1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. O, matko! Dziecko się zakochało!

O, matko! Dziecko się zakochało!

Pierwsza miłość to czas, kiedy dziecko traci swoją „ dziecięcość” i staje w miejscu „dorosłego”. Od tej pory jeszcze wyraźniej zaznaczają się zmiany, które niesie ze sobą wiek dojrzewania.

Zakochując się, nastoletnie dziecko, porzuca swoją dotychczasową „skórę” i staje w nowym miejscu, jest to tak bardzo wyraźny i ważny moment oddzielenia od rodziców - dla tych ostatnich czasem bardzo trudny. Warto być świadomą objawów i dynamiki tych zmian.

Zmieniają się potrzeby dziecka - o ile możemy je jeszcze tak nazywać, bo rzadko który nastolatek na tym etapie nie oburzy się nazwany tym mianem. I słusznie... Sęk w tym, że to już naprawdę mniej dziecko, a bardziej dorosły. Bo pierwsze zakochanie to moment wyraźnej zmiany roli z dziecka na dorosłego, choć nie na stałe, bo wciąż będą zdarzały się czasowe powroty do dziecięcej „skóry”, jednak od tej pory w dziecku już coraz mniej dziecka a coraz więcej dorosłego. Zmieniają się zatem potrzeby w relacjach z rodzicami z dziecko - rodzic na dorosły - dorosły. Stąd właśnie bierze się ta niechęć naszych dzieci do oferowanych im rad, wskazówek bądź przestróg, którymi sypiemy jak z rękawa, kiedy nasza młodzież zaczyna się zwierzać, i niemal biegniemy natychmiast na pomoc, kiedy coś nas w tych zwierzeniach niepokoi. Dziecko tonie na mieliźnie pierwszej miłości! Ratować za wszelką cenę! STOP, drogi rodzicu, nic bardziej mylnego. Wyobraź sobie, że zwierza ci się koleżanka z pracy, jak to się zakochała, ale nie wie czy coś z tego będzie, facet niepewny itd., itd... Co robisz? Czy dajesz jej wskazówki, jak powinna postąpić, żeby nie wpakować się w tarapaty? Czy krytykujesz kandydata za brak ambicji zawodowych? Wcale nie - chyba, że na wyraźną prośbę. Nikt z nas nie lubi nachalnego poradnictwa. I tutaj, z własnym nastoletnim dzieckiem, sytuacja odtąd będzie wyglądała podobnie.

Jeśli, drogi rodzicu, pragniesz zachować dobry kontakt z dorastającym dzieckiem, to szanuj granice nowej, tworzącej się tożsamości. To, czego ono teraz chce, to nie porady ani opiekuńczość, lecz zaufanie, że ono sobie w tej sytuacji świetnie poradzi, pozwalanie, by brało odpowiedzialność za siebie i za wybory swojego serca (jakże to ważne, by w dorosłym życiu umiało podążać za jego głosem!), dzielenie się swoimi własnymi doświadczeniami z okresu pierwszych miłosnych wzlotów lub po prostu słuchanie - tak jak się słucha przyjaciółki lub przyjaciela. Dziecko na pewno da nam znać, jeśli będzie potrzebowało pomocy czy rady. Uważne bycie przy nim i zauważanie co ma nam do zakomunikowania, pomoże rozróżnić, czy macha do nas ręką, czy też wzywa pomocy.

No tak: łatwo powiedzieć. Jak nagle wyjść z roli matki i stanąć obok, jako przyjaciółka? O to samo mogliby zapytać ojcowie. Sama, jako mama 19- letniej córy, poznałam tę trudność.

Ale są rozwiązania: o pierwszym wspomniałam już powyżej - to uważność na to, czego w tym momencie potrzebuje dziecko - czy zadbania i opieki, pocieszenia, zwłaszcza, kiedy coś tam w miłosnych meandrach gorzej się układa (ranione serce dziewczyny pocieszy tatuś, przytuli i „wykomplementuje”, a chłopakowi potrzebna będzie mama), czy też zanosi się na kumpelską pogaduchę i wymianę wrażeń i doświadczeń (córka - matka, syn - ojciec). Ćwiczmy naszą uważność, obserwując dziecko - w ten sposób dowiemy się o nim bardzo dużo, bez wypytywania, którego nastolatki nie znoszą. Nawet jeśli dziecko wam nie powie, to po jego zachowaniu rozpoznacie, czy się zakochało lub interesuje się już podbojami. Dziewczyny zaczynają się malować, chłopcy dbają o swój wygląd i higienę. Jeśli przez obserwację dobrze poznamy nasze dziecko, nie trzeba wypytywać - będziemy sami wiedzieli, czego wymaga od nas sytuacja.

Drugie rozwiązanie to sposób podpatrzony u rdzennych kultur, który zresztą do niedawna działał także w naszych rodzinach, zanim skurczyły się one do tzw. modelu nuklearnego czyli dwa plus dwa w bloku. Wiele ról, które obecnie przyszło pełnić matce i ojcu w nowoczesnej, małej rodzinie, było rozłożone w dużych wielopokoleniowych rodzinach na inne osoby. Podobny system działał u większości Indian obu Ameryk, australijskich Aborygenów i innych starych społeczności - w procesie wychowania i towarzyszenia młodemu człowiekowi w drodze ku dorosłości było zaangażowanych wielu krewnych, którzy z odpowiedzialnością pełnili rolę mentorów, przyjaciół, czy sędziów złego zachowania, podczas gdy matka i ojciec spełniali głównie funkcję opiekuńczą. Czytałam o zaniedbanej dziś funkcji matki chrzestnej i jej aktywnym niegdyś udziale w wychowaniu chrześniaka bądź chrześniaczki. Jest takie afrykańskie powiedzenie: „potrzeba wioski, żeby wychować dziecko”. Dziś matki chrzestne czy ojcowie, ciotki, pociotki, wujkowie, stryjkowie a nierzadko nawet dziadkowie są często daleko, widujemy się z nimi od wielkiego dzwonu, a tymczasem cały ciężar wychowania spada na barki rodziców. Ale życie jest mądre i to, co było kiedyś skodyfikowane i ustalone jasnymi zasadami, dziś, mam wrażenie, dzieje się tak czy inaczej, natura musi sobie bowiem jakoś radzić. Jeśli więc zauważycie, że wasze dziecko upodobało sobie do zwierzeń matkę lub ojca koleżanki - to nie ma powodu do obaw czy obwiniania się, że w tym jakaś wasza wina. Jest to normalne poszukiwanie mentora lub przyjaciela, którym wcale nie musi być rodzic. Pozostańcie więc w roli rodzica i opiekuna, skoro to jest to, czego ten młody człowiek od was teraz oczekuje, pozwólcie mu samemu wybierać mistrzów, przyjaciół i rywali. Pozwólcie próbować swoich sił, by zrozumiał, że ma ich naprawdę dużo.

Przypomina mi się tu etap rozwoju, kiedy małe dziecko już chodzi i zaczyna się wybierać na samodzielne wycieczki - coraz śmielsze i dłuższe, by potem nagle przybiec i wtulić się w bezpieczne ramiona, podładować akumulatorek przed kolejną wyprawą coraz dalej i dalej. Kiedy dziecko nam dorośleje, kiedy się zakocha, jest podobnie. Ważne żebyśmy my byli zawsze tam, gdzie może nas znaleźć, jeśli będzie potrzebowało. Teraz ustala się wzorzec relacji na najbliższe kilkadziesiąt lat.

Kiedy dziecko zakochane po raz pierwszy przestaje być dzieckiem, my też się zmieniamy. Rola rodzica przestaje być już tak wymagająca, robi się w życiu trochę więcej miejsca. To dobra okazja, żeby zadać sobie pytanie, czym to miejsce wypełnić? Czego nie mogliśmy, zajęci dotychczasowymi obowiązkami, robić, a na co tak bardzo od dawna mieliśmy ochotę? Być może teraz przyszedł na to czas...? Zmieniajmy się razem z naszymi dziećmi - świadomie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas na na drugą, wielką miłość

Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu - Agatę Gebhardt.

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?
Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

To znaczy…?
W rozmowach z kobietami, które zakończyły długoletnie, ważne dla siebie związki, nawet gdy są już w kolejnych, często pojawia się poczucie winy lub porażki, wątpliwości w postaci pytań: Czy mogę sobie zaufać, skoro już raz zawiodłam? Czy mogę zaufać drugiej osobie, skoro już raz zostałam zdradzona? Do głosu dochodzi też często Wewnętrzny Krytyk, który dodaje: Czy ja w ogóle potrafię kochać, być w związku? Jako coach wierzę w sens zadawania sobie ważnych, mocnych pytań, ale nie z miejsca krytyka – bo wtedy odpowiedzi zmierzają w stronę negatywnych ocen: jestem beznadziejna, inni są beznadziejni, związki są beznadziejne. Gdy zadajemy pytania z miejsca przyjaciółki w sobie, wtedy jest to dobra, konstruktywna rozmowa ze sobą. Jej konkluzja mogłaby brzmieć tak: „Teraz wiem, jaką ważną dla mnie wtedy potrzebę, wartość zaspokajałam. Chciałam, żeby on mnie docenił, chciałam być perfekcyjną żoną i matką, chciałam mieć rodzinę, chciałam zrobić karierę. I byłam, zrobiłam – i doceniam to niezależnie od opinii innych. Ale też dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jaka była tego cena: zaniedbałam siebie, zaniedbałam innych, umknęło mi to, co ważne. Nie zmienię przeszłości, ale mam wpływ na to, co teraz. Z tym doświadczeniem wiem już, jaki związek chcę zbudować”.

Bo przecież w relacje wchodzimy z różnych powodów...
Rozpoznanie osobistych powodów jest kluczowe. W psychologii procesu nazywamy to snami, które uwodzą. Zwykle uważamy, że uwodzi nas osoba, ale bardziej jesteśmy uwodzeni przez sen, jaki zaczynamy śnić na temat tej osoby i relacji z nią. Oczywiście jest on oparty na tym czymś, co w tej osobie jest i co pozwala nam go śnić i mieć nadzieję na jego spełnienie. Ale mimo stosowania różnych strategii na jego podtrzymanie – wcześniej czy później musimy się zbudzić. I najważniejsze jest, co – a właściwie kogo – zobaczymy obok po tym przebudzeniu. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, a realne przesłanki do ziszczenia się snu w tej osobie były mierne, to przebudzenie bywa trudne, a nawet bolesne. Często prowadzące do decyzji o rozstaniu...

A co dzieje się ze snem? Czy możemy go śnić w następnym związku z kimś innym?
Oczywiście, że tak! Ale przedtem polecam zadać sobie kontrolne pytania: Jaki to był sen? Czyj to był sen? I mieć odwagę przyznać, jeśli sen o małżeństwie, domu z kominkiem, dzieciach, kocie i psie – to był bardziej sen mojej matki lub przyjaciółki niż mój. Mieć gotowość, by usłyszeć: „Bo mama o tym marzyła, bo bałam się ich rozczarować, bo to takie fajne, bo chciałam, żeby przyjaciółki mi zazdrościły...”. Moment dotarcia do tej prawdy bywa trudny. Odkrycie, że może chodziło mi tylko o białą sukienkę i dobrą imprezę, ale bez krytykowania, tylko ze zrozumieniem dorosłej kobiety w sobie: ciepłej, kochającej, wyrozumiałej – jest tym, czego w tym momencie potrzebujemy najbardziej, bo cena przecież została już zapłacona. Warto przytulić siebie i powiedzieć: „Może nikt tego nigdy nie zrozumie, ale ja cię rozumiem”. I zapytać siebie: „A jaki jest ten mój prawdziwy sen? Jak go mogę teraz zrealizować?”.

Zatem co zrobić, żeby ten nowy związek stał się faktycznie nowym otwarciem, naszym ziszczonym snem?
Po pierwsze, zrozumieć, czym był ten pierwszy związek, i zrozumieć siebie. Po drugie, wybaczyć, bo samo uświadomienie bez zrozumienia i bez wybaczenia może nas jeszcze bardziej uwikłać w poczucie winy. Jedna z moich klientek zrobiła taki piękny, spontaniczny, rytualny gest – zmazała cytat, który napisała kilka lat temu na tablicy nad swoim biurkiem o dążeniu do doskonałości, a napisała własny, z serca „To, co robię, jest najlepsze na ten moment”. I to jest dobry początek nowego otwarcia – z tego miejsca możemy stworzyć związek „najlepszy dla nas na ten moment”.

Co może być sygnałem alarmowym, że jednak nieświadomie odtwarzam poprzednią relację?
Wierzę, że jeśli już sobie pewne rzeczy uświadomimy, ponazywamy, zrozumiemy, wybaczymy, czasem też przepracujemy na terapii, bo jeśli trzymają nas silne wzorce, to może to być niezbędne – to wtedy wybierzemy właściwego dla nas partnera. Ale pomimo to mogą się pojawić emocje, słowa, gesty – nasze lub tej drugiej osoby – które dobrze znamy i wiemy, że nie są one dobre dla relacji. Czasem jest to jak déjà vu.

Co możemy z tym zrobić?
Ja na przykład – kiedy to zauważam – pytam siebie: Czy chcesz się jeszcze trochę pooszukiwać, czy już jesteś gotowa się temu przyjrzeć? (śmiech) Lubimy się oszukiwać, ale poprzednie trudne doświadczenia są swoistym mementum, że to się nie opłaca. Jednak trzeba też uważać, żeby nie popaść w przewrażliwienie. Czasem coś, co jest podobne, nie jest tym samym. I przed tym chroni nas rozmowa – warto zakomunikować partnerowi wprost: „Słuchaj, doświadczyłam już czegoś takiego, nie chcę tego powtórzyć w naszej relacji. Porozmawiajmy”.

Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, z uważnością i ciekawością. Nie wierzę w dobre związki bez rozmów. Ale nie o książce czy filmie, co oczywiście też jest cenne, tylko o potrzebach, odczuciach, emocjach. Związek jest czymś żywym, zmiennym. Nie da się go ustawić dobrze raz na zawsze. I to jest piękne!

Na ile warto sięgać do przeszłości i pytać się nawzajem o to, co się zdarzyło wcześniej?
Ja kieruję się zasadą, którą stosuję też w coachingu: coach ma być ciekawy, a nie ciekawski. I tutaj jest dokładnie to samo. Na ile to, o co pytam, ma zaspokoić moją ciekawskość, za którą często jest postać krytyka – a na ile ta informacja jest ważna, znacząca dla zbudowania, rozwoju tej relacji? Takie rozmowy są trudne, wymagają uważności i szacunku dla siebie i drugiej osoby.

A co może być naprawdę fajnego w tym drugim związku?
Musi być dużo tego fajnego, bo też często sporo rzuca się na szalę – w taką sytuację uwikłane są przecież i inne osoby: dzieci, rodzina, przyjaciele, którzy również ponoszą koszty naszej decyzji. Największą rekompensatą jest nasza miłość, nadająca wyższy sens, wartość. Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. Wtedy związek jest spotkaniem dwojga świadomych siebie osób, poszukujących nie kompensaty, nie dopełnienia, czyli nie drugiej połówki, ale kogoś, kto jest pełnym owocem. Wtedy razem możemy być kimś więcej, a nie kimś innym. Kimś, komu bliżej jest do postawy: „nie muszę być z kimś, ale chcę być z tobą. Chcę ci zaufać, otworzyć się. Mam gotowość podjęcia ryzyka pokazania siebie prawdziwej, nagiej nie w sensie fizycznym – co często jest łatwiejsze – ale w sensie osobowości”. Bycie z kimś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, i taką mnie kocha, jest naprawdę czymś fajnym. Bo bycie w autentycznej relacji jest czymś najbardziej wartościowym. Z wiekiem zaczynamy rozumieć, że maski i fasady nie mają znaczenia, a odbierają nam szansę na prawdziwe uczucia. Każdy chce i też ma prawo być kochanym tak, jak tego potrzebuje, w zgodzie ze sobą. Kiedyś usłyszałam od jednej z moich klientek: „W tym związku mam to, co miałam najlepszego w poprzednim, i to, czego tak bardzo mi tam brakowało”. I myślę, że to jest to!

Agata Gebhardt
, coach psychologii procesu. Prowadzi indywidualne sesje coachingowe, warsztaty rozwojowe, wyjazdy z coachem. Wspiera kobiety i mężczyzn w budowaniu autentycznych relacji ze sobą oraz realizowaniu swojej misji życiowej. 

  1. Psychologia

Czy każda miłość może być pierwsza?

Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest niezapomniana choćby dlatego, że pełna różnych „pierwszych razów”. O tym, jak odnaleźć podobną świeżość w kolejnych związkach rozmawiamy z Martą Wołowską-Ciaś, terapeutką Gestalt.

Pierwsza miłość rzadko bywa tą na całe życie, a jednak wiele osób tęskni do niej po latach. Dlaczego? Pierwsze randki, uniesienia, pierwsze pocałunki to także odkrywanie w sobie, po raz pierwszy, emocji im towarzyszących. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie czuliśmy takiego rodzaju pożądania, podniecenia, zakochania, euforii, pragnienia, tęsknoty w relacji z drugim człowiekiem! Być może znane nam są te uczucia, doświadczyliśmy ich już wcześniej, ale różnica polega właśnie na doświadczaniu ich w relacji. Ich siła jest też ogromna; zapisuje się w naszej pamięci na zawsze. I to często do tych właśnie uczuć tęsknimy po latach.

Być może nastąpił mechanizm idealizacji, dlatego wracamy i tęsknimy do naszej pierwszej miłości. Może się również zdarzyć, że ten pierwszy związek i uczucia, jakich w nim doświadczamy, są w jakimś sensie odzwierciedleniem naszych pierwszych relacji z najważniejszymi dla nas osobami: matką czy ojcem albo obojgiem rodziców.

Jak doświadczenie pierwszej miłości wpływa na kolejne związki? Jak słyszę „pierwsza miłość”, to trudno mi nie myśleć o tej pierwszej miłości , która ma miejsce w naszym życiu zaraz po urodzeniu, czyli o miłości i więzi z obiektem, jakim jest matka. Wierzę, że właśnie to doświadczenie wpływa na nasze przyszłe relacje z partnerami, że nasze związki w dorosłym życiu wiele mówią o doświadczeniach z naszej przeszłości.

Ale rozumiem, że w pytaniu chodzi o miłość partnerską? Wszystkie doświadczenia wpływają na nas, budują naszą tożsamość, osobowość, charakter, wpływają na kształtowanie się naszych mechanizmów obronnych. W tych pierwszych związkach zdarza nam się doświadczyć zawodu, zranienia, porzucenia. Nie musi tak być, ale jak pani słusznie zauważyła, te związki rzadko trwają wiecznie. Takie doświadczenia niejako nas hartują, odzierają z dziecięcej naiwności, idealizacji. Dzięki nim uczymy się bardzo wiele o sobie: jakich uczuć doświadczam, gdy ktoś zachowuje się wobec mnie tak i tak; gdzie i czy stawiam granice bliskiej osobie; czy i w jaki sposób wyrażam swoje zdanie, złość, potrzeby… To fundamentalna wiedza o nas samych, dzięki niej stajemy się bardziej pełni, a to już tylko korzyść dla nas samych i dla naszych przyszłych partnerów. Uczymy się też odróżniać to, co istnieje naprawdę, od tego, co nie istnieje, czyli dzieje się w naszych marzeniach.

Co zrobić, żeby „każda miłość była pierwsza"? Czy da się odtworzyć atmosferę pierwszej miłości w kolejnych związkach? Kiedy byłam nastolatką i później młodą dorosłą moja Babcia zawsze mi powtarzała „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie dawne usuwa w cień”. Spierałam się z nią wtedy, że to niemożliwe, że to właśnie ta pierwsza była prawdziwa i niepowtarzalna... Jakże się wtedy myliłam (śmiech).

Nie skupiałabym się na, tym czy da się „odtworzyć” tę atmosferę. Pewnie nie, bo i po co? Ale z pewnością da się stworzyć niepowtarzalną, gorącą i szczerą, z tą właśnie osobą. Relacja to JA i TY. Każde JA i TY, dzieje się w jakimś TU i TERAZ. TAM i WTEDY już było, to przeszłość. Żyjmy świadomie tą właśnie chwilą, to my jesteśmy odpowiedzialni za siebie za związek, za atmosferę; do nas należy wybór czy „ugrzęźniemy” w przeszłości, która nie pozwoli nam być teraz, czy zamkniemy rozdział i zaczniemy pisać nowy.

Zdarza się, że po latach, na spotkaniu klasowym albo zjeździe uczelni spotykamy swoją pierwszą miłość i decydujemy się spróbować jeszcze raz. Czy takie związki rokują? Wydaje mi się, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi. Rzeka płynie latami, zmienia koryto, pogłębia dno w jednym miejscu, spłyca w innym, woda niesie ze sobą kamienie i piasek, a one kształtują linię brzegową i dno. Rzeka się zmienia i jeśli wejdziemy po latach do tej samej, może okazać się, że to już zupełnie inna rzeka. Ba, nawet jej otoczenie może się zmienić. W miejscu dawnych łąk, pól i lasów teraz widzimy drogę, domy i beton. Warto, byśmy byli świadomi, kim jest teraz ten człowiek i jak zmieniło się jego otoczenie. Może nam się wydawać, że znamy się dobrze, że to ten sam zadziorny, zbuntowany i opiekuńczy chłopak z liceum, ale pamiętajmy, że jego związki i doświadczenia także miały wpływ na jego osobowość i że to może być już zupełnie nowa osoba. Podobnie, jak zmienił się nasz wygląd zewnętrzny, zmieniło się nasze wnętrze.

Czy pierwsza miłość to przywilej młodości, czy mogą ją przeżyć ludzie dojrzali? Jestem pewna, że pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. Mimo że jako dojrzali ludzie jesteśmy już bardzo rozsądni, stabilni i poukładani, chwile gorącej namiętności i totalnego zapomnienia mogą nas dopaść na każdym etapie życia. Nawet jeśli taka osoba uważa, że nie wypada, wewnątrz może przeżywać takie same motylki, wulkany, eksplozje, jakich doświadczają młodzi.

Bardziej zastanowiłoby mnie, jak to się stało, że ta pierwsza miłość możliwa jest dopiero teraz, jak wyglądało życie tej osoby w młodości. Ale to już chyba „dzielenie włosa na czworo”...

Marta Wołowska–Ciaś dziennikarka, terapeutka Gestalt. 

  1. Psychologia

Zauroczenie dziecka - jak radzić sobie z młodzieńczą miłością swojego nastolatka?

Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Protekcjonalnie nazywana „szczenięcą”, pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. I powodem do niepokoju dla rodziców... Pedagożka Marzena Jasińska podkreśla, żeby zamiast dawać zakochanemu nastolatkowi tzw. dobre rady − przyjąć jego emocje, zwłaszcza gdy przeżywa rozczarowanie.

W jakim wieku nastolatki przeżywają pierwsze zauroczenia?
Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że dziewczynki około 11., 12. roku życia, u chłopców może się to zdarzyć trochę później. Wtedy zaczyna się też proces dojrzewania płciowego, co wywołuje zmiany w wyglądzie oraz wyrzut hormonów płciowych. Dziewczynki zwykle spoglądają w tym czasie na chłopców ze starszych klas, ponieważ wydają się im oni bardziej dojrzali niż rówieśnicy.

Pierwsze zachłyśnięcie się miłością to niezwykle delikatny stan ducha, człowiek jest wtedy drażliwy, poszukuje akceptacji, może go zranić najdrobniejsza uwaga, ale rodzice chcą rozmawiać, radzić, wygłaszać swoje opinie. Jak to pogodzić?
W naszej kulturze, zresztą nie tylko w naszej, panuje przekonanie, że doradzanie i wypytywanie jest elementem kontaktu i troski. Tymczasem może to prowadzić do swego rodzaju ubezwłasnowolnienia nastolatka, któremu trudno będzie mieć własne zdanie i wierzyć samemu sobie. Rodzice często wpadają w pułapkę tzw. wielepka, czyli „wiem lepiej, bo jestem starszy i mam większe doświadczenie, więc mam prawo mówić, co masz robić” − i nazywają to doradzaniem. Jesper Juul w książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze wprost, że im więcej gadamy, tym mniej osiągamy. Dlatego przede wszystkim warto odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zależy nam na rozmowie. Czy chcemy autentycznie dowiedzieć się, co przeżywa dziecko i jak się z tym czuje, czy raczej opowiedzieć mu o swoich lękach, przy okazji obciążając je nimi, i może nie wprost, ale jednak skłaniać do zerwania znajomości, która nam się nie podoba?

Rodzice mają prawo do własnych opinii, jeśli jednak ma to być prawdziwa rozmowa, to ważne, jakiego języka użyją. Juul mówi tu o zamianie języka „ty” na język „ja”, czyli wyrażaniu siebie z poszanowaniem i uznaniem tego, co czuje, co chce i co myśli druga osoba. Jako rodzic mogę więc na przykład wyrazić, co myślę, co czuję, kiedy moja 14-letnia córka spotyka się z 20-latkiem, choćby to był naprawdę bardzo fajny chłopak. Rodzic ma prawo powiedzieć o swoim niepokoju, ale bez obarczania nim dziecka, wypytywania, krytykowania i tego doradzania z pozycji „wielepka”, o którym już mówiłam. Poza tym jeśli chcemy, żeby nastolatek mówił nam o swoim życiu, to najpierw uchylmy przed nim rąbka tajemnicy i opowiedzmy o sobie. Nie da się budować relacji bez odsłaniania siebie. Tylko przestrzegam przed planowaniem w stylu: w niedzielę po południu usiądziemy razem, opowiemy nastolatkowi o swojej pierwszej miłości, a on od razu zrobi to samo... To karkołomny pomysł!

Czyli twierdzi pani, że rodzice nie powinni wtrącać się w sercowe sprawy nastoletnich dzieci?
Rodzice jak najbardziej mają prawo do wyrażania własnego zdania w języku osobistym, jednak nie o „wtrącanie się” chodzi. Zdarza się, że rodzice nie akceptują sympatii swojego dziecka, i czasem nawet mają ku temu słuszne powody. Tylko krytykowanie czy ośmieszanie nie pomoże, a nawet wręcz przeciwnie. Nastolatek ma dużą potrzebę autonomii i decydowania o sobie i swoim życiu. Zdaniem Juula rodzice mogą na przykład wprost powiedzieć synowi, że im się nie podoba jego dziewczyna, ale widzą, że jest w niej zakochany, a ona w nim, więc nie wiedzą, co mają zrobić, i zapytać, co on o tym myśli. Wtedy dyskusja toczy się z poszanowaniem uczuć nastolatka. Albo zaproponować, że zaproszą ją na obiad, żeby się lepiej poznali, bo może po spotkaniu ich podejście się zmieni − i zapytać, czy ona jest na to gotowa. Oczywiście w czasie rozmowy należy się wykazać kulturą, uprzejmością i rozwagą. To rodzice powinni wziąć na siebie odpowiedzialność za własne lęki i za ich rozwiązanie. To, że dziewczyna syna im się nie podoba, to ich problem i nie mogą oczekiwać, że dziecko go rozwiąże, zrywając kontakt z sympatią. Prędzej dojdzie do zerwania kontaktu z dorosłymi.

Wyobraźmy sobie, że nie chodzi o lubienie lub nielubienie, tylko ta dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i ewidentnie wykorzystuje chłopaka, a rodzice po prostu martwią się o syna.
A czyja to ocena, że dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i wykorzystuje chłopaka?! Raczej nie jego, bo skoro spotykają się, to on postrzega ją inaczej. Warto zapytać, jak się z nią czuje, co mu się w niej podoba, co takiego sprawia, że się w niej zakochał. Mam takie przekonanie, że szczególnie matki bardzo martwią się o swoje dzieci i czynią je odpowiedzialnymi za to zmartwienie, czyli oczekują, że dziecko coś zrobi, żeby mama przestała się martwić albo zaczęła się martwić mniej... Na szkoleniach powtarzam zawsze, że matki mają prawo martwić się tyle, ile chcą, ale niech pamiętają, że to jest ich zmartwienie, a nie dziecka! Już samo mówienie „martwię się o ciebie” jest obciążające, bo jaką intencję ma mama, mówiąc te słowa? Czego oczekuje od dziecka?

Zamartwianie się o dziecko jest największą trucizną dla relacji. Nastolatki nie za bardzo wiedzą, co mają zrobić, aby rodzice się nie martwili i aby nie było im przykro, więc nieraz uciekają się do kłamstwa, bo to jedyne dostępne dla nich rozwiązanie. Na zasadzie „skoro rodzice nie są w stanie przyjąć prawdy o mnie, to nie pozostaje mi nic innego jak nie mówić im tej prawdy”. W ten sposób nastolatek stara się chronić rodziców.

Co jednak jeśli niepokoimy się, że nowa sympatia wprowadza nasze dziecko w świat używek, narkotyków, seksu?
Najlepiej zapytać wprost. Jeśli dziecko zaprzeczy, to należy to przyjąć, ale też zapewnić je, że jeżeli będzie potrzebowało naszej pomocy, to może zawsze do nas przyjść. Od czasu do czasu warto też ponawiać pytanie, czy nic się nie zmieniło. Jeśli między rodzicem a nastolatkiem są zdrowe relacje, to w końcu powie otwarcie, jak się sprawy mają. W poradzeniu sobie z niepokojem pomaga też myślenie: „ufam mojemu dziecku i wiem, że ono postąpi najlepiej, jak będzie potrafiło, bo jako rodzice wyposażyliśmy je w takie kompetencje i umiejętności, które pozwolą mu zadbać o siebie”. Z drugiej strony nastolatki nie mają jeszcze dostatecznie rozwiniętej struktury mózgu, która odpowiada za skalkulowanie ryzyka, przewidywanie konsekwencji i dlatego potrzebują autentycznego zainteresowania. To obejmuje też prawo do wyrażenia sprzeciwu przez rodzica.

A kiedy jest miejsce na ten sprzeciw? Czy kiedy nastolatka chce na przykład, żeby chłopak został na noc w jej pokoju, ale my tego nie akceptujemy?  Powinniśmy zabronić jej tego, mimo że będzie na nas wściekła?
Często się zdarza, że rodzice, słysząc o tzw. nocowaniu, wpadają w panikę i usiłują na siłę przeprowadzić z dzieckiem poważną rozmowę, która kończy się umoralniającym monologiem. Tymczasem, jak radzi Jesper Juul w książce „Nastolatki, kiedy kończy się wychowanie”, rodzic powinien mówić od serca, używając rozumu. Dlatego nie chodzi o pozwalanie czy nie, a o autentyczny dialog, w którym każdy poczuje się usłyszany, dostrzeżony i zrozumiany. Nakazy są destrukcyjne dla relacji, jednak znam wielu rodziców, którzy z obawy przed konfliktem lub z bezradności wcale lub bardzo rzadko mówią „nie”. Godzą się dla tzw. świętego spokoju, a potem męczą ich wyrzuty sumienia z powodu tego, że się zgodzili na coś sprzecznego z ich wartościami.

Rodzice absolutnie nie powinni rezygnować z wyznaczania norm. Nawet jeśli z tego powodu zostaną przez nastolatka nazwani starymi zrzędami albo usłyszą, że są staroświeccy czy że inni rodzice na to pozwalają. Trzeba nauczyć się mówienia „nie” z czystym sumieniem, a to znaczy, że najpierw trzeba uznać i uszanować to, czego chce nastolatek, a dopiero potem powiedzieć „nie”. Taki wynikający z wyznawanych wartości komunikat mógłby brzmieć na przykład tak: „widzę, że jest dla ciebie ważne, żeby Kacper nocował dziś w naszym domu, jednak nie zgadzamy się na to”. Oczywiście po takim komunikacie rodziców córka wpadnie w szał, ale to jest nieuniknione. Trudno oczekiwać, żeby po takich słowach powiedziała: „super, że się nie zgadzacie”. Wielu rodziców uważa, że dziecko nie powinno z tego powodu przeżywać złości. To absurd! Dorosły powinien przyjąć emocje dziecka, a nie mieć do niego pretensje, że je przeżywa. Pamiętajmy, że poglądy czy zdanie rodzica mają duże znaczenie dla nastolatka, choć się do tego nie przyznaje. W domu robi awanturę, ale porozmawia potem o tym z rówieśnikami.

Pierwsza miłość często kończy się pierwszym rozczarowaniem, co dla dziecka jest wielkim szokiem. Jak mądrze i bezinwazyjnie wesprzeć nastolatka cierpiącego po rozstaniu z sympatią?
Po prostu być przy nim i z nim, pytać, czego potrzebuje, szanować, jeśli wykrzyczy „daj mi spokój”. Dać do zrozumienia, że w każdej chwili może do nas przyjść i popłakać, pogadać albo pomilczeć. Po rozstaniu nastolatek przeżywa swoją żałobę. Czyli doświadcza też smutku, żalu, rozpaczy, czasem lęku, niepewności albo i złości. Pocieszanie w stylu „nie martw się, za miesiąc, rok nie będziesz o nim pamiętała, a tak w ogóle to on mi się nigdy nie podobał, dobrze, że z nim zerwałaś” – nie pomaga. Kluczowa jest obecność, wspieranie i empatia.

Jesper Juul pisze, że najważniejszym zadaniem dziecka jest nauczenie się, jak być dorosłym. Czy nastoletnia miłość to też element takiej nauki?
Wszystko, co przeżywa nastolatek, będzie miało wpływ na późniejsze spostrzeganie przez niego życia, jednak trudno powiedzieć, jak duży. Dziecko uczy się, co to znaczy być dorosłym, obserwując rodziców, i zdarza się, że dla niektórych nie jest to dobra nauka.

Marzena Jasińska, pedagożka, doradczyni rodzinna pracująca w duchu filozofii Jespera Juula oraz rodzicielstwa bliskości. Certyfikowana trenerka Family Lab Polska. Zajmuje się szkoleniami i treningami z umiejętności wychowawczych dla rodziców i nauczycieli. Najchętniej pracuje z rodzicami nastolatków oraz samymi nastolatkami, towarzysząc im w nieraz trudnej dla nich codzienności.

  1. Psychologia

Jak się szczęśliwie zakochać - radzi psycholog

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby – zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski. I choć nie da się zakochać na zawołanie, to jednak w nowym roku możesz zrobić wiele, by otworzyć się na miłość.

Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby - zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski.

Mam takie postanowienie, żeby szczęśliwie się zakochać. Co mogę zrobić, żeby je zrealizować?
Czuję się przytłoczony (śmiech)... Pewnie już od kilku tysięcy lat zmagamy się z tym problemem jako gatunek – jak się zakochać i to z wzajemnością. Zatem może ustalmy, że będziemy raczej starać się próbować odpowiedzieć na to pytanie.

Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy to słyszę, to że zakochanie się jest poza kontrolą. Projekt partner, projekt małżeństwo z rozsądku – pewnie da się zrealizować, ale zakochanie to nie jest projekt biznesowy...  Druga rzecz, ja nie do końca wierzę w takie postanowienia. Zwykle po kilku tygodniach się wywracają, bo tylko jakaś część mnie podejmuje takie postanowienie.  Jeśli brak nam wewnętrznego konsensusu, to długo się w tym trybie nie utrzymamy. A zatem kto postanowił, że się zakocha? Ktoś, kto uważa, że trzeba być w relacji, czy ktoś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę?

Chodzi o rzeczywistą potrzebę. Jak mogę wspomóc ten proces?
Pomysłów jest wiele, ale nie mam złudzeń, że znajdziemy jednoznaczne sprawdzone rozwiązanie. Odpowiem może, jak ja to widzę. Otóż bez sensu wydaje mi się szukanie kogoś wymarzonego. Model dwóch połówek jabłka zakłada, że jestem niepełny w jakiś sposób i dopiero drugi człowiek mnie dopełnia. To oznacza pewien deficyt we mnie i rodzi się ryzyko uzależnienia, wejścia w relację jak z dilerem miłości, który ma to, czego mnie brak. Uważam, że warto najpierw nauczyć się wypełniać te odczuwalne braki w sobie. I wtedy jedno pełne jabłko spotyka się z drugim pełnym jabłkiem. Zatem jeśli czegoś szukasz u partnera, to najpierw znajdź to w sobie.

Jak odnaleźć tę pełnię?
Dobrze zacząć od pracy ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo on może dużo namieszać. Najpierw będzie mówił, że jestem beznadziejny, brzydki, głupi i inne nieprzyjemne rzeczy, i że wcale nie zasługuję na miłość. Jeśli uporam się z tym, będę mógł bardziej dojrzale spojrzeć na siebie, przestanę starać się dopasować do standardów wewnętrznego krytyka, a dzięki temu nie będę musiał udawać kogoś innego przed inną osobą. Poza tym będę wtedy też bardziej akceptujący dla tej osoby. Będę mógł zobaczyć ją z jej wadami i zaletami, a nie szukać kogoś, kto spełni moje wygórowane wymagania. Szukanie ideału to powszechny problem. Konsumpcyjna natura naszej kultury przenika też do relacji, więc mamy jakby listę wymogów, które powinien spełnić partner czy partnerka. Łatwo możemy zacząć zachowywać się jak na zakupach sprzętu AGD – partner jak pralka ma mieć różne funkcje...

Chciałabym się nad tym zatrzymać. Oczywiście partner to nie sprzęt AGD, ale jednak z jakiegoś powodu wybieramy tę, a nie inną osobę.
No pewnie, ale myślę też o zostawieniu sobie takiego marginesu w miłości, że coś mi przeszkadza, ale schodzi to na drugi plan wobec innych zalet partnera. Jestem gotów być z tą osobą, mimo że np. nie sprząta po sobie czy nie ogląda tych samych seriali. Inaczej szukanie partnera może się nigdy nie kończyć. Może stać się poszukiwaniem św. Graala czy polowaniem na yeti, czyli gonieniem za czymś, czego w rzeczywistości nie ma. Wrócę jeszcze do krytyka, bo przepracowanie tego tematu to na pewno duży krok w kierunku miłości, czyli akceptowania siebie takim, jakim się jest, a więc tak samo i innej osoby. Wtedy raczej nie będę chciał jej zmieniać, będę mógł przyjąć ją czy jego takimi, jakimi są. Pamiętajmy, że plany ewentualnej zmiany, którą zakładamy od początku relacji, nie mają nic wspólnego z miłością. Są raczej wyrazem egoistycznej kontroli.

Czy możemy jakoś doprecyzować, gdzie leży ta granica między listą oczekiwań a potrzebami?
Nie potrafię precyzyjnie określić, powiedzieć, co jest realną potrzebą, a co twoim egoistycznym oczekiwaniem. Będziesz to sama wiedzieć, mając kontakt ze swoją pełnią. Wtedy związane z deficytami oczekiwania znikają i zostaje to, co naprawdę jest dla nas ważne. I w tym miejscu można się zastanowić dalej, jak szukać kontaktu z tą pełnią.

Mówimy o miłości, a w większości duchowych ścieżek rozwoju ta pełnia jest tożsama właśnie z miłością. Warto więc zadać sobie pytanie: jak mogę doświadczać miłości? Nawet niekoniecznie w związku. Szukanie odpowiedzi wspomaga każdy rodzaj pracy nad sobą: medytacja, terapia czy praca z ciałem. Ten stan miłości jest gdzieś w nas. Wystarczy pomyśleć o chwili, kiedy miłość przez nas przepływała, kiedy czuliśmy się dobrze sami ze sobą. Ciało i umysł dobrze pamiętają ten stan i czasami odrobina wysiłku pozwoli go poczuć. To doświadczenie miłości nie musi zostać wspomnieniem z przeszłości, mogę mieć do niego dostęp teraz. Czuć miłość do siebie i z tym posagiem wchodzić w relacje.

Miłość do siebie ma złe konotacje...
I szkoda! To jakieś niezrozumienie. Jeśli mam dość miłości w sobie, to się też mogę nią łatwo dzielić. Jeśli widzimy kogoś, kto kocha, akceptuje siebie, jest przez to pełen życia, to aż chce się z kimś takim przebywać. To oczywiście nie daje pewności, że się zakocham, i to z wzajemnością, że będę w relacji, ale zwiększa prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji, a na pewno zwiększa mój wewnętrzny komfort.

Inna rzecz, że trzeba sobie zadać jedno pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć: czy to aby na pewno jest dobry moment na nową relację? Zdarzają się okresy w życiu, kiedy trudno nam budować relację, bo to jest czas na coś innego. Chociażby po zakończeniu długiego związku potrzeba trochę czasu, żeby to rozstanie naprawdę przetrawić. Formalne zakończenie wcale nie musi oznaczać, że on się naprawdę dla nas zakończył. A może jestem w procesie poważnej zmiany tożsamości, a skoro ja sam nie wiem, kim jestem, to kto wtedy wszedłby w ten nowy związek? Jeśli się akurat przepoczwarzam, to warto to zaakceptować i poczekać, aż ta zmiana się dopełni. Przecież kokon nie wchodzi w relację, trzeba zostać motylem.

Jak więc zostać motylem?
Dodam, że można jeszcze być gąsienicą i też być w relacji. Chodzi mi o to, że na różnych etapach naszego rozwoju wchodzimy w różne relacje. Mam tylko wątpliwość, czy najlepszym rozwiązaniem  będzie zaczynanie nowego związku na etapie gruntownej przebudowy. Jeśli na tego motyla spojrzymy jak na symbol kogoś, kto leci w kierunku własnej pełni, to według mnie bycie nim wymaga skontaktowania się z własną miłością, zobaczenia tego, że taki, jaki jestem, jestem w porządku i nic mi tak naprawdę nie brakuje. Czyli miłość i akceptacja, zamiast krytyki i kontroli. I znowu nie chodzi o projekt intelektualny „zostać motylem”, bo to, co się dzieje w głowie, to za mało. To, czego nam potrzeba, to ten wyświechtany, ale jakże prawdziwy kontakt ze sobą. I to się czuje, to się odnajduje w ciele.

W książce „ProcessMind: A User's Guide to Connecting with the Mind of God” Arnold Mindell opisuje pewną medytację, w której pada pytanie: „Gdzie w twoim ciele mieszka twoje najgłębsze ja?”. Ciało dużo wie, kontakt z ciałem bardzo osadza w teraźniejszości. Dlatego myślę, że praca z ciałem naprawdę pomaga w duchowej przemianie.

Dlaczego bycie tu i teraz jest tak ważne w budowaniu relacji?
Jeżeli utkniemy w wizjach przyszłości, w tym, jaki ma być nasz wymarzony partner czy partnerka, to możemy nie zauważyć kogoś, kto mógłby się okazać ważny. Możemy też odrzucić kogoś tylko dlatego, że z kolei za bardzo przypomina nam postać z przeszłości, więc „znowu będzie tak samo”. Często jest to echo pierwszej czy poprzedniej miłości, ale też oczywiście relacji z rodzicami, bo przecież to jest pierwszy wzorzec, który rzutuje na przyszłość. Im bardziej uświadamiam sobie, kim teraz jestem, kim chcę być w relacji, na czym mi zależy – tym łatwiej mi budować głębokie relacje, zamiast odtwarzać ciągle tę samą rolę.

Jak uwolnić się od takiego schematycznego działania?
Jeśli chcemy się uwolnić od przeszłych wzorców, to można się tym zająć chociażby na psychoterapii. W kwestii wchodzenia w związki pomyślałbym też o pewnych fundamentach postrzegania relacji. Czym one dla nas w ogóle są? I być może zmianie paradygmatów myślenia o nich. Po pierwsze tego romantycznego: o połówce, która szuka uzupełnienia. Po drugie, oceniania relacji w kategoriach: sukces-porażka, bo przy takim myśleniu porażka zawsze czyha za rogiem. Lepiej przeformułować myślenie na takie, że kiedy spotykam drugą osobę, to nie kombinuję od razu, czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, ale nastawiam się na to, co mi ta relacja przynosi, czego się dzięki niej nauczę, czego doświadczę. Między dwojgiem ludzi zachodzi reakcja, która tworzy nową jakość i zmienia tych ludzi. W tym podejściu mam więcej zgody na to, że ta relacja może się kiedyś skończyć.

Mamy tendencję do gloryfikowania początków, widzimy tę magię na starcie, ale nie widzimy jej na końcu. Jeśli więc coś się kończy, to może miało się skończyć? Może ten los, który nas połączył, teraz nas rozłącza? Tak jakby relacja miała własny „termin przydatności do spożycia”, tyle że on nie jest podany na opakowaniu, więc trzeba po prostu próbować.

Łatwo powiedzieć, że trzeba próbować...
Oczywiście trudniej to realizować, bo boimy się zranienia. Mamy za sobą ileś podobnych doświadczeń i już wiemy, że ono może się przydarzyć, więc staramy się kontrolować sytuację, trzymać gardę, żeby było bezpieczniej. To jest strategia obronna, ale takie trzymanie gardy oznacza też, że coś tracimy, blokujemy jakiś przepływ miłości między nami a drugim człowiekiem, relacja na głębszym poziomie nie może się wydarzyć. Z drugiej strony, wrócę znowu do tego, że jeśli jesteśmy w kontakcie ze sobą, ze swoim sercem, to ewentualne zranienie będzie inne. Właściwie może być nawet mniej bolesne, bo jeśli przepuścimy ból przez serce, to on w końcu minie. To podobnie jak z żałobą – czy ją naprawdę przeżywamy, czy zamrażamy się w smutku?

Wszystko sprowadza się do pracy nad sobą. A co z poradami typu: ładnie się ubierz, poczujesz się lepiej?
Nieźle byłoby też od czasu do czasu dokądś wyjść, poznać nowych ludzi, otworzyć się na nową aktywność czy założyć profil na portalu randkowym. To prawda, ale takie działania są wtórne, pierwszoplanowe jest to, kto we mnie te działania podejmuje. Czy ubiorę się ładnie, bo czuję miłość do siebie, chcę się nią dzielić, chcę kogoś spotkać, być z kimś w relacji, czy mam w sobie wielką dziurę i szukam dilera miłości? Oczywiście możesz się ładnie ubrać, najlepiej na czerwono, bo badania pokazują, że to bardziej działa. I pewnie partner się pojawi, pytanie tylko, czy to jest to, o co naprawdę ci chodzi. Wydaje mi się, że dużo ważniejsze jest dotarcie do swoich rzeczywistych potrzeb i pragnień, a potem wzięcie odpowiedzialności za swoją część związku, bez przerabiania partnera, ale i bez naginania się, udawania.

To brzmi pozytywnie: zajmij się sobą, a zwiększysz swoje szanse na prawdziwą miłość.
Jasne, bo oczywiście można narzekać na zły los albo na jakichś złych onych, ale to jest unikanie wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. A jeżeli coś chcę zrobić, to mogę zająć się tym swoim jabłkiem. I nie chodzi o to, że dopiero po osiągnięciu pełni będziemy zdolni do związku, bo mogłoby nam życia nie starczyć, ale o pewien ukierunkowany wysiłek. Rozumiem, że może zrodzić się taka obawa, że będę tak skupiony na sobie, samowystarczalny, że już nie będzie miejsca dla drugiej osoby, ale tak nie jest. Potrzeba dzielenia doświadczeń z drugim człowiekiem nie zniknie, bo bycie w relacji oznacza inną jakość.

Mateusz Ostrowski: terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction. www.mateuszostrowski.pl

  1. Psychologia

Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży działa przez całą dobę

Specjaliści Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę odebrali dotąd ponad 1 mln 300 tys. telefonów od młodych ludzi, odpowiedzieli na ponad 64 tys. anonimowych wiadomości online i podjęli 1852 interwencji ratujących życie najmłodszych.(Fot. materiały prasowe)
Specjaliści Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę odebrali dotąd ponad 1 mln 300 tys. telefonów od młodych ludzi, odpowiedzieli na ponad 64 tys. anonimowych wiadomości online i podjęli 1852 interwencji ratujących życie najmłodszych.(Fot. materiały prasowe)
Od początku marca Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży działa całą dobę. Dzwoniąc pod 116 111 młodzi ludzie odnajdą wsparcie przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę poinformowała, że od 1 marca 2020 roku Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 jest czynny całą dobę. Na stronie jest również dostępna całodobowa pomoc online.

Rozmawiam z dziećmi od wielu lat. Od zawsze mówiły mi, że chciałyby dzwonić do nas nocą. Wtedy można spokojnie rozmawiać – mówi Paula Włodarczyk, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111, która od 7 lat, jako konsultantka rozmawia z dziećmi.

Nocą walczymy z samotnością, analizujemy mijający dzień i boimy się jutra. Dzieci też się boją… i dzwonią. Dlatego całodobowe wsparcie dzieci, to dla nas wielkie wyzwanie. Wyzwanie, które niesie za sobą ogromną odpowiedzialność, ale przede wszystkim nadzieję. Nie chcemy ich zawieść
Jak informuje Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, codziennie konsultanci Telefonu Zaufania 116 111 odbierają około 300 połączeń od młodych ludzi, z czego 130 z nich dotyczy problemów związanych ze zdrowiem psychicznym. Wśród problemów, z jakimi borykają się dzieci i młodzież, najczęściej pojawia się: depresja, niska samoocena, stres, napięcie, niepokój i lęki, a także zaburzenia odżywiania, samotność i smutek. O pomoc proszą także dzieci, które okaleczają się, mają myśli samobójcze, planują odebrać sobie życie. Miesięcznie konsultanci podejmują również około 40 interwencji kryzysowych, czyli najpilniejszych przypadków, które wymagają natychmiastowej reakcji. To średnio 1,5 interwencji dziennie!

Według Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę liczbę prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży można traktować jako wskaźnik ich kondycji psychicznej. Liczba ta w Polsce z roku na rok stale rośnie. W 2019 roku zarejestrowano 951 prób samobójczych wśród dzieci do 18 r.ż., w tym aż 46 podjętych przez dzieci do 12 r.ż. W minionym roku 98 z nich zakończyło się śmiercią dziecka. Według badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, 7% młodych ludzi w wieku 13-17 lat próbowało odebrać sobie życie. Samobójstwa stanowią jedną z głównych przyczyn śmierci dzieci i nastolatków w grupie wiekowej 10-19 lat. Pod tym względem, Polska zajmowała w 2017 roku niechlubne, drugie miejsce w Europie.

- Bardzo często z telefonów dobiega dziecięca rozpacz, bezsilność, złość, gniew, samotność i zwątpienie. Wielu dzieciom towarzyszy strach, części z nich – utrata wiary w świat dorosłych – mówi Paula Włodarczyk.

Dla nich 116 111 jest często jedyną dostępną szansą na pomoc. Nasze rozmowy często służą do tego, aby dzieci, które są w kryzysie, które są przeciążone swoimi emocjami, niejednokrotnie dla nich niezrozumiałymi, trudnymi, poczuły, że po drugiej stronie słuchawki jest ktoś, komu zależy, kto chętnie wysłucha i ich nie ocenia, nie poucza, nie krytykuje. 
Źródłem problemów zdrowia psychicznego u dzieci i młodzieży najczęściej są trudności w relacjach z rówieśnikami i rodzicami, kłopoty w szkole oraz doświadczanie przemocy. Średnio 26 rozmów telefonu zaufania dziennie dotyczy przemocy i krzywdzenia. Dzieci zwierzają się z doświadczania przemocy fizycznej i emocjonalnej – często wielokrotnej, a także wykorzystywania seksualnego, czy zaniedbania.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę prowadzi telefon zaufania od 11 lat - pomaga dzieciom i młodzieży, współpracuje z policją i pogotowiem, organizuje kampanie edukacyjne. Nasze działania koncentrują się na ochronie najmłodszych przed krzywdzeniem, a także na zminimalizowaniu konsekwencji, jakie niesie ze sobą doświadczenie przemocy. Dużą uwagę przywiązujemy do wspierania rodziców – aby dzieci mogły od nich dostać jak najlepszą opiekę i wychowanie - czytamy na stronie fundacji. Specjaliści Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę odebrali już ponad 1 mln 300 tys. telefonów od młodych ludzi, odpowiedzieli na ponad 64 tys. anonimowych wiadomości online i podjęli 1852 interwencji ratujących życie najmłodszych.