1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Zmiany hormonalne w ciąży

Zmiany hormonalne w ciąży

123rf.com
123rf.com
Hormony to skomplikowane związki chemiczne, koordynujące procesy zachodzące w organizmie. Od tego, jakie jest ich stężenie we krwi, zależy działanie wszystkich narządów.

Mają też „skutki uboczne”, o czym wie każda kobieta cierpiąca na zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast prawdziwą rewolucję hormony robią w naszym organizmie podczas ciąży. Za co są odpowiedzialne?

Niezbędny progesteron

Zmiany hormonalne w ciąży rozpoczyna progesteron. Jest on wytwarzany przez jajniki – co miesiąc przygotowuje wyściółkę macicy do przyjęcia zarodka. Jeśli rzeczywiście zarodek się pojawi, wówczas jego poziom nie spada, jak w każdym kończącym się krwawieniem cyklu, lecz gwałtownie wzrasta. Zaczyna go wytwarzać także ciałko żółte, a później łożysko.

Wysoki poziom progesteronu jest niezbędny, gdyż zapobiega skurczom, rozluźnia mięśnie i więzadła. Ponadto umożliwia zagnieżdżenie się jaja w macicy oraz ma wpływ na pracę łożyska. W dalszej części ciąży zaczyna przygotowywać piersi do produkcji mleka. Jego produkcja spada przed porodem, co jest sygnałem do rozpoczęcia akcji porodowej: wzrasta ilość i siła skurczy.

Jego obecność odpowiada też za te mniej przyjemne aspekty ciąży, a więc:

  • zaparcia, wzdęcia, zgagę (rozluźnienie mięśni układu pokarmowego),
  • rozszerzenie żył, zwolniony przepływ krwi, krwawienia z nosa, dziąseł,
  • zatrzymanie wody i obrzęki,
  • nadwrażliwość piersi, ich tkliwość, bolesność (często są to pierwsze wyraźnie odczuwane przez kobietę objawy ciąży),
  • wzmożone wydzielanie się łoju i potu, a więc przetłuszczająca się skóra i włosy.

Hormon ”testowy” – gonadotropina kosmówkowa

Produkowana jest od około 7. dnia po zapłodnieniu, występuje tylko w czasie ciąży, więc to właśnie jej obecność wykrywają testy ciążowe. Odpowiada także za nudności i wymioty na początku ciąży.

Relaksyna – na rozciągnięcie

Rolą tego hormonu jest takie rozluźnienie szyjki macicy, aby dziecko mogło się wydostać na zewnątrz, ale czasem powoduje ból w okolicy łonowej, gdy rozluźniają się połączenia kości.

Estrogeny – hormony urody

Estrogeny regulują cały cykl, są odpowiedzialne za wykształcenie się żeńskich cech płciowych, a w czasie ciąży powodują zmiany w macicy: jej silniejsze ukrwienie, powiększenie, ale też powiększenie się piersi, wygładzenie skóry - dzięki nim mamy w ciąży pięknieją. Estrogeny wpływają też na psychikę, to one odpowiadają za syndrom „wicia gniazda”.

Niezbędna przy porodzie – oksytocyna

Oksytocyna powoduje skurcze, zarówno podczas porodu, jak i karmienia. Dzięki niej łatwiej tworzy się więź między między matką a dzieckiem, podobnie działa prolaktyna, która wpływa na wytwarzanie się mleka, ale i kieruje uwagę kobiety na noworodka.

Powyższy tekst jest przedrukiem artykułu pt. w portalu .

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Zdrowie

Melatonina, czyli hormon snu. Jak zadbać o lepszy sen?

Melatonina to hormon, od którego zależy nasz dobowy rytm. (fot. iStock)
Melatonina to hormon, od którego zależy nasz dobowy rytm. (fot. iStock)
Ten związek chemiczny, pochodna tryptofanu, potocznie nazywany jest „hormonem snu”. Melatonina koordynuje pracę naszego zegara biologicznego, reguluje rytmy dobowe, między innymi snu i czuwania. Melatoninę produkuje szyszynka, jeden z najbardziej „tajemniczych” organów wydzielania wewnętrznego.

Zacznijmy od tryptofanu, który potocznie nazywany jest „aminokwasem szczęścia”. Jest to jeden z najważniejszych aminokwasów, który wykazuje relaksacyjne właściwości. Melatonina jest właśnie jego pochodną. Tryptofan wykorzystywany jest w leczeniu bezsenności, a nawet zaburzeń nastroju.

Jak czytamy w „Odżywianiu dla zdrowia” Paula Pitchforda: (…) W ostatnich latach aminokwas L-tryptofan był powszechnie przyjmowany jako suplement diety w celu uspokojenia umysłu, poprawienia jakości snu i złagodzenia objawów depresji. Jego lecznicze działanie związane jest z serotoniną, neurotransmiterem występującym w mózgu, który powstaje dzięki obecności tryptofanu (…). Zarówno melatonina (jego pochodna), jak i serotonina warunkują prawidłowy sen. Światowej sławy dietetyk dodaje też, że najbezpieczniejszy sposób pozyskiwania tryptofanu to przyjmowanie go wraz z jedzeniem. Dobrymi źródłami tego aminokwasu w diecie są m.in. spirulina, produkty sojowe (m.in. tofu czy tempeh), jajka, nabiał, drożdże piwne, pestki dyni, sezam, kakao i migdały.

Melatonina „w podróży”

Choć sama melatonina wytwarzana jest głównie przez szyszynkę, nie jest w niej magazynowana. Melatonina przedostaje się do naczyń włosowatych i płynu mózgowo-rdzeniowego, a stamtąd z krwią dociera na obwód, gdzie ma możliwość oddziaływania na różne tkanki i narządy.

W układzie pokarmowym melatonina występuje w stosunkowo dużych ilościach, począwszy od żołądka do jelita grubego, gdzie wpływa na sterowanie ruchami jelit. Część hormonu ulega wchłonięciu ze światła jelit do krwiobiegu, co może tłumaczyć zjawisko senności po obfitym posiłku.

W układzie pokarmowym funkcją melatoniny jest spowalnianie procesów trawiennych, dzięki czemu zwiększa się wchłanianie potrzebnych witamin i mikroelementów zawartych w pożywieniu. Co ciekawe, melatoninę wytwarza również w mniejszych ilościach siatkówka oka, komórki skóry, układu odpornościowego, w tym limfocyty, komórki tuczne czy płytki krwi. Zapobiega ona również tworzeniu wolnych rodników (jest silnym antyoksydantem).

Co warto wiedzieć

Za nasz sen odpowiada właśnie melatonina, która wraz ze zmierzchem wywołuje uczucie senności. Melatonina jest wytwarzana przez szyszynkę prawie wyłącznie w ciemności. Głównym zadaniem szyszynki mózgowej jest synchronizacja wewnętrznego zegara biologicznego z zegarem astronomicznym, czyli z rytmem światła i ciemności. W ciemności szyszynka wytwarza większe ilości melatoniny, a więc jej stężenie we krwi rośnie i zaczynamy być senni – zasypiamy, a wraz ze wzrostem natężenia światła o poranku, wydzielanie hormonu maleje i zaczynamy się wybudzać.

Wydzielana ilość melatoniny różni się w zależności od pory doby. Oczywiście nasz organizm produkuje zdecydowanie więcej melatoniny w nocy niż w ciągu dnia. Największe jej stężenie notujemy między godziną 24 a 3 w nocy, co jest właśnie ściśle związane z ilością światła w naszym życiu. Układ nerwowy przekazuje do szyszynki informacje na temat oświetlenia, na podstawie których regulowana jest ilość produkowanej melatoniny.

Jeżeli w czasie snu jesteśmy eksponowani na sztuczne światło, ilość syntetyzowanej melatoniny znacznie się zmniejsza, co wpływa także na obniżenie długości naszego snu oraz… komfortu życia. (…)

U noworodków dobowe wydzielanie melatoniny zaczyna się dopiero między 6. a 9. tygodniem życia. Do tego czasu dziecko zupełnie nie odczuwa cyklu dzień – noc. W zależności od wieku ilość wydzielanej melatoniny oraz siła jej działania są różne. Najwięcej melatoniny produkowanej jest pomiędzy 4. a 10. rokiem życia, a po tym czasie ta ilość jest znacznie mniejsza. Po 45. roku życia widoczny jest wyraźny spadek jej produkcji, czego konsekwencją są bardzo małe różnice w ilości melatoniny produkowanej pomiędzy dniem i nocą. Właśnie dlatego starsze osoby mają niejednokrotnie problemy ze snem: budzą się wcześnie rano lub przysypiają w ciągu dnia. Jest to spowodowane m.in. postępującym wraz z wiekiem zwapnieniem szyszynki. (…)

Jeśli zależy nam na prawidłowej pracy hormonów i chcemy przeciwdziałać bezsenności, zadbajmy o komfort snu. Przede wszystkim starajmy się, aby w sypialni było ciemno (opuśćmy rolety/ zasłońmy zasłony, nie zostawiajmy włączonej lampki nocnej ani żadnego innego źródła światła, gdyż zaburzy to naturalny proces zasypiania).

Oto 8 zasad, które pomogą Ci zasnąć: 

  1. Nie jedz bezpośrednio przed snem. Ostatni posiłek powinieneś zjeść około 3 godzin przed pójściem spać. Dasz wówczas organizmowi szansę na strawienie oraz przyswojenie wszystkich składników odżywczych. Kolacja powinna być lekkostrawna, ale sycąca. Jeśli masz problemy trawienne, unikaj jedzenia wieczorem warzyw wzdymających, jak m.in kalafiory, brokuły czy kapusta. Głód i burczenie w brzuchu może również prowadzić do bezsenności.
  2. Jeśli prowadzisz siedzący tryb życia, zwiększ aktywność fizyczną w ciągu dnia. Jeśli nie miałeś czasu w ciągu dnia, możesz wieczorem po kolacji przejść się na 30-minutowy spacer. W trakcie spaceru głęboko i spokojnie oddychaj. Oczyścisz w ten sposób głowę ze zbędnych myśli.
  3. Unikaj drzemek w ciągu dnia.
  4. Kładź się spać o regularnych porach (optymalnie do 22.00). Wytworzysz w ten sposób naturalny rytm i wyregulujesz zegar biologiczny.
  5. Unikaj picia kawy (ogólnie napojów bogatych w kofeinę) i alkoholu przed snem. Ogranicz ilość napojów bogatych w kofeinę wypijanych w ciągu dnia.
  6. Zredukuj poziom stresu. Doskonale w tym celu sprawdzą się techniki oddechowe i medytacja.
  7. Nie oglądaj w łóżku telewizji ani nie pracuj na komputerze. Nie trzymaj również w pobliżu łóżka telefonu komórkowego. Jeśli masz taką możliwość wyłączaj na noc wi-fi.
  8. Nie zasypiaj na siłę! Doświadczenie pokazuje, że im bardziej „walczymy” (słowo walka jest tutaj kluczowe) z bezsennością, tym większe mamy problemy z zasypianiem. Jeśli nie możesz spać, dobrze zrobi ci odwrócenie uwagi. Możesz zapalić lampkę przy stoliku nocnym i przeczytać kilka stron książki lub zrobić sobie krótką medytację.
Fragmenty z książki „DobraNoc” Karoliny i Macieja Szaciłło.

  1. Psychologia

Rodzimy - dziecko to wspólna sprawa

Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości.  (Fot.iStock)
Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości. (Fot.iStock)
Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi są świadomi tego, co to znaczy narodziny dziecka, bo się do tego przygotowują: uczestniczą w szkołach rodzenia, robią badania, czytają. To wszystko sprawia, że ten akt jest mniej niż kiedyś obarczony niepewnością, bardziej radosny. Niesamowita zmiana!
Ale mamy nową okoliczność historyczną, czyli opresyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I jeśli ono zostanie zachowane, to kobiety będą bały się rodzić. Bo w takiej sytuacji zagrożone stają się też badania prenatalne. Po co je robić, skoro nie będzie można podejmować wyboru, co dalej z ciążą? To jest powrót do średniowiecza. A fakty są takie, że diagnozuje się dzisiaj coraz więcej uszkodzonych płodów, co najprawdopodobniej wiąże się z zatruciem środowiska…

Pewnie też z późnym rodzicielstwem.
Moją hipotezą jest uszkadzający wpływ zatrucia środowiska na rozwój płodu i kondycję komórek rozrodczych. Lekarze alarmują, że kłopot z płodnością już w ponad 50 proc. leży po stronie mężczyzn, a niedawno w 80 proc. diagnozowano go po stronie kobiet. Nasila się fala różnego rodzaju uczuleń wśród noworodków, co prawdopodobnie jest skutkiem nadmiernego obciążenia toksynami organizmów matek. Tak więc jeśli zabronione zostaną badania prenatalne, to tysiące kobiet będzie narażonych na ponurą grę z losem: czy urodzi mi się zdrowe dziecko, czy poważnie lub nawet letalnie uszkodzone, które umrze jeszcze przed porodem albo tuż po nim? W takiej rzeczywistości perspektywa rodzicielstwa przestaje być źródłem radosnej nadziei.

A ciąża przeżyta w lęku to dodatkowe obciążenie dla płodu?
Zdecydowanie tak. Epigenetyka wyraźnie mówi o prenatalnych zmianach DNA płodu, jeśli matka żyje w długotrwałym stresie. Okazuje się, że stres matki wpływa na rozwój tyłomózgowia kosztem płatów czołowych i skroniowych płodu, co oznacza, że w jej łonie rośnie człowiek z silną skłonnością do agresji, bezwzględny wojownik, może nawet ktoś ze skłonnością do psychopatii. Wiele wskazuje na to, że liczba niemowląt wymagających stałego podtrzymywania ich zdolności do życia będzie wzrastać w miarę postępującej katastrofy ekologicznej, a także pod wpływem stresu kobiet pozbawionych w ciąży dostępu do badań prenatalnych.

Badania prenatalne przyczyniają się do uratowania wielu dzieci, które można leczyć już w łonie matki. Ta szansa zostanie wraz z nowym prawem odebrana?
Można się tego obawiać. Współczesna medycyna rozwinęła trafną diagnostykę genetyczną oraz technikę operacji endoskopowych usuwających często bardzo niebezpieczne wady płodu jeszcze w łonie matki. Jeśli ustawodawstwo dotyczące prokreacyjnych praw kobiet będzie nadal te prawa ograniczać, to korzystanie z tych zdobyczy i dalszy rozwój tej dziedziny wiedzy i praktyki zostanie zahamowany. Lekarze, straszeni karami więzienia, mogą odmawiać badań albo ukrywać prawdziwą diagnozę, by spełnić marzenia religijnych fundamentalistów i zmusić kobiety do rodzenia, niezależnie od kondycji płodu. Nie zapominajmy o jeszcze jednej – potwierdzonej przez statystyki – konsekwencji, czyli o tym, że niewielu ojców jest w stanie sprostać tak wymagającemu rodzicielstwu i odchodzi, zostawiając matki same z ciężko uszkodzonymi dziećmi. Nie trzeba być prorokiem, by spodziewać się w przyszłości znacznie większej liczby rozwodów, rozkwitu podziemia aborcyjnego i diagnostycznego, wielu samobójstw przerażonych i przeciążonych matek, a także wielu rozpaczliwych prób pozbycia się najciężej uszkodzonych, żyjących wyłącznie dzięki uporczywej terapii dzieci. Ta ustawa to zaiste pomysł z piekła rodem, podjęty w dogmatycznym zapale, a w praktyce obracający wniwecz być może nawet szlachetne intencje pomysłodawców i ustawodawców.

Dlaczego nie zmusza się mężczyzn do heroizmu, tylko kobiety?
No właśnie. Dlatego aby naprawić tę jawną dyskryminację mężczyzn, chcę zaproponować naszym prawodawcom ustawę zobowiązującą ojców dzieci urodzonych z ciężkimi niepełnosprawnościami do czynnej, osobistej opieki nad swoim potomstwem aż do ich naturalnej śmierci. Pod sankcją kary w postaci wieloletniej, przymusowej pracy w zakładzie opiekuńczym dla takich dzieci. Myślę, że to uzmysłowiłoby zdominowanym przez mężczyzn instytucjom stanowiącym antykobiece prawo – przebrane za troskę o zbawienie narodu – rozmiary ich hipokryzji i okrucieństwa wobec kobiet.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jednak bądźmy sprawiedliwi – młodzi ojcowie coraz częściej wspierają matki swoich dzieci. Wspólne porody to nowe pokoleniowe zjawisko, według mnie absolutnie pozytywne dla wszystkich stron. A według ciebie?
Za towarzyszenie przy porodzie i opiekę nad zdrowym dzieckiem mężczyzn nie wypada chwalić. Schody zaczynają się, gdy dziecko urodzi się z poważną wadą. Co do asystowania przy porodach, to oczywiście płynie z tego wiele korzyści. Nie znam jednak badań, które odpowiedziałyby na pytanie, czy wszystkie rodzące naprawdę cieszy to, że ich partnerzy patrzą na ich porodową mękę i fizjologię z tym związaną. Poza tym nie wiemy, jakie pożytki ze swojego uczestnictwa w porodzie widzą mężczyźni.

Badania z 2007 roku przeprowadzone na Wydziale Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pokazują, że ponad 91 proc. mężczyzn uczestniczących w porodzie zdecydowałoby się na to ponownie. Kobiety potrzebują ich wsparcia: trzymania za rękę, rozmów. Moje pokolenie nie mogło na to liczyć.
To naprawdę dobra wiadomość. Ale docierają do mnie także głosy, choćby z grona moich pacjentek, które urodziły w obecności partnerów, że to nie do końca było dla nich komfortowe. Głównie z powodów estetycznych. Bo „jak ja wtedy wyglądam z tym rozwartym i nadciętym kroczem! Jak krzyczę! Ile jest w tym potu, krwi, łez”. Na takie przeżycie trzeba być gotowym i nie decydować się na nie tylko dlatego, że wielu innych tak robi. Nawet w bliskich natury, pierwotnych społecznościach mężczyźni nie byli dopuszczani bezpośrednio do porodu. Bodajże w afrykańskich szczepach ojciec towarzyszył w porodzie, leżąc za przepierzeniem i w pozycji rodzącej kobiety. Razem z nią doświadczał jej bólu, krzycząc i jęcząc głośniej od niej.

Taki trochę teatr?
Żaden teatr! To nie było małpowanie, tylko wyraz głębokiej empatycznej więzi, inaczej współodczuwania. W ten sposób brał na siebie część jej bólu. Nie widział jednak tego, co się działo po drugiej stronie przepierzenia zarezerwowanej tylko dla kobiet. Wiele wskazuje na to, że współczesny udział mężczyzn w narodzinach dziecka to coś zupełnie nowego.

I korzystnego. Znajomi mężczyźni mówią o pięknym doświadczeniu. Z moich rozmów z młodymi ojcami wynika, że wspólny poród to dla nich powód do dumy, człowiecze doświadczenie. W cytowanych badaniach 78 proc. mężczyzn deklaruje, że ich relacje z partnerkami się nie zmieniły, a 11 proc. – że się pogłębiły. Widzę, że ty masz wątpliwości.
Spotkałem się zaledwie z kilkoma męskimi negatywnymi relacjami i opiniami na ten temat. To ci, którzy odrywają się na chwilę od katorżniczej, korporacyjnej pracy i biegną na poród zupełnie nieprzygotowani. Także w aspekcie siły więzi ze swoją partnerką. Bo towarzyszenie kobiecie w porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży, pełna troski, wsparcia dla ciężarnej i okraszona rytuałami, na przykład dotykaniem brzucha, obserwowaniem ruchów dziecka czy zwracaniem się do niego. Niestety, nie wszyscy mężczyźni to potrafią. Jeśli towarzyszenie w porodzie jest dla obu stron doświadczeniem pozytywnym, to jest to niewątpliwie zaliczony przez nich sprawdzian siły związku.

Może warto zaapelować do ojców, żeby o tę więź zawalczyli?
Oczywiście. Doradzam więc ojcom, żeby przełamali opory przed wspólnym porodem, jeśli takie mają, ale przede wszystkim żeby się do niego solidnie przygotowali, nie tracąc z oczu tego wszystkiego, co może stanowić o bezpieczeństwie i dobrym stanie emocjonalnym przyszłej matki. No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że do tanga trzeba dwojga i nie można nikogo zmuszać do tego trudnego wspólnego tańca.

Podobno u ojca uczestniczącego w porodzie wzrasta – tak jak u matki – poziom oksytocyny, sprzyjający budowaniu więzi z dzieckiem.
Niewątpliwie jest taka szansa. Ale uważajmy, by znów nie zgrzeszyć idealizowaniem. Tak jak w poprzedniej rozmowie protestowaliśmy przeciw lukrowaniu macierzyństwa, tak tutaj nie możemy lukrować ojcostwa i budzić powszechnej, nieuzasadnionej nadziei, że każdy ojciec obecny przy porodzie uszczęśliwi swoją partnerkę, zacieśni z nią więź i z automatu pokocha swojego potomka. Może być różnie. Szczególnie ojciec, na którego z jakichś powodów spada cały ciężar wychowania i opieki nad małym dzieckiem, ma prawo mieć trudne momenty i wcale nie przeżywać swojego ojcostwa jako niekończącego się radosnego święta.

Są głosy, że dzięki uczestnictwu mężczyzn w porodach i opiece ojców nad niemowlętami będzie w świecie mniej agresji, przemocy, wojen. Wszystko za sprawą tej oksytocyny. Co o tym myślisz?
Podpisuję się pod tą nadzieją. Oby taka zmiana nastąpiła. Myślę nawet, że w pewnej mierze już może się tak dziać. Bo moje doświadczenie pokazało mi wielość harmonijnie współdziałających czynników prowadzących do narodzin nowego życia, a także ogrom bólu i wysiłku z tym związanego. To uczy szacunku do życia, do ludzkiego ciała i do cudu narodzin. Skoro więc mężczyźni masowo garną się do tego szczególnego doświadczenia, to można mieć nadzieję, że nie będzie im łatwo pozbawić kogoś życia. Ale to pewnie płonne nadzieje, zważywszy na to, że już dzisiaj wojny są prowadzone za pomocą joysticka, drona czy innego robota siejącego spustoszenie czasami kilka tysięcy kilometrów od tego, kto przyciska spust.

Narodziny dziecka oznaczają dla rodziców totalną zmianę. Jesper Juul, duński terapeuta, postulował nawet, żeby na miesiąc przed porodem usiedli i powiedzieli sobie: „Żegnaj, stare życie!”. Bo tylko wtedy, gdy pożegnają stare, mogą powitać to nowe. Odtąd życie tych dwojga będzie kompletnie inne. Nie tylko dlatego, że przybywa im obowiązków, ale także z tego powodu, że stają się rodzicami. To ważne, żeby uświadomić sobie tę zmianę?
Jak najbardziej. Na rodzicach spoczywa ogromna odpowiedzialność, najpierw za przetrwanie dziecka, potem za proces jego wychowania. A także za siebie nawzajem, za swój związek i za każdego z osobna.

Wróćmy do porodów: warto przywrócić do łask te domowe?
Popieram. Niestety, w cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. Jeżeli oczywiście nie ma ku temu medycznych przeciwwskazań. Jednak w świetle wspomnianych wcześniej nieludzkich, antykobiecych ustaw perspektywa porodów domowych jeszcze bardziej się oddala. Bo przecież kobiety będą coraz bardziej bały się rodzić w domach.

Już teraz głównie rodzą w szpitalach.
To prawda, choć po akcji „Rodzić po ludzku” rozwinęły się bardzo szkolenia akuszerek i położnych. Chodziło o to, żeby zmniejszyć psychiczne traumy okołoporodowe, do których dochodzi często w szpitalach. Rodzące wprawdzie coraz częściej mogą liczyć na przyjazne szpitalne warunki, ale kłopot w tym, że to raczej kosztowna opcja tylko dla bogatych. W konsekwencji większość matek nadal rodzi na zbiorowych salach za przepierzeniami. W dodatku w ślad za antykobiecymi ustawami z pewnością nasili się presja religijnych fundamentalistów na zakaz antykoncepcji, znieczulenia, cesarskiego cięcia, in vitro. Z jednej strony widzimy więc nasilającą się medykalizację ciąży i narodzin, a z drugiej – wprowadzanie zasady, że wszelkie ułatwienia dla rodzących, mające zmniejszać ich cierpienie, są niezgodne z naturą i wolą bożą. To jest groźna antykobieca ideologia, a nie medycyna. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kobiety jako nieocenione dawczynie życia powinny mieć całkowite prawo wyboru dotyczące tego, czy, gdzie, jak i z kim chcą rodzić.

Jest nadzieja, że trwająca kobieca rewolucja sprawi, iż sprawy zaczną się toczyć w korzystnym dla kobiet kierunku.
Niech tak się stanie! Stójmy murem za kobietami. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Zdrowie

Prekoncepcja, czyli jak zwiększyć szanse na zajście w ciążę

Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Prekoncepcja to wspomaganie płodność, ale też dbanie o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży. (Fot. Adobe Stock/ materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)
Przyszli rodzice mają ogromny wpływ na poczęcie oraz prawidłowy przebieg ciąży. Co robić, aby zwiększyć szanse na zapłodnienie? Odpowiedź brzmi: stosować prekoncepcję. Nawet jeśli ciąża to jeszcze odległe plany, pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. O metodach sprzyjających kobiecej oraz męskiej płodności opowiada ginekolog, lek. Anna Horbaczewska z krakowskiego Centrum Medycznego Superior.

Mądre rodzicielstwo coraz częściej zaczyna się jeszcze przed poczęciem. Mamy obecnie do czynienia ze zdecydowanym wzrostem świadomości wśród par starających się o dziecko – mówi lek. Anna Horbaczewska. Coraz częściej metodycznie i według planu podchodzi się także do prekoncepcji polegającej na jak najlepszym przygotowaniu do poczęcia. W ten sposób wspomagamy nie tylko płodność, ale też dbamy o zdrowie i prawidłowy rozwój przyszłej ciąży – tłumaczy ekspertka.

Czas upływa nie tylko kobietom

Czynników wpływających na zdolności prokreacyjne jest bardzo wiele. Na niektóre, jak choćby jakość powietrza czy przebyte infekcje, niestety nie ma się wpływu. Wiadomo też, że fundamentalne znaczenie dla płodności ma wiek przyszłych rodziców. Warto przy tym podkreślić, że optymalny okres rozrodczy dotyczy nie tylko kobiet, ale również mężczyzn.

Zegar biologiczny tyka także dla panów – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Powszechnie wiadomo, że najlepszą płodnością cieszą się kobiety przed 30-tym rokiem życia. Rzadziej mówi się jednak o tym, że pewne ograniczenia w tym zakresie wiek narzuca również mężczyznom. W ich przypadku czas optymalnej płodności występuje do 35-tego roku życia. Potem, wraz z upływem lat, maleje liczba plemników o prawidłowej budowie, zmniejsza się ich koncentracja w nasieniu i częściej dochodzi w nich do fragmentacji DNA. To z kolei obniża szansę na ciążę, ale też zwiększa ryzyko poważnych chorób u dzieci, takich jak: schizofrenia, autyzm czy choroba dwubiegunowa – tłumaczy lekarka Centrum Medycznego Superior.

Na co mamy wpływ?

Co więc kobieta i mężczyzna mogą zrobić sami, by wspomóc matkę naturę i lepiej przygotować się do poczęcia? Sposobów na wspomaganie płodności jest wiele. Właściwa dieta, styl życia, prawidłowa waga i odpowiednie nawyki wydatnie zwiększają szanse. Najlepiej, gdy idą ze sobą w parze. I to u obojga przyszłych rodziców. Na czym zatem polega prekoncepcja i co dokładnie możemy zrobić, by spotęgować swoje możliwości prokreacyjne?

Właściwa dieta to podstawa

Zgodnie z badaniami, istotny wpływ zarówno na męską, jak i kobiecą płodność, ma prawidłowa dieta. Panom chcącym poprawić swoje możliwości w tym zakresie, zaleca się przede wszystkim, aby podstawą ich diety były węglowodany. Ograniczyć należy z kolei produkty bogatobiałkowe, a także związki mogące naśladować działanie fitoestrogenów, obecne np. w soi. Warto też włączyć do diety orzechy i błonnik, a także zadbać o odpowiedni poziom mikroelementów, witamin E, C i D oraz koenzymu Q10. Działają one korzystnie na metabolizm, a przez to na gospodarkę hormonalną. Chodzi przede wszystkim o związki cechujące się właściwościami antyoksydacyjnymi. Niwelują one wolne rodniki, co przekłada się na poprawę jakości nasienia, zmniejszając ilość uszkodzeń DNA plemnika. Należą do nich np. obecny w pomidorach likopen, a także selen, który możemy znaleźć w łososiu i tuńczyku oraz cynk, który z kolei występuje m.in. w kakao, wątrobie, jajkach, pestkach dyni czy słonecznika. Można też rozważyć suplementacje N-Acetylocysteiną. To aminokwas, który daje bardzo dobre wyniki,  jeśli chodzi o jakość nasienia – mówi lek. Anna Horbaczewska.

Co do pań, w ich przypadku również wykazana jest korzyść ze stosowania diety bogatej w węglowodany. Jeśli spożywamy duże ilości białka, to powinny być one pochodzenia roślinnego, białek odzwierzęcych starajmy się unikać. Ważna jest też podaż nienasyconych kwasów tłuszczowych, czyli pochodzących z roślin. Jeśli chodzi o nabiał, to zaleca się taki o wysokiej zawartości tłuszczu. Z kolei z diety wykluczamy produkty o wysokim indeksie glikemicznym – mówi krakowska ginekolog. I dodaje: dodatkowo warto też ustalić, czy nie ma konieczności suplementacji multiwitaminowej oraz preparatami o zawartości żelaza. Wyrównanie tych niedoborów również korzystnie wpływa na aspekt płodności.

Właściwa masa ciała

W parze z płodnością nie idą zaburzenia wagi. Mowa tu zarówno o nadwadze, jak i niedowadze. Idealne BMI powinno mieścić się w przedziale 20-25. W przypadku wyższego BMI u panów może dochodzić do zaburzenia gospodarki hormonalnej przez zwiększoną konwersję hormonów w tkance tłuszczowej i wyższy poziom pojawiających się w związku z tym estrogenów. U pań otyłość może zaburzać proces owulacji, a z kolei zbyt niska masa ciała może tę owulację hamować całkowicie.

Aktywność fizyczna – byle nienadmierna

Regularna aktywność sprzyja naszej płodności. Co jednak niezwykle ważne, to by była ona umiarkowana tak pod względem intensywności, jak i częstotliwości. Zawodowe uprawianie sportu najpewniej tymczasowo obniży lub odbierze nam płodność. Trenujące zawodowo kobiety, często mają bezowulacyjne cykle, co uniemożliwia im zajście w ciążę. Istnieje takie zjawisko jak triada sportsmanek – mówi specjalistka Centrum Medycznego Superior.  Polega ono współistnieniu u zawodowych sportsmenek trzech zjawisk: zaburzenia odżywiania, braku miesiączki (wiążącego się z brakiem owulacji) oraz zaburzeń mineralizacji kości. W przypadku mężczyzn jest podobnie. Podczas badania zawodowych wioślarzy zauważono, że paradoksalnie mieli oni obniżony poziom testosteronu w porównaniu z mężczyznami, których cechowała umiarkowana aktywność fizyczna – tłumaczy lek. Anna Horbaczewska. Warto zatem, aby podejmowaną aktywność fizyczną ograniczyć do 4 godzin ćwiczeń o nienadmiernej intensywności tygodniowo – dodaje krakowska ginekolog.

Odpoczynek i przeciwdziałanie stresowi

U par starających się o potomstwo nie do przecenienia jest też rola odpoczynku i relaksu. Przewlekły stres powoduje podwyższenie poziomu kortyzolu we krwi, co zaburza pracę na osi podwzgórze-przysadka-jajnik, upośledzając tym samym płodność kobiet. Podobny skutek wywołuje u mężczyzn, u których dochodzi wówczas do pogorszenia parametrów nasienia. To zjawisko doskonale widać na przykładzie pacjentów leczących się z powodu niepłodności, kiedy to obciążenie psychiczne często powoduje systematyczne pogarszanie jakości nasienia.

Paradoksalnie, im większe napięcie psychiczne związane z chęcią zajścia w ciążę, tym bardziej spadają szanse na powodzenie – mówi ginekolog z krakowskiego Centrum Medycznego Superior. Mając to na uwadze, warto zatem zadbać o regularny odpoczynek, a także zapewnić sobie „odskocznię” od codziennych stresów.

Regularne współżycie

Okazuje się, że regularne współżycie sprzyja płodności także w sposób długofalowy. Jak mówi lek. Anna Horbaczewska: żeby zapewnić odpowiednią jakość plemników, zaleca się, aby do stosunku dochodziło najlepiej 3-4 razy w tygodniu. Współżycie powinno się prowadzić przez cały okres cyklu, przy czym para nie powinna skupiać się na tym, kiedy wypadają dni płodne, bo może to powodować napięcie i stres związany  z nadmiarem oczekiwaniem – tłumaczy specjalistka.

Odpowiednia temperatura i… bielizna

Infekcje i choroby podnoszące temperaturę, mogą powodować przejściowe problemy z płodnością. Dzieje się tak m.in. dlatego, że do prawidłowej produkcji plemników potrzebna jest odpowiednia temperatura. Optymalna to ta niższa od temperatury naszego ciała. Dlatego też panowie powinni unikać przegrzewania jąder – regularne korzystanie z sauny czy jacuzzi, a nawet nawyk trzymania laptopa na kolanach niekiedy powodują obniżone parametry nasienia – tłumaczy lekarka. Równie niekorzystny wpływ na jakość nasienia może mieć też noszenie zbyt obcisłej bielizny.

Złe nawyki. Czego należy unikać?

Mimo, że marihuana to w większości krajów środek nielegalny, to jednak jest on w przestrzeni społecznej obecny. Tymczasem, jak pokazują badania, palenie marihuany może mieć negatywny wpływ na potencję. U panów obniża poziom testosteronu, co zmniejsza ilość i ruchliwość plemników – mówi lek. Anna Horbaczewska. Z kolei u pań może rzutować na gospodarkę hormonalną, obniżając poziom hormonu luteinizującego. To z kolei prowadzi do rozregulowania cyklu. Marihuana może także  zaburzać  ruchomość rzęsek w jajowodzie, odpowiadających za transport komórki jajowej po owulacji, żeby mogło dojść do zapłodnienia – tłumaczy ginekolog.

Inną używką, której spożycie warto ograniczyć, jest kofeina. Tyczy się to zwłaszcza regularnego spożywania napojów energetyzujących, które mogą obniżać koncentrację i całkowitą ilość plemników w nasieniu.

Jednym z czynników najsilniej pogarszających jakość nasienia jest dym nikotynowy. Unikajmy nie tylko palenia papierosów, ale i ekspozycji na dym. Do produkcji plemników potrzebne jest duże stężenia tlenu, a papierosy z uwagi na substancje smoliste, mogą powodować dużą ilość uszkodzeń w DNA plemnika – wyjaśnia lek. Anna Horbaczewska. Lekarka dodaje również, że innym środkiem, który niekoniecznie współpracuje z naszą potencją, są lubrykanty. Jak wynika z badań, niektóre z nich powodują zmniejszenie ruchliwości plemników.

Im wcześniej, tym lepiej

Im wcześniej zaczniemy kreować właściwe warunki prokreacyjne, tym lepiej – podsumowuje ginekolog Centrum Medycznego Superior. Nawet, jeśli ciąża pozostaje jeszcze odległym planem, to pewne nawyki i działania warto wdrożyć odpowiednio wcześniej. Każdej parze w wieku prokreacyjnym, która nie ma jeszcze planów, ale nie wyklucza w przyszłości chęci posiadania potomstwa, polecam wdrożenie prekoncepcji do swojej codziennej rutyny. Poza tym, że wspiera naszą potencję, to również daje długoletnie korzyści dla zdrowia.

Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior) Lek. Anna Horbaczewska, absolwentka Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum w Krakowie, aktualnie w trakcie studiów doktoranckich. Jej zainteresowania oraz praca zawodowa skupiają się głównie wokół diagnostyki i leczenia niepłodności oraz diagnostyki ultrasonograficznej. Pracuje w Centrum Medycznym Superior - krakowskiej klinice dysponującą nowoczesnym sprzętem z działu ginekologii i położnictwa.  (Fot. materiały prasowe Centrum Medycznym Superior)

  1. Psychologia

Jesteśmy gotowi na dziecko - planowanie ciąży, przygotowanie do rodzicielstwa

Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. (Fot. iStock)
Lukrowanie rodzicielstwa sprawia, że każdy potem czuje się zobowiązany, żeby przekazywać taką wizję dalej. A ona jest nieprawdziwa. Wychowanie to ciężka robota, do której trzeba się dobrze przygotować – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi skrupulatnie planują dzisiaj, kiedy zostać rodzicami. To chyba dobrze, prawda?
Na szczęście ponad 30 proc. dzieci rodzi się w sposób niekontrolowany i nieplanowany. Gdybyśmy zdali się tylko na planowanie, to prawdopodobnie przyrost naturalny na świecie by ustał, co byłoby w gruncie rzeczy niezłym pomysłem, zważywszy na przeludnienie, z którym chyba zaczynamy się zmagać. Można więc powiedzieć, że 30 proc. ludzi nie podejmuje żadnych decyzji, one są podejmowane za nich. Ale od tego, w jaki sposób zaskoczeni rodzice ustosunkują się do tego faktu, będzie zależała przyszłość dziecka.

Planowanie dziecka, nawet za cenę odwlekania decyzji, jest moim zdaniem lepsze niż podejmowanie jej pod presją: bo kobiecie bije zegar biologiczny, bo rodzina pyta, kiedy wreszcie, bo znajomi już mają, bo a nuż dziecko uratuje rozpadający się związek… Ważne, żeby przyszli rodzice byli przygotowani do tego, co ich czeka. Kiedy tak naprawdę to nastąpi?
Kiedy zaczniemy uczyć w szkołach psychologii relacji i psychologii klinicznej. Bo bez tego młodzi będą w 90 proc. przypadków powielać wzorce wychowania, w jakich wzrastali – albo wprost, albo à rebours, czyli przez zaprzeczenie.

Ale psychologii w szkole nie ma. Może przyszli rodzice powinni czytać książki psychologiczne?
Książki to już coś. Jeśli potencjalni rodzice chcą dobrze przygotować się do wychowania dzieci, to niech przynajmniej poznają różne koncepcje psychologiczne na ten temat, jak one się ścierały, do czego doprowadzały, niech poczytają o tym, jak można budować relacje z dziećmi, o prawidłowościach rozwojowych dziecka itd. Najlepiej by było, gdyby jeszcze przed decyzją o dziecku nie tylko naczytać się na te tematy, ale też przejść jakąś formę psychoterapii, a przynajmniej kilka treningów i warsztatów rozwojowych, by mieć okazję odbić się w umysłach innych i dowiedzieć się czegoś o swoich uwarunkowaniach.

Młodzi, przygotowując się do rodzicielstwa, perfekcyjnie wykorzystują dzisiaj technikę: kamery, czujniki, elektroniczne nianie. Co o tym myślisz?
To pokazuje, jak wielki jest lęk współczesnych rodziców i brak zaufania do możliwości własnych i dziecka, a także do losu, i jak bardzo próbują zredukować te lęki za pomocą obsesyjnej kontroli. A rzeczywistości nigdy do końca nie da się skontrolować. Trzeba iść w drugą stronę i uczyć się ufać sobie, innym ludziom i życiu, zamiast instalować coraz więcej czujników i kamer.

Ale świat bezpieczny nie jest, więc nic dziwnego, że rodzice myślą o bezpieczeństwie dzieci.
Jeśli wychowaliśmy się w rodzinie, w której dominowała kontrola, to z automatu tę niefortunną tradycję przeniesiemy na relacje ze wszystkimi w swojej nowej rodzinie. Albo pójdziemy w drugą skrajność i kontrolę całkowicie odpuścimy. Czas się zreflektować i zrozumieć, że obsesja bezpieczeństwa, która jest marketingowo nakręcana, zwłaszcza teraz, w czasie pandemii, nie zapewnia nam prawdziwego bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, zwiększy nasz niepokój i napięcie. Łatwo sobie wyobrazić, w jaki sposób zostanie ukształtowana psychika dziecka rodziców ogarniętych obsesją kontroli.

Ono też będzie pełne napięcia i lęku. Może więc zanim zostaniemy rodzicami, warto przypomnieć sobie swoje dzieciństwo i siebie jako dziecko?
To niezbędna refleksja przygotowująca nas do rodzicielstwa: Przypomnij sobie swoje dzieciństwo, siebie jako dziecko. Co cię bolało, drażniło, szkodziło ci, a co cieszyło, co było dla ciebie ciekawe i korzystne. To pomaga nam zrozumieć, jakiej tradycji formatowania byliśmy poddani, a potem pomoże podjąć świadomą decyzję co do sposobu wychowywania własnych dzieci. Pamiętajmy, że rodzice są po to, żeby dziecko jak najprędzej stało się osobą od nich niezależną.

I samodzielną...
Czyli wolną i ufającą sobie. Ja taką wolność i zaufanie dostawałem bardzo wcześnie od matki. A było to tym bardziej cenne, że matka, by mi to okazać, musiała panować nad swoim niepokojem. Mając 12 lat, w czasie wakacji nad morzem, z grupą starszych kolegów codziennie płynęliśmy na drugi brzeg dużej zatoki, a matka wydawała się przyjmować te ryzykowne wyczyny z całkowitym spokojem. Ale pewnego dnia już po wypłynięciu okazało się, że woda jest za zimna, więc szybko dopłynęliśmy do brzegu niedaleko miejsca startu i zobaczyłem wtedy matkę brodzącą przy brzegu i z niepokojem wypatrującą nas w głębi zatoki. Gdy mnie spostrzegła, chcąc ukryć zmieszanie, zwróciła się do całej naszej grupy: „O, już jesteście? A ja właśnie weszłam do wody trochę zamoczyć nogi”. „Jaka dzielna i fajna ta mama” – pomyślałem. Dodam, że mama kilka lat wcześniej oczywiście zadbała o to, żeby nauczyć mnie dobrze pływać.

Na tym powinno polegać przygotowanie do roli rodzica, żeby uporać się ze swoimi lękami?
Strach o dziecko to coś normalnego. Ale nadmierne, nieadekwatne lęki są dla niego bardzo obciążające. Kiedy słyszę na przykład, że malec, który uczy się chodzić, powinien mieć ochraniacze na kolanach i kask, to z żalem myślę, że rodzice, którzy dadzą się na to namówić, bardzo skrzywdzą swoje dzieci. Bo ból jest wielkim nauczycielem życia, a to prawdziwe nie obędzie się bez bólu. Dziecko też musi poczuć ból, aby nauczyć się go w miarę możliwości unikać, a także korzystać z jego podpowiedzi i ostrzeżeń. Ostatnio byłem w Islandii. Przekonałem się jeszcze raz, że narody Północy mądrzej niż inne wychowują swoje nowe pokolenia.

Surowiej?
Z naszego punktu widzenia surowiej, ale w istocie mądrze, adekwatnie i współczująco, bo przygotowują organizmy i umysły dzieci na trudne sytuacje. W Rejkiawiku obserwowałem taką scenę: młodzi ludzie z dwójką małych dzieci idą deptakiem. Młodszy chłopiec, około drugiego roku życia, biegnąc przed nimi, potyka się i wywraca na kamienny chodnik. Leży i płacze, bo ten upadek z pewnością był bolesny. Ale jego rodzice nie pędzą w panice, by go podnieść. Idą dalej spokojnie i z odległości starają się ocenić powagę sytuacji. Widząc, że nic groźnego się nie stało, zatrzymują się przy płaczącym synku i mówią do niego: „Wstawaj, kochanie, przecież wiesz, jak to się robi”. Słysząc to, chłopiec przestaje płakać, po czym wstaje i z satysfakcją uśmiecha się do rodziców. Pomyślałem: „Ile w nich prawdziwego współczucia i spokoju, jak mądrze uczą dziecko radzić sobie samemu z bólem i z upadkiem”. Przeciętny polski rodzic w takiej sytuacji swoim lękiem i lamentem przestraszyłby swoje dziecko, rozkręcił jego płacz, a potem gniewnie zakazał mu biegać. I to, co byłoby dla dziecka krótkotrwałym cierpieniem, stałoby się wielkim problemem, z którym nie ma szans sobie poradzić bez interwencji rodziców.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Wróćmy do ćwiczenia w przypominaniu sobie siebie jako dziecka. Często, niestety, pamiętamy krytykę rodziców. Co z nią zrobić teraz, gdy sami przygotowujemy się do rodzicielstwa?
W okresie dorastania i dorosłości bezkrytycznie kopiujemy negatywny stosunek rodziców do nas z dzieciństwa, a w wewnętrznych dialogach używamy wobec siebie zapożyczonych od rodziców zdań i poniżających zwrotów. Trzeba je zidentyfikować, określić ich pochodzenie, a potem zweryfikować i urealnić w oparciu o wiarygodne i aktualne opinie bliskich nam ludzi. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to niechybnie przekażemy dzieciom negatywny i autoagresywny stosunek do nich samych. Dlatego jeden z najistotniejszych elementów przygotowania do rodzicielstwa zawiera się w zaleceniu: zrozum i pokochaj siebie jako dziecko. Pomaga w tym napisanie listu do siebie z czasów dzieciństwa, złożonego z co najmniej dwóch rozdziałów: pierwszy to „przepraszam”, a drugi „dziękuję”. Ewentualny trzeci to „proszę”.

Przepraszam w imieniu rodziców?
Nie, we własnym. Za to, że siebie z czasów dzieciństwa nie doceniam, że się siebie wstydzę, że pogardliwie myślę o sobie z tamtego okresu życia i obraźliwie się do siebie zwracam.

A dziękuję za co?
Choćby za to, że tamto dziecko mimo wszystko wytrwało, przeżyło, że dzięki niemu nie wylądowałem w psychiatryku albo w więzieniu czy na ulicy i teraz mogę się wysilać, by przezwyciężyć przeszłość i piszę ten list. Przeprosiny i podziękowania skierowane do siebie z czasów dzieciństwa to elementarne przygotowanie do bycia rodzicem. Dla wielu to bardzo trudne zadanie, tym trudniejsze, im trudniej było w dzieciństwie.

Ktoś powiedział, że przygotowanie do rodzicielstwa tak naprawdę polega na znalezieniu odpowiedniego partnera. Zgadzasz się z tym?
To oczywiste. Ale aby znaleźć odpowiedniego partnera, musimy wcześniej rozpoznać dobrze nasze kompleksy i deficyty, zacząć nad nimi pracować i pokochać to dzielne wewnętrzne dziecko w nas. W sumie chodzi o to, żeby zbudować w sobie realistyczną samoocenę. Bo jeśli tego nie uczynimy, to będziemy szukać partnera, który będzie nam służył do kompensowania naszych osobowościowych deficytów i kompleksów, co sprawi, że obie strony nie znajdą powodów, aby brać odpowiedzialność za swoje wady i albo utkną na długo w swoich neurotycznych pozach, albo szybko poczują się wykorzystywane i będą miały siebie dość.

Taki związek nie rokuje także jako rodzicielski?
Słabo rokuje. Bo to nie jest związek oparty na miłości, tylko na transakcji: mam coś, czego ty potrzebujesz, a ty masz coś, czego ja potrzebuję, więc będzie nam lżej iść przez życie.

Myślę, że w ramach przygotowań do rodzicielstwa dobrze jest także zadbać o wspólnotę, pomocną wioskę. Bo teraz nasze życie się zatomizowało, rodzice zdani są na siebie samych. Czy to według ciebie nie ma znaczenia?
Ma bardzo duże znaczenie. Pod warunkiem że wioska jest choć trochę zróżnicowana. Niestety, obecnie rodziny kontaktują się prawie wyłącznie z podobnymi do siebie i uważają, że to, co mają do zaoferowania swoim dzieciom, jest najlepsze na świecie. Nasila się lęk przed konfrontacją z innymi tradycjami wychowawczymi, z innymi postawami rodzicielskimi, z innymi systemami wartości. Dlatego coraz bardziej się izolujemy i zamykamy w homogenicznych środowiskowych bańkach. Warto zdać sobie sprawę z tego, jak ograniczoną wizję świata i jak niewielką zdolność przeżycia w coraz bardziej zróżnicowanym świecie będzie miało dziecko wychowane w takiej bańce.

Przygotowując się do roli rodziców, powinniśmy wiedzieć, że czeka nas niełatwe zadanie? Bo na ogół ten okres życia obficie się lukruje.
Lukrowanie i idealizowanie rodzicielstwa ma niedobre skutki. Zdecydowana większość rodziców nie jest w stanie zrealizować tak bardzo wyidealizowanej wizji. Żyją więc z nieadekwatnym poczuciem winy i przynależności do patologicznego marginesu. A potem, aby zapewnić sobie przynależność do stada pseudozachwyconych, przekazują taką wizję swoim dzieciom. Tak więc powiedzmy sobie tutaj szczerze: rodzicielstwo to co najmniej 20 lat ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, przeplatanej oczywiście bezcennymi, dłuższymi lub krótszymi chwilami szczęścia i satysfakcji. Ale pracy.

Jak przygotować się do tego, że będzie ciężko?
Przygotowanie do rodzicielstwa powinniśmy zacząć już na etapie wychowywania młodego człowieka. Trzeba uczyć przyszłych rodziców, czyli już dzieci, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, z niedostatkiem, zimnem, bólem, zagrożeniem, wysiłkiem itd. Bo to ich w przyszłości czeka.

Większość rodziców zapomina, że oni i dziecko to naczynia połączone. Że nie można inwestować tylko w pociechę, trzeba też zadbać o siebie.
Po raz kolejny kłania się instrukcja z samolotu: najpierw załóż maskę sobie, a potem dziecku. Najpierw samemu trzeba uznać za prawdziwą, zweryfikowaną wartość to, czego chcemy nauczyć dziecko. Zadać sobie pytanie, jakim człowiekiem chciałbym, żeby moje dziecko się stało, na czym mi zależy, jakie cechy charakteru chcę pomóc mu wykształcić. Spiszmy na kartce 10–12 takich cech. Tam na pewno znajdą się takie, jak: kochający, dobry, odważny, kreatywny, pracowity, wytrwały, mądry, dojrzały. Przyjrzyjmy się tym cechom i zastanówmy, jakie oddziaływania, doświadczenia są dziecku potrzebne, żeby takie cechy mogło wykształcić. Potem zadajmy sobie trudne pytanie: Czy na pewno sami reprezentujemy te cechy w wystarczającym stopniu? Jeśli nie, to najpierw musimy zająć się sobą. I, po pierwsze, nie zarażać dziecka tym, co w nas szkodliwe albo deficytowe (np. nadmiernym lękiem, agresją, zazdrością, chciwością). A po drugie, popracować nad tym, co chcemy przekazać dziecku. Inaczej będziemy niewiarygodni.

Na ogół rodzice chcą dla swoich dzieci tego, czego oni nie mają. To niewykonalne? Niewykonalne. Rodzice myślą, że są w stanie coś przekazać, zupełnie nie pracując nad sobą, że wystarczy tylko chcieć i wypowiadać dużo pustych słów i zdań, karać, nagradzać i zakazywać. Niestety, prawda jest taka, że aby dziecko nauczyć tego, co mu naprawdę w życiu się przyda, nie obejdzie się bez rodzicielskiej pokory i solidnej pracy nad sobą. Dzieci czerpią z żywych przykładów, jakimi są ważni dla nich ludzie, a szczególnie ci, którzy powołali je na świat.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).