Dziecko a rozwód: Jestem kawałkiem mamy i taty

Dziecko a rozwód: Jestem kawałkiem mamy i taty
fot.123rf

Na jednym ze spotkań dziecko zapytało mnie, czyją jest własnością: państwa czy rodziny? To pytanie zakłada, że dziecko zawsze jest czyjąś własnością. Tak postawiona relacja nie powinna być opisana w kodeksie rodzinnym, tylko handlowym! Znamienne, że dzieci też posługują się tym terminem, bo czują się jak własność – mówi Marek Michalak, rzecznik praw dziecka.
W czerwcu (2014 r. – przyp. red.) zakończyła się kampania rzecznika praw dziecka „Jestem mamy i taty”, która zwraca uwagę na krzywdzenie dzieci podczas spraw rozwodowych. Łudzi się pan, że taka kampania wpłynie na ludzi, którzy się nienawidzą, a dziecko traktują jak swoją własność?

Do tych, którzy już zapiekli się we wzajemnej nienawiści, pewnie nie dotrzemy, ale mam nadzieję, że ci, którzy są przed złożeniem pozwu rozwodowego, zwrócą uwagę na podmiotowość i potrzeby dziecka. W 2013 roku na prawie 50 tys. interwencji do Biura Rzecznika Praw Dziecka połowa dotyczyła uwikłania dziecka w sytuacje związane z rozwodem. W 2008 było ich 10 tys., a więc wzrost jest ogromny. Kampania ma przekonać, że należy ze sobą i z dziećmi rozmawiać. Co roku spotykam się z 50–60 tysiącami dzieci i zawsze pytam je, jakie prawo dziecka jest dla nich najważniejsze. Niemal wszystkie wybierają prawo do wyrażania własnego zdania. Ważne, żeby dorośli, podejmując decyzję o rozwodzie, którą, oczywiście, mają prawo podjąć, nie obarczali nią dzieci, które nie mają na nią najmniejszego wpływu, a ponoszą jej największe konsekwencje. Nie zlikwidujemy wszystkich zachowań patologicznych, ale wierzę, że ludzie z zasady są dobrzy, tylko ich dobre uczucia są często zahamowane. Kluczem do sukcesu jest edukacja, zrozumienie, że swoim zachowaniem krzywdzi się dziecko, które przecież się kocha – bo większość rodziców kocha.

To dlaczego tak krzywdzą dzieci podczas rozwodów?

To podobnie jak z biciem. Rodzicowi, który bije dziecko, na ogół nie sprawia to przyjemności, cierpi. Ale tak został wychowany, często jego w dzieciństwie też traktowano przedmiotowo. Na jednym ze spotkań dziecko zapytało mnie, czyją jest własnością: państwa czy rodziny?

I co mu pan odpowiedział?

ZAMÓW

E-WYDANIE

Niczyją. Jest indywidualnością. To nie jakiś przyszły obywatel, gdy dorośnie, tylko dzisiejszy obywatel RP. To pytanie zakłada, że dziecko zawsze jest czyjąś własnością. Tak postawiona relacja nie powinna być opisana w kodeksie rodzinnym, tylko handlowym! Znamienne, że dzieci też posługują się tym terminem, bo czują się jak własność: są przestawiane z miejsca na miejsce, mają wykonywać polecenia, których sensu często nie rozumieją, gdzieś – jak w poczekalni – spędzać ileś godzin, bo akurat przeszkadzają. Dziecko nie jest przedmiotem, nie można go kupić, sprzedać, wyleasingować. Jest częścią zarówno mamy, jak i taty, ma uczucia ulokowane w obojgu rodzicach, więc nie można go zawłaszczyć. Na spotkaniach z dziećmi mówię, że są takie pytania, na które nigdy nie muszą odpowiadać. Jednym z nich jest pytanie: Kogo kochasz bardziej: mamę czy tatę? To pytanie obrzydliwe, naruszające prywatność dziecka. Ono ma prawo jednakowo kochać oboje rodziców. Przy Rzeczniku Praw Dziecka działa – z mojej inicjatywy – Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego, która pracuje nad zmianami prawa rodzinnego. Zastanawiamy się nad pojęciem władzy rodzicielskiej. Władza wiąże się z uprzedmiotowieniem, z władztwem absolutnym, a trzeba mówić o odpowiedzialności rodzicielskiej, która uznaje dziecko za wartość, a nie przedmiot.

Czy zachowanie rodziców podczas rozwodu nie wynika z polskiego sposobu wychowania? To traktowanie dziecka jak inwestycji, która musi procentować. Tyle włożyliśmy w te zajęcia tenisa i angielskiego i teraz ma je zabrać żona (albo mąż)?

To prawda, ale to też najlepszy sposób, żeby dokuczyć drugiej stronie. Dom, samochód można odrobić, ale dziecko? Tej wartości nie da się powtórzyć. Nawiasem mówiąc, obserwuję, że w większości sytuacji dokuczanie psychiczne jest specjalnością kobiet, niestety. Statystycznie to one częściej otrzymują opiekę nad dziećmi i dozują kontakty byłemu mężowi. W swoich sprawozdaniach dla Sejmu zwracam uwagę na asymetryczne traktowanie przez sąd ojców i matek w postępowaniu rozwodowym. Gdy jedna strona wykorzystuje dziecko, żeby dopiec drugiej, dziecko cierpi podwójnie. Często zgłaszają się do mnie matki i ojcowie i próbują mnie wykorzystać jako prywatną kancelarię adwokacką, która będzie bronić ICH interesów. To „ja” ciągle przewija się w rozmowach. I ciągle spotykam się z pretensjami: rzecznik nie poparł mnie w sądzie. Tymczasem decyzja sądu nie ma być kompromisem uszczęśliwiającym dorosłych, tylko zabezpieczającym dobro dziecka. Ono jest najważniejsze i powinno mieć taką samą możliwość, czas i jakość spotkań z matką i z ojcem.

Znam sprawę, gdy matka ośmioletniej dziewczynki mimo wyroku sądu uniemożliwia jej kontakty z byłym mężem. Dziewczynka mówi, że nienawidzi ojca, nie chce się z nim spotykać.

W takich sytuacjach często obserwujemy tzw. konflikt lojalnościowy. Dzieci świetnie się bawią podczas wizyty u ojca, a gdy wracają do matki, mówią: „Było okropnie nudno, nie było co jeść”, bo wiedzą, co ona chce usłyszeć. Oczekiwanie, że dziecko będzie kłamać, żeby tylko ona miała dobre samopoczucie, to też jest przemoc, podobnie jak awantury i agresja. I jakaż to inwestycja na przyszłość? Przecież dziecko nie będzie szczere także wobec niej – nie przyjdzie do niej z problemami, tylko znajdzie sobie przyjaciela na ulicy czy w Internecie. Niedopuszczalne jest – a kobiety robią to bardzo często – gdy mówiąc o sobie, używa się formy „my”, na przykład: tatuś już nas nie kocha. Mam nadzieję, że kampania zwróci uwagę na to, że dziecko ma uczucia, że odbiera w niszczycielski sposób złe mówienie o drugim rodzicu. Dorośli uważają często, że kiedy się kłócą w drugim pokoju, to dziecko nic nie wie i niczego nie odczuwa. Wszystko wie i odczuwa. Czasami dziecko nie chce się spotykać z drugim rodzicem. To problem, bo na ile jesteśmy w stanie rozpoznać, czy zostało zmanipulowane, czy też na przykład ojciec je krzywdził? 17-letnia dziewczyna powiedziała mi, że pamięta, co ojciec im robił. Chciała opowiedzieć o tym przed sądem, bo wcześniej nikt z nią o tym nie rozmawiał. Skierowałem odpowiedni wniosek do sądu i sąd jej wysłuchał. Gorzej, gdy dziecko ma kilka lat i nie chce lub nie potrafi opowiedzieć, co naprawdę je spotkało.

Czy należy źle mówić o ojcu, nawet jeśli jest zły?

Trzeba być z dzieckiem szczerym, ale nie obciążać go złymi informacjami. Nie opowiadać na przykład o zdradach. Nie robić z dziecka powiernika, bo ono tego nie udźwignie.

Sprawy rozwodowe trwają latami, co skazuje dziecko na długotrwały koszmar.

Co roku zwracam uwagę Sejmu na przewlekłość spraw w sądach rodzinnych. Także na to, że zbyt rzadko lub za późno kierują zwaśnione strony na mediacje. Uważam też, że ich koszt powinien ponosić skarb państwa. Sądy za rzadko uwzględniają opinię dziecka, a to powinno być standardem we wszystkich sprawach dotyczących małoletnich. Należy wprowadzić instytucję adwokata dla dziecka, który byłby im przydzielany z urzędu. Rodzice mogą mieć adwokata, a dziecko nie? To kto ma zadbać o jego interes? Niska jest także skuteczność egzekucji prawa dziecka do kontaktów z obojgiem rodziców. Powód? Takie postępowania są przewlekłe, nie traktuje się ich priorytetowo, a od rodzica, który nie respektuje orzeczenia sądu w sprawie kontaktów, zasądza się niskie kwoty. Jak widać, w sferze legislacji jeszcze wiele mamy do zrobienia.

Czy rzecznik praw dziecka nie powinien mieć większych uprawnień?

W 2008 roku Sejm nadał mu rzeczywiste uprawnienia – procesowe i kontrolne. W przeciwieństwie do rzeczników na świecie może być reprezentantem dziecka w sądzie na prawach prokuratora. To dla sądu dodatkowy głos doradczy. Rzecznik może także o każdej porze dnia i nocy bez zapowiedzi skontrolować każdą instytucję, która zajmuje się sprawami dzieci, a nie czekać tygodniami na wpuszczenie, gdy sińce już znikną… Od 2008 roku funkcjonuje dziecięcy telefon zaufania (800 12 12 12) – część tych rozmów kończy się interwencją, dzwoni wiele dzieci. Oczywiście, rzecznik nie wejdzie do czyjegoś domu, bo to nie jego rola. On kontroluje instytucje, stoi na straży praw dziecka zawartych w Konwencji Praw Dziecka.

Marek Michalak od 2008 roku rzecznik praw dziecka. Laureat wielu polskich i międzynarodowych nagród za działalność społeczną na rzecz dzieci i młodzieży. Odznaczony Orderem Uśmiechu, jest kanclerzem międzynarodowej kapituły tego orderu.

Tekst z numeru 8/2014

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>