Jak budować bliskość z córką?

fot. iStock

Kolejne pokolenia matek i córek są niczym system luster. Odbijają się w nich wzory na macierzyństwo. Chłoną też epokę, w której żyją, a ona te wzory modyfikuje. dziś matki chcą świadomie kształtować relację z córkami. Ale czy są w stanie przełamać stare schematy?

 

Matka i córka – najczulsza relacja, która może karmić albo niszczyć. Najeżona pułapkami i meandrująca między poczuciem odpowiedzialności za życie córki a daniem jej poczucia swobody. Między pielęgnowaniem rodzinnych rytuałów a buntem przeciwko temu, co matka odziedziczyła po swojej matce. Najważniejszy w budowaniu relacji z córką okazuje się stosunek matki do samej siebie, uporządkowanie tego, co sama dostała w swoim „bagażu”. – To, co mi pomaga i co przeszkadza w byciu z córką, to moja własna relacja z nieżyjącą już mamą – przyznaje Magda Konstantynowicz, specjalistka od komunikacji i współwłaścicielka kawiarni. Najpierw urodziła Janka, a trzy lata później Manię, dziś prawie dziewięcioletnią. – Bardzo pomogła mi w budowaniu relacji z córką terapia, refleksja nad sobą. Absolutnie nie jestem w tym mistrzynią, ale dzięki temu zrozumiałam, skąd przyszłam, kim jestem jako kobieta i matka córki, co chcę jej dać.

Doświadczenie doznawania opieki we wczesnym okresie życia zazwyczaj dostajemy właśnie od matki, bo to ona nosi nas w ciąży, karmi i to się zapisuje w psychice dziecka – wyjaśnia psychoterapeutka Danuta Golec.
A ponieważ to córka wchodzi potem w rolę matki, dla niej matczyny wzorzec ma większe znaczenie niż dla syna i to ona przekaże go dalej. Jest nie tylko swego rodzaju emocjonalną bazą, ale też modelem tego, jak opiekujemy się same sobą. Staje się tym, co nazywamy „wewnętrzną matką”. Dlatego podczas terapii często zaczynamy pracę od tego, żeby zobaczyć, jaką matką kobieta jest dla samej siebie. Czy jest w niej głos, który wspiera i wybacza, czy też taki, który głównie wymaga i karci.

Nasz stosunek do siebie stanowi test na to, co przekazujemy dalej córkom. I jeśli chcemy zmienić coś w naszym wewnętrznym zapisie, przede wszystkim trzeba popracować nad samooceną.

Temat: baza

Postanowiłam budować relację z córką na szczerości i nieukrywaniu nawet niewygodnych faktów – opowiada Magda.

Druga rzecz, którą wyniosła z przeanalizowania własnego dzieciństwa podczas terapii, to uważność wobec córki. – Chcę pamiętać, co mi się nie podobało w moim dzieciństwie po to, żeby podjąć próbę odbicia się od tego. Najważniejsze, co przez pierwsze trzy lata mogłam jej dać, to wyprzytulanie, wycałowanie, wygłaskanie, wypowiedzenie wszystkich najsłodszych słów do ucha małej dziewczynki. To ma stanowić mocne ukorzenienie. Teraz zależy mi, aby Mańka miała przekonanie, że nieważne, co zrobi, może powiedzieć: „Mamo, jest mi źle, narozrabiałam, przyjedź”. Moją rolą jest bycie materacem, na którym zawsze może bezpiecznie wylądować.

 

Najbardziej cieszą ją chwile szczerości ze strony córki. – Zawsze zaskakują mnie sytuacje, kiedy Mania oddaje mi coś, co chciałam przekazać, ale miałam wrażenie, że niekoniecznie do niej trafiłam. Czasem mówi coś mądrego, dorosłego na temat relacji z innym człowiekiem, np. o wrażliwości, empatii, ale też o równoważności w kontaktach z ludźmi. I okazuje się, że te ważne dla mnie rzeczy ona już ma w sobie.

Nie jestem matką doskonałą, staram się być matką autentyczną – śmieje się Anna Czarnota, malarka, scenografka, fotografka, mama 18-letniej Leny i rok starszego Ignacego. Dla niej też, jak mówi, po pierwsze, ważna jest szczerość, a po drugie, zaufanie w relacji z Leną, która zresztą bierze udział w naszej rozmowie. – Popełniam błędy, ale w przeciwieństwie do mojej mamy potrafię przyjąć krytykę bez przerzucania winy na córkę. Jeśli Lena zgłasza, że coś w naszym układzie nie działa, mówię: „OK, przemyślę to i spróbuję zmienić”. Ja od mamy słyszałam: „Trudno, już się nie zmienię”. A to zamykało dyskusję. Wieczne rozczarowanie mamy i porównywanie mnie do innych wspominam jako traumatyczne doświadczenie. Budowanie relacji, według mnie, powinno się odbywać bez wywoływania w dziecku nieustannego poczucia winy. Swoją córkę chwalę i doceniam. Nie krytykuję, bo to podkopuje poczucie własnej wartości, które decyduje o naszym dorosłym życiu. Oprócz tego, że kocham, szanuję jej odrębność, a ona odpłaca mi tym samym.

O ile Anna widzi siebie jako „matkę autentyczną”, Łucja Pawlik nazywa siebie półżartem „matką zamartwiającą się”. Dzieciństwo spędziła w Kanadzie, co dało jej nieco odmienne spojrzenie na polskie standardy kulturowe. Na co dzień pracuje jako reedukatorka w gimnazjum, w domu też ma dwie nastolatki: 11-letnią Hanię i 14-letnią Józię. – Świadomie podjęłam decyzję o tym, co chcę dać córkom, na podstawie tego, czego jako dziewczynka nie miałam. Zawsze być dostępną emocjonalnie i żeby nie było w domu tematów tabu. Moja mama dużo pracowała i ciągle była zmęczona, więc kiedy wieczorem chciałam porozmawiać z nią o czymś dla mnie ważnym, często nie dawała rady i zasypiała. Nie mogłam też pomówić z nią na wszystkie tematy, np. o sprawach damsko-męskich, o seksie. Mama była ciepłą osobą, ale tak ją wychowano, że z nią też nikt o tym nie rozmawiał. Marzyłam, żeby moje córki mogły mi tak zaufać, aby mieć we mnie źródło informacji. Sama dostałam okresu, kiedy miałam dziesięć lat – bardzo wcześnie. Dlatego gdy tylko moje córki skończyły dziewięć lat, czułam, że czas je wprowadzić w temat. Przygotowywałam je do tego, dawałam środki higieny, gdy jeździły na obozy. Małe rzeczy, ale ważne.

Temat: bliskość

Budowanie bliskości z córką to masa konkretnych działań – uważają matki.

Magda: – Kiedy córka mówi: „Nie mam ochoty na łaskotki”, to tego nie robię. Musi wiedzieć, że ma prawo powiedzieć „nie” i nie musi się z tym źle czuć. Moim sposobem na bliskość jest też wspólne przeżywanie sztuki – film, książka, obraz mogą być pretekstem do ważnej rozmowy. Zawsze, ale to zawsze działają opowieści z mojego własnego dzieciństwa. Daję świadectwo, a Mania nie czuje się sama ze swoimi przeżyciami.

fot. iStock

Nasz sposób na bliskość to wspólne twórcze działanie i społeczne zaangażowanie – wyjaśnia Anna Czarnota, która przez wiele lat współprowadziła recyklingowy festiwal Przetwory. Ma manualne zdolności i twórczą fantazję, co pozwala jej „widzieć świat jako sztukę”. Fotografuje, tworzy scenografie, instalacje, przedmioty i akcesoria ubraniowe. – Obserwowanie kogoś, kto robi coś własnymi rękoma, jest inspirujące. Myślę, że to miało wpływ na to, że Lena też ma taką potrzebę. Teraz wybiera się na architekturę.

Lena śmieje się, że nawet obowiązki szkolne mama zamieniała w sztukę. Kiedy mieli zrobić na zajęcia szopkę bożonarodzeniową, stworzyli wspólnie z nietypowych materiałów, resztek i odpadków modernistyczną budowlę, która zrobiła furorę.

Lena: – Wielu moich rówieśników wstydzi się zabrać głos, ja lubię coś wymyślać, proponować, muszę być aktywna. Tata jest kreatywny bardziej w sposób techniczny, organizacyjny, a mama – koncepcyjno-artystyczny. Od nich to dostałam.

– Kiedy bawiłam się z dziećmi, starałam się wchodzić na ich poziom, osiągać stan bycia dzieckiem – opowiada Anna. – Ale jednocześnie od małego traktowałam ich jak odrębne jednostki, nie umniejszałam ich, bo „są mali”. Właściwie wydaje mi się, że Lena urodziła się już dorosła i odkąd miała roczek, wyraźnie to widziałam. Ona jest tą rozważną, ja
– romantyczną. Lena jest odpowiedzialna, uporządkowana, samodzielna, konkretna, a mnie brak trochę tej praktyczności, głowę mam zanurzoną w konceptach, artystycznych wizjach. Tak więc obie możemy się od siebie uczyć.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »