1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Bycie pierwszym dzieckiem nie jest łatwe

Bycie pierwszym dzieckiem nie jest łatwe

123rf.com
123rf.com
Pojawienie się młodszego brata/ siostry to czas zmian w domu, zamieszanie, odwiedziny i gratulacje – jak ułożyć wspólne życie zgodnie z potrzebami wszystkich domowników?

Mogłoby się wydawać, że młodszym dzieciom jest łatwo wejść w szereg różnych zmian, które niesie ze sobą pojawienie się rodzeństwa. W końcu do około 2.-3. roku życia dziecko jest samo „jedną wielką zmianą”, więc nowy członek rodziny to tylko jeden z wielu elementów zmieniającego się życia.  Nic bardziej mylnego. Warto przygotować dziecko na tę wielka zmianę.

Chodzi przecież o zmianę totalną, dotyczącą całego życia i miejsca dziecka w rodzinie. Chcemy, żeby dziecko nie tylko zaakceptowało maluszka, ale także, aby go kochało, wspierało, czuło z nim więź, opiekowało się. Wszystko na swoją miarę.

Aby tak się mogło zadziać potrzebujemy dokładnie przemyśleć nasze oczekiwania wobec starszaka, całej sytuacji i naszej roli w tym procesie. A następnie przygotować się do nowej sytuacji i konsekwentnie działać w tym kierunku To pomoże zapewnić dzieciom maksymalne poczucie bezpieczeństwa i stabilności, a tym samym pomóc mu przejść konstruktywnie przez okres znaczącej zmiany, jaką jest pojawienie się braciszka lub siostrzyczki.

Co może czuć kilkulatek, gdy w domu pojawia się noworodek? Różne dzieci będą w różny sposób przyjmować tę sytuację. Są to bowiem zupełnie nowe okoliczności. Starszak może się czuć osamotniony, niepewny. Do tej pory rodzice skupiali uwagę na nim, aż tu nagle w domu jest drugi mały człowiek. Wszyscy się nim zachwycają, opowiadają, jaki jest malutki czy słodki. I pytają kilkulatka: czy cieszy się, że ma braciszka lub siostrzyczkę? A nasz starszak przede wszystkim czuje się zagubiony – w tym nowym momencie są w nim różne, sprzeczne emocje – od radości, szczęścia po złość i zazdrość. I to zupełnie normalne.

Mama, którą dziecko miało tylko dla siebie (zaakceptowało: dzielę się mamą z tatą) nagle poświęca dużo uwagi innemu dziecku, a co ważniejsze nie poświęca już tyle uwagi pierwszemu dziecku – starszakowi, bo fizycznie nie jest to po prostu możliwe. W domu mogą pojawić się również nowe zasady: by nie hałasować, jak maluszek śpi, by nie bawić się głośno, jak mama karmi, by się tak a tak obchodzić z maluszkiem, bo jest za delikatny, by więcej rzeczy robić samemu, bo jest się większym niż noworodek. Jest tego naprawdę dużo – i mały człowiek, choć jest obiektywnie większy, bo był pierwszy w rodzinie, może się naprawdę pogubić.

Aby przyjąć te zmiany dobrze i konstruktywnie sobie z nimi poradzić, starszak (tak jak i każdy dorosły) musi dokładnie wiedzieć, co się będzie działo, jaka jest jego rola w tym procesie. Musi wiedzieć, że po nowej sytuacji może spodziewać się zarówno dobrych, jak i złych rzeczy, że będzie inaczej, ale nie gorzej.

1. Od siebie samych

Jak ty droga mamo/tato postrzegasz tę całą sytuację. Czy widzisz tu obszar konkurencji między dziećmi? Może myślisz, że maluch będzie miał „gorzej”, bo nie będzie miał rodziców na wyłączność? Cokolwiek myślisz...

Masz rację. Tu nie ma żadnej obiektywnej prawdy.

Skoro nie ma żadnej obiektywnej prawdy, to jak należy myśleć, aby wam wszystkim było łatwiej? Jaki byłby piękny, pozytywny obraz waszej powiększonej rodziny? Tu każdy będzie miał swoją odpowiedź. Ja myślałam mniej więcej tak:

„Będziemy trzymać się blisko, wzajemnie dawać sobie dużo miłości, ciepła, obecności i uwagi. Starszakowi nawet nie tyle się nie pogorszy, co nawet polepszy. Do tej pory dostawał trochę uwagi mamy i taty, a teraz będzie miał kogoś, kto da mu 100% swojej uwagi. Liczba relacji (a więc i miłości) zmieni się z 3! na 4!, czyli „skoczy” z 6 na 24.”

Może nie będzie łatwo, ale nasza cała rodzina na tym cudownie zyska. Starszak też!

2. Nowe potrzeby - nowe zasady

Oczywiście waszym priorytetem będzie bezpieczeństwo dzieci, a przede wszystkim maluszka. Jednak zachęcam do pomyślenia, jakie są potrzeby starszaka, i jak można je realizować, żeby poczuł się naprawdę ważny. Zachęcam nawet do zrobienia sobie małej tabelki POTRZEBY MOJEJ RODZINY zawierającej przewidywane ważne potrzeby dzieci:
  • Potrzeby maluszka: jedzenie, mama, czystość, spokój...
  • Potrzeby starszaka: bliskość, bycie ważnym, ciekawość....
Czy mój kilkulatek potrzebuje bardziej bliskości fizycznej czy psychicznej?

Ja założyłam, że starszak na pewno będzie zainteresowany maluchem i postanowiłam, że jego ciekawość zostanie zaspokojona. Dlatego starszak siedział na moich kolanach podczas karmienia piersią małej siostrzyczki. Mama przytula synka, a synek swoją miesięczną siostrzyczkę (pod warunkiem, że ma czyste rączki). Po około miesiącu mój synek sam przybiegał, żeby mi pokazać, jakie ma czyste rączki, bo chce się przytulić do siostrzyczki.

Moja filozofia wychowania zakłada, że w życiu nie ma rzeczy, których „nie wolno”, tylko musimy spełniać warunki, aby były one możliwe. I tak też wychowuję moje dzieci. Jeśli dzieje się coś „dziwnego”: dwulatek kładzie się na leżącym na macie bobasie, to najpierw zastanawiam się, czego starszak chce, aha, chce bliskości. Dobrze, bliskość jest O.K., ale połóż się obok maluszka, a nie na nim, bo to go będzie bolało. Położyć to się możesz na tacie, bo tata jest duży.

Zazwyczaj mówię „tak”, potrzebom dzieci, stawiając jednocześnie warunki, które sprawią, że sytuacja jest bezpieczna.(...)

Ciąg dalszy artykułu na stronie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bohater czy maskotka – jakie role z dzieciństwa nieświadomie odgrywamy?

Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że zawsze musisz być silna i nie umiesz prosić o pomoc, albo uważasz się za życiową niedorajdę, której nigdy nic się nie udaje, być może pora porzucić starą rolę. Tę, którą w dzieciństwie przydzielili ci rodzice.

Nie przypuszczałaś, że grasz jakąś rolę? Większość z nas gra. Obsadzili nas w nich rodzice. Zupełnie nieświadomie, z własnej bezradności, lokując w nas swoje niezrealizowane marzenia, lęki i frustracje. I choć jesteśmy już dorośli, być może jedno z rodziców albo obydwoje już nie żyją – tkwimy w swoich rolach, jak strażnik na warcie, bo, choć bywa trudno, ten scenariusz jest nam najlepiej znany, a przez to bezpieczny. Samo uświadomienie sobie, jaką rolę zwykle grasz w życiu – sprawi, że łatwiej zrozumiesz, dlaczego masz taką pracę, jaką masz, dlaczego wybrałaś na partnera akurat tego mężczyznę i co stoi na drodze do twojego szczęścia. Według Ewy Czarneckiej, terapeutki z Ośrodka Psychoterapii „Na Zawiszy”, najpopularniejsze role, w jakich obsadzają nas rodzice, to: Rodzinny Bohater, Kozioł Ofiarny, Rodzinna Maskotka i Niewidzialne Dziecko. Oto ich krótka charakterystyka:

Rodzinny Bohater

Magda trafiła do mnie miesiąc po śmierci ojca. Przyszła skierowana przez lekarza pierwszego kontaktu, który nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z jej chronicznym przeziębieniem.

– Nie rozumiem, co wspólnego ma psycholog z katarem, ale może pani mi powie, co robię nie tak, że nie mogę wyjść z tej paskudnej infekcji – mówi Magda. – Nie mogę teraz chorować. Muszę zająć się mamą, bratem i bratową. Dla nich śmierć taty to prawdziwa tragedia.

– A dla pani? – pytam.

– Dla mnie też – patrzy na mnie zdziwiona. – Ale przecież ktoś musi to wszystko ogarnąć.

– Pani Magdo, pani choroba to wyraźny komunikat ciała, że musi pani odpocząć, zadbać o siebie, pozwolić, by teraz panią ktoś się zaopiekował – tłumaczę.

– Ale przeziębienie to przecież nie choroba – oburza się.

Magda jest klasycznym przykładem Rodzinnego Bohatera. To zwykle najstarsze dziecko albo jedynak. Odpowiedzialny, wzorowy uczeń. Nad wiek dorosły, nadmiernie przykładny, dziedzic rodu. Pomocnik w domowych sprawach i obowiązkach. Rodzic swoich rodziców. Chce być kimś i jest nieszczęśliwy, gdy tak się nie dzieje. Bardzo się stara, aby zasłużyć na uznanie, podziw, a tym samym – na miłość. Doskonale wyczuwa potrzeby innych, ale nie zna własnych lub je lekceważy. Bywa, że nie zakłada własnej rodziny, by nadal móc opiekować się rodzicami, rodzeństwem, ich dziećmi. Pozwala na obciążanie siebie po to, by innym było lżej. W ogóle nie zajmuje się sobą. Nie potrafi się bawić, odpocząć, zwolnić. Nie czuje zmęczenia, nie zauważa symptomów ciała, które alarmuje: „Zajmij się sobą”. Hamuje wyrażanie złości, sprzeciwu i niezgody na bycie źle traktowanym. Odpoczywa dopiero… w szpitalnym łóżku, chory na wrzody żołądka albo na serce. Nawet wtedy martwi się bardziej o innych niż o siebie. W końcu od dzieciństwa jest podporą dla bliskich, powodem do dumy.

Terapia Magdy nie będzie łatwa. Rezygnacja z roli Bohatera to dla niej rezygnacja z poczucia własnej wartości, przyznania sobie prawa do akceptacji, miłości, utrata dotychczasowego sensu życia. Czeka nas wiele miesięcy ciężkiej pracy, a przełomem będzie dzień, w którym Magda zaakceptuje swoją słabość, fakt, że ona czasami również potrzebuje opieki, pomocy. Zrozumie, że nie jest już dzieckiem, które musi spełniać oczekiwania rodziny, że ma prawo do swojego szczęścia, dbania o własne potrzeby, przyznania, że czegoś nie chce, nie może, nie potrafi.

Kozioł Ofiarny

To negatyw Rodzinnego Bohatera. Rolę tę obejmuje zwykle drugie lub środkowe dziecko w rodzinie. Kozioł Ofiarny – inaczej Buntownik, Outsider, Wyrzutek – nie jest w stanie konkurować ze starszym bratem lub siostrą, dorównać im doskonałością, siłą, odpowiedzialnością. Z tego powodu czuje się odsunięty i szuka wsparcia poza domem, często wśród rówieśników z tzw. marginesu społecznego. Buntowniczy, skłonny do zachowań destrukcyjnych, bezustannie czuje się winny. Wierzy, że to przez niego rodzina jest nieszczęśliwa; ojciec pije, a matka choruje. Bywa, że dla potwierdzenia owego przekonania sprawia poważne kłopoty wychowawcze: wagaruje, kradnie, zażywa narkotyki, pije, popada w konflikty z prawem. Pełni rolę rodzinnego odgromnika: wyraża gniew, agresję, wściekłość za innych członków rodziny. Bierze na siebie wszystkie ich grzechy i niepowodzenia. Wszyscy winią jego: „To przez ciebie ojciec jest taki nerwowy”. Największą karą, jaką wymierza rodzicom za brak miłości, jest „zepsucie” samego siebie.

Iza zgłosiła się na terapię z powodu depresji, na którą zachorowała po rozwodzie z mężem. Dzieci zostały z ojcem. Nastawiane przez niego przeciwko matce. Mąż walczył o podwyższenie alimentów. Kiedy zapytałam, czy próbowała dochodzić swoich praw, odpowiedziała: „Mąż ma rację, ja nie nadaję się na matkę”. Wiele sesji zajęło mi, by pokazać Izie, że w dorosłym życiu powiela rolę Kozła Ofiarnego, że w przypadku rozwodu rzadko wina leży po jednej stronie, że nie jest wcale złą matką. To nie sąd odebrał jej dzieci, ale mąż, który, tak jak kiedyś rodzice, wbijał jej do głowy: „To przez ciebie nam się nie udało”.

Rodzinna Maskotka

To zwykle najmłodsze dziecko w rodzinie, biegłe w skupianiu uwagi wszystkich na własnej osobie. Przymilne, urocze, błyskawicznie rozładowuje napięcia poprzez żart czy inny sposób „rozbrojenia” mamy i taty. Gra swoją rolę, nawet kiedy mu smutno albo się boi. Ma poczucie, że kiedy nie może komuś poprawić humoru, staje się niepotrzebna, jak porzucona przytulanka. Uśmiecha się, nawet gdy opowiada o czymś przykrym. Czuje się kimś tylko wtedy, gdy znajduje się w centrum uwagi. Maskotka pozornie beztroska, radosna i szczęśliwa, w głębi serca czuje się smutna i opuszczona. Choć pozornie uwielbiana przez rodzinę, rzadko traktowana jest poważnie. Kiedy dorasta, rodzina ma pretensje, że jest taka niedojrzała.

Kasia zgłosiła się do mnie po pomoc, gdy od ponad roku nie była w stanie zakończyć pisania pracy magisterskiej. Choć od dawna miała swoje mieszkanie, codziennie jeździła do domu rodziców, by tam, w swoim pokoju, przy szeroko otwartych drzwiach ślęczeć nad laptopem. Kiedy zapytałam ją, dlaczego jeździ pisać pracę do rodziców, odpowiedziała, że oni motywują ją do pracy. Kiedy spytałam, jak to robią, odpowiedziała: – Mama chodzi na palcach i ucisza tatę, a on mruczy pod nosem: „Przecież ona i tak tego nie skończy. Będzie wieczną studentką”. Najtrudniejszym etapem terapii było ustalenie, czy Kasia rzeczywiście chce dorosnąć. Profity z bycia Maskotką są całkiem spore, a dorosłe życie wymaga odpowiedzialności, zadbania o siebie, konieczności podjęcia pracy.

Niewidzialne Dziecko

Monika od lat boryka się z nadwagą. Na pierwszej sesji sprawiała wrażenie nieobecnej, duchem i ciałem. Siadła na brzegu krzesła i pozostała w tej pozycji do końca spotkania, choć widziałam, że jest jej niewygodnie. Mówiła cicho, czerwieniąc się co chwila na twarzy. Szybko okazało się, że Monika przyszła do mnie niechętnie, za namową męża. Sama nie czuła, by jej nadwaga stanowiła jakikolwiek problem. Dla niej jest jak tarcza ochronna, za którą może zniknąć. Tak jak w dzieciństwie.

Monika gra rolę Niewidzialnego Dziecka. To często najmłodsze dziecko w rodzinie. Aniołek, niesprawiający kłopotów. Nigdy niczego nie chce, o nic nie prosi. Izoluje się, przed awanturami ucieka w swój wymyślony świat (fantazje, książki, muzykę). W kontaktach z ludźmi Dziecko jest wycofane, nieśmiałe, źle radzi sobie w grupie. Zwykle ucieka od trudnych sytuacji, zamyka oczy i udaje, że nie ma problemu, że nic się nie stało. Czuje się bezwartościowe, niegodne uwagi, samotne. Nieprzystosowane do realnego życia, zagubione i zdezorientowane. Czasami wolałoby, żeby naprawdę go nie było, bo czuje, że wtedy jego rodzina byłaby bardziej szczęśliwa.

Jak pracować z rolami?

1. Przypomnij sobie rodzinne opowieści, popytaj krewnych, jakim byłaś dzieckiem. Pooglądaj zdjęcia z dzieciństwa. Podpytaj bliskich o różne sytuacje, które szczególnie zapamiętali. Dowiedz się, jak reagowałaś w trudnych momentach, jak okazywałaś radość, złość itp.

2. Na podstawie zebranych informacji stwórz portret psychologiczny siebie jako małej dziewczynki.

3. Przeanalizuj swoje zachowania w dorosłym życiu. Które z nich pasują idealnie do twojego portretu z dzieciństwa? Może nadal jesteś nieśmiała albo uległa? Może przez całe życie tkwisz w roli silnej kobiety i boisz się okazać słabość?

4. Zachowania, które przeszkadzają ci w codziennym życiu, a wynikają z roli przydzielonej ci przez rodziców, możesz zmienić. Jednym ze sposobów jest wypróbowywanie, na początku trochę na siłę, zachowań z przeciwległego bieguna tych typowych dla twojej roli, np. w miejsce siły – okazywanie słabości, proszenie o pomoc.

5. Na początku swoje nowe zachowania wprowadzaj w obecności ludzi, którzy nie znają cię dobrze albo nie są dla ciebie tak bardzo ważni jak rodzina czy przyjaciele.

6. W rodzinie, zwłaszcza pochodzenia, prezentuj siebie w nowym wydaniu powoli i licz się z tym, że to nie będzie wcale łatwe. Być może dla mamy czy taty na zawsze pozostaniesz Maskotką czy Rodzinnym Bohaterem. Ważne, że ty sama już nie chcesz nimi być.

  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Czy rodzeństwo patchworkowe musi się kochać?

Rywalizacja, zazdrość, złość, niechęć – to częsty gość w rodzinach patchworkowych. (Fot. iStock)
Rywalizacja, zazdrość, złość, niechęć – to częsty gość w rodzinach patchworkowych. (Fot. iStock)
Rywalizacja, zazdrość, złość, niechęć – to częsty gość w rodzinach patchworkowych. Szczególnie trudny do zniesienia dla najmłodszych, bo choć negatywnie nacechowane pojęcia, takie jak macocha czy pasierb, odeszły już do lamusa, to problemy, jakie za nimi stoją – zostały. Jak dorośli mogą ułatwić dzieciom zaakceptowanie nowej sytuacji?

"Gdybyś się, knocie, nie urodził, tatuś by z nami mieszkał". Słyszałem to wiele razy z ust mojego przyrodniego brata – wspomina osiemnastoletni Wojtek. – Nienawidził mnie szczerze i konsekwentnie. Nasi wspólni rodzice nie widzieli problemu. Słyszałem nawet, jak mówili znajomym, że chłopcy przepadają za sobą. W tym czasie mój przyrodni brat pokazywał mi na migi, jakie tortury dla mnie wymyśla, bo oczywiście mieliśmy dla integracji wspólny pokój. Dwa razy zepchnął mnie ze schodów, raz miałem złamaną kość udową, nigdy latem nie wchodziłem z nim do wody, bo zawsze niby w żartach mnie podtapiał. Na szczęście wyjechał do pracy za granicę, a ja nadal słyszę od rodziców, jak myśmy się lubili.

Przypadek Wojtka pokazuje, że trzeba być szczególnie wyczulonym na napięte sytuacje między rodzeństwem, nie tylko zresztą przybranym. Starszy brat lub siostra często uważają się za pokrzywdzonych sytuacją, w której muszą dzielić się tym, co do tej pory mieli na wyłączność, i potrafią nieźle zaleźć młodszemu rodzeństwu za skórę, skutecznie ukrywając to przed dorosłymi. Tym bardziej jeśli ci zachęcają do natychmiastowej bliskości i serdeczności, nie zwracając uwagi na odczucia obu stron.

– Początki patchworkowej rodziny są dla większości dzieci trudne. Tylko spokojne, pełne zrozumienia reakcje dorosłych mogą takie zachowania wygasić. I w konsekwencji pomóc nowemu rodzeństwu nie tylko się dogadać, a nawet nawiązać przyjazne kontakty – mówi Alina Gutek, dziennikarka, która wraz z Wojciechem Eichelbergerem napisała książkę o rodzinach zrekonstruowanych.

Nie każmy im się razem bawić czy spać w jednym pokoju. Nie narzucajmy im bliskiej relacji, jeśli nie mamy pewności, że wszystkie dzieci są w niej bezpieczne. Co więcej, bezpieczne wcale niekoniecznie oznacza: szczęśliwe, i tu rodzi się pytanie, czy rodzeństwo patchworkowe powinno się koniecznie lubić?

– Nic na siłę – odpowiada Alina Gutek. – Przecież nawet w typowej rodzinie siostry i bracia czasem się nie lubią. Dobrze jest inspirować je do wspólnych zabaw, wypraw i uprawiania sportu, jednak na początku pod nadzorem, by móc monitorować ich zachowania i delikatnie je moderować. Choć i tak dzieci uczą się najwięcej, obserwując rodziców, ich reakcje oraz spójność zachowań z tym, co mówią. I traktują nielubiane rodzeństwo tak jak rodzice – nielubianych dorosłych.

Przykład idzie z góry

Oczywiście każde rodzeństwo rywalizuje o pozycję w domu, a zwłaszcza o ten najważniejszy zasób, czyli uwagę rodziców, nie tylko to patchworkowe. Konkurencje, w których dzieci się ze sobą ścigają, bywają bardzo wyszukane: która mama pracuje na wyższym piętrze, jak wysoki jest który tatuś, który rodzic lepiej robi kisiel, który tata przebiegł maraton, a który nie... Warto pamiętać, że relacje, jakie zbuduje przyrodnie albo niespokrewnione ze sobą patchworkowe rodzeństwo, w dużej mierze zależą od tego, jaki stosunek do nieswoich, czyli tych „cudzych” dzieci mają dorośli. Dlatego nie powinni ich porównywać ani żadnego z nich faworyzować. Nie mogą też przekupywać i podlizywać się dzieciom partnera. – Życie w patchworku wymaga od nas znacznie większej dojrzałości i mądrości niż w tradycyjnej rodzinie – podkreśla Alina Gutek.

Jeśli nie lubisz dziecka swojego partnera, przełoży się to na relacje między nim a twoim dzieckiem (lub waszym wspólnym). Zwłaszcza że dziecko z nowego związku, które ma się urodzić lub już się urodziło, często jest obwiniane przez te starsze, które straciły swoje rodziny.

Konflikt lojalności

Ale to nie wszystko. Wiele problemów w rodzinach patchworkowych wynika nie tyle z błędów, co z intencjonalnego działania samych dorosłych. Ponieważ trudno nam znieść myśl, że ktoś obcy wychowuje nasze dziecko, frustracja z tego powodu przekłada się często na nastawianie dziecka przeciwko nowej partnerce czy nowemu partnerowi byłego małżonka. Jednak takie buntowanie rzadko osiąga zamierzony cel, a częściej zakłóca relację między dziećmi.  Jeśli biologiczni rodzice są skonfliktowani, to zaprzyjaźnienie się z fajnym, życzliwym, dobrym, ale patchworkowym rodzeństwem będzie dla dziecka bardzo obciążające, odczuwane jako zdrada i nielojalność.

– Dziś wiem, że mamie potrzebna była terapia – wspomina dwudziestoletnia Julka. – Teraz rozumiem, że ona po prostu nie umiała inaczej, ale kiedy byłam dzieckiem, zdarzało się, że w środku genialnej zabawy nagle przypominała mi się jej smutna twarz i przychodziła do głowy myśl, co ja jej powiem. Wtedy rzucałam wszystko i samotnie siadałam w kącie. Nikt ze mnie nie mógł wyciągnąć, co się nagle stało, a ja po prostu bałam się zakolegować z córką cioci Hani, bo wiedziałam, że mama powie: „Skoro wolisz rodzinę taty…” i zacznie płakać.

Jak uwolnić się od potrzeby kontrolowania nowego życia dziecka i ekspartnera? „Dojrzali emocjonalnie rodzice nie obciążają dziecka winą za rozstanie, a z własnymi emocjami starają się uporać na grupach terapeutycznych czy w kontaktach z przyjaciółmi i rodziną”– czytam w książce Aliny Gutek i Wojciecha Eichelbergera. Niby wszyscy się z tym zgadzamy, ale wciąż mało którego rodzica stać na dojrzałe zachowanie...

Ola już tu nie mieszka

Rodzina patchworkowa – z rodzicami, ekspartnerami, czujnie obserwującymi rozwój sytuacji byłymi teściami, alimentami, systemem odwiedzin i spędzania czasu z rodzicem, z którym się na stałe nie mieszka – to iście alpejska kombinacja. Wojciech Eichelberger twierdzi, że funkcjonowanie w niej bywa trudniejsze niż bycie kaskaderem, i trudno się z nim nie zgodzić. Zwłaszcza że odsetek rozpadów takich rodzin jest dość duży, a to oznacza kolejny problem dla dzieci: znikanie rodzeństwa, z którymi się wreszcie zżyli.

– Przeszłam tę samą ścieżkę co wiele osób z mojego pokolenia – opowiada szesnastoletnia Karina. – Awantury, ucieczka mamy z domu, rozwód, potem chwila spokoju i bach! Mama ma nowego wujka, a wujek ma córkę. Znienawidziłam ją od razu, ale i mama, i wujek stawali na rzęsach, żebyśmy się zaprzyjaźniły. Udało się. W tym całym koszmarze Ola była najjaśniejszym punktem mojego dzieciństwa, moją idolką. Kochałam ją i czułam się wspaniale, że mam taką siostrę, bo nasi rodzice używali tego określenia. Potem jednak oni zaczęli się kłócić, a my w jednej chwili wróciłyśmy na pozycje córka mamy – córka taty. Dokuczałyśmy sobie tak samo jak tamci. Potem mama spakowała walizki, przyjechał samochód z firmy przeprowadzkowej i znalazłyśmy się w nowym mieszkaniu. Ola nagle zniknęła. Byłam pewna, że mama zaraz ją sprowadzi, a okazało się, że mam o niej nawet nie wspominać. „Zapomnij o niej. Jest taka sama jak jej tatuś” – powiedziała. Postanowiłam, że odszukam Olę, odwiedzę, że uciekniemy razem. Nigdy do tego nie doszło, ale dziura w sercu została. Tęsknota zamieniła się u mnie w agresję, potem w uległość, w końcu w narkotyki. Pół roku temu powiedziałam mamie, że wciąż tęsknię i zapytałam, jak oni mogli nas tak brutalnie rozdzielić. Mama popukała się w czoło.

Dzieci nie znają statystyk, one widzą swój jednostkowy dramat i argument, że „na tym etapie to normalne”, wcale ich nie pociesza. Jako dorośli bądźmy więc czujni i uważni. Sprawdzajmy jak najczęściej, co dzieci czują, czym się martwią i co jest dla nich ważne. Zróbmy wszystko, żeby w wyniku naszej rodzinnej rewolucji ucierpiały jak najmniej.

Jak wspierać patchworkowe rodzeństwa?

  • Jeśli masz problem z byłym mężem czy żoną, idź na terapię. Nie przekazuj swoich frustracji dzieciom.
  • Wznieś się na najwyższy poziom empatii, jeśli chodzi o dzieci twojego nowego partnera. Ciesz się jawnie na ich odwiedziny, zawsze dobrze o nich mów, nie obgaduj ich przed znajomymi i twoją rodziną. Wysyłaj mikrosygnały, że je po prostu lubisz, ale się im nie podlizuj, bo to oznacza brak prawdziwej sympatii.
  • Nie martw się, że twoje dziecko dobrze się czuje w nowym domu twojego eksmałżonka, lubi lub nawet przepada za jego nową partnerką – ty jesteś jego matką, i nic tego nie zmieni. Jeśli odczuwasz zazdrość – poszukaj pomocy terapeutycznej, nie obciążaj nią dzieci, bo wywołasz w nich konflikt lojalności.
  • Pytaj dzieci, jak się czują, co im doskwiera, czym się martwią. Pamiętaj, że nasze widzenie sytuacji jest zupełnie inne niż widzenie najmłodszych.
Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży m.in. "Dzień wszystkiego". 

  1. Psychologia

Rodzeństwo bez rywalizacji - czy to możliwe?

Rywalizacja między rodzeństwem ma swoje plusy: wyrabia odporność, uczy jak się bronić i godzić. Ale podsycana przynosi więcej szkody niż pożytku. (Fot. iStock)
Rywalizacja między rodzeństwem ma swoje plusy: wyrabia odporność, uczy jak się bronić i godzić. Ale podsycana przynosi więcej szkody niż pożytku. (Fot. iStock)
Narodziny rodzeństwa odbierane jest przez dziecko jako wydarzenie, które powoduje, że nagle wszystkiego jest mniej. Mniej czasu spędzanego sam na sam z rodzicami, mniej ich uwagi, mniej pochwał. Rolą rodziców jest pokazanie, że odtąd będzie nie tyle więcej, ile pełniej i zadbanie o pozytywne relacje między rodzeństwem. Bo te relacje mają ogromny wpływ nie tylko na dzieciństwo pociech, ale także na ich dorosłe życie i życie przyszłych rodzin.

Jak to się dzieje, że w rodzinie sąsiada brat i siostra gotowi są skoczyć za sobą w ogień, a w mojej żyją jak pies z kotem? Dlaczego mój syn z lubością tyranizuje  młodszą siostrę, a syn koleżanki opiekuje się swoją niczym ojciec?  Takie pytania zadaje sobie wielu z nas. Na ogół poniewczasie. Bo kiedy dzieci są małe, skupiamy się przede wszystkim – co zrozumiałe -  na zapewnieniu im poczucia bezpieczeństwa, opieki, a w miarę jak rosną – na tym, czy respektują nasze zakazy i nakazy. Relacjami między synem i córką zajmujemy się na ogół wtedy, gdy się kłócą i biją. Zupełnie nie doceniamy ich znaczenia dla rozwoju każdego dziecka, kształtowania jego charakteru, stosunków z innymi ludźmi. Tymczasem – co zostało dowiedzione - bracia i siostry wywierają ogromny wpływ na siebie nawzajem. Już choćby z tego powodu, że spędzają ze sobą bardzo wiele czasu, w dodatku w niezwykłej bliskości i intymności. Ale także dlatego, że walczą o zyskanie odrębnej tożsamości, która tak naprawdę kształtuje się do szóstego roku życia. Jak dowodzą badania, wczesne doświadczenia w rodzinie przeważają nad późniejszymi wpływami szkoły, kościoła, przyjaciół. A ponieważ więź między rodzeństwem  jest najbardziej długotrwałą z więzi rodzinnych – dłuższą niż ta z rodzicami, partnerami lub z dziećmi – trudno ją przecenić. 

Dlaczego rywalizują?

Psychologowie zgadzają się, że korzenie rywalizacji między rodzeństwem  tkwią w głębokim pragnieniu każdego dziecka, by posiąść wyłączną miłość rodziców. Bo tylko rodzice są źródłem, z którego małe dziecko czerpie wszystko to, co potrzebne jest mu do życia: jedzenie, ciepło, poczucie własnej wartości i wyjątkowości, możliwość poznawania świata, naukę pierwszych umiejętności. 

Narodziny brata czy siostry oznaczają, że nagle wszystkiego jest MNIEJ. MNIEJ czasu spędzanego sam na sam z rodzicami, mniej ich uwagi, mniej pochwał. Rodzeństwo zagraża więc wszystkiemu, co dla dziecka najważniejsze. Malec, który nagle musi dzielić się miłością rodziców z bratem myśli: Może on jest więcej wart ode mnie? A jeśli jest wart więcej, to znaczy, że ja jestem wart mniej! A jeśli jestem mniej wart, to muszę coś z tym zrobić! Zrobić czyli walczyć o to, by być pierwszym, najlepszym. I mobilizuje wszystkie siły, aby mieć to więcej. A jeszcze lepiej, aby mieć wszystko. Mamę i tatę na wyłączność. Zabawki, łakocie i przestrzeń.

Rywalizacja między rodzeństwem ma swoje plusy: Wyrabia odporność i wytrzymałość w trudnych sytuacjach. Uczy jak się bronić i godzić. Zachęca do pracy i wytrwałości. Ale podsycana przynosi więcej szkody niż pożytku. Może doprowadzić do tego, że dzieci staną się wrogami.

Dlatego przed rodzicami stoją bardzo trudne zadania: Zapewnienie każdemu dziecku poczucia bezpieczeństwa, wyjątkowości i miłości. Pokazanie, że z dzielenia się i współpracy płyną same korzyści. Zbudowanie przyjaznych stosunków między rodzeństwem, które procentowałyby w ich dorosłym życiu. Pytanie tylko: jak to robić?

Dobre dobrego początki

Więzi między rodzeństwem rodzą się już w pierwszych dniach ich wspólnego życia. Ale, jak dowodzą badania brytyjskiej psycholog Judy Dunn, pierwsze spotkanie dzieci, do którego rodzice przywiązują tak wielką wagę, ma znikomy wpływ na ich późniejsze relacje. Ważne okazuje się co innego – rozmowa ze starszym dzieckiem o potrzebach i uczuciach nowego członka rodziny i umiejętne włączanie go do opieki nad niemowlęciem. 

Możemy robić to na wiele sposobów. Na przykład przez podkreślanie, że malec też interesuje się starszym bratem. („Zobacz, przygląda się tobie, widzisz?”) Przez zachęcanie do wspólnej zabawy. (Spróbuj zrobić taką minę, jak on.) Zwracanie uwagi na to, czego  potrzebuje. („Chyba się niecierpliwi. Myślisz, że trzeba go przewinąć?”) Dawanie okazji do pomocy. („Możesz podać mi pieluszkę?) Stwarzanie pewnych zwyczajów okazywania sympatii, jak dawanie całusów i mówienie dobranoc. Przez podkreślanie przywilejów wynikających ze starszeństwa, których niemowlę jest pozbawione. Pomoże to starszemu dziecku uświadomić sobie, że jego życie wcale nie jest gorsze od życia braciszka. 

Kiedy zacznie rozumieć, co niemowlę lubi, a czego nie, jakie ma nastroje i jak on, starszy brat, może te nastroje wpływać – bardziej zainteresuje się młodszym rodzeństwem. A z kolei niemowlę, w odpowiedzi na czułą reakcję starszego brata, odpowie uśmiechem, okrzykami radości. Co zachęci go do jeszcze większej wrażliwości i okazywania maluchowi sympatii. I tak dalej…

Rodzice nie mogą usprawiedliwiać się brakiem czasu dla starszego dziecka. Powinni robić wszystko, aby choć chwilę pobyć z nim sam na sam. To niewątpliwie bardzo trudne w pierwszych miesiącach po narodzinach niemowlaka, ale jednocześnie bardzo ważne, bo pomaga starszemu dziecku  uporać się ze spadkiem poczucia własnej wartości. 

Podstawą są pozytywne relacje

Rodzice, niejako odruchowo akcentują różnice między rodzeństwem, zamiast szukać podobieństw. Krytykują zamiast chwalić. I narzekają na to, że dzieci spędzają dużo czasu przed komputerem, zamiast zaproponować im wspólną zabawę. Zapominają, że właśnie poprzez zabawę można uczyć umiejętności społecznych, w tym także dobrych  relacji z  braćmi i siostrami. 

Dlaczego zabawa jest tak ważna? Ponieważ w przyjaznej atmosferze dziecku łatwiej jest zaakceptować siebie i rodzeństwo, łatwiej też zrozumieć uczucia i emocje drugiej osoby. Nie ma jednak nic dziwnego w tym, że  starsze dziecko czuje się czasem sfrustrowane  i złe z powodu czegoś, co zrobiło jego młodsze rodzeństwo. Musi wtedy wiedzieć, że rozumiemy jego uczucia. („To irytujące, kiedy ktoś ci popsuje coś, co zbudowałeś”). Ale powinniśmy też wyjaśniać mu, w jaki sposób funkcjonuje małe dziecko i że niekoniecznie popsuło coś celowo i z premedytacją. Tłumaczmy, że maluchy próbują przyłączać się do zabawy tak, jak potrafią. Sprawdza się w takich sytuacjach opowiadanie starszemu dziecku o zabawnych sytuacjach z jego niemowlęctwa albo oglądanie zdjęć z okresu, kiedy było w wieku młodszego. 

Czasem najlepiej jest wstrzymać się z reakcją. Dzieci na ogół bawią się swobodniej bez dyrygowania dorosłych. Chętniej wtedy eksperymentują z różnymi rolami, a takie eksperymenty są kluczem do rozumienia uczuć i emocji rodzeństwa. Dlatego czasem lepiej stanąć z boku i reagować dopiero wtedy, gdy będzie to konieczne. Najważniejsze jest znalezienie równowagi pomiędzy uważaniem na potrzeby  każdego dziecka i zachowaniem odpowiedniego dystansu do ewentualnych sporów.

Warto zadbać o to, aby nasza rodzina miała jasne i zrozumiałe zasady dotyczące relacji między rodzeństwem. Na przykład: W naszym domu nikt nikogo nie bije i nie przezywa. Przywoływanie tej zasady pomaga o wiele bardziej niż niekonkretna prośba: „bądź grzeczny” .

To nie ja, to on!

Konflikty zdarzają się nawet w najbardziej kochającym się rodzeństwie. To właśnie bliskość powoduje, że bracia i siostry grają sobie na nerwach. Ale w innych sytuacjach ta sama bliskość sprawia, że potrafią się wspierać, okazywać sobie przyjaźń, dobrze się ze sobą bawić. 

Jeśli jednak dojdzie do poważnego konfliktu, zastanówmy się nad jego przyczyną. Czy chodzi o to, jak dzieci się do siebie odnoszą, czy to, jak my je traktujemy? A może jest to symptom  problemów w innej sferze życia? 

Co robić w konkretnej sytuacji, gdy, na przykład, córka krzyczy: „Zabiję go! Zabrał moją komórkę?” Na pewno nie zaprzeczać temu, co ona czuje i nie mówić: „Jak możesz tak się zachowywać, jesteś przecież jego siostrą”. O wiele skuteczniejsze okazuje się nazwanie jej uczuć („ale jesteś wściekła!”), określenie pragnienia („chciałabyś, aby zapytał, czy może ruszać twoje rzeczy”), zachęcenie do kreatywnego wyrażania uczuć („a może byś tak napisała tabliczkę: „własność prywatna” i zawiesiła na półce?”). 

Jeśli dojdzie do bójki, nie napadajmy atakującego, tylko poświęćmy uwagę poszkodowanemu.  („Na pewno cię boli, przyłożę kompres. Brat musi nauczyć się wyrażać swoje uczucia przy pomocy słów, a nie pięści.”)

To naprawdę działa! Studzi temperaturę konfliktu, stwarza „poszkodowanemu” dystans do problemu i daje mu poczucie bycia zaopiekowanym. 

Pamiętajmy o powstrzymaniu się od porównywania dzieci. Nie pytajmy: „dlaczego nie możesz ułożyć rzeczy jak twoja siostra”, tylko powiedzmy, co nam się nie podoba („koszula leży na podłodze”) albo co czujemy („to mnie martwi”) albo, co należy zrobić („miejsce koszuli jest w szafie”). Podobnie z pochwałami. Nie wolno mówić: „jesteś schludniejsza niż twój brat: „tylko podkreślić, co nam się w zachowaniu córki podoba („świetnie posprzątałaś pokój, lubię, gdy masz porządek”). 

Największym grzechem popełnianym rodziców jest narzucanie dziecku roli „niedobrego”, „podłego”, „rozrabiaki”. Może to być taka samosprawdzająca się przepowiednia. Pytanie: „dlaczego jesteś taki niedobry i chowasz bratu piłkę?”, zdecydowanie lepiej zastąpić informacją: „twój brat chce, żebyś oddał mu piłkę”. 

Dzieci nie muszą być traktowane jednakowo. Powinny być traktowane tak, jakby każde z nich czuło się wyjątkowe. Obdarowywanie „po równo”, zamieńmy na „w zależności od potrzeb”. Zapewnienia, że kochamy syna tak, jak jego siostrę, zastąpmy okazywaniem mu, że jest kochany w niepowtarzalny sposób. Nie starajmy się poświęcać każdemu dziecku tyle samo czasu, ale tyle, ile każde z nich potrzebuje.

Bo o co tak naprawdę chodzi? Aby dzieci nie walczyły ze sobą, ale były dla siebie źródłem oparcia, umiały rozwiązywać spory i okazywać sobie miłość. A potem niosły te umiejętności w dorosłe życie.

Kiedy dzieci same nie potrafią się porozumieć:

  1. Zwołaj spotkanie antagonistów. Wyjaśnij jego cel i podstawowe zasady.
  2. Zanotuj, co czuje i czym się martwi każde dziecko i odczytaj im to.
  3. Daj każdemu czas na obronę własnego stanowiska.
  4. Poproś, żeby każde zaproponowało swoje rozwiązanie. Zapisz wszystkie pomysły, ale nie oceniaj ich.
  5. Wybierz rozwiązanie, które mogą zaakceptować wszyscy.
 

Warto przeczytać:

„Rodzeństwo – rywalizacja i miłość”, Jan Parker, Jan Stimpson, Rebis, Poznań 2003;

„Rodzeństwo bez rywalizacji”, Adele Faber, Elaine Mazlish, Media Rodzina, Poznań 1997;

„Najstarsze, średnie, najmłodsze”, Ronald W. Richardson, Lois A. Richardson, GWP, Gdańsk 1999