Izabela Nowakowska-Teofilak - „Zachowania autodestruktywne u dzieci i młodzieży nie mają na celu zrobienie sobie krzywdy”. Psycholożka wyjaśnia, jak pomóc dziecku
00:00
15:51
Z analizy przeprowadzonej przez Fundację „Dajemy Dzieciom Siłę” wynika, że w ciągu ostatnich siedmiu lat wskaźnik samookaleczeń wśród
dzieci i młodzieży wzrósł o ponad 130 proc. Dlaczego młodzi ludzie sami się krzywdzą? Odpowiedzi szukamy z psycholożką Anną Kubiak.
- Zachowania autodestruktywne u dzieci często są sposobem na poradzenie sobie z trudnymi emocjami i napięciem.
- „Dla dziecka, które się samookalecza, krzywda nie stanowi głównego celu, jest niejako skutkiem ubocznym” – podkreśla psycholożka Anna Kubiak.
- Na autoagresję wpływają różne czynniki – od trudności w regulacji emocji po przemoc rówieśniczą czy niskie poczucie własnej wartości.
- „Bardziej niż przyczyny interesują mnie powody, dla których młodzi ludzie dokonują samouszkodzeń” – mówi ekspertka, zachęcając rodziców do szukania sensu tych zachowań zamiast ich oceniania.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 12/2024
Izabela Nowakowska-Teofilak: O autoagresji mówi się zazwyczaj w kontekście nastolatków. Czy to jakiś newralgiczny okres w rozwoju, jeśli chodzi o przejawianie skłonności do autodestrukcji?
Anna Kubiak: Zachowania autodestruktywne można niekiedy zaobserwować już u kilkulatków. Zaczęłabym jednak od wyjaśnienia, czym właściwie jest autodestruktywność, bo jej przejawy mogą się zmieniać wraz z wiekiem dziecka.
Zachowania autodestruktywne mają wspólną cechę, a jest nią intencjonalność i dowolność, czyli człowiek celowo i z własnej woli podejmuje szkodliwe dla siebie zachowanie, nikt go do tego nie zmusza i nie jest ono wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Ale uwaga, wbrew temu, co się powszechnie wydaje, intencją osoby, która przejawia autodestruktywność, często nie jest wcale wyrządzenie sobie krzywdy.
Oczywiście ta szkodliwość występuje, ale dla dziecka, które na przykład się samookalecza, krzywda nie stanowi głównego celu, jest niejako skutkiem ubocznym. U starszych dzieci zachowania autodestruktywne mogą nawet przybierać formy akceptowane czy wręcz pożądane społecznie, jak ćwiczenie ponad swoje możliwości lub uczenie się po nocach. Rodzice początkowo mogą być wręcz dumni z dziecka i wspierać je w tych dezadaptacyjnych zachowaniach, bo negatywny efekt takich działań jest odroczony w czasie i czasem trudno go dostrzec.
Czemu służą takie wyniszczające zachowania?
Często pozwalają dziecku poczuć się lepiej. Już kilkuletni malec, okładając się piąstkami czy uderzając głową o podłogę, może regulować w ten sposób napięcie. Starsze dzieci czasem dokonują samouszkodzeń przy użyciu narzędzi, ale cel może być ten sam, czyli samoregulacja. Dla wielu osób jest to zaskakujące, bo wydaje się, że dziecko w trudnych momentach będzie raczej potrzebować przytulenia, wsparcia od dorosłego, a nie pięści czy żyletki, ale czasem bywa tak, że młody człowiek właśnie w taki sposób zaczyna sobie radzić z trudnym do wytrzymania napięciem. Uświadomienie sobie tego pozwala zrozumieć, że dzieci mają istotne powody, żeby tak robić.
Niektórzy postrzegają to jako próbę manipulacji, zastraszenia, szantażu czy wymuszania ze strony dzieci.
Oczywiście, może być tak, że małe dziecko, którego płacz jest ignorowany przez opiekunów, zauważy, że kiedy zaczyna się bić czy uderzać głową o ścianę, to rodzic natychmiast podchodzi, bierze je na ręce, przytula, okazuje zainteresowanie. A następnie skojarzy, że takie autodestruktywne zachowanie szybko przynosi mu ukojenie. Nie nazwałabym tego jednak manipulacją. Dziecko po prostu zaczyna powtarzać te zachowania, bo one zwyczajnie sprawiają, że dostaje to, czego potrzebuje.
Czy to właśnie od wczesnych relacji z rodzicem zależy to, czy w trudnych momentach życia szukamy troski i opieki, czy raczej dążymy do autodestrukcji?
W literaturze opisanych jest wiele takich czynników, ale interesująca jest ta wczesna relacja z rodzicem.
Chciałabym jednak podkreślić, że nie ma tu żadnego zero-jedynkowego przełożenia – nie możemy powiedzieć, że jeśli rodzic postępuje tak czy tak, to dziecko na pewno będzie miało lub nie będzie miało skłonności do zachowań autodestruktywnych.
Nie na wszystko mamy wpływ jako opiekunowie. Czasem młody człowiek ma dobre relacje z rodzicami, ale na przykład doświadcza przemocy rówieśniczej w klasie i to go popycha do samouszkodzeń. Poza tym to samo dziecko raz może potrzebować czułości i przytulenia, innym razem pobycia w samotności, a jeszcze innym – będzie chciało się pociąć. Dlatego bardziej niż przyczyny interesują mnie powody, dla których młodzi ludzie dokonują samouszkodzeń.
Przyczyny i powody to nie to samo?
Nie, bo jeśli mówimy o przyczynach, to szukamy odpowiedzi na pytanie: dlaczego ktoś tak robi? I odpowiedzią może być na przykład to, o czym już wspominałam, że we wczesnym dzieciństwie taki człowiek zauważył, że dane zachowanie przykuwało uwagę rodzica. Może być też tak, że w relacjach rodzicielskich zabrakło zaopiekowania emocji i dziecko nie nauczyło się ich regulacji. Albo młody człowiek ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, nie czuje, że zasługuje na ochronę, miłość czy opiekę, bo skoro nie dostał tego od opiekunów, to skąd ma to czerpać i dawać samemu sobie?
To wszystko są przyczyny i mogłabym wymieniać wiele, ale bardziej ciekawią mnie powody, czyli: czemu służą samouszkodzenia? Wspomniałam już o samoregulacji, ale może być też tak, że dziecko potrzebuje doświadczyć bólu, żeby coś poczuć, żeby wyjść ze stanu odrętwienia, z dysocjacji.
Samouszkodzenia mogą być też formą kary. Czuję się beznadziejna, zła, zepsuta, okaleczam się więc, bo mam poczucie, że jedyne, na co zasługuję, to cierpienie i kara. Bywa też tak, że dziecko chce w ten sposób pokazać, że jest mu źle, bo być może kiedy o tym mówi, jego słowa są bagatelizowane.
W takich przypadkach samouszkodzenia służą więc temu, żeby ktoś zauważył, że ono cierpi, a rany mają moc przyciągania uwagi. I znowu, nie ma to nic wspólnego z manipulacją, to jest krzyk rozpaczy.
Co w takiej sytuacji powinni zrobić rodzice?
W przypadku małych dzieci tę reakcję trzeba bardzo wyważyć, żeby nie bagatelizować zachowań autodestruktywnych, ale też nie pokazywać dziecku, że tego typu postępowanie wzbudza nasze szczególne zainteresowanie. Chodzi o to, by nie doszło do skojarzenia samouszkodzeń z natychmiastową reakcją rodzica i w konsekwencji do utrwalenia takich zachowań. Proponowałabym więc delikatne odwrócenie uwagi od tej czynności, ale co ważne, nie oznacza to odwracania uwagi od emocji dziecka. Nazwijmy to, co się dzieje, nawet jeśli wydaje nam się, że dziecko jest zbyt małe, by to zrozumieć. To może dać malcowi ukojenie na zasadzie: „Widzę, że jest ci trudno, że się denerwujesz”, mówione ze spokojem i faktycznym zrozumieniem.
Chodzi o to, by być uważnym i podążać za emocjami dziecka, pozostawać przy nich, ale jednocześnie proponować inny rodzaj ukojenia, na przykład pogłaskanie czy przytulenie.
Wymaga to od rodziców czujnej obserwacji tego, co dziecku w danym momencie jest potrzebne, bo nie chodzi też o to, by przytulać je wbrew jego woli. Czasem wystarczy być blisko, mówić łagodnym głosem. Spokój rodzica obniża napięcie u dziecka na zasadzie współregulacji.
A jak pomóc starszym dzieciom, które na przykład dokonują samookaleczeń? Jak reagować na widok ran? Pierwszą, instynktowną reakcją jest przerażenie, a wtedy często zaczynamy krzyczeć i błagać dziecko, by nigdy więcej tego nie robiło.
Żadna z tych strategii nie jest dobra, ale najgorsze jest jednak milczenie, szczególnie jeśli dziecko się okalecza, by pokazać swoją bezsilność. Jeśli opiekun nie daje po co dzieci to robią, bo tylko wtedy zobaczymy sens ich działań, przestaniemy je postrzegać jako szaleńców, którzy robią jakieś dziwaczne rzeczy. Takie zrozumienie ze strony rodziców przynosi młodym ludziom ulgę.
Nie należy natomiast prosić dziecka, by nigdy więcej tego nie robiło. Jeżeli w tym momencie to dla niego jedyny skuteczny sposób radzenia sobie z napięciem, a rodzic, na którym mu zależy, którego nie chce rozczarować, mówi mu: „Proszę, nie rób mi tego”, to młody człowiek znajduje się niezwykle trudnym położeniu.
Z jednej strony nie chce bowiem rozczarować rodziców, a z drugiej – nie wie, jak ma sobie radzić inaczej, bo nikt mu tego jeszcze nie pokazał lub sam nie znalazł lepszego sposobu. Wymuszanie jakichkolwiek obietnic to zatem dodatkowe obciążanie dziecka i podnoszenie napięcia. Nie można wymagać od młodego człowieka, żeby troszczył się o uczucia rodziców, skoro sam nie potrafi zaopiekować się własnymi emocjami.
Poza tym badania wskazują, że pod wpływem częstego samouszkodzenia próg wrażliwości na ból rośnie, czyli dziecko potrzebuje coraz silniejszych bodźców, żeby coś poczuć. Jeżeli nastolatek jest już w takim zaawansowanym stadium, to nawet kiedy pokażemy mu inne sposoby radzenia sobie z napięciem, mogą one już nie zadziałać. Takie dziecko może wręcz obawiać się, że ktoś czyha na ten jego jedyny sposób radzenia sobie z trudnościami i zamiast współpracować, będzie tego swojego sposobu broniło.
Kluczowa jest więc postawa przyjmująca ze strony rodziców: rozumiem, że coś się u ciebie dzieje, i mam gotowość do wysłuchania tego. Nie chodzi o to, by młody człowiek opowiadał, ile razy i jak często się samookaleczał, nie należy każdego dnia szukać nowych obrażeń na jego ciele. Rozmowy powinny się toczyć na poziomie tego, co leży u podstaw problemu, czyli: Co się stało, że taki sposób wybrałeś? Do czego jest ci to potrzebne? Co ważnego dzięki temu zyskujesz? Tak postawione pytania otwierają drogę do porozumienia, bo młody człowiek słyszy, że dorosły jest szczerze zaciekawiony jego problemami.
Często jednak przerażenie tłumi tę ciekawość. Kiedy odkrywamy, że dziecko się samookalecza, pojawia się obawa, że pewnego dnia może pójść o krok dalej i podjąć próbę samobójczą. Czy fakt, że dziecko dokonuje autoagresji, może świadczyć o większej skłonność do myśli czy działań samobójczych?
Badania rzeczywiście pokazują, że możemy mówić o współwystępowaniu prób samobójczych i samouszkodzeń, czyli osoba, która ma w swojej historii zachowania autodestruktywne, w pewnym momencie życia może podjąć próbę samobójczą, ale nie musi tak być. W literaturze anglojęzycznej rozróżnia się te zjawiska, mówiąc o nonsuicidal self-injury, czyli właśnie o niesamobójczych samouszkodzeniach, czyli takich naruszeniach struktury ciała, które nie mają doprowadzić do śmierci. Ludzie, którzy dokonują samouszkodzeń, robią to, żeby przetrwać, a nie zakończyć swoje życie. Co do zasady mówimy więc o dwóch różnych zjawiskach.
Jednak w samouszkodzenia poniekąd wpisane jest ryzyko zakażeń, różnego typu powikłań, a także potencjalnej śmierci. Dlatego tak ważna jest rozmowa z dzieckiem, wyczucie, jakie tak naprawdę są jego intencje.
Jeśli rodzic zauważy, że samookaleczeniom towarzyszą myśli samobójcze albo rezygnacyjne, jeśli dziecko mówi, że to wszystko nie ma sensu, że lepiej gdyby się nie urodziło, to należy jak najszybciej skorzystać z pomocy specjalisty.
Czy można liczyć na to, że dziecko z takich zachowań autodestruktywnych wyrośnie?
Pamiętam, jak w podstawówce koledzy wbijali sobie igłę pod skórę, ale te zabawy wynikały ze zwykłej dziecięcej ciekawości, być może potrzeby wykazania się, zaimponowania rówieśnikom. Przypuszczam, że samouszkodzenia motywowane w taki sposób nie utrzymują się długo.
Jeżeli jednak okaleczanie się czy inne zachowania autodestruktywne są strategią radzenia sobie z problemami czy napięciem, to nie liczyłabym na to, że to samo przejdzie, bo jak dziecko ma się nauczyć bardziej adaptacyjnych sposobów radzenia sobie? Samo tego raczej nie wymyśli.
Może oczywiście inspirować się tym, co robią rówieśnicy, ale zdarza się, że właśnie w ten sposób odkrywa samouszkodzenia. Nastolatki mówią o nich czasami tak, jak my zwykliśmy myśleć o jodze, bieganiu czy słuchaniu muzyki: skoro jest to jakiś sposób radzenia sobie z napięciem, to sprawdzę, czy działa. Nie liczyłabym więc na to, że dziecko sobie samo z tym problemem poradzi, a jeśli i rodzic nie czuje się na siłach, by znaleźć wyjście z tej sytuacji, powinien poszukać wsparcia psychoterapeutycznego.
Wystarczy terapia czy włącza się także leczenie?
To zależy. Jeżeli mamy do czynienia z samouszkodzeniami i myślami samobójczymi czy rezygnacyjnymi, podłożem może być depresja, a wtedy rzeczywiście zasadne jest włączenie farmakoterapii. Jednak sam temat zachowań autodestruktywnych może być poruszany na terapii, podczas której wspólnie z terapeutą dziecko czy nastolatek może się przyjrzeć, czemu służą samouszkodzenia i w jaki sposób może ten sposób radzenia sobie zastąpić innymi, bardziej adaptacyjnymi sposobami, które nie skutkowałyby bliznami, ranami czy potencjalnym ryzykiem zakażenia lub utraty życia.
Czy terapią powinna być objęta cała rodzina?
To z kolei będzie zależało od tego, z jakich powodów dana osoba dokonuje samouszkodzeń. Może być tak, że w rodzinie jest całkiem nieźle, rodzice są uważni, opiekuńczy, ale na przykład w szkole dziecko jest wykluczane albo stosowana jest wobec niego przemoc i właśnie to jest podłożem tego, że zaczyna sobie radzić za pomocą samouszkodzeń. W takim przypadku terapia rodzinna nie byłaby jakoś szczególnie ważna, bo nie chodzi przecież o to, by zmieniać coś w rodzinie, w której wszystko jest w porządku. Bardziej byłaby potrzebna praca z dzieckiem, a przede wszystkim zatrzymanie rówieśniczej przemocy. Jeżeli jednak dziecko okalecza się, bo czuje się bezwartościowe, beznadziejne, niewystarczające, ma przeświadczenie, że nie spełnia jakichś oczekiwań rodziców, to tutaj widziałabym już zasadność pracy z opiekunami, by mogli oni zmienić swoje nastawienie do dziecka i pokazać mu, że jest ono w porządku takie, jakie jest.
Anna Kubiak, dr nauk społecznych w zakresie psychologii, psychoterapeutka systemowa w procesie certyfikacji, specjalistka w zakresie psychotraumatologii, adiunkt na Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Przez 10 lat pracowała na stanowisku psychologa w szkole podstawowej i gimnazjum