Francois Rabelais, Gargantua

Francois Rabelais, "Gargantua"
mat. prasowe

Powiem, że nie spodziewałam się, że Wydawnictwo Format sprawi czytelnikom aż tak wspaniałą niespodziankę.

Francois Rabelais, "Gargantua"
mat. prasowe

Czasy Odrodzenia od zawsze interesowały mnie najbardziej w całej literaturze. Tym większa moja radość, że po raz pierwszy w Polsce słynne i kontrowersyjne arcydzieło francuskiego Odrodzenia ukazuje się w wersji uwspółcześnionej. Na uwagę zasługuje Jan Maria Kłoczkowski, który na podstawie genialnego tłumaczenia Tadeusza Boya-Żeleńskiego, przełożył dany fragment. Zdaję sobie jednak sprawę, że nawet najlepsze tłumaczenie nie jest w stanie oddać całego klimatu odrodzeniowego. Jest to pozycja obowiązkowa dla starszych dzieci, ale przede wszystkim chyba bardziej kierowana do dorosłego czytelnika.

Przedziwne imiona i sytuacje mogą was zaskoczyć, a czasem nawet zniesmaczyć, jednak nie odkładajcie książki na bok i spróbujcie się wczytać w całą historię. A oto ona. Tęgopust w dość późnym już wieku wziął sobie za żonę Gargamelę, którą bardzo kochał, a ona poczęła pięknego chłopca, którego nosiła w swym łonie przez jedenaście miesięcy. Pewnie jesteście ciekawi, czemu przez jedenaście miesięcy? Tak długo bowiem, a nawet dłużej, może kobieta nosić dziecko, zwłaszcza zaś wtedy, gdy jest to arcydzieło lub ktoś, kogo czeka wielka przyszłość. Na początku lutego Gargamela najadła się tłustych flaków i zrobiło się jej bardzo niedobrze. Strasznie bolał ją brzuch, więc jedna z położnych podała jej silny lek, po którym wszystkie mięśnie Gargameli zesztywniały na kamień. Biedne dziecko nie miało jak wyjść, więc przecisnęło się przez przeponę, stamtąd do żyły, by wyskoczyć przez lewe ucho. I tak na świecie pojawił się mały Gargantua.

Młodość upływała mu na piciu, jedzeniu i spaniu. Oprócz tego tarzał się w błocie, zdzierał buty, ziewał aż mu muchy do buzi wskakiwały i uganiał się za motylkami. Sikał w majtki, nos wycierał w rękawy, pluł do zupy i pchał się, gdzie nie trzeba. Uczył się szybko i dobrze, jednak nie potrafił wykorzystać swojej wiedzy, więc Tęgopust postanowił, że wyjedzie do Paryża, by zobaczyć, jak kształci się ówczesna młodzież francuska. I wyruszyli. Muszę Wam powiedzieć, że Gargantua i cała dynastia Tęgopusta nie była taka zwyczajna. Byli oni olbrzymami. Gargantua był niesfornym dzieckiem. Kiedy przechadzał się po Paryżu musiał dla wytchnienia skryć się na wieży katedry Notre Dame. I co mógł zrobić najgorszego? Rozpiął rozporek i zaczął sikać z góry tak obficie, że utopił dwieście sześćdziesiąt tysięcy czterystu osiemnastu ludzi, nie licząc kobiet i dzieci. Jakby tego było mało, Garagantua ukradł dzwony z katedry, które chciał powiesić na swojej klaczy. Oj, jeszcze nie raz przekonacie się, jakim nicponiem jest Gargantua. Będziecie mu towarzyszyć podczas studiów, dowiecie się o tym, jak pewien mnich ocalił obejście klasztorne, o tym, jak Gargantua zjadł sześciu pielgrzymów razem z sałatą i rozbił armię Wielkiego Złośliwca.

A jak zakończy się wielka wojna? Musicie przeczytać. Wizja świata na opak na pewno was zainteresuje. Jednak czym byłaby wspaniała literatura dziecięca bez ilustracji? Tych nie brakuje. Doskonale komponują się z tekstem. Chwilami mroczne i przerażające, ale pod każdym względem doskonałe. Polecam bardzo.

Francois Rabelais, „Gargantua”, ilustracje Ludovic Debeurme, Wydawnictwo Format, wiek 10 +