Joanna Olekszyk - Polskie dziewczynki mają najgorszy obraz własnego ciała wśród dzieci z 43 krajów. Ekspertka mówi, co mogą zrobić rodzice
00:00
24:18
Słyszałaś może o zjawisku Sephora Girls albo o trendzie Skinny Tok? Wiesz, czego twoją córkę uczą księżniczki Disneya? Jakie treści podsuwają jej algorytmy internetowe? Nie? To posłuchaj Magdy Korczyńskiej.
- Magda Korczyńska, edukatorka równościowa i autorka książki „Pułapka płci” zwraca uwagę, że dziewczynki od najmłodszych lat uczą się patrzeć na siebie oczami innych, a media społecznościowe dodatkowo wzmacniają presję idealnego wyglądu.
- „W sieci łatwo wpaść w widzenie tunelowe – wszyscy są piękni, a ty nie” – wyjaśnia ekspertka.
- „Wychowanie dziewczynek wciąż jest głównie treningiem uległości” – zauważa Magda Korczyńska i podpowiada, jak rodzice mogą pomóc córkom stawiać granice i ufać własnym odczuciom.
- Jak rozmawiać z córką o wyglądzie, stereotypach i seksualizacji? Ekspertka pokazuje, co możemy zrobić, by zamiast kolejnych kompleksów budować w dziewczynkach sprawczość i dobrą relację z własnym ciałem.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026
Joanna Olekszyk: Przeczytałam niedawno świetną radę – jeśli porównujesz się do wizerunków kobiet, które oglądasz w sieci, i czujesz się gorsza – wyjdź na dwór, przyjrzyj się ludziom, których mijasz na ulicy…
Magda Korczyńska: Właśnie, bo wtedy zobaczysz różnorodność.
W sieci łatwo wpaść w widzenie tunelowe – wszyscy są piękni, a ty nie. Ten wyidealizowany schemat jest bardzo jednorodny, sprowadza się właściwie do kilku cech, które mają być takie same: powiększone usta, wyeksponowane rzęsy, płaski brzuch, kształtna pupa, gładka cera.
Gdy zaczynamy do niego dążyć na drodze ćwiczeń i diety czy też bardziej inwazyjnych zabiegów – upodabniamy się do siebie.
Kanony były od zawsze, ale nie były tak szeroko dystrybuowane. Kiedyś, żeby zobaczyć Wenus Botticellego, trzeba było pokonać wiele kilometrów albo należeć do elit. Teraz codziennie jesteśmy bombardowane wizerunkami „idealnego piękna”. Kiedyś rozumiałyśmy, że tylko nielicznym ten ideał będzie dane osiągnąć. Dziś dajemy sobie wmówić, że możemy wyglądać jak gwiazdy filmowe. Mimo że nie mamy takich jak one zasobów.
I to zasobów w szerokim ujęciu tego słowa, bo tu nie chodzi tylko o zasoby finansowe, ale na przykład także o czas, jaki możemy na to poświęcić.
Jak sobie myślę o kobiecie, która często poddaje się zabiegom medycyny estetycznej, to przecież ona na jakiś okres po nich jest kompletnie wyłączona z życia, na przykład z pracy.
Poza tym musi się zregenerować, na co potrzebny jest zasób w postaci osób, które się zaopiekują nią, jej rodziną, domem. My tylko teoretycznie mamy dostęp do nowych narzędzi kształtowania swojego wyglądu, za to pojawia się w nas poczucie przymusu korzystania z nich i poczucie winy z powodu odstawania od kanonu.
I ma to wpływ nie tylko na nas, dorosłe kobiety, ale także na nasze córki. W książce „Pułapka płci” zauważasz, że w każdym z badań dziewczynki mają niższą samoocenę niż chłopcy, co ma związek z tym, że budują ją w dużej mierze na ocenie swojego wyglądu. Przy czym polskie dziewczynki mają najgorszy obraz własnego ciała wśród respondentek z 43 krajów.
Tak, przerażające jest to, że wśród tak wielkiej grupy badanych polskie dziewczynki myślą o swoim wyglądzie najgorzej. Rozdźwięk między tym, jak postrzegają siebie, a tym, jak rzeczywiście prezentuje się ich masa ciała wedle wskaźnika BMI – jest bardzo duży. Co to znaczy? Że bardzo surowo się oceniają i chcą dążyć do wyśrubowanych standardów związanych z niską wagą, bo tu mówimy o kulcie szczupłości albo inaczej o Skinny Tok, czyli popularnym ostatnio trendzie na TikToku, który skupia się na promowaniu skrajnie wychudzonego, wręcz niedożywionego ciała.
Dlaczego dotyka to akurat młode Polki? Nie mamy przecież za oknem Hollywood. Chociaż mamy je na Instagramie…
Odbiorczyniami tego przekazu są dziewczynki na całym świecie, ale być może u nas skala perfekcjonizmu jest po prostu większa. To się oczywiście zaczyna dużo wcześniej, w relacjach z mamą czy innymi kobietami z rodziny, to one pierwsze zaszczepiają dziewczynkom wzorce na temat wyglądu. Dlatego może, zamiast skupiać się na najmłodszych pokoleniach, powinniśmy się przyjrzeć starszym i zobaczyć, co siedzi w ich głowach?
W jakim wieku są dziś twoje córki?
Starsza ma 13 lat, młodsza prawie 11.
To może będziesz mi mogła odpowiedzieć na podstawie ich doświadczenia – jaki wiek jest najbardziej krytyczny dla dorastającej dziewczynki? Kiedy ważniejsze stają się komunikaty z zewnątrz od tego, co ona myśli i czuje? Na przykład z badań wiemy, że dziewczynki w wieku 12-13 lat bardzo często wycofują się z uprawiania sportu. Pamiętam do dziś, jak pani od WF-u zwróciła mi uwagę, że powinnam już nosić stanik, bo jak biegam, to mi się trzęsą piersi. Poczułam wtedy, jakby coś mi odebrano.
Ja bym to łączyła właśnie z dojrzewaniem i kwestią zmieniającego się wtedy ciała. Wszystkie to pamiętamy. Przestajemy je poznawać, mamy wrażenie, że ono zupełnie się nas nie słucha. Tu przybieramy na wadze, a tu chudniemy, rosną nam piersi, zaczynamy się pocić.
Nagle musimy się odnaleźć w tym wszystkim, pojawiają się więc wstyd i inne trudne emocje. Natomiast według badań ONZ, które cytuję w książce, wiek 10 lat jest uznawany za moment przełomowy. Trening, jakiemu dziewczynki podlegają, zaczyna się wreszcie układać w całość: dociera do nich, że mają szczególne zadania, które różnią się od tych przeznaczonych dla chłopców.
Jeśli chodzi o wygląd, dziewczynka ma mieć długie włosy, szczupłą sylwetkę i idealną cerę. Jeśli chodzi o cechy osobowości – społeczeństwo oczekuje emocjonalności, intuicji, opiekuńczości, empatii oraz pewnej niewinności i niedojrzałości.
I te standardy pozostają aktualne, jeśli chodzi o dorosłe kobiety. Wedle współczesnych kanonów kobieta powinna mieć cechy, które są charakterystyczne bardziej dla ciała dorastającej dziewczyny, a nie dojrzałej kobiety. Wiele edukatorek i badaczek zwraca uwagę na to, że estetyka upodabniająca dorosłe kobiety do nastoletnich dziewczynek nasuwa skojarzenie z z pedofilią. I teraz pomyślmy, co nam to robi z ciałem, ale też co nam to robi z głową?
W wieku 10 lat dostajemy przekaz, że tak mamy wyglądać i tak się zachowywać, i na tym etapie mamy się zatrzymać na zawsze.
Tak, tylko z jednym zastrzeżeniem: my w wieku 10 lat wreszcie zaczynamy to rozumieć, bo sam komunikat „masz być ładna i cieszyć oko” dostajemy już od urodzenia! Czym innym jak nie wkładaniem w tryby machiny piękna jest mówienie dwulatkom: „Jaka śliczna dziewczynka” albo zakładanie maluszkom jeszcze leżącym w wózkach opasek z kwiatuszkami?
Jesteśmy uprzedmiotawiane już na bardzo wczesnym etapie, a potem, kiedy te komunikaty się nasilają, często dochodzi do samouprzedmiotowienia – dziewczynki postrzegają siebie jako obiekt podlegający ocenie z zewnątrz.
Zaczynają w określony sposób pozować do zdjęć, zauważać, że tu robi się im jakaś fałdka, a tam rozstępy. A przypomnijmy, że na to nakłada się jeszcze dojrzewanie.
Dlatego w tym czasie dziewczynki bardzo potrzebują mądrych dorosłych, którzy im to po prostu znormalizują. Powiedzą: „Słuchaj, każdemu się robią rozstępy, jak ciało rośnie. Ja też je miałam w twoim wieku”. Jeżeli zostawiamy dziewczynki z tym same, a przecież widzą w social mediach te wszystkie celebrytki z ich idealnymi ciałami, upiększonymi przez filtry – jak mają się w tym dobrze czuć?
Trzeba z nimi rozmawiać, mówić im o kanonach, o tym, że one się zmieniają w czasie i że są niczym innym jak umową między ludźmi dotyczącą tego, co uważamy za piękne. A 300 lat temu uważaliśmy za piękne coś zupełnie innego niż dzisiaj.
Dobrze jest połączyć to z finansami. Uświadomić im, że wielu osobom i podmiotom zależy na tym, byśmy miały kompleksy, byśmy chciały się ciągle udoskonalać i poprawiać – bo zarabiają na tym dużo pieniędzy.
Czyli idźmy za tropem pieniędzy.
Pytajmy: kto na tym zarabia? Ale też: kto spędza te długie godziny przed lustrem? Co w tym czasie robią chłopcy? Grają w piłkę albo zdobywają nowe umiejętności… Wiadomo, nastolatki nie wszystko od razu przyjmą, może powiedzą: „Moje koleżanki się malują, ja też muszę ”. Okej, przynajmniej dostaną kontrkomunikat. Może to kiedyś zaprocentuje, może w pewnym momencie zintegrują to w sobie. Nie widzę innej metody, żeby to rozbrajać, a od przekazów powielanych w social mediach przecież ich nie odetniemy.
Ale może powiemy właśnie: wyjdź na ulicę, nie patrz w telefon.
Moja córka dopiero skończyła 13 lat, nie ma jeszcze dostępu do social mediów i na szczęście nie ciągnie jej w tę stronę. Ja tego pilnuję, ale widzę, że wielu rodziców puszcza swoje nastolatki wolno. Nie mają żadnej kontroli nad tym, co się sączy do głów ich dzieci przez ekrany komórek.
Bardzo ważne jest, by tłumaczyć młodym, jak działają algorytmy social mediów, tylko najpierw muszą to rozumieć dorośli – że one nas zamykają w bańkach, że podsuwają cały czas ten sam komunikat, żebyśmy w to klikali, i bardzo szybko posuwają się do ekstremów.
Wiemy o tym z eksperymentów różnych dziennikarek i dziennikarzy. Na nowym smartfonie zakładali profil, który udawał nastolatkę, na przykład 13-latkę. I co się okazywało? Że dosyć szybko algorytm podsuwał im treści związane z samookaleczaniem czy z zaburzeniami odżywiania.
Czym kieruje się ten algorytm?
Samym wiekiem użytkownika i płcią. I to dzieje się natychmiast. Nie musimy wcale oglądać jakichś stron miesiącami, profilowanie naszych zachowań odbywa się natychmiastowo.
Kolejny aspekt związany jest ze sztuczną inteligencją. Obecnie pornografia z użyciem deepfake’ów stanowi 98 proc. wszystkich filmów deepfake dostępnych w internecie, a kobiety i dziewczynki stają się obiektem tego typu treści w 99 proc. przypadków.
Zagrożeń przybywa…
I to w niekontrolowanym tempie, a środków zaradczych – przeciwnie.
W dodatku my wszyscy jako rodzice jesteśmy przebodźcowani i wypaleni. Obszarów, na których musimy się skupiać, jest bardzo wiele, bezpieczeństwo w sieci jest kolejnym, który dochodzi do i tak obszernej listy.
Ale to jest w moim odczuciu akurat niezwykle ważne. Ja podchodzę do tego tak: „Dobra, to dziś odpuszczę zdrowe odżywianie, chce zjeść te frytki, to niech zje, ale przynajmniej porozmawiamy o tym, na co może natknąć się w sieci. Albo że komentowanie jej wyglądu nie jest okej”. To niczyja sprawa, jak one wyglądają.
W twojej książce znalazłam takie zdanie: „Musimy nauczyć dziewczynki komunikatu: Nie chcę rozmawiać o moim wyglądzie, porozmawiajmy o czymś innym”. Profesor Renee Engeln, autorka książki „Obsesja piękna”, mówi, że nawet pozytywne komunikaty jak „jesteś piękna”, „ślicznie w tym wyglądasz” – kierują uwagę dziewczynek na ich wygląd. Tylko jak wzmacniać dobry stosunek do własnego ciała, nie komentując go?
Kiedy chcemy powiedzieć córce coś miłego na temat jej wyglądu, na przykład, że ma długie nogi czy lśniące włosy albo ładną cerę – to jednak odnosimy się do czegoś, na co ona nie do końca ma wpływ. To jest przecież wynik jakiejś loterii genów.
Lepiej jest skomentować coś, na co dziewczynka miała wpływ, czyli że dobrała sobie fajną stylówkę albo świetnie ułożyła włosy, czyli włożyła w to jakiś wysiłek, to była jej własna inwencja.
A ja mam pytanie od pewnej mamy z naszej redakcji: co mówić, kiedy nie podoba nam się, jak nasza córka się ubiera, czesze czy maluje? Kiedy uważamy, że jest to w złym guście, podpatrzone u infuencerek, niedopasowane do niej samej, zbyt wyzywające.
Ja bym jednak proponowała powstrzymać się przed komentarzami. To przecież będzie nic innego jak krytykowanie gustu córki, czy jej własnego, czy podpatrzonego – nie ma znaczenia. Może zamiast tego porozmawiać o różnych gustach i wzorcach? Niech mama zapyta, dlaczego córka wybiera ten styl. Co jej się w nim podoba. Jeśli powie, że na przykład takie paznokcie czy taki kok sprawiają, że wygląda jak ktoś, kogo podziwia i że to coś jej „robi” – to można pogadać o tym, w jaki sposób osiągnąć to samo innymi sposobami. Mama uważa, że córka kogoś kopiuje. Ale może kopiuje, bo jej się to podoba, a może dlatego, że chce przynależeć do jakiejś grupy albo jej przyjaciółka tak samo się czesze i ona w ten sposób chce tę ich przyjaźń podkreślić. Lepiej próbować rozmawiać z córką o potrzebach, jakie takim wyglądem realizuje, niż komentować: „Jak ty wyglądasz?! Co ty masz na paznokciach?”. Przecież chodzi nam o budowanie relacji.
Myślę, że matki boją się tego, o czym mówiłaś wcześniej. To nie jest bezpieczny świat dla młodych dziewczyn, dlatego jeśli one same się seksualizują, obawiamy się o ich bezpieczeństwo, sądząc, że są wówczas bardziej narażone na przemoc.
Zgadzam się, jako matki dorastających córek balansujemy na cienkiej linie – z jednej strony wiemy, ile jest tych zagrożeń, więc chcemy córki chronić, ale z drugiej jeżeli mówimy: „Jak wychodzisz w taki sposób ubrana, ściągasz na siebie niepotrzebną uwagę chłopaków” – to czy my same ich nie seksualizujemy?
I nie obarczamy odpowiedzialnością za to, co się może wydarzyć…
Nie powiem tu nic nowego, trzeba o tym rozmawiać, pokazując szerszy kontekst, ale na pewno nie zabraniać, nie straszyć, nie demonizować. Nastolatki i tak zrobią wszystko po swojemu.
Moja przyjaciółka powiedziała swojej nastoletniej córce tak: „Możesz być sobą, możesz próbować nowych rzeczy, ale w towarzystwie osób, z którymi czujesz się bezpiecznie. Jak poczujesz się niebezpiecznie, wycofaj się, zrób krok w tył”.
Bardzo dobra rada. Trochę się sprowadza do ufania sobie, do tego, żeby dziewczynki jednak potrafiły być w kontakcie z ciałem i emocjami, zauważyć: „Boję się, trzęsą mi się ręce”, a potem prawidłowo to zinterpretować: „Coś tu nie gra, jakieś moje granice zostały przekroczone”.
Ale najlepiej, by nauka tego wszystkiego działa się wówczas, gdy dzieci są jeszcze małe. To wtedy poznajemy swoje granice i sprawdzamy, czy nasze otoczenie chce i umie ich przestrzegać. Problem polega na tym, że wychowanie dziewczynek wciąż jest głównie treningiem uległości.
A uległość sprowadza się m.in. do tego, że dziewczyny i kobiety nie ufają swoim odczuciom, że im zaprzeczają. Udają, że wszystko jest okej.
Ciężar wychowania spoczywa jednak przede wszystkim na rodzicach. No bo na co możemy liczyć? Na szkołę, w której edukacja seksualna jest problemem? Nadal większość ludzi w tym kraju myśli, że taka edukacja to seksualizowanie dzieci.
To porozmawiajmy o prawdziwym seksualizowaniu dzieci. Na przykład dopytywaniu dziewczynki, czy ma już jakiegoś chłopaka.
Czas dojrzewania, który jest przejściem od dzieciństwa ku kobiecości jest przecież długim procesem, który trwa lata. Tymczasem nam się wydaje, że jak dziewczynce zaczynają rosnąć piersi – a niektórym rosną już w wieku 10 lat – to można traktować je jak dojrzałe kobiety.
My wręcz serwujemy im taki komunikat po pierwszej miesiączce: „No, teraz to jesteś już kobietą”. A co, jeśli taka dziewczynka w to naprawdę uwierzy?
Dlatego: tak, seksualizacją jest pytanie 11-latki o to, czy ma chłopaka, bo 11 lat to nie jest czas na związki; ona może być jeszcze na etapie zbierania kart z pokemonami i bycia totalnym dzieciakiem. Co więcej, może pomyśleć, że skoro nie ma chłopaka, to coś z nią jest nie tak.
Seksualizacja – w najprostszym ujęciu – to nakładanie norm dotyczących dorosłych na dzieci. Norm w zakresie wyglądu, zachowań, relacji między dziewczynkami i chłopcami.
Organizowanie ślubów kolonijnych – to też seksualizacja. Mówienie dzieciom: „Nie wstydź się, pocałuj kolegę”. Ale też zachęcanie ich do nibydorosłych zabiegów. „Co powiesz na domowe SPA? Zrobię ci maseczkę…” – mówi mama do dziewięcioletniej córki.
Wiele matek robi takie rzeczy, myśląc, że to jest niewinna zabawa. I przemysł kosmetyczny mocno promuje takie podejście.
Słyszałaś pewnie o zjawisku określanym Sephora Girls, czyli o 10-, 11-latkach, które kręcą filmiki prezentujące produkty kupione w drogeriach. Niedawno „Guardian” pisał o bardzo niepokojącym trendzie na TikToku, w którym trzy-, cztero-, pięcioletnie dziewczynki na filmikach wrzucanych przez ich matki rozpakowują giftboxy od firm kosmetycznych, testują kremy i wielostopniowe rutyny pielęgnacyjne.
Skincare dla trzylatek to nie to samo, co pomalowanie paznokci córce czy synowi, bo nas o to prosili. Dla nich takie paznokcie to jest zabawa, a nie robienie kontentu na TikToka.
Rozmowa o seksie w szkole z edukatorem czy nauczycielem to nie jest seksualizacja. Niestety moduł edukacji seksualnej usunięto z obowiązkowego od września przedmiotu „edukacja zdrowotna w szkołach”, więc na co dzieci mogą liczyć, poza świadomym rodzicem czy innymi dorosłymi?
No, mogą liczyć między innymi na filmy i bajki. I tu dochodzimy do księżniczek Disneya. Wydawałoby się, rzecz niegroźna. Dziewczynki na pewnym etapie chcą być księżniczkami, noszą plastikowe korony, tiulowe sukienki. Nawet jeśli tego nie lubimy, pozwalamy im na to, uważając, że to faza, która kiedyś minie. Ale co naprawdę robi im to „księżniczkowanie”?
Bajki przekazują dużo wzorców dotyczących zachowań czy relacji między płciami. Taka księżniczka bardzo często jest pasywna, oczekuje, że ktoś coś za nią zrobi, że wydobędzie ją z tarapatów. W dodatku brak sprawczości jest połączony z pięknym wyglądem..
Przeskalowane oczy, wąskie talie, długie włosy i rzęsy… Niedawno rozmawiałam z Aleksandrą Korczak, nauczycielką i autorką książki „Bezradne i romantyczne” o tym, że nie ma dobrych przedstawień bohaterek w lekturach szkolnych, ty piszesz, że nie ma ich też w bajkach albo jest ich za mało. Choć sam Disney zaczął już trochę zmieniać, przepisywać te bohaterki – właśnie pod wpływem protestów rodziców.
Dziś nie chcemy już, żeby jedynym celem księżniczek w bajkach było wyjście za mąż za księcia. Księcia, który ją też wybrał na podstawie wyglądu, bo nic o niej nie wie.
Nawiązujesz tu do „Krainy Lodu”, bajki przełomowej choćby dlatego, że za główny wątek obrała przyjaźń dwóch sióstr.
Tak, „Kraina…” była pierwszym dziełem o masowym zasięgu, w którym ten znany z wielu bajek model został rozszczelniony. Dlatego zachęcam: póki nasze dzieci są małe, oglądajmy z nimi wspólnie bajki i filmy i wykorzystujmy je do dyskusji i zadawania pytań, na przykład: „Zobacz, czemu tu są sami chłopcy? Czy twoje przedszkole też tak wygląda?”.
Można zabawić się słynnym testem Bechdel, służącym do oceny sposobu reprezentacji kobiet w dziełach kultury: czy w tym filmie występują co najmniej dwie bohaterki nazwane z imienia, czy jest choć jedna scena, w której ze sobą rozmawiają, i czy choć jedna z tych rozmów nie dotyczy chłopców?
Lub w ogóle romantycznych relacji. Bardzo zaskakujące jest, jak wiele filmów nie przechodzi tego testu, i mam tu na myśli te najbardziej znane dzieła, które uznajemy za ważne dla naszej kultury.
Widzę po swoich córkach, że ta praca naprawdę przynosi efekty. Zdarza im się na przykład komentować: „ O, mamo, zobacz, tutaj nie ma żadnej dziewczynki” albo: „A wiesz, ktoś wczoraj powiedział w szkole coś niefajnego o dziewczynach – przecież to stereotyp”. I to ostatnie zdanie usłyszałam od młodszej córki.
A jak wyrugować z myślenia naszych córek przekonanie o tym, że muszą być piękne? W końcu my, dorosłe kobiety, też chcemy być piękne, nie brzydkie.
Odpuszczenie presji idealnego wyglądu pojawia się zwykle dopiero z wiekiem. Musisz najpierw ileś doświadczeń złapać, żeby poczuć się dobrze ze sobą. Powiedzieć sobie: „Czasem wyglądam wspaniale, a czasem mam spuchnięte oczy, bo się nie wyspałam. Zjem śniadanie, umyję buzię i będzie lepiej”.
My naprawdę nie musimy non stop idealnie wyglądać. Mnie w akceptacji ciała bardzo pomógł sport. Kiedyś jako dziecko miałam problemy z kręgosłupem, trafiłam więc na basen i trenowałam pływanie przez kilka lat. Super się z tym czułam. Sport, ale też po prostu jakikolwiek regularny ruch, buduje dobrą relację z ciałem, nie wokół jego wyglądu, ale wokół jego siły, sprawności, elastyczności. To jest coś, co zdecydowanie możemy ofiarować naszym córkom. Zachęcajmy je do aktywności sportowej.
Dziś trenuję dwa razy w tygodniu i daje mi to niesamowite poczucie mocy. Nie tylko związanej z ciałem, także z psychiką. Wracam do domu zmęczona, ale naładowana dobrą energią. Zobacz, jakie to jest inne od tego, że jakaś dziewczyna siedzi godzinami przed lustrem, zastanawiając się, czy czegoś by sobie tu jeszcze nie poprawić. Albo myśli o tym, że ktoś właśnie udostępnił zdjęcie, na którym ona źle wyszła. Bo wygląd jest najprostszym sposobem, żeby w nas uderzyć. Nie od dziś wiadomo, że by zrobić dziewczynce przykrość, wystarczy jej powiedzieć, że jest brzydka lub gruba.
Nie tylko dziewczynce, wielu kobietom też.
Dlatego to takie trudne zadanie być matką dziewczynki, wtedy ma się o wiele więcej pracy wewnętrznej do wykonania. Trzeba najpierw przemodelować siebie, zobaczyć, co ja sobą prezentuję, jak siebie oceniam, czy w ogóle siebie lubię… Bo córka to widzi i między innymi na podstawie tych obserwacji buduje swoją samoocenę.
Ale czy to nie piękne? Wykonujesz jednocześnie pracę nad sobą i pracę nad swoją córką.
Tak, to daje niesamowitą szansę na równoległy rozwój.
Magda Korczyńska, edukatorka równościowa. Od ośmiu lat prowadzi projekt edukacyjny dla rodziców i nauczycieli „Jak wychowywać dziewczynki”. Autorka książki „Pułapka płci. Jak przygotować dzieci do życia w świecie pełnym stereotypów”.