Jak zmieniły się role w rodzinie?

fot. iStock

Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Świat stanął na głowie? Kiedyś role w rodzinie były jasno określone, Dziś stają się płynne, czasem wydają się karykaturalne, co rodzi niepokój o przyszłość rodziny. Czy istotnie jest się czego bać?

Co jak co, ale zmiany mamy ostatnio jak w banku. To, co wczoraj wydawało się stałe, dzisiaj już nie obowiązuje. Zawirowania, często radykalne i dotąd nie do pomyślenia, to globalny trend we wszystkich dziedzinach życia – od polityki po rodzinę. Zanim zdążymy je oswoić, już musimy konfrontować się z kolejnymi. Bo świat pędzi dziś w niespotykanym dotąd tempie i niespecjalnie ma ochotę się zatrzymać. A wraz z nim galopuje rodzina. No a galopując – co nieuniknione – zbacza z utartego szlaku. To z kolei wywołuje obawy, że oto upada podstawowa komórka społeczna.

Spokojnie. Kasandryczne przepowiednie wieszczące koniec rodziny słychać było już na początku ubiegłego wieku. Słynny przedwojenny socjolog Stanisław Rychliński, stypendysta Fundacji Rockefellera, po powrocie ze Stanów przestrzegał przed amerykańskim trendem, polegającym na rozluźnieniu rodzinnych więzów i na osłabieniu grup oraz instytucji stojących na straży rodziny. Z niepokojem punktował odpowiedzialne za to amerykańskie zjawiska społeczne. Jakie? Dobrze nam teraz znane. Atomizację życia, osłabienie nakazów moralnych i sąsiedzkiej wspólnoty, zawodową pracę kobiet, odciągającą matki i żony od domowych powinności, słabą kontrolę rodziców nad dziećmi, upadek autorytetu matek i ojców. W ten sam ton uderzała w latach 60. Barbara Łobodzińska, autorka książki pod wymownym tytułem „Manowce małżeństwa i rodziny”.

I co? Rodzina przetrwała. Czy ma się dobrze? Ma się inaczej. W tym czasie przeszła długą drogę od modelu wielopokoleniowego do dwupokoleniowego. Musiała przyswoić równouprawnienie kobiet i mężczyzn, rewolucję obyczajową, seksualną i kulturową. Zmieniła formę – kiedyś tworzyło ją małżeństwo, dziś coraz częściej są to luźne związki. Skorygowała też cele – kiedyś chlubiła się licznym potomstwem, dziś w planach jest jedno, co najwyżej dwójka dzieci, a bywa, że para decyduje się na bezdzietność. Dawniej małżeństwa trwały dozgonnie, dziś jedna trzecia kończy się rozwodem. I zmiana zasadnicza, czyli dotycząca ról w rodzinie – kiedyś ojciec decydował, miał posłuch, uczył, jak żyć, matka zajmowała się domem i dziećmi, a dzieci nie miały prawa głosu. Dziś to one są w centrum, one decydują, dyktują warunki, mówią „nie”, a nawet uczą rodziców.

Przełomowa w pojmowaniu roli rodziców okazała się książka amerykańskiego psychologa i psychoterapeuty Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek” i jego słynne zdanie: „Rodzice są ludźmi, a nie bogami”. Gordon napisał coś, co nie mieściło się dotąd w głowie – dziecko nie jest niczyją własnością i jako odrębna jednostka ma prawo do prywatności, samodzielności, rozwoju. Otwarcie skrytykował dotychczasowe sposoby rozwiązywania konfliktów między rodzicami a dziećmi, oparte na schemacie: zwycięzca – pokonany. „Wychowanie bez porażek” to prawdziwa biblia dla rodziców. Wprawdzie bezpowrotnie ich zdetronizowała, ale najważniejsze jest to, że przeorała ich świadomość.

Z kolei współczesny autorytet pedagogiczny Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta rodzinny, autor świetnych książek na temat wychowania, uważa, że największą zmianą, jaka kiedykolwiek dokonała się w obrębie rodziny, jest to, że teraz dwoje ludzi ma duże oczekiwania wobec siebie nawzajem. W książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze: „To, że życie w parze ma ludzi wzbogacać, jest całkiem nowym wymaganiem, zjawiskiem i miernikiem. Nasi dziadkowie tak nie myśleli”. To dobrze czy źle? Z jednej strony dobrze, bo ludzie dbają o swój rozwój. A z drugiej – niekoniecznie, bo jeśli partner tego oczekiwania nie spełnia, to drugi traci motywację do bycia razem.

Natomiast największą zdaniem Juula zmianą w sytuacji dzieci w ostatnim 30-leciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Dawniej mały człowiek kształtował swoje kompetencje społeczne w zabawie z rówieśnikami. Teraz nie ma już takiej możliwości, bo nawet kiedy przebywa w grupie, to pod czujnym okiem dorosłych, którzy do wszystkiego się wtrącają. „Niewesoło być dzisiaj dzieckiem z takimi dorosłymi, którzy nie odstępują go na krok” – konstatuje Juul.

Ale rodzice zwiększają przecież kontrolę nie bez powodu, między innymi dlatego, że świat staje się mniej bezpieczny.

Tak więc zarówno nowy kurs w wychowaniu, jak i w pojmowaniu, praktykowaniu ról w rodzinie wymyka się jednoznacznym ocenom. Jedno jest pewne – zmiany są nieuchronne, nie ma więc co się na nie obrażać. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom.

Mamo, zacznij mnie wreszcie wychowywać

Relacja matka – córka w naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna.
Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli – mówi Anna Janko,
pisarka, matka Andrzeja (35 lat) i Rózi (30 lat).

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »