1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Radość poznawania

Radość poznawania

123rf.com
123rf.com
Dziecko idzie do szkoły, a my idziemy razem z nim. I zaczyna się sprawdzanie lekcji, tłumaczenie, przepytywanie. Chcąc nie chcąc, zastępujemy nauczycieli. Jak skutecznie pomagać w nauce?

Sytuacja dość powszechna. Dziecko przywołuje nas ze swojego pokoju: Nie rozumiem, o co tu chodzi. Jak to nie rozumiesz! – irytujemy się już na wstępie. – Przecież przerabiałeś to w szkole! Próbujemy tłumaczyć wściekli, że czegoś tak prostego można nie pojmować. Pół biedy, gdy dziecko chwyci w lot. Ale gdy dalej ma z tym problem, wytaczamy cały rodzicielski arsenał: krzyki, zawstydzanie, porównywanie do kolegów.

Emocjonalna furtka do wiedzy

Tymczasem już dawno zostało dowiedzione, że dziecko uczy się najefektywniej, gdy nauka sprawia mu radość. W szkołach w Chicago uczniowie poznają  język hiszpański poprzez przedstawienia lalkowe i piosenki. W Australii uczą się francuskiego, kręcąc filmy w tym języku. W Nowej Zelandii zgłębiają podstawy matematyki przy użyciu gier i układanek. Wszystkie te techniki łączy jedno: dostarczają dobrej zabawy.

Czy można wyobrazić sobie dwulatka siedzącego spokojnie w ławce? Małe dziecko uczy się poprzez to, co robi, sprawdza, wącha, mówi, czego dotyka i doświadcza. Uczy się przy tym w niebywałym tempie. Kiedy jednak idzie do szkoły, cała radość poznawania gdzieś pryska. Dobrzy nauczyciele i mądrzy rodzice zdają sobie sprawę, że siedzenie przy biurku i słuchanie nie sprzyja przyswajaniu wiedzy. Ustawiają świeże kwiaty w klasie czy pokoju. Wieszają na ścianach kolorowe plansze przypominające to, czego dziecko się uczy. Włączają muzykę. Niestety, większość z nas nie przykłada wagi do dbania o odpowiedni stanu ducha i umysłu dziecka. A są to najważniejsze z czynników warunkujących efektywne uczenie. Zanim możliwa będzie prawdziwa nauka, musi otworzyć się odpowiednia furtka, a ma ona naturę emocjonalną. Dopiero wtedy umysł znajdzie się w stanie pełnej gotowości i chłonności.

Taki stan można osiągnąć poprzez doprowadzenie do tego, by mózg pracował na odpowiedniej częstotliwości fal. Kryje się tu pewna zabawna sprzeczność – żeby uczyć się szybciej, należy spowolnić pracę mózgu. Nasz mózg pracuje na różnych częstotliwościach fal: jedna z nich jest najodpowiedniejsza dla głębokiego snu, inna dla inspiracji, a jeszcze inna – gdy w pełni świadomi toczymy codzienne życie. Wyniki wielu badań wskazują, że istnieje również czwarta częstotliwość, przy której najłatwiej i najskuteczniej się uczymy – alfa. A najlepszym sposobem dostrojenia się do niej jest muzyka.

Ciało w harmonii z umysłem

Kalifornijski pionier przyśpieszonego uczenia Charles Schmid odkrył, że przy pewnym stanie odprężenia, który można uzyskać za pomocą muzyki, nasz umysł jest najbardziej otwarty i chłonny. Ale muszą to być specjalnie dobrane dźwięki o rytmie, który pozwala nam się wyciszyć – od 50 do 70 taktów na minutę. Najlepiej sprawdzają się tu utwory barokowych twórców, takich jak Antonio Vivaldi, François Couperin, Jan Sebastian Bach czy Fryderyk Händel.

Światowej sławy bułgarski psychiatra i pedagog Georgi Łozanow potwierdził, że taka muzyka pozwala zharmonizować funkcjonowanie ciała i umysłu, a przede wszystkim otwiera „emocjonalny zamek” do superpamięci – układ limbiczny mózgu. Układ ten nie tylko przetwarza uczucia, ale także stanowi ogniwo łączące naszą świadomość z podświadomością. Łozanow po latach badań doszedł do wniosku, że każdy z nas może osiągnąć optymalny stan sprzyjający nauce. Mamy z nim do czynienia wówczas, gdy częstotliwości oddechów i uderzeń serca oraz fal mózgowych są zsynchronizowane, a ciało odprężone. Wtedy nasz umysł pozostaje w stanie koncentracji i gotowości do przyjmowania nowych informacji. Dzięki zastosowaniu wyników swych badań w praktyce Łozanow osiągnął zdumiewające rezultaty w nauczaniu języków obcych.

Uczony twierdzi, że w nauce przeszkadzają nam trzy bariery: krytyczno-logiczna („nauka jest nudna”), intuicyjno-emocjonalna („jestem głupi”) oraz krytyczno-moralna („to ciężka praca”). Trzeba zrozumieć, z jakim nastawieniem dziecko siada do lekcji, i postarać się nakłonić je, by samo wyznaczyło sobie cel. Bo, jak dowodzą kolejne badania, ludzie osiągają zdecydowanie więcej, gdy sami ustalają cele swojego działania.

Jak do tego zmotywować? Na pewno nie słowami: „Jak się nie nauczysz, jedynka murowana”. A często tak właśnie mówimy, nie uświadamiając sobie, jak destrukcyjne działanie mają negatywne przekazy. Można na przykład prosić dziecko, aby wyobraziło sobie, jak w przyszłości spożytkuje to, czego się uczy. Albo postawić jakieś zadanie, które byłoby frapującą łamigłówką, a przy okazji wymagało przyswojenia na przykład określonych reguł ortograficznych.

Pamiętajmy, że „uczuciowa”, limbiczna część mózgu stanowi klucz do pamięci długotrwałej. Starajmy się więc wzbudzić w uczniach pozytywne emocje.

Ważniejsza od oceny jest samoocena

Małe dzieci najlepiej uczą się w atmosferze pełnej miłości, serdeczności, zachęty i wsparcia. Zaobserwowano, że w szkołach, w których udaje się utrzymać takie podejście do ucznia, rośnie tempo uczenia się. Istnieje wiele metod poprawiania efektywności nauki, ale u podstaw wszystkich leży jeden ważny czynnik – przekonanie dziecka o własnej wartości, czyli pozytywny obraz własnej osoby.

Producent programów przyspieszonego uczenia się języków obcych Colin Rose stwierdził: „Ze wszystkich spostrzeżeń, które przyniosły nasze badania, najbardziej istotne brzmi: Nasza samoocena jest najważniejszym czynnikiem decydującym o tym, czy dobrze się uczymy, a nawet – czy jesteśmy dobrzy w czymkolwiek”.

Określono nawet sześć podstawowych składników poczucia własnej wartości. Bezpieczeństwo fizyczne – gdy nic nam nie zagraża i gdy dobrze czujemy się w swoim ciele. Bezpieczeństwo emocjonalne – gdy nie doświadczamy strachu ani poniżenia. Świadomość własnej tożsamości – gdy potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem? Poczucie przynależności do grupy. Kompetencja, czyli świadomość, że coś umiemy zrobić. I ostatni czynnik: misja, czyli poczucie, że nasze życie ma sens i kierunek.

Największe wyzwanie, jakie stoi przed rodzicami, polega na tym, żeby stworzyć dziecku takie warunki, aby uwierzyło w siebie i mogło dać z siebie to, co najlepsze.

Nagroda za wszystkie zdolności

Każde dziecko uczy się inaczej, każde ma swój wiodący zmysł poznawczy. Są słuchowcy, wzrokowcy i kinestetycy (uczą się najlepiej przez ruch). Jeżeli poprosimy wzrokowca o jakieś objaśnienie, od razu zacznie rysować. Słuchowca nie interesują książki ani instrukcje – on zawsze pyta o informacje. Kinestetykom dobrze jest zaserwować od czasu do czasu ćwiczenia. Wszystkim jednak przyda się urozmaicenie stylów uczenia, które spowoduje aktywizację mózgu na wszystkich trzech poziomach: myślenia, czucia i działania. Ale kluczem do powodzenia w nauce (i potem w karierze zawodowej) jest poznanie własnego stylu nauki i pracy.

Howard Gardner, profesor pedagogiki z Harvardu, wykazał, że istnieje co najmniej siedem różnych ośrodków inteligencji: inteligencja językowa, logiczno-matematyczna, wizualno-przestrzenna, kinestetyczna (motoryczna), muzyczna, interpersonalna (społeczna) i intrapersonalna (umiejętność wejrzenia w głąb siebie). Zatem każde dziecko ma potencjalne uzdolnienia.

Tymczasem szkoła działa tak, jakby wszystkie dzieci były identyczne. Co gorsza, nagradza tylko za niektóre zdolności. W konsekwencji segreguje dzieci już w pierwszych latach edukacji na zdolne i inteligentne i rzekomo niezdolne i nieinteligentne. Zadaniem rodziców powinno być odkrycie zdolności swoich dzieci i pomoc w ich rozwijaniu.

Glenn Goman, amerykański pedagog, w jednej ze swoich książek napisał: „Uczenie się jest najwspanialszą i dającą najwięcej radości grą na świecie. Wszystkie dzieci rodzą się z takim przekonaniem i pielęgnują je, dopóki nie przekonamy ich, że nauka jest ciężką i nieprzyjemną pracą. Niektóre dzieci nigdy nie dają się o tym przekonać i przechodzą przez życie, wierząc, że nauka jest przyjemnością i jedyną grą, w którą warto się bawić. Tacy ludzie mają swoje specjalne miano. Nazywamy ich geniuszami”.

Zanim poirytowani podniesiemy głos na dziecko nierozumiejące, o co w tym zadaniu chodzi, zastanówmy się nad takimi oto wynikami badań: 80 procent trudności w nauce związanych jest ze stresem. A może wystarczy go usunąć, a znikną problemy?

Na podstawie rozmowy z Jeannette Vos, pedagożką i badaczką efektywnego nauczania, która gościła w Polsce na konferencji „Jak uczyć, żeby nauczyć”, zorganizowanej przez wydawnictwo DIDASKO, a także na podstawie książki jej autorstwa (razem z Gordonem Drydenem) pt. „Rewolucja w uczeniu”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2003.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Zachwiana samoocena. Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wysoki status społeczny, eksponowane stanowisko, wiedza, udane życie towarzyskie i rodzinne. Na zewnątrz - godny naśladowania ideał, darzony szacunkiem, czasem budzący zazdrość. A w środku? Poczucie dyskomfortu i nieustanny lęk przed tym, że wyjdą na jaw wszystkie wady, słabości, czy brak kompetencji. Co powiedzą pracownicy, przyjaciele i rodzina, kiedy okaże się, że nie jest tak idealnie?

Coraz więcej osób, które - obiektywnie patrząc - wiele osiągnęły w życiu, trafia na terapię w poczuciu wiecznego oszukiwania otoczenia. Wydaje im się, że kantują wszystkich niczym filmowy Dyzma i czują się nie na swoim miejscu.

Mamy tu zwykle do czynienia z zachwianą samooceną czyli... z subiektywnym spojrzeniem na własną osobowość. I chodzi tu nie tyle o zbyt niską samoocenę, ile niepewną. Ma ona w dużej mierze swoje korzenie w dzieciństwie danej osoby, kiedy rodzice traktowali ją trochę jak niewidzialną. Owszem, spełniali jej potrzeby fizjologiczne, dając jeść, pić i dach nad głową, ale już niewiele lub zgoła nic poza tym. Takie dziecko nie otrzymuje przekazu, że jest godne miłości, że zasługuje na szacunek i uwagę przez sam fakt swojego istnienia. Skutek jest taki, że dziecko czuje się przeźroczyste. Nie wie, w czym jest dobre, nie wie, czy jest ok.

By być „jakimś”

Tego rodzaju stan zawieszenia utrzymuje się często w dorosłym wieku. Niepewność zaszczepiona w dzieciństwie nie poprawia się przy pomocy obiektywnych kryteriów, typu: poziom wiedzy, pozycja zawodowa, wysokość dochodów czy wygląd zewnętrzny.

Takie osoby są nieśmiałe i skryte z jednej strony, z drugiej – silnie nastawione na cele i dążące do sukcesu. Podświadomie chcą bowiem przekonać się, że są „JACYŚ”. Pod względem zadaniowym trudno o lepszego pracownika, więc docelowo ów wymarzony sukces często udaje im się osiągnąć. Szkopuł w tym, że pojawia się wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony ma się poczucie: „no tak, generalnie jest fajnie”, a z drugiej - wszelkie osiągnięcia i pozytywne aspekty życia nie mają na tyle dużej wagi w oczach osoby z niepewną samooceną, by były w stanie ją skorygować.

Przykładem może być Krzysztof, 39-letni dyrektor korporacji. Kreatywny, ceniony i lubiany przez podwładnych i współpracowników, szybko awansujący. Pracownik idealny: nie choruje, nie bierze zwolnień, nie zawala terminów. Dba o to, by podwładni pracowali nie więcej niż 8 godzin, podczas gdy on sam zostaje po godzinach zawsze, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Pomaga współpracownikom, kiedy mają kłopoty osobiste, jest gotów wstawić się za nich u przełożonych. Ma rodzinę i szerokie grono znajomych, uprawia sporty, jest aktywny i ciekawy życia. Na zewnątrz postrzegany jest jako zaradny człowiek sukcesu.

Jednak on sam czuje się skrzywdzony, niezauważany i niedoceniany. Czuje, że ludzie go wykorzystują i mają coraz większe oczekiwania, nic w zamian nie dając.

Podziwiany czy niezauważany?

Nie uświadamia sobie, że sam przyczynił się do tego stanu rzeczy. W relacjach zawodowych - biorąc wiecznie czyjeś zadania na siebie, nie stawiając granic i nie egzekwując odpowiedzialności. W relacjach osobistych – przedkładając potrzeby innych nad własne, zgadując owe potrzeby, zanim jeszcze je ktokolwiek zasygnalizuje.

Wszedł w rolę tzw. bohatera rodzinnego, na którego barkach spoczywa ciężar uszczęśliwiania wszystkich wokół. Sam wyostrzył apetyt bliskich na stałą gotowość do niesienia pomocy i wyświadczania przysług. To sprawia, że od lat ponosi ogromne koszty energetyczne, a kiedy w końcu zdobywa się na nieśmiałe: „nie mogę”, „nie teraz”, „nie dziś”, zderza się z murem pod tytułem „rozczarowanie”.

I wtedy właśnie pojawia się lękowe myślenie: „ O matko, zaraz się wyda, że nie jestem jednak taki fajny chłop”. Każdy komunikat otrzymany od rozmówcy, który zawiera w sobie element niezadowolenia, rozczarowania czy żalu jest przefiltrowywany przez jego niepewne JA.

Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

Idealna sytuacja jest wtedy, gdy taka osoba trafia na partnera, który w żaden sposób nie nadużywa jej granic, daje pełną akceptację. To się jednak w praktyce rzadko zdarza.

Dlatego w takim przypadku bardzo pomocna okazuje się psychoterapia. Między psychoterapeutą a pacjentem rodzi się relacja, która ma charakter przeniesienia relacji rodzic–dziecko. Przy czym psychoterapeuta pełni rolę rodzica przekazującego akceptację i uczącego zaufania do realnego obrazu siebie. Ważnym zadaniem dla pacjenta jest przyglądanie się faktom. Musi zrozumieć, że nawet jeśli jeszcze nie do końca wierzy w swoje kompetencje (jako szefa, męża, ojca, przyjaciela), to stara się je filtrować przez rzeczywiste wydarzenia, osiągnięcia, dane.

To trochę tak jak z opinią na temat obejrzanego filmu. Można oceniać aktorstwo, fabułę, dialogi, efekty specjalne, zdjęcia, muzykę etc. Na tej samej zasadzie można oceniać samego siebie - pojawia się całe spektrum kryteriów, od wyników gry w tenisa po liczbę bliskich przyjaciół. Wtedy łatwiej jest sobie uzmysłowić, że nie jesteśmy jednak „beznadziejni”, „niegodni sukcesu”, „nijacy”.

Praca z pacjentem z niepewną samooceną to wspólne szukanie dowodów, że jest on na swoim miejscu, że jest wystarczający, że wszystko z nim w porządku. Pamiętać przy tym należy, że definitywnie wyłączamy w tych poszukiwaniach opinie ludzi. Pacjent musi się nauczyć uniezależniać ocenę siebie i poczucie bezpieczeństwa od ocen otoczenia. Docelowo ma porzucić schemat dopasowywania swoich zachowań do scenariusza innych z obawy przed odrzuceniem.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Styl Życia

Sprzedawanie przez zawstydzanie? To nie fair!

Marieke Eyskoot (Fot. Melody Lieftink/materiały prasowe)
Marieke Eyskoot (Fot. Melody Lieftink/materiały prasowe)
Marieke Eyskoot, duńska aktywistka, edukatorka i konsultantka mody odpowiedzialnej, rozpoczęła na Instagramie akcję #SustainabilityAgainstShame, którą zwraca uwagę na to, w jaki sposób producenci odzieży i kosmetyków, ale także media głównego nurtu, zawstydzają kobiety, by w ten sposób nakłaniać je do zakupu swoich produktów.

Czy można kupić pewność siebie lub dzięki zakupom bardziej pokochać samego siebie? Gdy w ten sposób zadamy pytanie, odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak producenci ubrań, kosmetyków, sportowych akcesoriów czy odchudzających diet, starają się nas przekonać, że dzięki ich produktom będziemy czuły się seksowne, pewne siebie, szczęśliwe, wystarczająco dobre. Ile takich komunikatów w mediach społecznościowych, w papierowych magazynach czy telewizji oglądamy codziennie? Takich, które sygnalizują, że nasza skóra jest za mało promienna albo za mało gładka, że jesteśmy zbyt szczupłe, albo zbyt pulchne; że nasze włosy nie są wystarczająco lśniące, że nosimy nieodpowiednie ubrania, bo w tym wieku już nie wypada.

W filmie dokumentalnym „Still Killing Us Softly: Advertising’s Image of Women” reżyserka Jean Killbourne pokazuje, w jaki sposób prezentacja kobiet w mediach społecznościowych systematycznie zmienia ich sposób postrzegania siebie. Film opowiada o niepokoju, jaki odczuwa wiele kobiet, przeglądając magazyny o modzie czy spoglądając na kolejną wyretuszowaną reklamę. Producenci odzieży i kosmetyków, ale także media mainstreamowe grają decydującą rolę w promowaniu obsesji piękna i sprawiają, że nie czujemy się dość seksowne, dość młode, dość szczupłe czy dość białe (bo media głównego nurtu nadal pokazują przede wszystkim białe kobiety). „Jesteśmy zalewani obrazami bardzo wąsko zdefiniowanego kobiecego piękna – przekonuje Renee Engeln,  autorka doskonałej książki „Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”. „Niezadowolenie kobiet z własnego ciała nie byłoby tak powszechne, gdyby nie zasilał go niekończący się strumień nierealistycznie wyglądających, nieprezentatywnych i zaburzających naszą wiedzę o tym, jak faktycznie wyglądają kobiety na całym świecie.”

Technikę zawstydzania stosują jednak nie tylko twórcy reklam, pracownicy mediów, producenci kosmetyków czy odzieży, ale także same kobiety. Zjawisko „women shamingu” zostało wzięte pod lupę przez dr Martę Bierca i Alicję Wysocką-Świtałę, w raporcie „Krytyka kobiet codzienna, czyli women shaming w Polsce”, który powstał na zlecenie agencji Clue PR. Jakie wnioski płyną z raportu? Ponad 90 proc. badanych kobiet usłyszało słowa krytyki na temat swojego wyglądu lub sposobu wychowywania dzieci. 73 proc. kobiet, głównie tych, które deklarują się jako singielki, spotkało się z krytyką dotyczącą swojego wyglądu i wagi. Najczęściej jesteśmy oceniane i krytykowane przez bliskie znajome, kobiety z naszej rodziny, współpracowniczki, ale także kobiety, których w ogóle nie znamy. Jesteśmy oceniane, choć o to nie prosimy. Dostajemy „dobre rady”, albo wysłuchujemy słów, które pod płaszczykiem komplementu przemycają drobne złośliwości na nasz temat.

Tak długo, jak nie podobamy się sobie, jesteśmy cennymi nabytkami dla producentów i twórców reklam, którzy wmawiają nam, że tylko dzięki ich produktom mamy szansę stać się kimś lepszym.

Odpowiedzialność producentów odzieży nie powinna dotyczyć wyłącznie poszanowania planety i zapewnienia godnej płacy swoim wykonawcom, ale także odpowiedzialnych komunikatów, które kierowane są w stronę odbiorców.

Presja, której jesteśmy poddawane, wpływa nie tylko na nasze szczęście i zdrowie psychiczne, ale także na sposób, w jaki robimy zakupy. Im więcej produktów nabywamy, tym mniej odpowiedzialne stajemy się w stosunku do planety. Biznes, który wykorzystuje nasze poczucie niepewności, również nie funkcjonuje odpowiedzialnie. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że kupując ubrania czy kosmetyki, które nie zostały wyprodukowane w sposób zrównoważony, zgadzamy się na to, żeby powstawały w takich warunkach, na jakie nigdy nie zgodzilibyśmy się w naszym kraju, to okazuje się, że wspieramy producentów, którzy bogacą się kosztem zarówno naszego zdrowia, jak i środowiska naturalnego.

Marieke Eyskoot, ekspertka od zrównoważonej mody, która doradza markom, prowadzi edukacyjne warsztaty i wykłady, zapoczątkowała na swoim Instagramie akcję skierowaną przeciwko technikom zawstydzania. Sustainability Against Shaming (Zrównoważony rozwój przeciwko zawstydzaniu) ma za zadanie obnażyć mechanizmy i pokazać sposoby, dzięki którym zawstydzają nas reklamy, artykuły w mediach oraz komunikaty, które otrzymujemy od marek odzieżowych. Moda oparta na takim mechanizmie wzbogaca się na podsycaniu naszego uczucia niepewności.

Jak można temu przeciwdziałać? Przede wszystkim zwracać uwagę na tego typu reklamy czy artykuły w prasie, piętnować je i komentować. Wskazywać, dlaczego nam odbiorczyniom, do których kierowane są te treści, nie podobają się komunikaty, które słyszymy i widzimy. Marieke zachęca również do tego, żeby wspierać media, które są inkluzywne i odpowiedzialne. Wybierać marki, które traktują z szacunkiem każdego –  począwszy od pracownika w fabryce i kończąc na nas, konsumentach.

  1. Psychologia

Jakie mechanizmy obronne stosujemy, żeby „zagłuszyć” niską samoocenę?

Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Osoby o niskiej samoocenie stosują cały arsenał broni, która pozwala odciąć się od swoich rzeczywistych potrzeb i uczuć. Sabotują własne ewentualne sukcesy, przypisują swoje wady innym ludziom, całą energię inwestują w zaspokajanie potrzeb innych. Wszystko po to, by przypadkiem nie skonfrontować się z zaniżonym wyobrażeniem o sobie, z łatkami przypiętymi w dzieciństwie: „ty leniuchu”, „ty gamoniu”, „ty nieudaczniku”.

Jednym z modelowych mechanizmów obronnych stosowanych przez osoby niepewne swojej wartości/kompetencji jest tzw. strategia samoutrudniania. Polega ona na tym, że w pewien sposób utrudniamy sobie wykonanie zadania lub osiągnięcie celu. Tak kształtujemy daną sytuację, że minimalizujemy szansę odniesienia sukcesu. Dla przykładu, student zamiast przygotowywać się do egzaminu, nadrabia wszelkie domowe obowiązki: sprząta, idzie po zakupy, gotuje. Osoba, która ma przed sobą ważną rozmowę kwalifikacyjną, nie skupia się na swoim CV i możliwym przebiegu spotkania, tylko idzie na całonocną balangę.

Oczywiście każda z tych osób w razie niepowodzenia dysponuje starannym i wiarygodnym pakietem usprawiedliwień. No bo przecież egzamin z pewnością by zdała, gdyby jeszcze miała jeden dzień na naukę, a rozmowa kwalifikacyjna nie poszła pomyślnie jedynie ze względu na nieprzespaną noc. Przeszkód może być całe spektrum. Łączy je jedno – nigdy nie wiążą się z brakiem zdolności osoby stosującej strategię samoutrudniania. Ta strategia pozwala zrzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na czynniki zewnętrzne, daje złudne wrażenie, że jeśli tylko zechcę, mogę osiągnąć wszystko.

Balowałam, ale dałam radę

Takie sabotowanie własnych działań pozwala bronić poczucia własnej wartości. Owszem, nakazuje przyznać się do pewnych słabości (np. spóźnialstwa, bałaganiarstwa czy bagatelizowania niektórych spraw), ale tylko takich, którym przypisujemy małą wagę w stosunku do całego obrazu samego siebie. Jednocześnie pozwala zachować pozytywne mniemanie o sobie w obszarach, które mają duże znaczenie w kontekście poczucia własnej wartości jak np. kompetencje zawodowe, zdolności, talenty, inteligencja.

Co więcej, samoutrudnianie może wywindować poczucie własnej wartości w sytuacji, gdy mimo sabotowania różnych działań, uda nam się osiągnąć sukces. Myślimy wtedy: „Zobaczcie, całą noc ostro balowałam, a mimo to wypadłam na rozmowie rewelacyjnie. Zdolna ze mnie babka”. To jest chwila, kiedy błyszczymy, przekonani, że w oczach innych ludzi zaprezentowaliśmy się jako wartościowa osoba.

Strategia samoutrudniania wydaje się kuszącym sposobem radzenia sobie w sytuacjach zadaniowych, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki rezultat osiągniemy. Na dłuższą metę nie jest jednak konstruktywna i uderza w nas samych. Zamiast bowiem koncentrować się na zadaniu/celu, całą naszą energię kumulujemy w działaniach dywersyjnych. W efekcie uszczuplamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu. A jeśli nawet uda nam się go osiągnąć, to tak do końca nie wiemy, czemu go zawdzięczamy.

Co złego, to nie ja

Innym mechanizmem, który roztacza zasłonę dymną nad własną niską samooceną, jest projekcja. Chodzi o przypisywanie swoich uczuć, emocji, intencji lub zachowań innym ludziom. To również rzutowanie na innych swoich wad i słabości. Przykładowo, zazdroszczę koleżance z pracy jej sukcesów, ambicji i woli walki o siebie. Moją reakcją na jej kolejne zwycięstwa jest cały wachlarz niedojrzałych i nieakceptowanych zachowań typu oczernianie, podkopywanie jej autorytetu i kompetencji etc. Jednocześnie, aby nie dopuścić do siebie myśli, że zachowuję się w niewłaściwy sposób, przypisuję własne intencje owej koleżance. Czyli w naszym mniemaniu to właśnie ona jest zazdrośnicą, która notorycznie stosuje zagrania nie fair, idzie po trupach do celu, nie zważa na innych. To taka rozpaczliwa obrona własnej, i tak już niskiej, samooceny. Reakcja na strach przed konfrontacją z własnymi słabościami, wadami, niemocą.

Bardzo często stosowanym „mechanizmem ucieczki” jest skupienie się na innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu siebie. Cała uwaga i energia życiowa skoncentrowana jest na potrzebach otoczenia – dzieci, krewnych, współpracowników. A wszystko po to, by zdobyć kolejne porcje „głasków”, by zasłużyć na akceptację otoczenia. To ma zapełnić pusty krater, jaki wyrył się w sercu danej osoby jeszcze w dzieciństwie. W sercu tej plączącej się, głupiej, gamoniowatej, nieudolnej... Spełnianie potrzeb innych w życiu dorosłym można przyrównać do dziecięcego rysowania obrazków po to, by otrzymać od rodziców uwagę, dobre słowo, pochwałę. Nieustanne skupianie się na innych to także próba ucieczki od samej siebie, odgrodzenie od ewentualnej konfrontacji z pytaniami: „Czego tak naprawdę mi potrzeba?”, „Kim jestem?”, „Czy naprawdę jestem bezwartościowa?”, „Dlaczego sądzę, że jestem gorsza od innych?” etc.

Osoby charakteryzujące się niskim poczuciem własnej wartości chowają się też za pesymistycznym obrazem świata i innych ludzi. Każdy jest jakoś „wybrakowany”, nieudolny, niezdolny do osiągnięcia sukcesu. Z tego rodzi się niewiara w swoich bliskich i wymierzony w nich krytycyzm. Ten brak nadziei i kasandryczne podejście do rzeczywistości działa niestety niekorzystnie na otoczenie i niejednokrotnie torpeduje działania innych.

Jak działa mechanizm obronny?

Przedstawione powyżej mechanizmy są przykładowe i nie wyczerpują całej gamy strategii obronnych. Jaki mają sens? Czy są skuteczne? Ich głównym zadaniem jest ochrona przed konfrontacją z niską samooceną. Są niczym kask dla naszej psychiki, ratują ją przed rozsypaniem się na kawałeczki. Poprawiają komfort życia i pozwalają zmierzyć się z wszelkimi sytuacjami kryzysowymi. Nie rozwiązują jednak źródła problemu i odwracają uwagę danej osoby od pracy nad sobą. Są niczym lek przeciwbólowy – łagodzą objawy, ale nie leczą choroby.

Trzeba dodać, że wszystkie opisane wyżej mechanizmy obronne są stosowane nieświadomie. Owszem, pacjenci dostrzegają w swoich zachowaniach pewną powtarzalność, jakiś utrwalony wzorzec. Mają też świadomość, że to co robią, stoi w opozycji do tego, czego tak naprawdę ich dusza łaknie. Jednakże nie są w stanie samodzielnie zrozumieć i skontrolować stosowanych mechanizmów. To właśnie podczas terapii dowiadują się jak one działają, po co psychika je stosuje, jakie skutki rodzą w konkretnych sytuacjach etc.

Urealnij samoocenę

To powolny, żmudny proces. Nie chodzi o to, by pacjenta jednym cięciem oddzielić od dotychczasowych sposób radzenia sobie ze słabością, krytyką czy wyzwaniami. To mogłoby okazać się szkodliwe dla jego psychiki. Chodzi raczej o to, by nauczyć go zarządzać mechanizmami obronnymi. Niech dostrzega je odpowiednio wcześnie, by móc zastosować inne, prorozwojowe narzędzie, jeśli w danym momencie, jest do tego zdolny. Oczywiście jednocześnie uczymy taką osobę odkrywać własne potrzeby i komunikować je wprost, a także krok po kroku urealniamy jej samoocenę. Wszak to ona stanowi źródło problemu. Przepracowujemy m.in. wszelkie przekonania na własny temat zakorzenione w dzieciństwie jak np. „Jesteś do niczego”, „Jesteś głupia”, „Jesteś nieukiem”. Staramy się uruchomić pierwiastek obronny na takie stwierdzenia w miejsce dotychczasowej uległej zgody („A właściwie dlaczego ja jestem niby taka głupia?”, „Co mogłabym odpowiedzieć matce/ojcu/babce na taki zarzut?”, „Jak bym chciała się zachować w sytuacji, gdy ktoś mnie deprecjonuje?” itd).

Kiedy już pacjent zna swoje potrzeby i swoją wartość oraz wie, jak chciałby się zachować w sytuacjach x,y,z, pora na działanie. I tu już zaczyna się codzienna praca danej osoby – trudna i niosąca coraz to inne wyzwania, ale także dająca wiele satysfakcji i poprawiająca komfort życia.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Psychologia

Odporni na manipulacje. Jak nie dać się wykorzystywać?

Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Jak nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Czyli jak uodpornić się na komunikaty i sytuacje prowadzące do manipulacji?

Janina, która próbuje od dłuższego czasu poukładać relacje w rodzinie, jest przekonana, że jeżeli tylko uda się im przetrwać „bunt nastolatki” (córka skończyła właśnie 14 lat), to wszystko się dobrze ułoży. Mąż z pewnością się uspokoi i wreszcie doceni jej wysiłki, by zadowolić każdą ze stron. Starania o to, by w domu było miło i spokojnie. Ach, gdyby tylko Ada chciała się uczyć, zamiast słuchać tych piosenek z dziwnymi tekstami i ciągle prowokować ojca do kłótni swoim zachowaniem… Janinie chwilami ręce opadają, kiedy córka pokazuje rogi, a mąż zimnym głosem stwierdza po raz kolejny: „No, możesz być dumna z tego, jak ją wychowałaś”.

Między złością a bezradnością

Kiedy sytuacja staje się tak trudna, że stale miotamy się między bezradnością a złością, pierwszym krokiem do wyjścia z tego zaklętego kręgu jest zatrzymanie się na chwilę i obserwacja sytuacji z dystansu. To nas może uchronić przed całkowitym zatraceniem równowagi i obiektywizmu. Wszak już dawno zwrócono uwagę na fakt, że szaleństwo to działanie ciągle w ten sam sposób i oczekiwanie innych niż dotąd rezultatów. Może więc warto zacząć od przyjrzenia się chłodnym okiem własnemu działaniu i jego efektom. Na początek trzeba ustalić swoją pozycję w relacjach (z partnerem, dzieckiem, szefem, rodzicem, itp.), żeby jasno określić miejsce, w którym się właśnie znajdujemy, co z kolei pomoże wyznaczyć kierunek, w jakim chcielibyśmy podążać. Papierkiem lakmusowym może być sposób, w jaki się w danej relacji komunikujemy.

Maczuga czy drzewo?

Ludzie w sytuacji napięcia wywołanego strachem, wstydem lub poczuciem winy mają skłonność, by reagować agresją lub ucieczką. To scheda po czasach, w których ocalenie życia zależało od dobrze podjętej decyzji, co bardziej się opłaca: chwytać maczugę i atakować czy może raczej uciekać na drzewo?

Zwolennicy maczugi w słownych wojnach atakują: oskarżają, osądzają, wywołują w partnerach wstyd, strach lub poczucie winy, by skłonić ich do uległości i przeforsować swoje zdanie. Uważają, że źródłem problemów są inni i to inni powinni się zmienić, żeby sytuacja uległa poprawie. Zwolennicy ucieczki na drzewo raczej osądzają i oskarżają samych siebie – o to, że nie są wystarczająco dobrzy i że znów im się nie udało, chociaż tak się starali. Są skłonni przyznać, że to oni są źródłem problemów w relacji, chcieliby się zmienić, żeby sprawy uległy poprawie. Tylko nie bardzo wiedzą, co jeszcze mogliby robić lepiej, by wreszcie zadowolić swoich rozmówców.

Delikatnie czy po trupach?

Jeśli na miejscu Janiny odpowiedziałabyś na słowa męża kontratakiem typu: „Sam się zastanów, jaki z ciebie ojciec, tylko czepiać się potrafisz, a żeby dziecku matematykę wytłumaczyć, to już nie jesteś taki mocny w słowach!” – to znak, że raczej jesteś skłonna do chwytania maczugi i stawania do otwartej walki, w której tylko jedna osoba może zwyciężyć. Jeżeli natomiast zrobisz wszystko, by tylko uniknąć konfliktu i dla zachowania spokoju wolisz zrezygnować z dochodzenia swoich racji, prawdopodobnie wybierzesz tłumaczenie i usprawiedliwianie się w stylu: „Ja się staram, ale to taki głupi wiek. To przecież jeszcze dziecko, przejdzie jej z czasem to buntowanie się. Nie denerwuj się tak bardzo. Trzeba będzie dać jej korepetycje z matematyki, nawet już rozmawiałam z sąsiadką, ona zna kogoś dobrego”. Taki styl komunikowania się świadczy o skłonności do unikania konfrontacji i rozwiązywania konfliktów na drodze zadowalania innych.

Tacy sami?

Osoby, które skłonne są ulegać presji innych, by utrzymać poczucie bezpieczeństwa, często popełniają błąd, którego skutki mogą być odczuwalne długo i dotkliwie. Psychologowie Carl Rogers i Nina Brown zwracali uwagę na mechanizm, który powoduje, że możemy uwikłać się w relacje korzystne tylko dla jednej ze stron, w których – niestety –  nie jesteśmy stroną czerpiącą korzyści. Otóż okazuje się, że wiele osób ma skłonność do postrzegania innych przez swój pryzmat. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z ludźmi, których uważamy za podobnych w jakimś stopniu do nas samych. Tworzymy wobec nich – często błędne – założenie, że skoro mają podobne do naszych cechy charakteru, to z pewnością nas rozumieją i są do nas podobni pod każdym względem. Skoro ja jestem miła i jednocześnie uważam siebie za osobę liczącą się z innymi i wrażliwą na czyjeś uczucia, to zakładam, że każdy, kto jest miły, zachowa się w określonych sytuacjach tak jak ja – w sposób delikatny i liczący się z uczuciami innych.

Takie utożsamianie się z osobami pozornie podobnymi do nas powoduje, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że nasz rozmówca bywa miły jedynie wtedy, gdy chce coś osiągnąć i gdy sprawy idą po jego myśli. Jeśli nawet doświadczamy sytuacji, które dobitnie pokazują, że ktoś, w związek z kim zainwestowaliśmy emocjonalnie, jest obojętny na nasze uczucia i nie liczy się z naszymi potrzebami (niedotrzymane umowy, wieczne stawianie na swoim, obojętność na nasze zmartwienia i niezauważanie sytuacji, gdy potrzebujemy wsparcia), nawet gdy fakty są oczywiste, to coś sprawia, że pozostajemy na nie ślepi. Trudność obiektywnej oceny sytuacji wynika z pewnego mechanizmu, którego ciężko się wyzbyć: z naszej podatności na poszukiwanie wzmocnień podnoszących nastrój. Wszyscy lubimy przeżywać pewne uczucia i ciągnie nas do ludzi, którzy powodują, że czujemy się podniesieni na duchu. Bardzo często wiąże się to jednak z przystaniem na fakt bycia wykorzystywanym przez osoby poprawiające nam nastrój. Gdy głębiej zastanowimy się nad charakterem takiej relacji, okazuje się, że za miłe chwile trzeba zapłacić wysoką cenę.

Kiedy ktoś mówi, że jesteś niesamowita pod jakimś względem, a potem ty na fali euforii podejmujesz się zrobić coś, co niekoniecznie leży w twoim interesie, to prawdopodobnie działasz w ramach mechanizmu poszukiwania pozytywnych wzmocnień podnoszących nastrój (gdzieś w głębi duszy być może dźwięczą ci wtedy słowa z dzieciństwa: „Mamusia będzie cię kochała, jeśli będziesz grzeczna”).

Niekomfortowe sytuacje

Innym sposobem, który powoduje, że zaczynamy działać stymulowani wzbudzonymi w nas uczuciami, jest stosowanie przez rozmówców komunikatów, które wywołują w nas strach, wstyd lub poczucie winy – są to z kolei uczucia, których nie chcemy doznawać, więc jesteśmy skłonni zrobić coś, co nie leży w naszym interesie, byle tylko przestać wstydzić się, bać lub czuć winnym. I tak  jak ciągnie nas do wzmocnień pozytywnych, tak samo staramy się unikać zdarzeń, gdy – jako dzieci –baliśmy się sytuacji zawstydzenia lub obarczenia odpowiedzialnością za czyjeś postępowanie („Jeśli tego nie zrobisz – pożałujesz”, „To wstyd tak się zachowywać”, „To przez ciebie mam zszargane nerwy”).

W przytoczonej historii mąż Janiny prawdopodobnie nieświadomie usiłuje wzbudzić w niej poczucie winy za zaistniałą sytuację. Sam czuje się niekomfortowo, próbuje więc „zarazić” swoimi uczuciami żonę, by ta pod wpływem poczucia winy „coś zrobiła z sytuacją”, czyli żeby załatwiła jego problem za niego. Janina może zareagować buntem i próbować siłą „zwrócić problem” jego właścicielowi, działając pod wpływem złości (gdy wybiera maczugę) lub „przyjąć problem” na siebie i starać się go rozwiązać (gdy wybiera ucieczkę na drzewo), co jest z góry skazane na klęskę. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemów innych ludzi za nich, nic dziwnego, że uczucie, które nas ogarnia w czasie takich prób, to bezsilność. W obydwu przypadkach sytuacja przypomina przerzucanie się gorącym kartoflem i nie przynosi żadnych dobrych rozwiązań.

Złapać pion

Skoro miotanie się pomiędzy złością i bezradnością nie prowadzi do poprawy relacji i rozwiązania konfliktu, co innego można zrobić, by nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Przede wszystkim trzeba podnieść swoją odporność emocjonalną, by przestać „kupować” nie swoje uczucia i działać pod ich wpływem, niekoniecznie w swoim interesie.

Jako że osoby podatne na „łapanie” emocji są często zbyt otwarte na innych, dobrze jest zacząć od podjęcia działań, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacyjnym komunikatom). Jeżeli wszystkie lub niektóre z poniższych stwierdzeń dotyczą ciebie, możesz skorzystać z proponowanych środków zaradczych:

  • Poczucie uwikłania lub obezwładnienia ogarnia mnie szybko i niespodziewanie (często „wybieram maczugę”, by radzić sobie w takiej sytuacji).
  • Uświadamiam sobie swoje uwikłanie lub obezwładnienie stopniowo (w takiej relacji korzystam często z maczugi, nie gardzę również ratowaniem się ucieczką).
  • Dopiero kiedy mam dowody zdrady, naruszenia granic lub innych krzywdzących mnie działań, przyjmuję do wiadomości, że jestem uwikłana lub obezwładniona przez czyjeś emocje (moja podstawowa strategia obrony to ucieczka na drzewo i tłumaczenie się, proszenie o zrozumienie).
  • Zdarza mi się, że inni ostrzegają mnie, że pozwalam komuś manipulować sobą, a ja niczego takiego nie dostrzegam.
  • Zdarza mi się obudzić rano z dojmującym poczuciem uwikłania i obezwładnienia.
  • Chętnie pozwalam, żeby ludzie wypłakiwali mi się w rękaw.
  • Towarzyszy mi pewność, że wiem, jak pomóc drugiej osobie.
  • Tak bardzo chcę dostrzegać dobro w innych, że ignoruję lub nie zauważam zachowań, które temu przeczą.

Zdrowy dystans

Wyobraź sobie następującą sytuację. Masz przyjaciółkę (kuzyna, partnera, matkę), która opowiada ci wyczerpująco i ze szczegółami o swoich nieszczęściach, a ty zaczynasz czuć, że stają się one po trosze twoimi nieszczęściami – przygnębiają cię i chcesz coś zrobić, by to się wreszcie skończyło. Lubisz tę osobę, ale nie chcesz przejmować jej złego nastroju. Przypomnij sobie, jak wygląda twoja postawa fizyczna, gdy dochodzi do „zarażenia się emocjami”. Czy nie jest tak, że stoisz lub siedzisz blisko tej osoby, zwrócona do niej przodem, podtrzymujesz kontakt wzrokowy, a twoja twarz wyraża współczucie lub odzwierciedla emocje rozmówcy? Żeby przestać zarażać się emocjami, warto zacząć od zmiany fizycznej postawy. W zależności od tego, jak bardzo inwazyjna jest dana relacja, można stosować wszystkie lub niektóre zachowania, by stworzyć barierę ochronną przed niechcianymi wpływami. Kiedy więc czujesz, że zaczynasz się poddawać temu, co mówi twój rozmówca, zarządź samej sobie, co następuje:
  • Nie interesuję się drugą osobą.
  • Nie podtrzymuję kontaktu wzrokowego; patrzę na nos albo czoło rozmówcy.
  • Odsuwam się powoli, zwiększając dystans.
  • Ograniczam uśmiechanie się albo odzwierciedlanie wyrazu twarzy rozmówcy.
  • Zakładam nogę na nogę.
  • Rozglądam się po pomieszczeniu.
  • Wizualizuję sobie inne miejsce, na przykład jakieś zacisze.
  • Nie poprawiam stroju, nie wygładzam fałdek na ubraniu, nie bawię się biżuterią ani włosami.
Nie poświęcaj rozmówcy całej swojej uwagi ani nie zachowuj się tak, jakby interesowało cię wyłącznie to, co on ma do powiedzenia, z pominięciem wszystkich wokół. Takie przeniesienie własnej uwagi – wycofanie się ze świata drugiej osoby i większe skupienie się na sobie – pozwoli ochronić się przed niechcianymi i nieuświadamianymi wpływami z zewnątrz i ułatwi zarządzanie własnymi decyzjami i działaniami z pozycji osoby bardziej „spionizowanej”.