1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda

Moda vintage, czyli sens noszenia ubrań „po kimś” – rozmowa z Aleksandrą Zawadzką, redaktorką modową

Polecamy książkę Aleksandry Zawadzkiej „Moda vintage”, wyd. Słowne (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Kupowanie w second-handach to dziś powód do dumy (jesteśmy proekologiczni) oraz okazja do wyszperania naprawdę bezcennych egzemplarzy. O tym, jakie znaczenie ma dziś noszenie ubrań „po kimś” – rozmawiamy z Aleksandrą Zawadzką, autorką książki „Moda vintage”.

Rynek rzeczy używanych ma być jedną z najważniejszych tendencji tej dekady. To nasza przyszłość czy chwilowa moda?
Dziennikarze „The New York Times” prognozują, że będzie to jedno z najważniejszych zjawisk, a obecna dekada będzie nazywana „dekadą vintage”. Na początku pandemii, kiedy były przestoje w dostawach, tony nowych ubrań, które zostały wyprodukowane, nie mogły trafić do sklepów, i co? Nic się nie stało. Nikomu niczego nie brakowało. Dalej mieliśmy się w co ubrać i dalej mogliśmy wyglądać dobrze, modnie. Wiemy też, że trendy wracają jak bumerang, moda zatacza koło, więc spokojnie możemy czerpać z zasobów, które już powstały. Sami projektanci też wciąż inspirują się przeszłością. Podczas tegorocznego londyńskiego tygodnia mody Vivienne Westwood sięgnęła do swoich projektów sprzed 20 lat. Z drugiej ręki możemy kupić nie tylko klasyczne modele, ale i wiele rzeczy w trendach. Co więcej, świetnej jakości: wełniane swetry, jedwabne koszule czy wiskozowe sukienki. Pandemia pokazała nam, że jeżeli jakaś rzecz jest wygodna, dobrze się w niej czujemy, podoba nam się, jak w niej wyglądamy – to możemy ją nosić często.

Pojawiło się takie zjawisko jak „outfit repeat”. Gwiazdy coraz częściej zakładają powtórnie sukienki na wielkie wyjścia. Kiedyś było to niedopuszczalne w branży mody i uszczypliwie komentowane na portalach plotkarskich. Dziś celebryci żartobliwie kwitują takie doniesienia stwierdzeniem, że mogą nosić swoje stylizacje więcej niż raz, bo mają pralkę.

Czym się różnią od siebie ubrania vintage, retro i second-hand? Niektórzy stosują te pojęcia zamiennie…
Jeśli chodzi o modę z drugiej ręki, to można wyszczególnić kilka pojęć. Przede wszystkim vintage, czyli ubrania, które muszą mieć minimum 20 lat, a najpóźniej zostać wyprodukowane w latach 20. XX wieku. Starsze modele, które powstały przed tą datą, nazywamy „antykami”. Mamy też modę second-hand (z drugiej ręki) – tym pojęciem określamy rzeczy, które powstały w ostatnich dwóch dekadach i to je najczęściej spotkamy w lumpeksach. To mogą być ubrania z poprzednich kolekcji znanych marek, sieciówek, ubrania wykonane ręcznie dość niedawno. Mamy też kategorię deadstock vintage. Są to rzeczy, które powstały w przedziale 1920–2000, ale z jakiegoś powodu nigdy nie trafiły do sprzedaży, bo np. sklep splajtował. Są nowe, nienoszone, ale są jednocześnie stare, bo dawno wyprodukowane. Mamy też ubrania retro, które wyglądają jakby były vintage, nie są jednak autentykami, bo naprawdę pochodzą z nowych kolekcji marek i tylko inspirują się estetyką vintage (np. latami 60.). Coraz częściej określa się to wszystko jednym słowem: „vintage”. Język ewoluuje i myślę, że to naturalne uproszczenie, skrót myślowy. Dlatego wyróżnia się pojęcie „real vintage”, żeby podkreślić autentyczność danej rzeczy.

Aleksandra Zawadzka: „Najlepsze zdobycze często pochodzą ze sklepów w mniejszych miastach. Warto to wziąć pod uwagę podczas podróży”. (Fot. archiwum prywatne)

Dżinsowa patchworkowa kurtka francuskiego kolektywu kreatywnego Surface to Air. Prawdziwy unikat (Fot. archiwum prywatne)

Sama idea noszenia rzeczy po kimś, jak piszesz w swojej książce „Moda vintage”, nie jest nowa, bo już w renesansie handel odzieżą używaną kwitł.
W renesansie działali specjaliści od ubrań, tzw. rigattieri. To były osoby, które skupowały używane ubrania od bogatszych ludzi w centrum miasta, a potem sprzedawały je wjeżdżającym, którzy potrzebowali nowych rzeczy lub chcieli się dobrze zaprezentować. Ta odzież miała lepszą jakość niż powszechnie dostępna na targu, gdyż pochodziła od majętnych ludzi, była wykonana z lepszych materiałów. Można w niej było wyglądać na osobę lepszego pochodzenia, a jednocześnie te ubrania mogły posłużyć dłużej. W epoce wiktoriańskiej też nie widziano nic dziwnego w noszeniu ubrań po kimś, ubrania były nawet towarem wymiennym: urządzano wtedy pierwsze swap party, czyli wymianę ubrań, można też było nimi płacić.

A kiedy przestały być tak pożądane?
W połowie XIX wieku pojawiły się badania Louisa Pasteura, które jako główną przyczynę śmiertelnych chorób wskazywały bakterie i wirusy. Ludzie, którzy kupowali wcześniej używane ubrania, zaczęli je odrzucać. Bali się, że przez to mogą się przenosić zarazki i że zachorują. W ten sposób niechciane używane ubrania trafiały do najbiedniejszych, którzy nie mogli sobie pozwolić na kupowanie nowych.

Nadal część osób ma opory przed noszeniem rzeczy po kimś. Jak myślisz dlaczego?
Pamiętam, że w latach 90. i na początku lat 2000 chodzenie do lumpeksów mogło być wstydliwe. Spotykało się często z negatywną oceną innych ludzi, którzy uważali, że tylko biedni korzystają z takich sklepów. Wiele osób nie przyznawało się, skąd ma swoje wspaniałe ubrania, nawet jeśli były markowe. Dziś to dla nas nie do pomyślenia, bo sytuacja się odmieniła. Znalezienie perełki w second-handzie jest powodem do dumy, a nie wstydu.

Wiele osób nie chce kupować używanych rzeczy, bo to niehigieniczne. Nie wiadomo, kto je nosił, do czego komuś służyły.
Myślę, że odpowiedzią na te wątpliwości jest to, co się dzieje z nowymi ubraniami. One też, zanim trafią do nas, przechodzą przez mnóstwo par rąk, są przymierzane, są transportowane, są wypożyczane. Nie znamy ich losów. Jak o tym wszystkim pomyślimy, to zrozumiemy, że te nowe rzeczy nie są tak nieskazitelne. Ubrania z lumpeksu na pewno warto wyprać, może nawet w wyższej temperaturze, jeśli metka na to pozwala. Możemy użyć antybakteryjnego płynu. Ale tak samo zresztą należy wyprać nowe ubrania ze sklepu.

Jedwabne ślubne klapki Victoria’s Secret z przełomu lat 70./80., kupione „na wagę” (Fot. archiwum prywatne)

Czy jest coś czego nie kupujesz z drugiej ręki?
Kupuję bez problemu buty, pościel (jest bardzo miękka i wygodna), ale nie kupuję bielizny, bardzo zniszczonych rzeczy, których nie poddam przeróbce i odkształconego obuwia – bo może źle wpłynąć na moją postawę, moje stopy. Unikam też materiałów syntetycznych, bo nie służą mojej skórze.

Na pewno warto szukać klasyków jak np. dobrych jakościowo grubych dżinsów. Jest ich dużo w lumpeksach, są też trochę inne niż te współczesne, bo nie zawierają elastanu, ale przetrwają lata. W ogóle jeśli jakaś rzecz wygląda dobrze w lumpeksie, to znaczy, że jest naprawdę dobrej jakości, bo trochę już przeszła. Dobry wybór to też wełniane swetry, także kaszmirowe, z angory czy moheru. Poszukajmy także marynarek. W tym celu możemy zajrzeć również do działu męskiego. Jedwabne koszule często lądują w koszu z apaszkami i piżamami, a to też cenny łup. Second-hand to także odpowiednie miejsce do zakupu skórzanych ubrań: kurtek, spodni czy dodatków, jak paski czy torebki. Najlepsze zdobycze często pochodzą ze sklepów w mniejszych miastach, więc warto to wziąć pod uwagę podczas podróży.

Posiadanie rzeczy po kimś może też nobilitować. Pewnie większość z nas chętnie by nosiło coś, co należało do ukochanej gwiazdy filmowej.
Aukcje garderoby gwiazd organizowane przez Christie’s cieszą się dużą popularnością, ale też zdarzają się dużo bardziej dostępne wyprzedaże influencerów. Jeśli jesteśmy fanami stylu danej osoby, to jest świetna okazja. Poza tym często można tam znaleźć unikatowe egzemplarze, dzięki czemu wyglądamy oryginalnie.

Ponad 90 proc. szafy Aleksandry Zawadzkiej to ubrania pochodzące z drugiego obiegu. (Fot. archiwum prywatne)

Aleksandra Zawadzka w stylizacji w całości z drugiej ręki (Fot. archiwum prywatne)

Twój największy skarb vintage?
Pochodzę z małego miasteczka, więc mam dużo markowych rzeczy vintage, które kosztowały grosze. Ale to wcale nie czółenka Chanel za 12 zł kupione 20 lat temu czy torebka Miu Miu na wagę są moimi ulubionymi. Najbardziej cenię ubrania z historią, czyli spódnicę Halstona i sukienkę z lat 50. Wartościowe są dla mnie też rzeczy, które podkradłam mamie, jak jej stare dżinsowe szorty do kolan. Wyciągnęłam je kilka lat temu z szafy i okazało się, że na metce mają napisane „Calamity Jane”, a to jest mój ukochany western z dzieciństwa. Mamy też taką rodzinną kurtkę parkę, którą kupiłam na bazarze pomiędzy ogórkami a pomidorami. Nosiłam ją przez dwa lata, potem nosiła ją moja mama, jedna moja siostra, druga, a dziś znów wróciła do mnie. Mimo 12 lat u nas wciąż się nie starzeje.

Aleksandra Zawadzka, dziennikarka, redaktorka mody, copywriterka. Wielbicielka vintage z przeszło dwudziestoletnim doświadczeniem w wyławianiu perełek z second handów. Instagram: @ola.zavi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze