1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. VI Ogólnopolski Kongres Dla Pedagogów i Psychologów Szkolnych

VI Ogólnopolski Kongres Dla Pedagogów i Psychologów Szkolnych

Najbliższy kongres poświęcony będzie pracy pedagogiczno-wychowawczej zgodnie z ostatnimi zmianami w prawie.

Dlaczego warto wziąć udział w tym wydarzeniu?

  • Program kongresu przygotowany w konsultacji z pedagogami i psychologami, co gwarantuje, że poruszane zagadnienia zostały dobrane zgodnie z Państwa potrzebami
  • Liczne przykłady praktycznych rozwiązań umożliwią wykorzystanie zdobytej wiedzy w konkretnych sytuacjach i pozwolą uniknąć niepotrzebnych błędów proceduralnych
  • Materiały szkoleniowe z gotowymi dokumentami pozwolą w każdej chwili wrócić do najważniejszych punktów szkolenia
  • Konsultacje ze specjalistami umożliwią wyjaśnienie kwestii związanych z dokumentacją pracy pedagoga i psychologa szkolnego wzbudzające najwięcej wątpliwości
  • Konkursy z nagrodami – okazja do zdobycia cennych nagród rzeczowych i książkowych w czasie trwania kongresu
Gościem specjalnym będzie Ewa Nowak – pedagog, terapeutka, wybitna autorka książek dla dzieci i młodzieży. Ewa Nowak wystąpi w części przygotowanej wspólnie przez „Głos Pedagogiczny” oraz Magazyn „Sens”, który objął patronat nad wydarzeniem. Dodatkowo odbędą się praktyczne warsztaty, podczas których komisarz Wanda Mende, ekspert w Wydziale Nieletnich i Patologii Komendy Głównej w Warszawie, wskaże, jak skutecznie i zgodnie z prawem interweniować w szkolnych sytuacjach kryzysowych z udziałem uczniów.

Kongres odbędzie się 13 i 14 kwietnia w Warszawie.

Więcej na stronie 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku rozwinąć jego potencjał?

Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Dziecko spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście.

Na czym polega uskrzydlenie intelektualne i dlaczego jest tak ważne?

Stan uskrzydlenia (inaczej flow) może być niezwykle istotny w edukacji dziecka. Przepływ (czyli ang. flow, a inaczej doznanie uniesienia, uskrzydlenia) to pojęcie z pogranicza psychologii pozytywnej i psychologii motywacji. Według Mihály Csíkszentmihályi, twórcy tej koncepcji, flow to stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności.

Uskrzydlenie jest stanem, w którym zapominamy o wszystkim oprócz tego, co akurat robimy. Dajemy z siebie wszystko, nie myśląc ani o sukcesie, ani o porażce, motywuje nas czysta przyjemność działania. Jesteśmy spokojni, skupieni, zadowoleni, twórczy, wynalazczy. Jesteśmy głęboko przekonani o swoich znakomitych umiejętnościach. Najpierw ogarnia nas błogi spokój, a potem pojawia się spontaniczna radość, a nawet upojenie. O takich odczuciach często mówią sportowcy, kompozytorzy, alpiniści, ale też urzędnicy wykonujący papierkową pracę. Zadanie, które mogłoby wydawać się trudne, okazuje się łatwe, wręcz zwykłe i naturalne. Płynnie pokonujemy kolejne stopnie trudności, nie myśląc o tym. Taki stan od czasu do czasu osiąga każdy z nas. Wspinamy się wtedy na szczyty swoich możliwości, wykraczamy poza to, co dotychczas osiągnęliśmy. Uskrzydlenie jest szczytem inteligencji emocjonalnej. To najdoskonalsza postać okiełznania emocji i wykorzystania ich do pracy i nauki.

Stan ten można osiągnąć np. poprzez celowe skoncentrowanie się na zadaniu. Skuteczna koncentracja jest samoistnie działającą siłą, która uśmierza inne emocje i sprawia, że zadanie staje się dziecinnie łatwe. Ubocznym skutkiem koncentracji jest ekstaza. Dlatego, żeby się dobrze skoncentrować musimy podjąć wysiłek i potrzebna nam będzie dyscyplina. Najskuteczniej koncentrujemy się, gdy zadanie wymaga od nas nieco większego niż zwykle wysiłku, ale jesteśmy w stanie się na niego zdobyć. Jeśli nas przerasta, zaczynamy się niepokoić, stresować. Gdy jest zbyt łatwe, dopada nas znużenie. Uskrzydlenie mieści się w strefie między niepokojem a znużeniem. Gdy je osiągamy, paradoksalnie mózg jest „zimny”, zmniejsza się aktywność jego kory. To klucz do uskrzydlenia – mózg nie musi „za bardzo się wysilać”, gdyż stojące przed nami zadanie mieści się w granicach szczytu naszych możliwości a obwody nerwowe pracują najefektywniej. A my, tak jak one, działamy optymalnie.

Jak motywować dziecko? - Wykorzystaj uskrzydlenie w jego edukacji!

Howard Gardner, psycholog z Harvardu, który stworzył teorię inteligencji wielorakiej, uważa uskrzydlenie za najzdrowszą metodę uczenia dzieci. Motywuje ona od wewnątrz, a nie za pomocą kar i nagród. Według Gardnera uskrzydlenie jest stanem psychicznym, który oznacza, że dziecko zajmuje się właściwym zadaniem. Nie osiągnie tego, jeśli zadania przed którymi staje, nudzą go lub przerastają. Dziecko, żeby osiągnać stan flow,  spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście. Podstawą edukacji zatem powinno być określenie profilu naturalnych zdolności dziecka, rozwinięcie ich oraz próba wzmocnienia słabszych punktów. Chodzi o to, żeby zaproponować mu lekcje i zajęcia na różnych poziomach, które będą stwarzać optymalne dla niego wyzwania. Dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza, nie budzi ani uczucia znudzenia, ani lęku. Uczucie uskrzydlenia, jakiego dzięki temu doznaje, doprowadzić je może do wybitnych osiągnięć.

Jak rodzice i nauczyciele mogą pomóc dziecku odnaleźć klucz do uskrzydlenia?

  • Dzieciom trzeba dostarczać dużo bodźców, potrzebnych do rozwoju. Im więcej, tym lepiej. Dobrze, gdy dziecko ma możliwość angażowania się w wiele rodzajów ekspresji twórczej, bo to rozwija je kompleksowo. Ekspresja twórcza może być słowem, dźwiękiem, ruchem, wyobraźnią. W praktyce chodzi tu o wiele dziedzin działania, takich jak malowanie, pisanie, śpiewanie, taniec, sport. Najlepiej jest, jeśli dziecko ma do tych wszystkich aktywności łatwy dostęp.
  • Stawiajmy na różnorodność. Jeśli widzimy, że dziecko na przykład lubi rysować, pokażmy mu różne rodzaje kredek, ołówków, farb. Odkryjmy przed nim rozmaite techniki, w jakich mogą powstawać prace plastyczne, chociażby malowanie palcami.
  • Nie zapominajmy też o swobodnej ekspresji twórczej, która może się ujawniać w wielu codziennych sytuacjach. Przykłady: wyjście z mamą do sklepu łączy się z odnajdywaniem kolorów produktów spożywczych, rodzinny spacer do lasu jest okazją do podskakiwania, czy ćwiczenia spostrzegawczości, czas przed zaśnięciem wspólnym wymyślaniem historii, każdego dnia związanych z innym z innym skojarzeniem.
  • Dziecko rozwija to, co jest kojarzone z zabawą i pozwala na swobodę (bez oceniania) oraz włącza wszystkie zmysły. Ważne jest, by dziecko traktowało zajęcia jak przyjemność, było podczas nich swobodne - niech rysuje to, co samo chce a niekoniecznie zadany temat. I co istotne – małe dzieci zawsze chwalmy za ich zaangażowanie i tworzenie, a nie zawsze za rezultat. Unikajmy porównywania i oceniania. Pochwały jednak muszą być konkretne i prawdziwe. Szczególnie ważny jest okres przedszkolny, bo potem pojawiają się oceny, rywalizacja z innymi dziećmi, standardy w które trzeba się wpasować. Jeśli wcześniej dziecko ma możliwość odczucia radości tworzenia to potem wzmacnia to jego poczucie wartości.
  • Rozwijajmy dziecko na wszelkich polach dostępnych zmysłom. To jest naturalny sposób uczenia się, który gubimy przez tradycyjny system nauczania. Małe dziecko uczy się widząc, słysząc, dotykając, poznając świat za pomocą smaku i węchu.
  • Starsze dziecko zwykle samo już wybiera to, czym chce się zająć. Pozwalajmy na te wybory. Są dzieci, które do różnych czynności podchodzą ze słomianym zapałem, ciągle zmieniając swe zainteresowania. Nie traktujmy tego jako czegoś złego. Im więcej szans stworzymy mu, by znalazło coś, co je uskrzydli, tym będziemy bliżej sukcesu. Pozwolimy na rozwój naturalnych zdolności, kształtowanie pasji, realizowanie celów i przezwyciężanie przeszkód.
  • Dziecko, które jest prawdziwie zaangażowane w to, co robi, jest jednocześnie idealnie skoncentrowane. Zdolność koncentracji może być osłabiona przez zbyt wiele godzin spędzanych przed komputerem czy telewizorem. Dlatego tak ważne jest rozwijanie dziecka na wielu poziomach, zwłaszcza ruchowym. Są sposoby na łatwiejsze osiągnięcie koncentracji, na przykład przez: słuchanie muzyki relaksacyjnej, żonglowanie, zabawy słowne angażujące w konkretny temat. W ćwiczeniu koncentracji należy wykorzystywać preferowany przez dziecko sposób przetwarzania informacji - zwykle jest wzrokowy, słuchowy albo kinestetyczny. Pokój czy biurko dziecka wzrokowca powinno mieć wiele obrazów, zdjęć, wykresów. Słuchowiec często potrzebuje muzyki przy nauce, a kinestetyk najchętniej uczy się przez działanie, to zwykle kinestetycy lubią kiedy ktoś towarzyszy im przy nauce.
Warto przypomnieć, że w 2011 r. prof. Gardner odwiedził trzy polskie miasta w związku z podsumowaniem projektu, który przeprowadziła Grupa Edukacyjna S.A. wśród nauczycieli i uczniów szkół podstawowych z całej Polski. Podstawą teoretyczną projektu była właśnie teoria inteligencji wielorakich Howarda Gardnera. Użyto ją, aby dostosować sposób nauczania w klasie pierwszej do indywidualnych zainteresowań, umiejętności i możliwości każdego dziecka.

  1. Psychologia

Dorosłe dzieci i błędy wychowawcze rodziców - co zrobić z poczuciem winy?

Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. (fot. iStock)
Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

Wywiad archiwalny

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu?
Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego?
Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.

Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane?
Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci?
Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód?
Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz.
I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.

A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli?
Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć.
Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu?
Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot.
Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania.

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 
Rodzice czują się winni. Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda.
Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość.
Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców?
Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę.
Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało?
Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Kłótnie, manipulacje, brak wsparcia - jak dzieci przechodzą przez rozstanie rodziców. Raport z badania

Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Fot. materiały prasowe kampanii „Rozchodzi się o dzieci”.
Co trzecie rozstanie przebiega w nerwowej atmosferze. Z tego powodu cierpią zwłaszcza dzieci – prawie co drugie jest świadkiem kłótni rodziców, a co piąte w nich uczestniczy. Raport z badania pt. „Dziecko w czasie rozstania rodziców” rzuca światło na proces rozpadu polskich rodzin oraz wskazuje jego psychologiczne i społeczne konsekwencje, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Raport jest elementem kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”.

Liczba rozwodów w Polsce od wielu lat rośnie. W samym 2019 roku rozwiodło się ponad 65 tys. małżeństw – to o 2 tys. więcej niż w roku poprzednim. Zgodnie ze statystykami (GUS) ponad połowa rozwodzących się par posiada dzieci. W konsekwencji coraz więcej osób narażonych jest na ogromny stres, poczucie bezradności, zagubienie czy wstyd.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenia OPTA, ponad 40% ankietowanych rodziców miało poczucie, że ich dzieci ucierpiały w trakcie rozstania. Prawie co piąte dziecko w tym czasie mogło czuć się niekochane lub stracić poczucie bezpieczeństwa. Prawie co drugie było świadkiem kłótni, a co piąte w nich uczestniczyło. Również co piąte dziecko doświadczyło manipulacji ze strony któregoś z rodziców.

Rozstanie rodziców - skutki u dzieci

U jednej trzeciej wszystkich dzieci (37%) rodzice nie zaobserwowali żadnego ze skutków rozstania, co, zdaniem ekspertów, wcale nie jest pozytywnym zjawiskiem.

Tam, gdzie pojawiły się zauważalne konsekwencje rozwodu najczęściej wymieniano: obniżone samopoczucie, zamknięcie się w sobie, pogorszenie relacji z rodzicem czy zwiększoną płaczliwość (zdecydowanie częściej w przedziale wiekowym 0-9 lat). Wśród dzieci w przedziale wiekowym 10-18 lat dochodziło do problemów z nauką oraz niechęci do chodzenia do szkoły. Część rodziców wymieniała też ataki złości i agresji u dziecka i pogorszenie relacji z rówieśnikami.

Jak podkreśla Dorota Sakławska, mediatorka Stowarzyszenia OPTA oraz koordynatorka kampanii społecznej „Rozchodzi się o dzieci”: Tak liczne deklaracje wskazujące na niewiedzę rodziców odnośnie stanu ich dzieci są niepokojące. Partnerzy w trakcie rozstania, ze względu na dużą ilość stresu, mogą być nadmiernie skupieni na sobie i swoich problemach, a przez to nie dostrzegać rzeczywistego stanu i potrzeb dziecka. Oznaki zagubienia w domu mogą być maskowane, a nadmiernie ujawniać się w szkole czy w kontaktach rówieśniczych. Musimy również pamiętać, że każde dziecko przez rozstanie rodziców przechodzi inaczej. W tym okresie szczególnie ważne mogą okazać się konsultacje ze szkolnymi pedagogami czy specjalnymi placówkami, które pomogą w pełni rozpoznać stan dziecka oraz podjąć odpowiednie działania.

Kobiety rozwód znoszą trudniej  

Co trzecia rozstająca się para (37%) przyznała, że rozstanie odbyło się w nerwowej atmosferze, w tym co szósta (16%) przyznała ocenę skrajnie negatywną. Pesymistyczne nastroje zdecydowanie częściej towarzyszą kobietom. Jako nerwową, atmosferę wokół rozstania określiło 43% pań. Takiego zdania był co czwarty mężczyzna. Co czwarta osoba (26%) z perspektywy czasu wyznała, że rozwód mógł przebiec w przyjaźniejszej atmosferze.

Kobiety gorzej znoszą atmosferę rozstania, jednak warto zwrócić uwagę, że to właśnie one zdecydowanie częściej sprawują opiekę nad dziećmi - wśród badanych opiekę nad dzieckiem decyzją sądu otrzymało 59% kobiet i jedynie 7% mężczyzn - co bez wątpienia może wpływać na ich ocenę tej sytuacji. Rozpad rodziny jest wyjątkowo trudnym momentem. Na osobie, która w tym czasie dodatkowo opiekuje się dzieckiem, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Ma ona obowiązek zadbać o potrzeby dziecka, ale sama także musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Również w przypadku rodziców kluczowe jest wsparcie rodziny, przyjaciół lub specjalisty. Znalazło to też potwierdzenie w naszych badaniach - im więcej osób wspierało respondentów, tym częściej mówili oni, że atmosfera rozstania przebiegła spokojniej - tłumaczy Sakławska.

Czy rodziny otrzymują pomoc w czasie rozstania?

Aż 40% rodziców przyznało, że w czasie rozstania brakowało im wsparcia innych osób. Jeżeli mogli liczyć na pomoc, najczęściej przejawiała się ona ze strony dziadków (57%). W dalszej kolejności pojawili się inni członkowie rodziny (41%) oraz znajomi (31%). Co szósta osoba nie otrzymała od bliskich żadnej pomocy w tym trudnym okresie. W trakcie rozstania niektórzy decydują się na korzystanie z pomocy specjalistów. Rodzice najczęściej decydują się na wsparcie psychologa (31% przypadków) oraz psychoterapeuty (24%). Z kolei w przypadku pomocy udzielanej dzieciom najczęściej wybieranym specjalistą jest pedagog (30% wskazań).

Katarzyna Przyborowska, prezeska Stowarzyszenia OPTA oraz pomysłodawczyni kampanii, tłumaczy: Wieloletnie doświadczenia naszych specjalistów pokazują, że rozstanie jest jednym z najtrudniejszych kryzysów dotykających rodzinę. Zwykle to dzieci, ze względu na brak odpowiednich zasobów osobistych, najdotkliwiej odczuwają konsekwencje tej decyzji. Jako Stowarzyszenie OPTA prowadzimy kampanię społeczną „Rozchodzi się o dzieci”, której celem jest pokazanie różnych aspektów kryzysu rozpadu rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy dziecka. Chcemy zwiększyć świadomość i wrażliwość społeczną, ponieważ praktyka naszych specjalistów wskazuje na dużą potrzebę edukacji dotyczącej zagrożeń okołorozwodowych. Nie oceniamy decyzji o rozstaniu, lecz w tym trudnym czasie zachęcamy do szczególnej troski o dziecko.

Badanie „Dziecko w czasie rozstania rodziców” zostało zrealizowane jako element kampanii „Rozchodzi się o dzieci”, organizowanej z inicjatywy Stowarzyszenia OPTA. Pełny raport, a także liczne wskazówki i materiały edukacyjne związane z kryzysem wokół rozstania, dostępne są na stronie:www.rozchodzisieodzieci.pl.

Badanie zostało przeprowadzone przez agencję badawczą SW Research, na próbie 204 osób, które w ostatnich 10 latach doświadczyły sytuacji rozwodu lub rozstania oraz posiadały dzieci do 18 r. ż. W ten sposób została opisana sytuacja 309 dzieci.

Stowarzyszenie OPTA od 25 lat działa na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej, zwłaszcza rodzin doświadczających kryzysów, m.in. wynikających z przemocy domowej i uzależnienia. Oferuje bezpłatne wsparcie psychologiczne i terapeutyczne dla rodziców i dzieci, a także pomoc prawną, mediacje czy specjalne programy edukacyjne.

  1. Psychologia

Strach przed własnym dzieckiem? Co radzi psycholog?

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. (fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Powodów opryskliwego zachowania dziecka wobec rodzica może być sporo: popisywanie się przed kolegami, naśladowanie bohaterów filmowych czy wyrażanie niezależności. Czasem jednak przyczyna jest głębsza – dziecko rani, bo chce nas za coś ukarać. Jak wyplątać się z tego emocjonalnego potrzasku? Radzi terapeutka Ewa Nowak.

Jak pisze jedna z matek:

Moja 12-letnia córka rani mnie i czasami mam wrażenie, że robi to celowo. W domu punktuje mnie za wszystko: nic nie rozumiem, gotuję same ohydne rzeczy. Na swoim biurku zostawia mi kartki: „Nie ruszaj tego!” albo na drzwiach do pokoju: „Nie wchodź! To mój pokój!”. Ostatnio sąsiadka powiedziała do niej: „Ale ci się fajna mama trafiła” – na co ona parsknęła śmiechem, a ja z trudem powstrzymałam płacz. Jestem rozwódką, córce poświęcam cały swój czas i życie. Próbowałam jej tłumaczyć, że wszystko robię dla niej, że jest dla mnie najważniejsza, bo mam tylko ją, ale ona jest na to głucha i zaczyna krzyczeć na mnie. Pod koniec roku szkolnego miała za zadanie napisać pracę na temat „W jakim stopniu rodzice są dla ciebie autorytetem?”. Dopisała do pytania: „Ale tata czy mama? Bo mama zero!!!”. I ta praca leżała bardzo długo na podłodze w jej pokoju, tak, żebym to zobaczyła. To niby drobiazgi, ale z ich powodu coraz częściej unikam kontaktu z córką, a rozmowy skracam do minimum, żeby znowu czegoś niemiłego nie usłyszeć. Może jestem złą matką, ale nie wiem, co robię źle. Nie chcę bać się swojej córki. Co mam zrobić, żeby to zmienić?      

Kiedy dziecko wkracza w okres dojrzewania, próbuje różnymi metodami wyrażać swoją niezależność. Musi, bo hormony je do tego zmuszają, buntować się przeciwko autorytetowi rodziców i walczyć z nim – w ten sposób wykuwa się jego przyszła niezależność (emocjonalna, społeczna i ekonomiczna). Te formy wyrażania niezależności często ranią rodzica. Dlatego należy robić dwie rzeczy: rozumieć, że to naturalny proces, i reagować, żeby ranienie ludzi nie weszło dziecku w krew. Dzieci lubią się popisywać nonszalanckim stosunkiem do rodziców, ale to tylko poza. Filmy, które oglądają, pokazują, że wyrażanie siebie i niezależność to wartości najwyższe. Warto pamiętać, że dokładnie tak samo jak dorośli, dzieci czasami robią coś lub mówią bez zastanowienia i nie ma w tym żadnej głębi, po prostu chcą błysnąć w towarzystwie, a fakt, że kogoś przy okazji zraniły, po prostu im umyka. Córce z pewnością do głowy nie przyszło, jak się Pani poczuje, czytając pracę, którą zostawiła na podłodze.

Dlaczego córka Panią rani? Może być tak, że w ten sposób wymierza Pani karę. A powody mogą być różne, oto kilka najbardziej prawdopodobnych: „Nie jesteś silna i nie czuję się przy tobie bezpiecznie”; „Ranię cię, bo nie mogę znieść tego, że jesteś słaba, nie masz swoich spraw i za dużo czasu mi poświęcasz”; „Wypominasz mi swoją opiekę, to mnie tak boli, że muszę cię ukarać za to, że zajmowanie się mną to nie była dla ciebie przyjemność”; „Czuję, że się mnie boisz (unikasz, wyręczasz, podlizujesz się, analizujesz każde moje zachowanie), a tego nie mogę ci darować”.

Z pewnością strach przed własnym dzieckiem, przed tym, że nas dotknie czy obrazi, nakręca sprężynę ranienia i ma Pani rację – dla dobra córki, trzeba to zatrzymać.

Bycie jedynym celem w życiu rodzica to dla dziecka ogromnie niewdzięczna rola. Ono nie chce słuchać, że mama czy tata poświęcili mu życie, bo odbiera to jako wymawianie, że jest dla nich ciężarem.
Jeśli wciąż pojawiają się u Pani myśli typu „poświeciłam dla niej życie”, „robię wszystko dla córki”, proszę przemyśleć rozpoczęcie terapii – może to być dla Pani niezbędne, żeby uwolnić się od pragnienia wdzięczności ze strony córki.

Ewa Nowak pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży