Strata: Córki bez matek

fot. iStock

Śmierć matki naznacza życie. Także w tym sensie, że zmusza do rozwoju. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. Dążyć do zdrowych związków. Iść swoją drogą i nikogo nie pytać o pozwolenie. Rozumieć potęgę odnowy i odrodzenia.

 

Hope Edelman, autorka książki „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty”, straciła matkę, gdy miała 17 lat. Proces żałoby zaczął się jednak dopiero kilkanaście lat później. Przechodziła przez jezdnię, spojrzała w górę. Najpierw dostrzegła odpływającą chmurę, a potem promienie popołudniowego słońca, odbijające się wyraźnie w jednej z szyb budynku. „Poczułam cios! – pisze w swojej książce. – Jakby ktoś kopnął mnie ciężkim buciorem w brzuch. Chwyciłam się kurczowo za brzuch, nie mogąc złapać tchu. Światło dla aut zmieniło się na zielone i nagle kierowcy zaczęli na mnie trąbić. Kilka samochodów mnie wyminęło, ktoś wychylił głowę z kabiny ciężarówki i krzyknął: »Hej, ty, dobrze się czujesz?«. Nie czułam się dobrze. Ani trochę. Gdy tam tak stałam, trzymając się za brzuch, miałam w głowie tylko jedną myśl: »Chcę mamę. Chcę moją mamę. Chcę moją mamę, t e r a z«”.

Jeśli straciłyśmy matki jako dziewczynki, życie wydaje się nie do zniesienia. Przepełnia je lęk. Szukamy po omacku. Niejednokrotnie pogrążamy się w destrukcyjnych sytuacjach, związkach, zachowaniach. „Traciłam nad wszystkim kontrolę” – pisze Hope. Wdawała się w bójki, nawiązywała romanse, które kończyły się, zanim się zaczęły, rozważała wstąpienie do Korpusu Pokoju, dołączenie do komuny. Wczesna śmierć matki jest jak tornado. Na jakiś czas cichnie, a potem znowu się odzywa. Przychodzi jak pory roku. Hope Edelman rozmawiała ze 154 kobietami, które straciły matki. Ponad 80 procent z nich powiedziało, że ich żałoba nadal trwa, choć strata wydarzyła się średnio przed 24 laty. Tyle samo kobiet przyznało, że ta śmierć była jednym z najtrudniejszych zdarzeń, z jakimi przyszło im się zmierzyć.

Śmierć matki naznacza życie. Także w tym sensie, że zmusza do rozwoju. Być córką pozbawioną matki to odczuwać brak i tęsknotę, ale również rozwijać w sobie odwagę i siłę przetrwania. To rozumieć potęgę odnowy i odrodzenia. Córki bez matek mówią, że nauczyły się – co bezcenne – brania za siebie odpowiedzialności. Nauczyły się kochać i doceniać dziewczynki, którymi kiedyś były, a które potrafiły zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Nauczyły się szanować siebie, swoją kobiecość. Wiele z nich bez wahania mówi, że czują się bardzo silne: „Czy gdyby mama wciąż żyła, miałabym tyle pewności siebie i miłości do siebie? Nie jestem pewna”. Zaopiekowały się sobą. Niejako wytworzyły w sobie zastępczą matkę, która je mobilizuje, chwali za osiągnięcia, pociesza w smutkach. Z biegiem lat umocniły w sobie wewnętrzne przewodnictwo i emocjonalne bezpieczeństwo. Afirmują siebie: „Moja kochana, stworzyłaś sobie całkiem dobre życie mimo tego, przez co przeszłaś. Możesz być z siebie naprawdę dumna”.

Córki bez matek bardzo często sięgają szczytów w swoich zawodowych dziedzinach. Wykazują się nadzwyczajną siłą, niezależnością i kreatywnością. Po stracie musiały radzić sobie, aby przetrwać. W odruchu obronnym przed poczuciem porzucenia i gniewu wymyśliły siebie – jak mówią – na nowo; stały się odważne i autonomiczne. Twierdzą, że nie byłyby tak wolne, nie miałyby odwagi wieść nieszablonowego życia, gdyby ich historia osobista potoczyła się inaczej. Sukces wymaga opuszczenia domu i rodziny – ryzyka niechętnie podejmowanego przez inne kobiety. Jednak córka pozbawiona matki często opuszcza miejsce, w którym i tak nie czuje się bezpiecznie, i wyrusza na poszukiwanie takiego, do którego mogłaby przynależeć. W naturalny sposób wykształca niezależność i zaradność, upór i determinację, hart ducha, który chroni przed uczuciem rozpaczy w obliczu porażek zawodowych.

Wiele znanych kobiet wychowywało się bez matki, na przykład aktorki Liza Minnelli i Meg Ryan, Oprah Winfrey, Madonna i księżna Yorku Sarah Ferguson. Virginia Woolf, która straciła matkę, gdy miała 13 lat, dopełniła swoją trwającą dziesięciolecia żałobę powieścią „Do latarni morskiej”. Margaret Mitchell, która miała 19 lat, kiedy zmarła jej matka, dobrze wiedziała, jak Scarlett O’Hara, główna bohaterka jej powieści „Przeminęło z wiatrem”, będzie się czuć po stracie matki.

Córki bez matek spełniają się w zawodach artystycznych, ponieważ rozwinęły ogromną wrażliwość; rozumieją, czym jest ból i tragedia. Świadome, że życie może odmienić się w jednej chwili, cenią drobne rzeczy, ulotne momenty, piękno świata, zmysłowe doznania.

W procesie żałoby i samopoznania odkryły dary tej śmierci. Niemal 90 procent badanych przez Hope Edelman kobiet przewartościowało życiowe priorytety, a nawet dokonało bardzo konkretnych zmian w życiu zawodowym i w relacjach z ludźmi. 75 procent uznało, że śmierć matki w tym momencie była swego rodzaju dobrodziejstwem.

Ponieważ wiedzą już, „jak szybko może nas nie być”, pragną być sobą, wyrażać siebie najprawdziwiej, jak się da, mówić o swoich uczuciach i potrzebach wprost, bez ogródek, stawiać zdrowe granice. Tworzyć zdrowe związki. Iść swoją drogą i nikogo nie pytać o pozwolenie.

Przez lata troskliwego obchodzenia się ze sobą wiele z osieroconych córek odkrywa wartość czułości, łagodności i spokoju. W połączeniu z siłą i niezależnością stają się kobietami pełnymi mocy i miłości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »