1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Nuda - potrzebna każdemu dziecku

Nuda - potrzebna każdemu dziecku

123rf.com
123rf.com
Dla współczesnych dzieci nuda to wielki przywilej – tylko nieliczne z nich mają do niej dostęp. Czy ty zapewniasz swojemu dziecku przynajmniej minimalny poziom nudy?

Nuda nie jest szkodliwa, za to szkodliwy jest nadmiar obowiązków. W dorosłe życie wchodzi właśnie specyficzne pokolenie dzieci. Oto ich rodzice dorastali jeszcze w ciężkich warunkach ekonomicznych, a teraz osiągnęli stabilizację finansową i mogą zapewnić dzieciom to wszystko, czego sami nie mieli.

Przyjrzyj się kalendarzowi swojego dziecka. Jest w nim nauka języków obcych, gra na instrumencie, jakieś zajęcia rozwijające kreatywność i coraz częściej regularne spotkania z terapeutą. W ilu dodatkowych zajęciach powinien uczestniczyć uczeń szkoły podstawowej? Tylko w jednych. Zajęte dwa dni w tygodniu to absolutne maksimum.

Jak takie zajęcia dobrać? Jeśli nie wiesz, na co dziecko posłać, zapisz je na zajęcia sportowe, bo wysiłku fizycznego brakuje nawet tym najbardziej zajętym i obłożonym obowiązkami. Sport będzie rzadką okazją do poruszania się, zmęczenia, spocenia. Dziecko będzie zmuszone do przestrzegania konkretnych norm i zasad, a co najważniejsze – mądry trener stworzy mu pole do porażki, od której z takim uporem izolujemy współczesne dzieci. Nie wiesz, co wybrać? Wybierz sport.

Rodzicielskie potrzeby

Dzieci uczestniczą w ogromnej liczbie zajęć i mimo że się wciąż podnosi ten problem, zjawisko nasila się. Dzisiejszy rodzic jest ze wszystkich stron bombardowany hasłami: Nie przegap, wesprzyj, rozwiń, zadbaj o talent, wspomagaj, diagnozuj jak najwcześniej. Żyje w psychozie, żeby czegoś nie zaniedbać lub nie pozostawić swojego dziecka w tyle. Dzieci płacą wysoką cenę za takie myślenie społeczeństwa.

Dziecko zajęte i nigdy się nienudzące to komfort psychiczny rodzica. Wydaje nam się, że posyłając dzieci na wiele zajęć dodatkowych, rozwijamy je, stwarzamy dobre środowisko, nie zaprzepaszczamy szans. To ułuda. Dziecko nadmiernie obarczone zajęciami dodatkowymi cierpi za potrzeby psychiczne swoich rodziców. Ty chcesz mieć komfort i poczucie, że jesteś dobrym rodzicem, a prawda jest taka, że jedyny nakład środków z twojej strony to finansowanie i odwiezienie dziecka na czas. Spójrzmy prawdzie w oczy: Kiedy się ma pieniądze, nie ma nic łatwiejszego niż opłacenie dziecku wielu zajęć i „dla jego dobra” regularne pozbywanie się go z domu, unikanie kontaktu i wywoływanie sztucznych tematów: „Jak było na angielskim, jak było na basenie, jak było na malarstwie?”.

Zbyt dużo zajęć nie zrekompensuje kontaktu z rodzicami. Nie chodzi wcale o jakieś bardzo intensywne kontakty, ale o samo obcowanie, przebywanie, bycie blisko. Ofiarami nadmiaru zajęć są również coraz częściej dzieci z rozbitych rodzin. Rodzic, który ma zasądzone alimenty, zapisuje dziecko na wszystko, co się tylko da, żeby móc przedstawić w sądzie jak ogromne ponosi koszta i uzyskać podniesienie wysokości alimentów. I nie jest to wcale rzadkością.

To, czego ja nie miałem Jeśli twoje dziecko chodzi na więcej niż jedne zajęcia dodatkowe, zadaj sobie pytania: •    Dlaczego nie ja chcę, żeby spędzało czas w domu? •    Czy to dobrze, że moje dziecko jest nieustannie pod nadzorem dorosłych? •    Na kogo chcę je wychować? •    Dlaczego wszystkie zadania wychowawcze powierzam obcym ludziom?

Zbyt dużo zajęć powoduje też inne wymierne szkody •    Dziecko nie zna swojej okolicy, bo nie wychodzi na spacery; nie wie, co znajduje się dwie ulice dalej •    Jest wszędzie wożone, nie umie więc skorzystać z autobusu czy tramwaju •    Nie ma kontaktu z dziećmi z podwórka; nie pozna smaku posiadania małej ojczyzny ani nie zyska okazji do obserwacji dzieci z różnych środowisk •    Za mało przebywa na powietrzu, jest niedotlenione, ociężałe, ospałe •    Ponieważ wciąż jest zajęte i nie ma czasu na długi prawdziwy odpoczynek, jest w grupie ryzyka chorób cywilizacyjnych. Otyłość, nerwica, podwyższone ciśnienie… Warto wyobrazić sobie, na kogo wyrośnie dziecko, które nieustannie przebywa na zorganizowanych zajęciach •    Uczestnictwo w wyspecjalizowanych zajęciach (w rodzaju garncarstwa lub teatru), które mają rozwijać kreatywność, często ją uszkadzają, bo dziecko przychodzi na zajęcia i tam wszystko na nie czeka. Glina kupiona, stanowiska wyposażone, niczego nie musi zdobyć, przygotować, wymyślić, a często nie musi także po sobie sprzątać •    Rozbudzana jest postawa roszczeniowa. Dziecko wie, że rodzice płacą za jego zajęcia (często zna także konkretne kwoty). Nawet kilkulatki szybko wchodzą w rolę „płacę i wymagam” •    Dziecko zwalniane jest ze wszystkich obowiązków domowych, co owocuje tym, że nic nie umie zrobić. Chodzi na wyszukane zajęcia dodatkowe, a nie poradzi sobie z zamieceniem podłogi, przyszyciem guzika czy rozbiciem jajka •    Brak nudy ma też negatywne przełożenie na osunięcia szkolne. Dziecko nie ma dość czasu na lekcje w szkole, więc rodzina przejmuje część obowiązków. Wykonuje rysunki, pamięta o pożyczeniu lektur, przepisuje prace domowe na czysto. Tym samym dziecku odbierana jest satysfakcja z osiągnięć szkolnych •    Słabo integruje się z rodziną, bo wciąż z czegoś wraca lub na coś idzie •    Często choruje, bo to jedyny moment, gdy może odetchnąć •    Już w wieku kilkunastu lat jest pacjentem gabinetów terapeutycznych, bo umie rozwiązywać wszystkie problemy tylko za pomocą zewnętrznej pomocy fachowców •    Nie umie budować relacji z rówieśnikami, rozwiązywać konfliktów, radzić sobie w prostych sytuacjach, bo wszędzie jest pod nadzorem i opieką dorosłych •    Nie nawiązuje głębokiej więzi z rodzicami, bo przy budowaniu więzi liczy się czas spędzony z dzieckiem. Rodzice nie są dla niego autorytetem, tylko domowym logistykiem •    Większość wspomnień wiąże się u nich z miejscami innymi niż dom Nuda jest potrzebna dziecku. Potrzebny jest czas na snucie się, bawienie byle czym, marudzenie i czekanie aż coś się wydarzy. Nie przyłączaj się do ruchu rodziców nadmiernie obciążających dzieci zajęciami. Pozwól swojemu dziecku na nudę i pokonaj w sobie chęć strukturalizacji jego całego dnia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mądre wychowanie - czyli jakie?

Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, by dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Ani o to, by chronić przed złem całego świata. To o co chodzi w rodzicielstwie? Wyjaśnia psycholog dr Magdalena Śniegulka.

Coraz więcej par odkłada na później decyzję o powiększeniu rodziny. Chcą skupić się na rozwoju zawodowym, życiowych przyjemnościach. Mówią: „To nie jest dobry czas na dziecko”, ale czy kiedykolwiek będzie?
Nigdy nie ma dobrego momentu na dziecko. Ale też pary, o których pani mówi, nie stanowią większości. Nadal jest sporo osób, które zostają rodzicami stosunkowo wcześnie, tak jak zrobili to ich rodzice i rodzice ich rodziców. Na pewno coraz więcej wiemy o dzieciach i dzieciństwie oraz potrzebach tego okresu. I jest w nas większa gotowość na zaspokajanie tych potrzeb. A to może być trudnym, obciążającym wyzwaniem. Poza tym nasze społeczeństwo staje się coraz bogatsze, a w związku z tym poszerza się oferta skierowana do osób, które chcą, jak to się mówi, korzystać z życia.

Powiedzmy, że jestem młodą kobietą na progu dorosłego życia. Zwykle jeszcze na tzw. dorobku, nie na wszystko mogącą sobie pozwolić. I stoję przed dylematem: czy decydować się na dziecko, które nie tylko zahamuje mój awans zawodowy, ale też któremu nie będę mogła zapewnić tego, co chciałabym? A chciałabym wiele. Dlaczego? Bo jako dziecko łaknęłam dóbr, które nie były dostępne i teraz chciałabym to wynagrodzić mojemu dziecku. Tylko, że ono do szczęścia nie potrzebuje aż tylu rzeczy. Tak naprawdę ono potrzebuje głównie mnie.

Stąd przekonanie, że nie mogę sobie pozwolić na dziecko, dopóki nie będę mogła zapewnić mu dostatniego życia?
Właśnie. Odstraszająca może być także świadomość tego, że dziecko potrzebuje uwagi. Jeśli jesteśmy na fali wznoszącej, zadowoleni ze swojego życia, to może nam być bardzo trudno to przerwać i poświęcić się dla dziecka.

Czy tacy „spóźnieni” rodzice będą mieli potem inne podejście do wychowania niż ci, którzy nie zwlekali i zrobili to „na spontanie”?
Na pewno, ale ja bym wolała unikać wartościowania. Jest wiele czynników, które wpływają na to, jakimi będziemy rodzicami. Znam wiele badań na temat tego, jaki wpływ na przyszłe życie ma to, czy byliśmy jedynakami czy też pierwszym lub drugim z rodzeństwa. Wiele z nich wykazuje, że tak naprawdę kluczowa jest dojrzałość rodziców. Wtedy zarówno bycie jedynakiem, jak i piątym dzieckiem z rzędu jest zasobem, nie ograniczeniem. Dojrzałość to podstawa i nie zależy ona od wieku czy tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Dojrzałość ułatwia zachowanie dystansu i wyhamowanie ciągot do bycia rodzicem idealnym. Dojrzałość daje wolność i zrozumienie, że naprawdę nie muszę aż tak wiele, jak mi się wydaje.

To, co jest niepokojące, to sytuacja, w której mamy dziecko, czas i pieniądze, żeby je wychować, ale jednocześnie jest w nas wiele niepewności i lęku, więc skupiamy się na usuwaniu wszelkich niedogodności i przeszkód spod nóg dziecka. Wydaje nam się, że zawsze musimy być w stanie pełnej gotowości, że musimy być gwarantem szczęśliwego dzieciństwa. To może być potwornie męczące i dla rodzica, i dla dziecka. Nie na tym polega nasza rola.

A na czym polega?
Zadaniem rodzica jest wychować samodzielną, niezależną jednostkę. Taką, która poradzi sobie w świecie. Bo przecież nie wiemy, jak długo będzie nam dane uczestniczyć w życiu dziecka, czy nas nie zabraknie, a może samo wcześnie wyjdzie z domu. Dlatego od momentu porodu powinniśmy pamiętać, że dziecko nie jest naszą własnością, lecz osobnym bytem. To bardzo trudne zadanie, ale daje też rodzicowi wolność i poczucie „ja też jestem ważny”. Jednak to się nie uda bez akceptacji siebie.

Jakie sprawy trzeba w sobie „pozałatwiać”, żeby przygotować się dobrze do roli rodzica?
Pojawienie się dziecka to dobry moment, żeby zastanowić się nad tym, jaką jestem osobą, jakie rzeczy są dla mnie ważne, jakie wartości. Czego będę uczyć moje dziecko? Jak będę je wprowadzać w świat? Ile siły mam w sobie, żeby z tym światem się zmierzyć? Co w ogóle sądzę o świecie?

Ważne jest też to, jaki mamy stosunek do własnego dzieciństwa. Czasem obserwuję pewną postawę u dorosłych, którą można wyrazić słowami: „Taka jestem, bo takich miałam rodziców”. Tak może powiedzieć dziecko, dorosły powinien już rozumieć pewne mechanizmy i mówić raczej na przykład: „Jest mi trudno wyrażać emocje, ale mogę się tego nauczyć”. Miejmy świadomość, że jakkolwiek nasi rodzice nie byli wolni od błędów, to jednak chcieli dla nas dobrze. Bardzo rzadko spotyka się rodzica, który robi dziecku celowo krzywdę, większość chce jak najlepiej. Jedni myślą, że najlepiej to znaczy wyznaczać granice, inni, że należy być przyjacielem, a jeszcze inni, że trzymać dzieci na dystans. Która metoda jest najlepsza? To zależy od dziecka. Bo nasze dziecko to nie my. System wychowawczy, który byłby najlepszy dla nas, jemu może nie posłużyć. Niektóre dzieci są łatwe i przyjemne, uśmiechają się od małego, bardzo szybko odnajdują się w kontekście społecznym, internalizują normy i zasady, są wrażliwe… Inne potrzebują dużo czasu, żeby się tego nauczyć, a na dodatek mają taki temperament, że reagują złością w sytuacjach dla nas neutralnych. Każde z tych dzieci potrzebuje zupełnie innego wzmocnienia, ale każde potrzebuje też akceptacji.

Wielu rodziców jest przekonanych, że dzieci same sobie nie poradzą bez ich ciągłego wsparcia.
Chciałabym, żeby współcześni rodzice pozbyli się tej napinki. Żeby potrafili zobaczyć w sobie zasoby, które będą stanowiły dla dziecka oparcie. Żeby byli też gotowi dziecko pooglądać. Nie kierować nim, nie sugerować mu dróg, tylko wspierać w kroczeniu tymi, które samo wybierze. I pozwólmy dziecku być dzieckiem, pozwólmy mu „marnować” czas. Rodzice, którzy boją się, że dziecko sobie nie poradzi, zwykle nie dają mu żadnych możliwości, żeby się nauczyło dawać sobie radę. Bo jak się uczymy najlepiej? Na własnych błędach!

Jakie są największe wyzwania dla współczesnego rodzicielstwa? Media? Świat wirtualny?
Myślę, że w każde rodzicielstwo jest wpisane zadanie zmierzenia się z postępem cywilizacyjnym, odnalezienia się w nowym świecie, by potem przeprowadzić przez niego nasze dziecko. Wyjątkowe dla naszych czasów jest to, że młodsze pokolenia są bardziej kompetentne i uzdolnione w kwestii nowych technologii. Dlatego największym wyzwaniem współczesnych rodziców jest umieć słuchać dziecka i przyznać, że w pewnych sprawach to ono jest ekspertem. I nie przesadzajmy z czarnym PR-em. Dostępność Internetu ma wiele pozytywnych aspektów – obecnie można w nim znaleźć w sekundę informację na każdy temat, kiedyś dostęp do takiej wiedzy był utrudniony. Przy umiejętnym pokierowaniu Internet może zachęcić nasze dzieci do pogłębiania wiedzy. Dlatego nie narzekajmy na wirtualny świat, bo nie ma co stawać w poprzek postępowi. Jeszcze sto lat temu wprowadzenie elektryczności uznawano za straszne zagrożenie.

Są rodzice, którzy jednak starają się stawać w poprzek.
Ale wtedy wychowują swoje dzieci pod kloszem, z dala od realnego świata, tak jakby Internet, telewizja i gry nie istniały. Przecież wszyscy żyjemy w jakiejś społeczności, nie jesteśmy samotną wyspą. Jeśli dziecko w domu nie styka się z grami czy światem wirtualnym, większego szoku poznawczego dozna, gdy dorośnie i dopiero wtedy pozna zakazany owoc. Poza tym poczuje się wykluczone, jeśli w szkole co chwila będzie słyszało o nowych grach czy filmach. Zrobimy mu większą przysługę, jeśli nauczymy korzystać z nowych technologii w sposób krytyczny. Sama znam kilkulatki, które oglądają reklamy i mówią: „Ale bzdury chcą nam wcisnąć”.

W jakim stopniu dzieci świadczą o nas? A w jakim tylko o sobie?
To strasznie trudne pytanie. Bo dzieci są różne, po prostu. Jedne są ciche, dobre, wrażliwe i utalentowane, inne trudne, wybuchowe, powolniejsze. Z tych pierwszych łatwo być dumnym i przyjemnie jest podbijać sobie samopoczucie myślą, że to dzięki nam taki fajny egzemplarz dostał świat. Ale są też sytuacje, w których trudno być dumnym ze swojego dziecko. Zwłaszcza jeśli ma jakieś dysfunkcje, np. ADHD czy kłopot z przystosowaniem się do pewnych form. Znam rodziców, i bardzo ich za to podziwiam, którzy są niezwykle dumni z wysiłku, jakie ich dziecko wkłada w to, by sobie poradzić z tymi dysfunkcjami. Prawda jest taka, że dzieci prócz nas wychowuje świat. Oczywiście rola rodzica jest nieoceniona, ale to, kim się staje dziecko, to już wyłącznie jego zasługa. Na pewno możemy być dumni z tego, że na różnych etapach jesteśmy z dzieckiem i pokazujemy mu pewne narzędzia, a ono korzysta z nich w dobry lub mniej mądry sposób. Myślę, że można być też dumnym z tego, że dziecko nie jest mną, że jest inne, samodzielne.

Dr Magdalena Śniegulska psycholog, dydaktyk ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Czy twoje niepokoje i porażki to wina rodziców?

Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. (Fot. iStock)
Dom rodzinny ma niewątpliwie duży wpływ na nasze dorosłe życie, ale przeszłość, nawet jeśli była bardzo trudna, nie powinna przesądzać o naszym losie.

Artykuł archiwalny. 

Łukasz nie może swojej żonie Ewie powiedzieć słowa krytyki, bo ona zaraz płacze. „Zawsze mówię Ewie, że wszystko, co robi, jest wspaniałe. Nie dlatego, że tak uważam, ale dlatego, że boję się jej płaczu. Kiedy raz czy drugi delikatnie zwróciłem jej uwagę, za każdym razem kończyło się spazmatycznym płaczem i pretensjami, że już jej nie kocham i jestem taki sam jak jej ojciec, który wiecznie ją bezlitośnie krytykował i wszystko miał za złe. Próbowałem tłumaczyć, że jeśli czasem nie smakuje mi ugotowany przez nią obiad albo drażni bałagan, jaki zostawia rano w łazience, to wcale nie oznacza, że jej nie kocham. Tłumaczę jej, że musimy rozmawiać również o tym, co nam się nie podoba. Niestety, dla Ewy to nie do pojęcia. Jej zdaniem, jeśli się kogoś kocha, to się go nie krytykuje, tylko chwali i akceptuje w całości, bez wyjątku”.

Jeżeli dzisiejsze nasze niepowodzenia tłumaczymy naszą traumatyczną przeszłością, to warto się zastanowić, czemu służy takie postawienie sprawy. Tak radzi Magda Linca, psychoterapeutka z INZPiRO (Instytut Zdrowia Psychicznego i Rozwoju Osobowości). Czy jeśli nieustannie roztrząsamy doznane w dzieciństwie krzywdy, to zaspokajamy potrzeby, które kiedyś były źródłem naszej frustracji, czy raczej utrwalamy nasze problemy?

– Nie chodzi o to, aby na siłę myśleć pozytywnie i udawać, że wszystko było dobrze. Ale w psychoterapii wraca się do przeszłości zawsze w jakimś celu – podkreśla terapeutka. – Nie po to, żeby ją nieustannie wałkować i tkwić w poczuciu krzywdy, ale po to, żeby uwolnić się od wpływu tego, co stało się w dzieciństwie.

Niespełnione dziecięce potrzeby

Przeszłości nie zmienimy, ale możemy decydować, w jaki sposób i czy w ogóle będzie ona determinować naszą teraźniejszość.

– Nawet jeżeli nie mieliśmy szczęścia w dzieciństwie i nasze niezaspokojone potrzeby wywoływały w nas silną frustrację, to jeszcze nie znaczy, że tak musi być już zawsze. Możemy nauczyć się dbać o nas samych lepiej, niż dbali nasi rodzice – tłumaczy Magda Linca.

Dlaczego w takim razie tak często robimy z siebie ofiary wychowawczych porażek naszych rodziców? – Bycie ofiarą ma niewątpliwie swoje dobre strony – tłumaczy psychoterapeuta Dariusz Tkaczyk z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Jeśli czujemy się skrzywdzeni, możemy zrzucić z siebie trochę odpowiedzialności na innych. To też dobry sposób na to, żeby inni się nami zajmowali. Zdaniem Magdy Lincy warto się jednak zastanowić, czy przyjmowanie roli ofiary rzeczywiście zaspokaja nasze potrzeby.

– Czy naprawdę satysfakcjonujące jest to, że ludzie robią dla nas różne rzeczy tylko dlatego, że zostaliśmy kiedyś skrzywdzeni? Może cenniejsze jest wzbudzanie zainteresowania, bycie traktowanym z czułością, otrzymywanie wsparcia dlatego, że ktoś nas kocha, a nie dlatego, że jesteśmy ofiarami.

Coraz częściej mówi się o wpływie dzieciństwa i domu rodzinnego na nasze życie. Świadomość przeszłości i jej roli jest bardzo pomocna w życiu, bo umożliwia nam zrozumienie naszych dzisiejszych zachowań i wyborów, niejednokrotnie irracjonalnych.

– Czasami niektóre osoby przywiązują się do odkrytej prawdy, że rodzice zrobili im krzywdę, i na tym poprzestają – zauważa Dariusz Tkaczyk. – Nie nazywałbym tego jednak świadomym manipulowaniem. Brak miłości, uwagi i troski ze strony rodziców jest tak obciążającym deficytem, że tęsknota za tymi wartościami potrafi paraliżować. Ale tylko wtedy, gdy nazwiemy swoje deficyty i odżałujemy je, przestaniemy nimi obarczać swoich bliskich.

Zdaniem psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego trudne dzieciństwo nie może być biletem ulgowym na życie, tylko doświadczeniem do przepracowania. Tymczasem niektórzy z nas ze swojego trudnego dzieciństwa i odniesionych w nim ran robią swoistego rodzaju sztandar. Swoje poczucie znaczenia budują na głębokim przekonaniu, że cierpią najbardziej na świecie, a skoro tak, to należy im się specjalne, zwalniające od zobowiązań traktowanie.

Ludzie głodni uczuć, nie dość akceptowani przez swoich rodziców w dzieciństwie, szukają rekompensaty niespełnionych potrzeb dziecięcych w dorosłych związkach.

– Nie ma niczego złego w istnieniu dziecięcych potrzeb – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Każdy z nas je ma, ale ważne jest, w jaki sposób staramy się je zaspokoić: czy poprzez otwarte komunikowanie (dzięki czemu partner ma możliwość wyboru, czy chce mieć czasem zamiast żony córkę, czy zamiast męża syna), czy też manipulując bliskimi.

 

Tak mnie wychowali

„Mariusz jest dobrym mężem i ojcem – chwali męża Beata. – Jestem lekarzem, często mam dyżury w szpitalu. Wiem, że mogę spokojnie zostawić męża z synami. Wszystkiego dopilnuje i zadba o dzieci nie gorzej niż ja. Gdyby nie jedna rzecz, byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem. Mariusz kompletnie nie potrafi mówić o swoich uczuciach ani okazywać czułości. Kiedy się poznaliśmy, byłam nim zafascynowana, wtedy nawet podobała mi się jego oschłość. Uważałam, że to takie męskie. Poza tym ujął mnie swoją opiekuńczością. Akurat miałam końcowe egzaminy i Mariusz bardzo dużo mi pomagał. Przepisywał teksty, wypożyczał książki, dbał, żebym regularnie jadła. Myślałam wtedy, że to wszystko jest o wiele więcej warte niż przytulanie i czułe słówka. Z czasem coraz bardziej zaczęło mi brakować czułości ze strony Mariusza. Mam też do niego żal, że tak mało czułości okazuje naszym synom. Mówi, że nie będzie ich przytulał i całował, bo nie chce wychować ich na mięczaków. Zupełnie jakbym słyszała mojego teścia, też zawsze opanowanego, racjonalnego i chłodnego.

Ostatnio strasznie się pokłóciliśmy. Kiedy na spacerze nasz czteroletni syn przewrócił się i zaczął płakać, bo mocno się uderzył, Mariusz podniósł go, otrzepał mu spodenki i kazał się uspokoić, mówiąc, że mężczyzna nigdy nie powinien płakać. Wykrzyczałam mu wtedy, że chyba jest bezdusznym cyborgiem, skoro nie potrafi przytulić płaczącego dziecka. Obraził się i powiedział, że nie będzie robił tego, czego nie potrafi robić i co go krępuje”.

Zdaniem Magdy Lincy, jeżeli ktoś uważa, że dom dzieciństwa tak jednoznacznie wpływa na nasze życie, że nie mamy wpływu na własne zachowania w dorosłym życiu, trudno jest go przekonać, że może być inaczej.

Ale skoro jako dorośli sami decydujemy, o której wstajemy, co jemy na śniadanie i w co się ubieramy, to może warto też samemu zadecydować, czy chcemy nauczyć się nowych zachowań, jeśli nasze dziecko albo partner tego naprawdę potrzebują.

Dominika niedawno zerwała zaręczyny. Kiedy narzeczony powiadomił ją, że szykuje mu się świetny roczny kontrakt w Londynie, więc powinni plany matrymonialne przełożyć do jego powrotu, Dominika oddała mu pierścionek. „Nawet mnie nie zapytał, czy zgadzam się na przesunięcie daty ślubu”. Na próżno Adam tłumaczył Dominice, że bardzo ją kocha, że rok szybko zleci, będzie go odwiedzała, a kiedy wróci – wezmą ślub na spokojnie, bez pośpiechu i na dodatek dzięki pieniądzom, które w tym czasie zarobi, będą mogli wziąć o wiele mniejszy kredyt na mieszkanie. Dominika była nieprzejednana. „Jeśli okazałam się mniej ważna od jego kariery, to nie mamy o czym mówić. Dobrze, że okazało się to teraz, a nie po ślubie, jak to było w przypadku moich rodziców”. Rodzice Dominiki rozwiedli się, kiedy ona miała 15 lat. Wtedy z wielkim hukiem i skandalem wyszedł na jaw wieloletni romans ojca. Właściwie niewiele to zmieniło w życiu rodziny, bo ojciec i tak zawsze był tylko gościem w domu. Bardzo dużo podróżował służbowo, do tego często jeździł na polowania. Zdaniem Dominiki wszyscy mężczyźni to egoiści. Adam potwierdził jej przekonanie.

Czasami nieświadomie oczekujemy od swoich partnerów, że dadzą nam wszystko to, czego nie dostaliśmy od rodziców. Przy tak wygórowanych oczekiwaniach wystarczy drobne uchybienie i rozczarowanie gotowe.

Poddajesz się czy idziesz dalej?

Psycholog analityczny Stephen Johnson powiedział, że co prawda nie możemy dostać wszystkiego, czego potrzebujemy, ale możemy otrzymać o wiele więcej, niż kiedykolwiek dostaliśmy. Tymczasem jeżeli posługujemy się w życiu kalkami typu, że mężczyźni są źli albo że kobiety wykorzystują mężczyzn, doprowadzamy do tego, że zaczynamy wyłapywać tylko to, co potwierdzi nasze wyniesione z domu przekonania.

– Zachowujemy się wówczas tak, jakbyśmy założyli czarne okulary. Może warto je czasami zdjąć albo choć dostrzec, że ma się je na nosie. Zdać sobie sprawę, że czarne okulary z dzieciństwa wypaczają nam obraz rzeczywistości – radzi Magda Linca.

Ukazanie się w Polsce książki Susan Forward pt. „Toksyczni rodzice” (Santorski & Co 2006) odbiło się szerokim echem. Jej lektura przyczyniła się do tego, że ludzie zaczęli szukać winnych za to, co niedobrego dzieje się z ich obecnym życiem.

– Gdyby książka „Toksyczni rodzice” została wprowadzana na rynek pod hasłem: „Ludzie mają prawo oskarżać swoich rodziców, jeśli doświadczyli od nich przemocy i że ta przemoc jest czymś złym, niczym nieusprawiedliwiona”, to wszystko byłoby w porządku – tłumaczy Andrzej Wiśniewski. – Natomiast książka została wypromowana pod hasłem: „Za twoje niepokoje, i porażki odpowiadają twoi rodzice. Gdyby nie oni, byłbyś szczęśliwym człowiekiem”. I w tym kontekście lektura „Toksycznych rodziców” zrobiła dużo złego, bo wysyłała na terapię rodziców, a nie ich dorosłe dzieci. Poza tym autorka Susan Forward stworzyła mit idealnych rodziców, a takich nie ma. Poza skrajnymi przypadkami większość rodziców ma zalety i kiedy już odchorujemy ich wychowawcze wpadki, dostrzeżemy również to, co zrobili dla nas dobrego.

Dojrzałość wymaga zobaczenia ludzi w pełni. Wówczas oprócz zła widzimy dobro, oprócz słabości – siłę. Zdaniem Dariusza Tkaczyka nawet jeśli we wspomnieniach naszego domu rodzinnego dominują te złe wydarzenia, warto zadać sobie pytanie: to było, a co chcesz zrobić teraz? Możesz się poddać sile przeszłości, ale to jest twój wybór, a nie konieczność. Rodzice są odpowiedzialni za deficyty, z którymi się borykasz, ale nie za twoją dzisiejszą porażkę. Bo to ty się poddajesz albo ty idziesz dalej. Nawet jeśli miałeś najgorszych rodziców, to nadal ty decydujesz, jak dzisiaj i jutro będzie wyglądało twoje życie.

  1. Psychologia

Zostań swoim najlepszym przyjacielem

Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Dla naszego bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do niczego. (Fot. iStock)
Kto nie zna tych stanów, kiedy nic nam się nie chce, czujemy się jak opona bez powietrza, ciało i umysł śpią, ba, nawet nie jest to sen, tylko letarg. Kiedy świat jawi się jako breja bez koloru, a własna osoba wydaje się pomyłką natury. Kiedy nawet jak na zewnątrz słońce, to w nas pada mżawka, a parasol zepsuty.

Proszę was usilnie o uwagę i czułość dla naszej ludzkiej rozlazłości. Najbardziej dla własnej, ale i dla cudzej… Tym bardziej że McŚwiat mamy teraz neonowy, glamour, wymagane jest stanie na straży własnej wyjątkowej błyszczącości (nie mylić z błyskotliwością), zadaniowości, skuteczności w zarządzaniu własnymi interesami i powalanie na kolana innych z powodu bycia nie do zdarcia niezależnie od tego, co nas spotka i od kogo. Inni, powaleni na kolana, podziwiają, zazdroszczą i… czekają na wsypę. Może i z nieżyczliwości, ale nie tylko. Czują w tej postawie coś sztucznego, nadmiarowego, przeczącego ludzkiej zwykłości.

Miałyśmy na studiach koleżankę blondynkę, zawsze wymyślnie ubraną, umalowaną, uczesaną. Szczególnie fascynowała nas jej tzw. tapeta. Staranna, wypracowana, codzienna maska. Zastanawiałyśmy się, ile jej to co rano zabiera czasu. I po co. Na pierwszej wspólnej wycieczce ustawiłyśmy straże, żeby przydybać ją rano jeszcze bez tej tapety. Udało się. Wyglądała, wstyd się przyznać ku naszej wielkiej uciesze, okropnie. Najpewniej gdyby się tak mocno codziennie nie malowała, wyglądałaby dla nas normalnie także i rano. A tak zostało poczucie jakiejś okropnej zgrozy, że taka bezbarwna, smutna, brzydka. Objawiło się UKRYWANE. Wydało się.

W tej niefajności nie chodzi oczywiście tylko o wygląd jak w tym przykładzie. Ale jakże on jest symboliczny. Jak gruby makijaż nakładamy na nasze JA, żeby je pokazać innym albo bez obrzydzenia patrzeć na siebie w lustrze. Ciągle to samo. Niedokochanie. Nie wystarczam taka, jaka jestem. Muszę się starać, o czymś siebie i innych przekonywać. Jak łatwo nawet rozwój pomylić z tym wiecznym poprawianiem siebie. W wydaniu szczególnie ambitnych – z udoskonalaniem siebie.

Wtedy takie dni, kiedy jestem żadna, do niczego nie mam woli ani siły, jawią się jako porażka, pomyłka w najlepszym razie. Jak to, tyle zrobiłam i to wszystko na marne? Znów się nie stawiam na wezwanie?! A czyje to właściwie wezwanie? Ludzkości, kultury, społeczeństwa, absolutu, Pana Boga, mamusi, tatusia, męża, mojego ego? Wszystkiego tego razem do kupy. To strasznie dużo na jednego człowieka. Który jest z tym stanem najczęściej sam, bo się go okropnie wstydzi, przeważnie nie rozumie, a już na pewno sobie nie życzy.

A ja was proszę, pokochajcie siebie szczególnie wtedy. Nie zostawiajcie siebie, nie oceniajcie. Doceńcie. Właśnie wtedy jesteśmy sobie sami najbardziej potrzebni. Nie sztuka lubić się w celofanie, w dobrym stanie, pogodzie ducha. Nie sztuka ucieszyć się, jak nas inni zauważą, docenią lub kiedy coś wygramy.

Wiem, są tacy, co to nawet wtedy się nie cieszą. Ciągle im mało przekonywania, że są do rzeczy. Takim jeszcze trudniej przyjąć siebie w stanie degrengolady, bo wydaje im się, że to stan stały, który się jeszcze umie pogorszyć. Tu uwaga! Niech ci, którzy tylko czasem wpadają we własną „nicość”, wiedzą, że są inni, którzy w tym stanie giną co dnia. Pamiętajmy, że nie nasze nieszczęście największe, choćby nie wiem, jakie ono było. Ta prawda może służyć i dla pociechy, i dla pokory, i dla przytomności.

Dla naszego zaś bycia swoim największym przyjacielem niezwykle istotna jest prawdziwa samoakceptacja w czasie tego subiektywnego bycia do dupy. Według mnie takie okresy są nie tylko zrozumiałe. One są konieczne. Jako przeciwwaga naszego pędu, perfekcjonizmu, bezlitosnych wobec siebie wymagań, naszego wewnętrznego Rodzica, za często nieczułego i bezwzględnego. Jako przeciwwaga doskonałości, starania się, budowania siebie lepszym. Jako wielkie wołanie naszego nadużywanego organizmu, który wymusza w ten sposób nicnierobienie, na jakie świadomie sobie nie pozwalamy.

Podziękujmy naszemu ciału, naszej nieświadomej mądrości, że zamiast zachorować i zmusić nas do poddania się, przysyła nam wiadomość znacznie zdrowszą: zatrzymaj się, zajmij sobą, a nie osiągnięciami, bądź człowieku dla siebie dobry!

  1. Psychologia

Wychowywać dziecko bez krzyku

Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Zmianę w relacjach z dzieckiem rodzic powinien rozpocząć od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. (Fot. iStock)
Kiedy przychodzi czas na dzieci, pełni entuzjazmu obiecujemy sobie, że nie będziemy powtarzać błędów naszych rodziców i na pewno będziemy od nich lepsi. Ale wraz z dzieckiem pojawia się także zmęczenie i frustracja, nieznany dotąd lęk i troska o zdrowie malucha, czasem bezradność wobec nowych problemów. Nagle okazuje się, że najprostsza jest droga na skróty, która prowadzi prosto do utartych schematów wychowania, od których próbowaliśmy uciec.

Każde „nie” dorastającego dziecka wyprowadza nas z równowagi. Irytujemy się, kiedy nas nie słucha i różnymi metodami zmuszamy do wykonania naszej woli. Krzyczymy na dziecko czy to poprzez podnoszenie głosu, czy przez – o zgrozo – bezpośrednie użycie siły, czasem uciekamy, zaniedbujemy lub odrzucamy. W ten sposób tworzymy relację opartą na sile, a to prowadzi do walki, w której na końcu nie ma zwycięzców, ale jest dużo ofiar…

Czy można wyjść z tego błędnego koła? Przecież nie chcemy się ciągle frustrować, krzyczeć i być złymi rodzicami. Szukamy więc pomocy. Tytuł książki „Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko, zachowując spokój” jest obiecujący. Autor, Hal Edward Runkel, jest amerykańskim terapeutą rodzin i małżeństw. Założył organizację Życie bez krzyku, propagującą zachowywanie spokoju w relacjach międzyludzkich - szczególnie w relacjach z dziećmi i pomiędzy małżonkami. Jego książka to przewodnik dla rodziców, w jaki sposób wychować swoje dzieci na odpowiedzialnych, dojrzałych i niezależnych ludzi. To propozycja takiej metody wychowania, w której zamiast agresji, zniechęcenia i wzajemnych oskarżeń rodzice będą mogli wychowywać swoje dzieci… wychowując najpierw siebie.

Zmęczony ciągłą walką o posłuszeństwo dzieci rodzic dowiaduje się z tej książki, że zmianę w relacjach z najbliższymi powinien rozpocząć właśnie od siebie – skupiając się na sobie, na własnych reakcjach emocjonalnych i nauczyć się nad nimi panować. Często słyszymy lub sami twierdzimy, że nasze dziecko „wyprowadziło nas z równowagi”. Autor poradnika zastanawia się, w jaki sposób małe, kilkuletnie dziecko może wyprowadzić z równowagi dorosłą, doświadczoną osobę? Czy mały człowiek naprawdę jest w stanie zmusić dorosłego do odczuwania, myślenia i reagowania w określony sposób? Odpowiedź oczywiście brzmi „nie”. Utratę panowania nad sobą w wyniku różnych okoliczności zawdzięczamy zawsze i wyłącznie sobie. Irytując się, wpadając w gniew, oddajemy kontrolę nad własnymi emocjami dzieciom i w ten sposób wywieramy na nie presję, aby postąpiły tak, jak tego chcemy. Hal Runkel odkrywa sedno takiego zachowania: za krzykiem rodzica kryje się inny krzyk skierowany do dziecka: uspokój mnie! Krzycząc, chcemy, żeby dziecko jak najszybciej nas posłuchało, abyśmy sami mogli się uspokoić. W ten sposób obarczamy je ciężarem odpowiedzialności za nasze emocje.

Do zdrowego dorastania dzieci potrzebują zamiast krzyku i jego różnych odmian czegoś zupełnie odwrotnego: spokoju, autorytetu, oparcia i zaufania do rodziców. Nie łatwo jest jednak rodzicowi nie ulegać emocjom, kiedy dziecko nie chce się uczyć, okazuje znudzenie, czy niewdzięczność. Autor nie twierdzi też, że będzie łatwo, ale proponuje podejść do tych wyzwań jako do szansy na własny osobisty rozwój. Zachować spokój, pomimo niesprzyjających okoliczności, dla zbudowania opartych na miłości relacji z dzieckiem – to jedyna droga, żeby wychować dojrzałego człowieka. Kiedy dziecko postępuje wbrew rodzicom, stawia opór, a nawet prowokuje – to zamiast reaktywnej postawy lepiej jest przyłączyć się do dziecka. Rodzic nie krzyczący będzie dziecku współczuł i rozmawiał, kiedy ono się nudzi, a nie szukał natychmiast jakiegoś zajęcia, będzie pomagał, kiedy nie będzie potrafiło sobie z czymś poradzić, ale nie rozwiązywał wszystkiego, nakierowywał na bardziej produktywne rozwiązanie, kiedy dziecko zbłądzi. Runkel przypomina, że wychowywanie to nie seria technik i manipulacji, żeby lepiej dziecko kontrolować. Do budowania relacji z dzieckiem nie jest potrzebna ścisła kontrola nad nim, ale tworzenie mu przestrzeni emocjonalnej i fizycznej, za którą nauczy się brać odpowiedzialność. Tworzenie przestrzeni to wyznaczanie odpowiednich reguł i granic, w obrębie których dziecko będzie się czuło bezpiecznie, będzie miało prawo do własnych wyborów ale także do popełniania błędów.

Emocjonalna przestrzeń to również wywiązywanie się z obietnic, zarówno tych miłych, jak i tych będących konsekwencjami postępowania wbrew regułom – obowiązującym w rodzinie, szkole, czy w społeczeństwie. Kiedy nastolatek posiadający już prawo jazdy łamie przepisy drogowe i grozi mu jego utrata, są rodzice, którzy starają się poprzez odpowiednie znajomości, czy umiejętności karę anulować. Ale czego w ten sposób dziecko się nauczy i czy będzie kiedyś dobrym kierowcą?

To, co ogranicza i jednocześnie hamuje rozwój dziecka to nadawanie etykiet typu: „zabawny”, „leniwy”, „pracowity”, „gruby”, „konfliktowy” – itp. Mają one wielką siłę i upośledzają rozwój człowieka. Trudno jest się ich wyzbyć, a przecież tak naprawdę odnoszą się tylko do jakiegoś kawałka życia. Autor podkreśla, że nikt nie jest zawsze taki sam i proponuje zrezygnować z używania kategorycznych słów „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”  i zastąpić je stwierdzeniem „potrafisz być…”. Ograniczaniem przestrzeni jest także mówienie dziecku, co lub jak ma się czuć.

Kilkakrotnie w książce „Wychowanie bez krzyku” powtarzana jest teza, że rodzice wcale nie są odpowiedzialni za swoje dzieci, ale odpowiedzialni są przed nimi za swoje uczucia, emocje i czyny. Dzieci potrzebują rodziców, którzy nie potrzebują ich. Zadaniem dzieci nie jest zaspokajanie potrzeb fizycznych i emocjonalnych ich rodziców. Aby wychować dojrzałego człowieka, samemu trzeba dojrzeć.

Nasza praca nad sobą, uczenie się kontroli nad własnymi emocjami i odruchowymi reakcjami to nauka dla naszych dzieci, z której w przyszłości skorzystają. Takie nastawienie do wychowywania z pewnością zaowocuje nową, bliską relacją i wieloma miłymi chwilami spędzonymi z naszymi dziećmi w spokoju i… bez krzyku.

Hal Edward Runkel, "Wychowanie bez krzyku. Jak wychować dziecko zachowując spokój", Wydawnictwo Bookmarket. 

  1. Psychologia

Rodzicielstwo ściśle według planu. Gdy plan zajęć dziecka przypomina rozkład dnia pracującego dorosłego

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. (Fot. iStock)
Pojawia się na szarym końcu po projektach: studia, praca, dom, samochód, podróże. Przygotowywany i realizowany równie perfekcyjnie jak najlepszy projekt biznesowy. Efekt? Dzieci alfa wyposażone w najnowsze gadżety, z certyfikatami modnych kursów, ale niesamodzielne, rozpieszczone, nieszczęśliwe.

Kinga (39 lat, dyrektorka w firmie reklamowej) i Paweł (40 lat, wiceprezes dużego banku) mówią ściszonym głosem. Błażej (4 lata) właśnie został uśpiony, a to wymaga wielu sztuczek. Dzisiaj na przykład Paweł woził go samochodem po osiedlowych uliczkach.

– Udało się po godzinie, ale może obudzić go byle hałas – przestrzega Kinga. – Dziwię się, jak to możliwe, skoro drzwi do jego pokoju są dźwiękoszczelne.

Kinga w ogóle dziwi się wielu zachowaniom synka. Ma wszystko: klocki, samochody, gry, a nawet swojego iPada, a ciągle mu mało. Na brak atrakcji nie może narzekać, bo w przedszkolu jest i angielski, i dżudo, i taniec towarzyski, i lepienie z gliny, i gotowanie, po południu wożą go z Pawłem na basen, zajęcia z robotyki, do szkółki piłkarskiej, kina, a on jest wiecznie znudzony, nie potrafi się na niczym skupić, nic tak naprawdę go nie cieszy.

– A co będzie, jak pójdzie do szkoły? – martwi się Kinga. – Teraz tylko przecież się bawi, a w szkole będzie musiał ostro pracować, bo to jedna z najlepszych dwujęzycznych szkół w Warszawie, do której trudno się dostać. Nam się udało, bo zapisaliśmy go, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Paweł tonuje lęki żony: – No, nie przesadzaj, Błażej jest zdolny, utalentowany, na pewno sobie poradzi. Nie wolno mu tylko odpuszczać.

Na kilku etatach

Kinga i Paweł wiedzą, jak to robić, bo sami sobie nie odpuszczali. Absolwenci słynnego Liceum im. Marynarki Wojennej RP w Gdyni i równie prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Wspinali się na zawodowy szczyt konsekwentnie, krok po kroku. Teraz chcą zapewnić tam miejsce swojemu synowi.

Nie oni jedni. W Polsce, na wzór krajów zachodnich, przybywa rodziców projektujących rozwój dziecka od urodzenia, a nawet od poczęcia. Znam ciężarną, która zaczyna dzień od godzinnej sesji z muzyką Bacha, a kończy na audiobookach medytacyjnych, bo gdzieś przeczytała, że to dobrze wpłynie na umysł jej dziecka.

Przejęci swoją rolą rodzice nazywani są helikopterowymi (bo krążą nieustannie nad głową dziecka), nadrodzicami, a w Skandynawii – rodzicami curlingowymi (od szczotkowania lodu, zanim dziecko zrobi pierwszy krok). W swoich zapędach nie są osamotnieni, mocno wspierają ich w tym media, państwo, reklama.

Carl Honoré, dziennikarz, jeden z rodziców helikopterowych, który jednak w porę się opamiętał, napisał ku przestrodze innych ojców i matek porażającą w swojej wymowie książkę „Pod presją”. Pisze ironicznie: „Gdziekolwiek spojrzeć, zewsząd płynie jedno przesłanie: dzieciństwo jest zbyt cenne, by zostawić je dzieciom, a dzieci są zbyt cenne, by zostawić je samym sobie. To nieustanne wtrącanie się tworzy nowy rodzaj dzieciństwa. Dawniej Dziecko Pracujące harowało w polu, a po rewolucji przemysłowej – w fabrykach. XX wiek przyniósł Dziecko Wolnego Chowu. A teraz mamy epokę Dziecka Zarządzanego”.

Plan zajęć Dziecka Zarządzanego przypomina rozkład dnia pracującego na kilku etatach dorosłego. Obowiązkowe lekcje plus dodatkowe zajęcia w szkole lub przedszkolu to tylko rozgrzewka, bo prawdziwa szkoła wszechumiejętności zaczyna się po południu. Czego tam nie ma! Są zajęcia sportowe, muzyczne, taneczne, synchronizacji pracy półkul mózgowych, szybkiego czytania, autoprezentacji, aktorskie, asertywności, a nawet, a jakże, nauka gospodarowania czasem. Każdego dnia inny zestaw. 15-letnia Zuzia, zresztą córka uznanych psychologów, żeby się nie pogubić, dostała na urodziny palmtop, który wyręcza ją w pamiętaniu o tym co, gdzie i kiedy.

Pod kontrolą nadrodziców

Psycholog dziecięcy Jarosław Przybylski: – Współczesne dziecko cały czas znajduje się pod specjalnym nadzorem. Bo nawet, kiedy chwilowo nie jest poddawane jakiejś obróbce i ma tak zwany wolny czas, to i tak skrzętnie monitoruje się każdy jego ruch. W przedszkolach, domach, szkołach czujne oko kamery rejestruje, co dziecko robi, a raczej czego nie robi. Śledzenie życia małego człowieka zaczyna się od wydruku USG i nagrywania bicia serca w łonie matki i właściwie nigdy się nie kończy. Uważam, że trafne jest porównywanie współczesnych rodziców do paparazzich tropiących każdy gest gwiazdy, bo oni tak właśnie traktują swoje dzieci – jak małe gwiazdy odgrywające napisaną specjalnie dla nich rolę.

Carl Honoré zauważa, że zarządzanie dzieckiem trwa w najlepsze w wielu krajach nawet po zakończeniu szkolnej edukacji. Brytyjczycy planują każdy szczegół tak zwanego gap year, czyli roku przerwy przed pójściem dzieci na studia. Amerykańscy rodzice z kolei, gdy ich dziecko dostaje się na studia, pomagają wybierać mu przedmioty, testują jedzenie w stołówce, robią korektę prac pisemnych, a nawet sprawdzają współlokatorów w akademiku.

Dziecko współczesnych nadrodziców jest pępkiem świata, centrum wydarzeń. Bywa nie tylko monitorowane, chronione, wyręczane, ale i wyposażone we wszystko, czego zapragnie. W wyszukane zabawki, gry, elektroniczne gadżety, kino domowe, wygody. „Według wszelkich znaków na niebie i ziemi wychowujemy najbardziej okablowane, monitorowane i rozpieszczone pokolenie w historii!” – grzmi autor „Pod presją”.

Starania nadrodziców ocierają się czasem o szaleństwo. W Warszawie głośno było o przemeldowywaniu dzieci w okolice renomowanych państwowych gimnazjów (obowiązuje rejonizacja), choć wiadomo, że to fikcja i dzieci nadal mieszkają w swoich domach na drugim końcu miasta. Nauczycielka z gimnazjum na Twardej opowiadała mi o uczniach wożonych do i ze szkoły nawet pięć godzin dziennie! Pewna znajoma mama, lekarka, tak bardzo chciała pomóc synowi dostać się do najlepszego w rankingach liceum, że przez całe gimnazjum wypisywała mu zwolnienie z wuefu. Po co? Żeby nie zaniżał sobie średniej.

Czym to grozi? Nietrudno przewidzieć, że przeciążanie dzieci odbija się na ich zdrowiu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań nad Otyłością ocenia, że 38 proc. młodzieży poniżej 18 lat w Europie i 50 proc. w obu Amerykach ma nadwagę. Coraz więcej dzieci zapada na choroby kojarzone dotychczas ze starością, czyli cukrzycę, miażdżycę, choroby serca.

Według gotowego scenariusza

Ale choruje nie tylko ciało, cierpi też dusza. Przybywa młodych ludzi ze zdiagnozowaną depresją, uzależnionych, samookaleczających się, targających się na swoje życie. ONZ ostrzega, że już u co piątego dziecka na świecie stwierdza się zaburzenia psychiczne, a Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że do roku 2020 choroby umysłowe znajdą się wśród pięciu głównych przyczyn śmierci lub inwalidztwa u młodzieży.

– Dzieci dźwigają dziś na plecach worek obciążeń ponad ich siły – mówi psycholog Justyna Nowakowska. – I nie chodzi tylko o to, że mają za dużo codziennych obowiązków, bo akurat z codziennych obowiązków rodzice często je zwalniają, a szkoda. To zresztą ciekawy paradoks, że z jednej strony mama wyręcza dziecko w podstawowych czynnościach, jak sprzątanie po sobie, samoobsługa, chucha na nie i dmucha, a z drugiej – śrubuje wymagania dotyczące zajęć w szkole. Dzieci są dzisiaj przytłoczone nie pracami, w których powinny ćwiczyć się od małego, ale nadmiernymi oczekiwaniami rodziców, tak zwanym parciem na sukces: „Musisz liczyć i czytać w wieku czterech lat, bo inaczej nie przyjmą cię do prywatnego przedszkola. A jak cię tam nie przyjmą, to masz mniejsze szanse na dostanie się do najlepszej podstawówki, która jest przepustką do świetnego gimnazjum, które z kolei daje szanse na miejsce w najlepszym liceum. Studia? Jeżeli w Polsce, to dwa kierunki. A najlepiej za granicą. Dziecko żyje pod olbrzymią presją rodziców. Ale rodzice też są pod presją. Innych rodziców, mitu sukcesu. Chcą dobrze, wypruwają sobie żyły. I oczekują efektu.

Jarosław Przybylski: – Dramat Dziecka Zarządzanego polega na tym, że wszystkie zabiegi wokół niego, całe to chuchanie i dmuchanie z jednej strony i śrubowanie wymagań w szkole z drugiej nie przygotowują go do prawdziwego życia. Już na etapie szkoły ma ono problemy z podejmowaniem decyzji, koncentracją, nie mówiąc o radzeniu sobie w relacjach społecznych. Wyniesione w domu na piedestał oczekuje, że wszyscy dokoła będą je wychwalać, że cały świat padnie do jego stóp. A nie pada.

Carl Honoré zauważa, że dzieci wychowane na narzuconej z zewnątrz definicji sukcesu, gdzie nie ma miejsca na porażkę, mają zawężone horyzonty. I zamiast wymyślać nowe strategie, ryzykować, czego wymaga współczesna gospodarka, nie wychylają się, tylko idą drogą wytyczoną przez innych. Studenci zajmują się uatrakcyjnieniem swoich CV, a nie, tak jak ich rodzice i dziadkowie, buntowaniem się, próbą zmiany zastanego porządku. „Nie ma w nich ognia, pasji, iskry bożej, determinacji, żeby podjąć ryzyko lub zakwestionować status quo. Wiele dzieciaków robi wrażenie, jakby czytało z gotowego scenariusza” – pisze.

Justyna Nowakowska: – Znakiem naszych czasów jest dzieciństwo zawłaszczone przez dorosłych, którzy nieustannie pilnują dziecka, wyręczają je i obarczają swoimi oczekiwaniami, przez co pozbawiają je prawa do przeżywania świata po swojemu. Do wolności bycia sobą. Do przygód, tajemnic, błędów, wpadek, chwil samotności, nudy i tej odrobiny dziecięcej anarchii, która buduje własną tożsamość. Od najmłodszych lat wtłaczamy dziecku przeświadczenie, że najbardziej liczy się nie znalezienie własnej drogi, ale ogólnie przyjęty schemat życia, nie nasze indywidualne prawo do szczęścia, ale powszechnie obowiązujący model sukcesu. Efektem tego bywa strasznie smutne dzieciństwo, tylko pozornie pełne wydarzeń, dziania się, konsumpcji, a tak naprawdę nijakie i puste. Pewna dziewczynka powiedziała mi wprost: „Czuję się jak projekt, nad którym moi rodzice pracują całe życie i ciągle nie są z niego zadowoleni. Nawet zwracają się do mnie w trzeciej osobie: dziecko to zrobi, choć siedzimy przy jednym stole”.

Dajmy im święty spokój!

Justyna Nowakowska podkreśla inny paradoks współczesnego wychowania: Dziecko nie ma lekko, bo wypełniamy mu całe dnie, a jednocześnie deklarujemy – w rozmowach i we wszystkich ankietach – że chcemy, żeby było mu łatwiej i lżej niż nam. Uszczęśliwiamy je więc po swojemu, kupując drogie prezenty, posyłając je na przeróżne kursy, nawet jeśli nas na to nie stać („Bo inni mają”). Zdaniem Justyny Nowakowskiej dziecko to dzisiaj wykalkulowana inwestycja obliczona na zyski.

Nie zgadzam się do końca z taką tezą. Owszem, nasze życie stało się dzieciocentryczne, całkowicie podporządkowane naszym pociechom. Sama zawsze tak układałam swoje sprawy, żeby uwzględniać plany synów. Ale nie to jest naszym największym grzechem. Najbardziej mści się co innego – nasza niepewność, niekonsekwencja, to, co Carl Honoré nazywa „plątaniną sprzeczności”. Chcemy, żeby dzieciństwo przygotowywało dziecko do dorosłości, a z drugiej – było wolne od trudów życia. Mówimy naszym dzieciom: „Pora dorosnąć”, a panikujemy, kiedy dorastają. Oczekujemy, że spełnią nasze marzenia, a mimo to jakoś pozostaną sobą. Sterujemy każdym szczegółem ich życia, a potem dziwimy się, że są niesamodzielne. Pompujemy ich ego, a zarazem bezustannie je krytykujemy. Chcemy, żeby były spokojne i radosne, a sami jesteśmy kłębkiem nerwów. I grzech największy – nie doceniamy wpływu swojego zachowania na rozwój dziecka.

Tymczasem, jak wykazała absolwentka psychologii SWPS Hanna Romanowicz, to, co rodzice mówią, a zwłaszcza to, co robią, rzeźbi dzieci na całe życie (w psychologii ten wpływ nazywa się efektem Michała Anioła). Badanie młodej psycholożki pokazało, iż matki najskuteczniej wpływają na syna poprzez pozytywne komunikaty, natomiast ojcowie – poprzez czyny.

– Gdy syn marzy o zostaniu piłkarzem, matka powinna mówić: „Podoba mi się twoja gra, jestem z ciebie dumna”, tłumaczy autorka badania. – Natomiast ojciec powinien grać z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. Córki z kolei przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu, a matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. Sposób, w jaki rodzice postrzegają dziecko, ma ścisły związek z tym, kim ono w przyszłości będzie.

Bruno Bettelheim, jeden z najwybitniejszych psychologów dziecięcych XX wieku, uważa, że wychowanie to bardziej sztuka niż nauka. Wymaga od rodziców zrozumienia dziecka i wspierania go w rozwoju, ale nie na siłę, nie na swój obraz i podobieństwo. Naszym zadaniem jest pomagać dziecku rozwijać jego naturalne predyspozycje i talenty oraz szukać własnej drogi.

Jean-Jacques Rousseau, francuski filozof, już dwa wieki temu zalecał dorosłym: Uszanujcie dzieciństwo i jego atrybuty: zabawy, przyjemności, dziecięcy instynkt – jako wartość samą w sobie. Dzieci rodzą się spontaniczne i pełne radości, powinny więc uczyć się i żyć własnym rytmem. Dajcie im święty spokój!

Kinga i Paweł na razie nie rozumieją tego apelu. Ale przyłącza się do niego coraz więcej ludzi na całym świecie. Stu brytyjskich intelektualistów podpisało list otwarty wzywający do kampanii na rzecz ratowania dzieciństwa przed toksycznym wpływem współczesnego świata. Amerykańska Akademia Pediatrii ostrzegła przed plagą przeciążenia programów szkolnych i przywiązywania zbytniej wagi do wyników w nauce. Także w krajach azjatyckich słychać apele o mniej klasówek i więcej snu. W Polsce jednym z kryteriów zatwierdzających podręczniki dla najmłodszych jest ich waga. W niektórych szkołach wyposaża się klasy w drugie komplety książek, a wszystko po to, aby dzieci nie dźwigały swoich.

Carl Honoré podkreśla to, co potwierdzają wszyscy psychologowie: Dzieci dobrze się rozwijają, jeśli mają czas i przestrzeń na rozwój. Jeśli czasem trochę się poobijają i ponudzą. Jeśli mogą bezpiecznie eksperymentować, podejmować ryzyko, mylić się, marzyć i bawić według swoich pomysłów. A to z kolei będzie możliwe wtedy, gdy wreszcie przekłujemy ten nadęty rodzicielski balon. Gdy damy dzieciom więcej wolności, luzu i pozwolimy im zająć się sobą. A wtedy może uda się przywrócić radość nie tylko dzieciom, ale i rodzicom.

Korzystałam z książki Carla Honoré „Pod presją”, wyd. Drzewo Babel.