stopniowo uspokajałam się, gonitwa myśli mijała, a ja zaczęłam zwracać uwagę na doznania z ciała. Każdy instrument wybrzmiewał przez kilkanaście sekund i mogłam go nie tylko usłyszeć, ale i poczuć. Misy mają niską tonację, a prowadząca, Beata Aussenberg, dyplomowana masażystka dźwiękiem, chodziła z nimi po całej sali. Gdy uderzała w nie, stojąc blisko mnie, miałam gęsią skórkę.

Najmocniej odebrałam głęboki dźwięk tybetańskiego gongu, czułam, jakbym unosiła się w przestrzeni, a nie leżała na podłodze. Po chwili dźwięk rozpłynął się, ustępując łagodnemu dzwoneczkowi, który brzmiał słodko i kojąco. A potem w całej sali rozniósł się odgłos kropel deszczu uderzających o drewniany dach, zupełnie jak podczas czerwcowej ulewy. Moje myśli płynęły teraz bardzo wolno, zaś przed oczami pojawiały się obrazy. Pozwalałam im się zmieniać, jakbym powoli obracała kalejdoskop. Na moment znalazłam się w innej czasoprzestrzeni, skąd wróciłam na odgłos gongu, tym razem cichszy i spokojniejszy.

Gdy otworzyłam oczy, czułam się odprężona i wypoczęta. W ciele czułam błogość, jakby ktoś mnie długo przytulał. To trwało przez cały wieczór, a w nocy spałam głęboko i miałam barwne sny. Nie wybudziłam się nawet o piątej nad ranem, co ostatnio notorycznie mi się zdarzało. Zmęczenie, z którym borykałam się od dłuższego czasu, minęło, przez kilka dni miałam więcej energii, lepszą koncentrację i wszystko mi się chciało.

Gdy opowiedziałam o swoich wrażeniach Beacie, nie była zdziwiona. Jak mi wytłumaczyła, każdy z nas ma swój niepowtarzalny kod dźwiękowy i dzięki regularnym koncertom gongów jesteśmy w stanie go zharmonizować. A to wpływa na całe życie: jakość naszych relacji i sfery zawodowej, zdrowie, poczucie sprawczości i bycia w zgodzie ze sobą.

Uzdrawiające fale

Według fizyki dźwięk to fala. Tym samym jest ona odbierana nie tylko przez zmysł słuchu, ale też dotyku. Współcześni naukowcy zbadali jej wpływ na organizm człowieka już w ponad 400 badaniach. – Według kultury Wschodu człowiek powstał z dźwięku, a więc jest dźwiękiem – mówi ekspertka.

Jedna z teorii mówi o tym, że dźwięki mis i gongów synchronizując działanie obydwu półkul mózgu, wprowadzają fale mózgowe w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. To stan głębokiego relaksu, ale jednocześnie wyostrzonej świadomości, o czym wie każdy, kto w łóżku wpada na najlepsze pomysły i dlatego zawsze trzyma przy nim notes. Często się więc zdarza, że taki terapeutyczny koncert przynosi uczestnikom rozwiązanie trapiących ich problemów albo niezwykłe olśnienie.

Bywa też, że wracają wspomnienia. – Pamiętam uczestniczkę, która przeniosła się za którymś razem do miejsca z dzieciństwa, o którym dawno zapomniała. Nie tylko widziała je oczami wyobraźni, ale czuła też związane z tym miejscem zapachy. Za każdym razem jest niesamowicie poruszona, w jaki sposób dźwięki potrafią obudzić to, co w nas uśpione – opowiada Beata Aussenberg.

Badanie opublikowane w „Journal of Evidence-Based Integrative Medicine” wykazało, że już godzinna sesja gongów pomaga zredukować napięcie, niepokój, zmęczenie, a nawet depresję, pozostawiając uczestników ze zwiększonym poczuciem duchowego dobrostanu. Niskie tony dźwięków ułatwiają wejście w stan zbliżony do medytacji, pomagając ukoić stres i potęgując wewnętrzny spokój. Pozwalają też zatrzymać gonitwę myśli, co jest wspaniałym odpoczynkiem dla głowy.

Koncerty gongów mogą również otworzyć emocjonalnie − w trakcie sesji często pojawiają się łzy smutku lub złości. Jak tłumaczy masażystka, warto odpuścić kontrolę i pozwolić sobie je przeżyć, a wtedy będzie to dla nas prawdziwie uwalniające i oczyszczające doznanie. Czasem czujemy, że coś się z nami dzieje, ale nie potrafimy tego nazwać. Po terapeutycznej kąpieli w dźwiękach dochodzimy do sedna swoich problemów i możemy się od nich wyzwolić.

Pozytywne wibracje

Naukowcy sugerują, że terapeutyczne działanie dźwięków spowodowane jest wibracjami, w które wprawiają one komórki naszego ciała (mamy ich w końcu aż cztery biliony!). To dla nich nie tylko fantastyczny masaż, ale też możliwość, by uwolnić toksyny. Wszystko po to, żeby zainicjować w ciele proces samouzdrawiania.

– Koncert może wręcz wywołać chwilowy ból w organie, który wymaga leczenia. Sama, gdy gram, często czuję kolano, które niedawno operowałam. Po koncercie ból mija – przyznaje masażystka. – Zwłaszcza dźwięki mis tybetańskich pomagają uwolnić napięcia mięśniowe w ciele (i z tego powodu czasem wykonuje się nimi masaże, przykładając rozwibrowaną misę do spiętego miejsca). Wielokrotnie słyszałam, jak po koncercie komuś odpuściła blokada w barku czy ból pleców – dodaje.

Dźwięki gongów przynoszą ukojenie pacjentom hospicjów i domów opieki społecznej. Mówi się o ich obiecującym wpływie na spowalnianie choroby Alzheimera oraz demencji. Sprawdzają się też w przygotowaniach do porodu i w jego trakcie. Łagodzą ból menstruacyjny. Obniżają ciśnienie krwi, poprawiają krążenie. Z dobroczynnego działania dźwięków mogą korzystać nawet dzieci.

Istnieją też oczywiście przeciwwskazania do kąpieli w gongach. To wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne wszczepione w ciało, przede wszystkim rozruszniki serca, ale też np. aparaty słuchowe. Ostrożność powinny zachować osoby leczące się neurologicznie, bo dźwięki mogą wywołać u nich niespodziewaną reakcję organizmu, jak również kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Wszystkim pozostałym terapia dźwiękami przynieść może same korzyści.

Warto jedynie pamiętać o tym, by przed koncertem i zaraz po nim pić dużo wody, z której w końcu głównie składa się nasz organizm. Oczywiście to wszystko nie przychodzi po jednej sesji, ale z czasem. To naturalne, że na początku ciężko opanować natłok myśli, a zamiast medytować układamy w głowie listę rzeczy do zrobienia. Jednak z sesji na sesję coraz łatwiej osiągnąć stan odprężenia. Jak zapewnia Beata Aussenberg, im częściej będziemy kąpali się w dźwiękach, tym głębsze staną się nasze doznania.

  1. Styl Życia

Ajurweda na chłody

W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
W zależności od szkoły masaż Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. (Fot. iStock)
Chcesz rozgrzać ciało, a jednocześnie się zrelaksować? Uwolnić od bólu i poczuć przypływ sił witalnych? Wyciszyć umysł i emocje? Wszystko to oferują zabiegi wywodzące się z ajurwedy.

Pewnie słyszałaś o trzech doszach – energiach kształtujących nasze ciała, rozróżnianych przez ajurwedę. W wielu książkach czy na stronach internetowych znajdziesz test, który pomoże ci ustalić, która z nich dominuje w twoim organizmie.  Ale niezależnie od tego, czy twoją konstytucją jest vata, pitta czy kapha, polub olej! Dlaczego? Chociażby dlatego, że równoważy doszę vata, bardzo chwiejną niemal u wszystkich. Negatywnie wpływają na nią takie czynniki, jak stres, pośpiech, nadmierny wysiłek, niedosypianie, chłód, zimne posiłki, używki, nieregularny tryb życia...

– Vata uchodzi za królową dosz. Jeśli jest w równowadze, również pozostałe uzyskują stabilny poziom – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska, nauczycielka ajurwedy. – Do tego odpowiada za starzenie się i degenerację organizmu. A krótki masaż głowy, przy użyciu minimalnych ilości oleju, działa odmładzająco.

I właśnie od takiego masażu głowy terapeutka zaczyna zwykle sesję.

Precz z amą!

– Ludzie przychodzą do mnie najczęściej zmęczeni, zestresowani, więc najpierw ułatwiam im się wyciszyć, zostawić za sobą problemy, zabieganie właśnie poprzez masaż. Pomaga też przy bezsenności, depresji, pobudzeniu nerwowym – mówi Żuk-Widmańska.

Taka „przygrywka” odbywa się na siedząco. Ruchy są energiczne, obejmują też barki. Uwaga przenosi się do ciała i można przystąpić do bardziej zaawansowanych działań, do prawdziwego rozgrzania. Choćby do sztandarowego zabiegu ajurwedyjskiego, czyli Abhyangi. Tutaj także główną rolę odgrywa olej sezamowy. I używa się go naprawdę dużo – zwłaszcza dla osób z dominującą vatą.

Ruchy terapeutki są zdecydowane, posuwiste. Do tego dochodzi rytmiczne oklepywanie ciała. W ten sposób porusza się zastałą energię i uwalnia swobodny przepływ prany. – Ten masaż nie może być delikatny, w przeciwnym razie nie spełniłby swojej funkcji – tłumaczy Żuk-Widmańska. Chodzi o oczyszczanie. – Pokarm, który trafia do naszego żołądka, zostaje w procesie trawienia przetworzony na substancje odżywcze oraz odpady. Ale według ajurwedy jest jeszcze trzecia substancja, toksyczna – ama. Podczas gdy na naturalne odpady mamy kanały wydalnicze, lepka, kleista ama odkłada się w tkankach. Dostaje się do krwi, zaczyna podróżować po ciele, gromadzi się w najbardziej osłabionych miejscach. Wywołuje nadciśnienie, bóle stawów, głowy... Żeby pozbyć się amy, trzeba ją niejako zebrać z człowieka i wtłoczyć do układu wydalniczego. Ciepły olej sezamowy, wcierany w ciało, przenika przez wszystkie siedem tkanek, rozpuszcza ją i odrywa. Oczyszczony organizm odżywa – twierdzi terapeutka.

W zależności od szkoły Abhyanga może wyglądać różnie, ale jedna zasada pozostaje niezmienna: całe ciało musi być porządnie wymasowane olejem sezamowym. – Przyjmuje się, że przez 35 minut nie powinno się go zmywać, żeby dotarł w głąb każdej tkanki – mówi Elżbieta Żuk-Widmańska. – Poza rozpuszczeniem toksyn ten masaż daje też rozluźnienie, ulgę przy różnych dolegliwościach bólowych i problemach układu nerwowego. Nawilża całe ciało, zostawia je z uczuciem przyjemnego ciepła. Jedyne przeciwwskazania to rany, nadciśnienie i ciąża.

Fosa i stemple

Rozgrzanie wcale nie musi się kończyć na Abhyandze. Chcesz pójść krok dalej? Pozwolić, by uzdrawiające ciepło popłynęło wzdłuż kręgosłupa? Oto Kati Vasti (kati – kręgosłup, vasti – fosa). Leżysz na brzuchu, już rozgrzana, a terapeuta przykleja ci na plecach wałek z ciasta orkiszowego w kształcie kółka. Do powstałej w ten sposób „miseczki” wlewa ciepły olej sezamowy, czasem z dodatkiem kamforowego.

Ten zabieg ma już inny charakter, jest z kolei bardzo statyczny. Ruch jest wręcz niewskazany – każda zmiana pozycji może zniweczyć misterną konstrukcję. Nieporuszona, kontemplujesz więc ciepło. Na początku temperatura jest wysoka – najlepiej taka na granicy wytrzymałości. Błyskawicznie jednak obniża się, więc terapeuta wybiera łyżką olej i ponownie napełnia „fosę”. – Wraz z wylewanym olejem usuwany jest nadmiar vaty – tłumaczy Elżbieta Żuk-Widmańska. – To skuteczny sposób, żeby się go pozbyć.

Zabieg ten jest świetny na bóle kręgosłupa, dyskopatię, rwę kulszową – zapewnia terapeutka. Leżysz tak 15–20 minut. Albo i 30. W zależności od tego, czego potrzebujesz i ile wytrzymasz w bezruchu. Niewykluczone, że zaśniesz. Potem masz utrzymać ciepło.  Zatem zrezygnuj z ambitnych planów – co najwyżej przygotuj sobie mleko z kurkumą albo wodę z cytryną. I idź do łóżka.

Jeszcze inne możliwości daje masaż sakiewkami (inaczej stemplami), Podi Kizhi (podi – proszek, kizhi – sakiewka). Podstawa to wspomniane (lniane) sakiewki, wypełnione ziołami plus olej sezamowy, choć w niektórych wypadkach stosuje się bardziej skomplikowany wywar, na bazie mleka. Najpierw kładziesz się na brzuch, terapeuta zaczyna masaż od nóg. Nawilża kolejne części ciała, po czym sięga po aromatyczne, ociekające olejem, ciepłe woreczki. Zaczyna stawiać nimi na skórze „stemple”. Rytmicznie, jeden przy drugim. Potem wykonuje nimi koliste ruchy, uciskając. Masaż przynosi ulgę przy bólach mięśni, sztywności stawów czy chronicznych bólach reumatycznych. Usuwa skutki stresu i napięcia. Poprawia krążenie, wspomaga przewodnictwo nerwowe.

Nie tylko ciało

Elżbieta Żuk-Widmańska podkreśla, że każdy zabieg dotyka wszystkich aspektów człowieka: – Piękno zabiegów ajurwedyjskich polega na tym, że wychodzą daleko poza działanie fizyczne.

Jak możesz sama wpłynąć na umysł, stosując zasady ajurwedy? Najprostsza rada dla wszystkich: smaruj się codziennie olejem sezamowym. – Codzienna auto-Abhyanga zapewnia zdrowie i długowieczność. Dobrze pamiętać, że stawy masuje się okrężnymi ruchami, a kości podłużnymi. Że ciało to również stopy, dłonie, twarz, uszy, szyja – wylicza Elżbieta Żuk-Widmańska. – Najlepiej rozpocząć od głowy, tam się wszystko zaczyna.

Elżbieta Żuk-Widmańska terapeutka ajurwedy. Wiedzę i umiejętności zdobywała w Instytucie Jiba Ayurveda w Indiach.

  1. Styl Życia

Rebirthing, czyli świadomy oddech. Jak zacząć praktykować?

Jedna sesja świadomego oddychania trwa od 1,5 do 2 godzin. Potrafi uwolnić ukryty potencjał, podnieść energię, dać większą jasność umysłu i radość istnienia, a także poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Jedna sesja świadomego oddychania trwa od 1,5 do 2 godzin. Potrafi uwolnić ukryty potencjał, podnieść energię, dać większą jasność umysłu i radość istnienia, a także poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Świadomy oddech to najprostsza droga do relaksacji i głębszego kontaktu ze sobą. Nauczysz się go na warsztatach, w szkole oddechu lub na indywidualnych sesjach z trenerem.

Oddech to podstawowe, naturalne narzędzie, z którego każdy może korzystać – mówi Magdalena Stan-Sokołowska, trenerka pracy z oddechem. – Odkąd praktykuję rebirthing, lepiej śpię, a od małego miałam z tym problemy. Mam większy dystans do siebie, do innych, do wszystkiego, co się pojawia. Jak wydarzy się coś, co mnie bardzo porusza, łatwiej przechodzę nad tym do porządku dziennego. Tak jak jest dzień i noc, jak są pory roku, burza i słońce, tak mijają emocje. To fale, tylko u niektórych wygląda to jak szkwał, u innych jak sztorm. Ja miałam ogromną amplitudę emocji, która bardzo się wyciszyła.

Rebirthing to technika głębokiej relaksacji, która prowadzi do lepszego kontaktu ze sobą, poszerza perspektywy umysłowe, otwiera ciało na przepływ energii, uwalnia blokady na poziomie fizycznym, psychicznym i emocjonalnym. W praktyce to nauka oddychania energią, tak jak powietrzem, skupienia się na tym, co dzieje się z naszym ciałem podczas wdechu i wydechu, wyciszenia. Jak powiedział James Morningstar w swojej książce „Rebirthing. Oddech światła i miłości”: „Oddech jest pomostem–tęczą, jednoczącym ciało, umysł i ducha”. Jeśli między tymi trzema aspektami istoty ludzkiej istnieje harmonia i współpraca, to każdy człowiek może korzystać z nieograniczonego potencjału, jakim obdarzył go Bóg, aby wieść zdrowe, szczęśliwe i radosne życie.

Ponowne narodziny

Gdy przychodzisz na świat, pierwsze, co robisz, to bierzesz oddech. Nie bez przyczyny ta metoda nazywa się „rebirthing”, czyli ponowne narodziny. Bo w każdym momencie życia możesz zacząć wszystko od nowa, zacząć naprawdę świadomie oddychać i dzięki temu: świadomie żyć. – W momencie narodzin dziecko ma w sobie wszystkie dane i pierwotną siłę, żeby żyć w pełni. Przez różne doświadczenia – z czasu ciąży, porodu, dzieciństwa – traci jednak z nimi ten kontakt – tłumaczy Magdalena Stan-Sokołowska. – Zawsze jednak może spróbować odnowić z nimi kontakt.

Jej samej praca ze świadomym oddechem pozwala stale doskonalić relacje z ludźmi, patrzeć na problemy z innej perspektywy. Widzi też, jak inni się zmieniają. Przychodzą do niej osoby zapracowane, zestresowane, które dopiero odkrywają swoje ciało i emocje. I bardzo często staje się to impulsem do zmiany. Wielu jej klientów po indywidualnej pracy zaczęło chodzić na warsztaty, część z nich poszła do szkoły oddychania, ale wielu też odkryło, że pociąga je masaż, taniec czy malowanie. – Oddech jest jak brama do nieskończonej liczby możliwości. Zaglądasz w siebie, poznajesz swoje lęki i blokady, poświęcasz im swoją uwagę z miłością i robisz przestrzeń na nową jakość – tłumaczy trenerka.

Jedna sesja świadomego oddychania trwa od 1,5 do 2 godzin. Potrafi uwolnić ukryty potencjał, podnieść energię, dać większą jasność umysłu i radość istnienia, a także poprawić zdrowie. W miarę regularnej pracy z oddechem zwiększona energia zaczyna krążyć w ciele, wyciągając na powierzchnię stłumione emocje i ujawniając miejsca blokad energetycznych. Oddech oczyszcza układ krążenia, równoważy poziom dwutlenku węgla we krwi, co powoduje, że ciśnienie krwi się normuje. Organizm w 70 proc. oczyszcza się poprzez oddech. W czasie pierwszych 10 sesji oddechowych potrzebna jest obecność doświadczonego rebirthera, potem można ćwiczyć w domowym zaciszu.

Magdalena Stan-Sokołowska, trener rozwoju osobistego i pracy z oddechem. Ukończyła dwuletnią szkołę pracy z oddechem „Prana Visions”.