1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Nauka motywacji u dziecka

Nauka motywacji u dziecka

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy z motywacją można się urodzić? Czy mogą nauczyć jej rodzice i otoczenie? O jej źródłach i sposobach nauczania od małego pisze dr Paulina Sobiczewska, kierownik studiów podyplomowych Praktyczna Psychologia Motywacji w SWPS.

Motywacja w życiu prywatnym i zawodowym ma te same źródła i niezależnie od tego, gdzie się jej nauczymy, możemy ją wykorzystać w każdym obszarze życia. Na naukę motywacji nigdy nie jest za późno, ale im wcześniej zaczniemy wyrabiać odpowiednie nawyki, tym lepiej. Mam 2,5 letniego synka i już widzę efekty nauki motywowania. W tej trudnej sztuce chodzi nie tyle o nagradzanie sukcesu, co o zachęcanie do podejmowania kolejnych prób i naukę rozwojowego przyjmowania porażki. Uczę swoje dziecko i kursantów tego, że jeśli jeszcze nie osiągnąłeś celu, to znaczy dokładnie i tylko tyle: JESZCZE nie osiągnąłeś. Próbuj dalej. Za chwilę możesz osiągnąć.

Na czym polega sukces?

Rozumienie sukcesu i poprzedzającej go motywacji jest silnie związane z kulturą i sposobem wychowania. Inaczej widziane w Polsce i Stanach Zjednoczonych. W Polsce często mówimy o efekcie skutecznej motywacji jako o pewnym przypadku – „udało ci się”. Amerykanie ten punkt ciężkości przenoszą na własne umiejętności, kompetencje i poświęcony czas, czyli wszystkie składniki potrzebne w motywowaniu, mówiąc: „you did it”.

Warto zastanowić się, jak mówić do swojego dziecka i jaki komunikat zakorzenić w jego głowie. Jestem zdania, że warto powiedzieć „zobacz, zrobiłeś to, spisałeś się”, „postarałeś się i są efekty”, a unikać negatywnych sygnałów, typu „nikt się po tobie nie spodziewał, a tobie się udało”. Kodowanie w dziecku poczucia skuteczności i wspieranie wewnętrznego umiejscowienia kontroli – poczucia, że wiele zależy ode mnie - przyniesie z czasem oczekiwane efekty.

Projektowanie marzeń

Jak myśleć o sukcesie? Jak efektywnie zaplanować system motywacji? Najłatwiej zrozumieć to na przykładzie dziecka – ważne, aby określało cel, planowało etapy pracy i starało się mimo trudności. Porozmawiaj z dzieckiem i zapytaj, jak zamierza zrealizować swój pomysł. Dzisiejsze planowanie przez 4-latka budowy wielkiej wieży z klocków (dobór elementów, rozmieszczenie ich i określenie czasu realizacji), doprowadzi go w dorosłym życiu do konsekwentnego i efektywnego osiągania celów.

A jeśli pomimo wielu prób cel jest nadal nieosiągnięty? Zastanów się, czy cele postawione przez dziecko nie są zbyt trudne i nie wymagają kompetencji, których dziecko jeszcze nie ma. A gdy już nie można zmienić zbyt ambitnego celu, zauważaj i doceniaj najmniejsze sukcesy podczas podejmowanych prób, nawet jeśli nie złożą się na oczekiwany finał. Wielokrotne próby bez sukcesu mogą doprowadzić do wyuczonej bezradności – dziecko nauczy się, że jego działanie nie przynosi efektów i jego motywacja do podejmowania prób zmaleje. Moja rada jest taka – osiągnięcie czy nieosiągnięcie celu przez dziecko to kwestia drugorzędna, więc do porażek podejdź ze spokojem i z nastawieniem, że właściwa motywacja przyniesie w końcu sukces. W ten sposób dziecko nauczy się, że osiąganie celu wymaga czasu, wysiłku, cierpliwości, a porażka nie jest końcem działania. I wyuczona bezradność już mu nie grozi.

źródło: 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę?

Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Za to, że dzieci są słabe z matematyki, prawie zawsze odpowiadają ich rodzice. I to wcale nie w sensie genetycznym.

W szkole najbardziej nie cierpiałem matematyki – choć to nawet prawda, zastanów się, zanim powiesz to swojemu dziecku. Dlaczego? W ten sposób nieświadomie przekazujesz mu następujące informacje: że matematyka jest trudna i nieciekawa, do niczego mu się w życiu nie przyda oraz – być może najważniejsza – skoro ty jej nie lubiłeś, to ono też nie będzie, dlatego spokojnie może być z niej słabe. Zapominasz, że matematyka to nie liczby czy figury geometryczne, tylko myślenie abstrakcyjne, które przydaje się we wszystkich dziedzinach życia. Rozwija nasz mózg, pomaga znaleźć wyjście z wielu sytuacji i dodaje pewności siebie. Dziecko dobre z przedmiotów ścisłych znacznie mniej się denerwuje szkołą, niestraszna mu nowa klasa czy zmiana nauczyciela, nie boi się testów ani klasówek. Natomiast to, które radzi sobie z matmą gorzej, ma ograniczony wybór przyszłej drogi zawodowej. Nie może pójść na studia medyczne, ekonomiczne czy farmaceutyczne, nawet takie kierunki jak żywienie człowieka czy weterynaria zawierają w sobie jej elementy. Dlatego wychowując dziecko na dobrego matematyka, dajesz mu większą szansę na odnalezienie się w przyszłym życiu.

Jak zachęcać dziecko do matematyki?

Zacznij od zmiany nastawienia. Chwal dziecko za postępy w nauce, na przykład za dobre opanowanie tabliczki mnożenia. To zresztą najlepsze z ćwiczeń rozwijających pamięć. Twój maluch ma z nią trudności? Możesz mu pomóc, dzieląc cały system tabliczki na kawałki, najlepiej na osobne działania. Przygotujcie razem karteczki (fiszki). Na jednej stronie zapisz działanie, na drugiej jego wynik. Niech opanuje kolejno wszystkie. Ty też bierz w tym udział.

Wprowadzanie dziecka w świat matematyki możesz zacząć już, kiedy jest w przedszkolu. Złym pomysłem jest wręczenie mu zeszytu i ołówka, by przepisywało rzędy cyfr. Jego mała motoryka jest do tego jeszcze nieprzyzwyczajona, a koordynacja oko–ręka niewykształcona. Natomiast nigdy nie jest za wcześnie na zabawy. Poniżej pięć przykładowych.

  1. Co ma wspólnego klucz z gwoździem? To główne pytanie w kształceniu myślenia abstrakcyjnego. Staraj się szukać okazji, podczas których dziecko może dostrzec cechy wspólne pomiędzy dwoma przedmiotami, zjawiskami, zwierzętami, samochodami, różnymi urządzeniami…
  2. Policz pionki! Mów tak zawsze po skończonej grze, gdy chowasz ją do pudełka. Pokaż dziecku, że układając pionki parami, można łatwiej sprawdzić, czy jest ich tyle, ile potrzeba.
  3. Podaj mi żółtą czwórkę. Już trzylatka można nauczyć, by posługiwał się konkretnymi nazwami klocków lego, budując z nich różne konstrukcje. Nawet dziecko, które jeszcze nie mówi, umie zareagować na: „podaj mamie rączkę”, będzie wiedziało, co znaczy: „podaj mi żółtą czwórkę”. Zobaczysz, jak szybko nauczy się precyzyjnego nazywania klocków.
  4. Co jest dłuższe? Przy każdej okazji proś dziecko, by porównywało różne rzeczy (na przykład buty, sznurowadła, butelki, lalki) poprzez położenie czy postawienie ich obok siebie.
  5. A teraz borsuk idzie w lewo… Jeśli masz w łazience kafelki, dysponujesz wspaniałym przyrządem do nauki. Weź do ręki małą zabawkę. Niech wędruje wolno po kafelkach, a ty mów: „Teraz borsuk skręca w prawo, potem idzie dwa kafelki w górę, potem dwa kafelki w dół, teraz trzy w bok…”. Zobaczysz, jak szybko dziecko nauczy się bezbłędnego poruszania się po… niczym innym jak po układzie współrzędnych.

Sześciolatek, czyli ważny moment

W tym wieku dziecko idzie zwykle do szkoły, co nie znaczy, że przestaje mieć czas na zabawę. Wprost przeciwnie, teraz właśnie potrzebuje jej bardziej niż wcześniej. To wspaniale rozwinie jego matematyczne zdolności. W co się bawić?
  • Statki. Na tej starej poczciwej grze wyobraźnię przestrzenną, koncentrację i abstrakcyjne myślenie wykształciło już wiele pokoleń.
  • Warcaby. A może nawet szachy… Nie ma znaczenia, jeśli nawet grasz w nie słabo lub wcale. Już samo opanowanie zasad będzie dla dziecka wyjątkowo twórcze. Postaw skoczka na dowolnym polu i zademonstruj, jakie ruchy są dopuszczalne. Przesuń go na inne pole i poproś, żeby teraz dziecko pokazało, gdzie można go przestawić.
  • Memo, czyli kartki lub klocki z obrazkami. Wybierz temat obrazków zgodny z zainteresowaniami dziecka i grajcie przy każdej okazji. Prowadź specjalne zapiski, róbcie domowe turnieje. Pamięć sześciolatka jest niemal fotograficzna, więc będzie mieć sporo satysfakcji, zapamiętując miejsce położenia par obrazków i ogrywając wszystkich dorosłych. Oprócz ćwiczenia pamięci ta genialna gra rozwija koncentrację, upór, pozytywne nastawienie do wysiłku intelektualnego oraz chęć rywalizacji.
Pamiętaj: nigdy nie dawaj dziecku forów, bo tym wyrządzisz mu więcej złego niż dobrego.

Starsze dziecko

Gdy wracasz do domu lub dzwonisz z pracy, najczęściej pytasz dziecko: „co tam w szkole?”. A ono odpowiada zawsze tak samo: „w porządku”. Zamień to pytanie na konkret, w tym przypadku interesujący nas przedmiot szkolny. Ktoś, kto chce mieć w domu mistrza olimpijskiego, zawsze pyta: „co robiłeś na wuefie?”, ty mów: „co robiliście na matmie?”. Ważne, żeby twoje zainteresowanie zajęciami w szkole było szczere, a nie pro forma. Przyjrzyj się też uważnie rzeczom, którymi otacza się twój uczeń, i postaraj się, by miały „matematyczne” zastosowanie. Jeśli twoje dziecko lubi grać na komputerze, podsuń mu znakomite gry kształcące wyobraźnię przestrzenną, czyli np. takie, w których musi poukładać w coraz szybszym tempie bryły nieforemne. Najlepszą zachętą będzie, jeśli sam zaczniesz w nie grać, a najlepiej razem z nim. Podobnie rób ze wszystkimi prezentami, które przywozisz mu z podróży lub kupujesz na urodziny – niech rozwijają je umysłowo.

Możesz wykorzystać to, co już macie. Wręcz dziecku miarkę budowlaną – niech zmierzy wszystko, co jest w domu, i zapisze wyniki pomiarów. Potem poproś, by wskazało najdłuższą i najkrótszą rzecz. Gdy ma więcej niż sześć lat, powiedz, by zmierzyło fotel i kanapę i pokazało na miarce, o ile kanapa jest dłuższa, a fotel krótszy. O tyle samo?! Albo weźmy taki zegar. To jedno z najlepszych naturalnych narzędzi kształcenia zdolności matematycznych. Gdy tylko dziecko nauczy się trochę nim posługiwać, pytaj: „Która godzina będzie za osiem minut? Cztery minuty, to ile sekund? Dwie godziny i pięć minut — ile to minut? Mój zegarek późni się sześć minut, czyli którą godzinę teraz pokazuje?”. Jeśli zrobisz z tego domową zabawę, być może za pomocą zwykłego czasomierza, ku swojemu zaskoczeniu, wychowasz laureata olimpiady matematycznej. Miej jednak świadomość, że twoje dziecko wcale nie musi zostać świetnym inżynierem czy profesorem. Najważniejsze, by było człowiekiem bez kompleksów, który korzysta w pełni z możliwości, jakie daje mu jego mózg. Umiejącym radzić sobie w banku, w sklepie i rozumiejącym, na czym polega procent składany.

  1. Psychologia

Skuteczna motywacja podstawą sukcesu

Skuteczna motywacja w 20 punktach (Fot. Getty Images)
Skuteczna motywacja w 20 punktach (Fot. Getty Images)
Za sukcesem oprócz szczęścia i ciężkiej pracy stoi motywacja. Co zrobić, aby wzmocnić  nasz wewnętrzny zapał do działania?

1. Miej pozytywne cele. Myśl, co chcesz uzyskać, a nie czego uniknąć.

2. Motywuj się przez wewnętrzne wartości. Miej zawsze przed oczami swoje cele i ideały.

3. Najlepiej, aby wewnętrzne zadowolenie było dla ciebie ważniejsze niż zewnętrzna nagroda i pochwała.

4. Wyznaczaj sobie atrakcyjne cele.

5. Atrakcyjność celów zwiększa się, gdy nie są zbyt odległe. Wyznacz sobie cele osiągalne w najbliższej przyszłości.

6. Szybki sukces umacnia wiarę we własne siły. Potem łatwiej oczekuje się kolejnych sukcesów, które traktujemy jako etapy do osiągnięcia celu.

7. Zbyt ambitne cele mogą odstraszać i zniechęcać.

8. W trakcie wykonywania zadania modyfikuj cele. Sprawdzaj, czy nadal są dla ciebie atrakcyjne.

9. Odpowiedz sobie na pytanie, czy zaangażowanie i rezultat mieszczą się w możliwych do zaakceptowania proporcjach.

10. Wiedz, kiedy twój wysiłek przestaje się opłacać.

11. Miej zawsze pewność, że jesteś wolnym i niezależnym człowiekiem.

12. Przyjmij zasadę, że nikt nie może cię do niczego zmusić.

13. Masz prawo do podjęcia swobodnej decyzji, czy chcesz osiągnąć określony cel czy nie.

14. Przed podjęciem trudnej decyzji, zastanów się, jakie korzyści i szkody może ci ona przynieść. Wtedy łatwiej ci będzie odpowiedzieć na pytanie, czy naprawdę czegoś chcesz.

15. Gdy już podejmiesz decyzję, powiedz sobie: „Teraz przystępuję do egzaminu!” zamiast: „Muszę mieć ten przeklęty egzamin za sobą!”.

16. Nikt z nas nie chce niczego musieć, przyjmij to do wiadomości.

17. Jeśli rzeczywiście jesteś zobligowany do wykonania jakiejś czynności, nie narzekaj. Staw temu czoło i zrób, co się da.

18. Gdy stoisz przed trudną decyzją, może ci pomóc następujące ćwiczenie. Wyobraź sobie, że składasz się z dwóch części, jedna mówi: „chcę”, druga „nie chcę”. Spróbuj sprowokować obie te części do owocnego dialogu skierowanego na cel.

19. Powiedz jasno TAK lub NIE na określone zadanie.

20. Nie odczuwaj stale przymusu do robienia czegoś. Takie uczucia prowadzą do zniechęcenia i odbierają radość życia.

Więcej w książce „Lęk przed porażką”, Hans Morschitzky, wydawnictwo „W drodze”.

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.