fbpx

Dziecko przy stole: uśmiechnij się i jedz

Dziecko przy stole: uśmiechnij się i jedz
123rf.com

Właściwie dlaczego nie pochwalić dziecka za to, że nie zjadło obiadu, czyli że posłuchało swojego ciała, że rozpoznało swoje potrzeby? Dlaczego ładnie jeść oznacza tylko jeść wszystko, co jest na talerzu, a nie jeść tyle, ile potrzebuję? – pyta psycholog Agnieszka Stein.
Większość rodziców skarży się na problemy z jedzeniem u dzieci. Z czego one wynikają?

Z nadmiaru wiedzy, uwagi. Co innego jednak, kiedy rodzice to opisują, a co innego, jak to rzeczywiście wygląda.

Jak opisują?

Że dziecko nie je albo że je nie to, co trzeba. Na warsztatach dla rodziców zaczynamy rozmowę od tego, że pytam, czyje dziecko za mało je. I podnosi rękę 90 procent rodziców. Myślę sobie, że ludzkość by nie przetrwała, gdyby to była prawda.

Problemem dla rodziców jest też to, że dziecko nie je wszystkiego, co mu się postawi na stole. Czyli że ma jakiś własny indywidualny gust i upodobania, co skądinąd jest normalne. Czasem rodzice nie widzą kłopotów z jedzeniem u dziecka, tylko jak rozmawiamy, to okazuje się, że cały ciężar kontroli wszystkiego, co związane jest z jedzeniem, leży po stronie rodzica. Czyli to rodzice decydują, kiedy dziecko jest głodne, co powinno zjeść, a ono się temu poddaje i wtedy wydaje się, że nie ma problemu.

A jest?

Gdy zadaję pytanie: a co by się stało, gdyby pani nie przypomniała, nie podstawiła jedzenia przed nosem?, wtedy odpowiadają, że dziecko by w ogóle nie jadło, bo ono zupełnie by nie wiedziało, że jest głodne.

A jak problemy z jedzeniem u dzieci wyglądają naprawdę?

W 80 procentach przypadków wygląda to tak, że gdyby zostawić dzieci w spokoju, to zupełnie dobrze poradziłyby sobie same. Bo problem nie leży w tym, jak dziecko je, tylko w rozbieżności z oczekiwaniami dorosłych.

To możliwe, żeby dziecko zagłodziło się na śmierć?

Opisano przypadki anoreksji wczesnodziecięcej, ale są to sytuacje wyjątkowe. Czasem rodzice mówią, że dziecko nie chce jeść, a okazuje się, że ono nie je obiadu, ale cichaczem, jak nikt nie widzi, zjada pół talerza makaronu.

Skąd więc tyle lęków związanych z karmieniem dzieci?

Najczęstszą przyczyną jest mała świadomość tak zwanej psychologii jedzenia. Rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, że przyjmowanie przez dziecko pokarmów od drugiej osoby jest z jego strony dużym aktem zaufania. Znam wiele dzieci, które niechętnie zjedzą coś podane na łyżce, a chętnie, kiedy mogą to dotknąć, pooglądać. I rodzice powinni wytrzymać ten moment, kiedy dziecko nie wkłada od razu jedzenia do buzi, tylko bada. To powinna być jego autonomiczna czynność, a nie narzucona. Ważne jest także to, żeby poczekać, aż dziecko zainteresuje się jedzeniem, bo nie każde zrobi to w momencie, kiedy skończy sześć miesięcy, a pokutuje przekonanie, że właśnie wtedy mleko natychmiast przestaje wystarczać. A ja myślę, że natura nie zafundowała takiej ostrej cezury. Mleko wystarcza na dłużej właśnie po to, żeby dziecko stopniowo uczyło się smakować, gryźć, ale też trawić. Istnieje duża presja, że dziecko powinno jeść ileś posiłków dziennie, poznać ileś nowych pokarmów. A gdy waży pół kilo mniej, niż podano w tabelkach, co przekłada się na drastyczny wynik w centylach, rodzice się zamartwiają.

I chyba tu leży źródło późniejszych problemów z jedzeniem: w tym „ono coś musi”.

Tak, bo celem nie jest poznanie, polubienie jedzenia, rozsmakowanie się w nim, tylko przyswojenie określonej liczby kalorii. To zniechęca już na starcie. Ale też rodzice nie mają szansy zobaczenia, jak mądre jest dziecko, jak ono próbuje, wybiera. Jeżeli to oni cały czas wychodzą z inicjatywą, to dziecko się uczy, że ta ich inicjatywa jest niezbędnym elementem jedzenia. Potem trudno to „odkręcić” i powiedzieć: to twoja sprawa, ile zjesz. Najważniejsze, żeby dziecko lubiło jeść, żeby to była czynność, która jest dla niego przyjemna, pozytywnie się kojarząca. I po drugie – żeby wspólne posiłki były elementem scalającym rodzinę.

Mamy na to gotową wymówkę: brak czasu. Jednak duński terapeuta Jesper Juul słusznie zauważa, że tracimy potem dużo więcej czasu na naprawianie skutków tego, co zepsuliśmy, między innymi rezygnując z zasiadania do wspólnego stołu.

Zauważyłam, że dużo zachowań zmierza dzisiaj w kierunku przeciwnym do tego wspólnego stołu. Jednym z nich jest karmienie dzieci osobno, gdzieś na boku, pilnowanie, żeby zjadły, a potem sadzanie przed telewizorem, żeby nie przeszkadzały. Może to niekomfortowe trzymać na kolanach kilkumiesięcznego malucha, ale dla niego to bardzo ważna lekcja, jak ludzie jedzą. Jestem zwolenniczką ograniczenia karmienia dziecka do minimum. Czyli takiego sposobu, w którym samo sięga po różne pokarmy i nie widzi mamy mówiącej: „za mamusię, za tatusia”, tylko mamę ze smakiem zjadającą swój obiad, bo to jest ten model, do którego ono ma dojść. Ważne, żeby to był naprawdę wspólny posiłek, żeby dziecko rzeczywiście było przy stole takim samym uczestnikiem jak pozostali. Czyli żebyśmy nie zaglądali mu wtedy w talerz, nie patrzyli na każdy jego kęs, nie zwracali uwagi, że zachowuje się niekulturalnie.

Rodzice pozostają w pogotowiu, bo dziecko może nabrudzić.

Czy zależy nam na czystym dziecku, czy takim, które polubi jedzenie? Jeżeli coś upadnie mi na podłogę, to nikt nie powie: „jak ty jesz?!”, tylko zachowa pełną dyskrecję albo mi pomoże – tego wymagają dobre maniery.

Wobec dzieci mamy inne kryteria.

Tak. No i dzielimy jedzenie na to dla dzieci i to dla dorosłych, to coraz silniejszy, bardzo agresywnie sprzedawany element marketingowy. Reklamy mówią, że jedzenie w słoikach, torebkach, pudełkach dziecko musi jeść do trzeciego roku życia. Natomiast natura wymyśliła to tak, że rozpoznawanie, które jedzenie smakuje, a które nie, co jest jadalne, a co nie, jest najsilniejsze przez pierwsze trzy lata życia. Potem dziecko skupia się na jedzeniu tych potraw, które dobrze zna. Jeżeli rzeczywiście będzie jadło tylko gotowe produkty, to nie pozna różnych smaków, a w dodatku, gdy jest karmione osobno, czasem prosto ze słoika, to nie wyrobi sobie zdrowych nawyków.

Co to są zdrowe nawyki?

To stosunek do jedzenia polegający na tym, że człowiek je po to, żeby zaspokoić potrzeby własnego organizmu, a nie po to, żeby komuś zrobić przyjemność. Że gdy się nasyci, to przestaje jeść, nawet jeśli na talerzu zostaje jedzenie. Nie wpycha w siebie na siłę, tylko odstawia talerz. Złym nawykiem jest zjadanie wszystkiego bez względu na to, czy się jest głodnym, czy nie. Zdrowych nawyków uczą rodzice. Podstawą jest zawsze szacunek do dziecka, do tego, co ono chce zjeść.

A jeżeli trzylatek je tylko kanapki i niczego innego nie chce tknąć?

Jeśli rodzice nie są w stanie tego wytrzymać, a wokół jedzenia rodzi się mnóstwo napięcia, to ja bym radziła poszukać pomocy u psychologa. Może być bowiem coraz trudniej, bo dziecko w tym wieku ma dużą potrzebę zaznaczania swojej autonomii. Im bardziej naciskamy, tym mniej chętnie je. Lepiej czasem postawić posiłek na stole i wyjść. Nie róbmy afery z powodu niejedzenia, nie wypytujmy w przedszkolu, czy zjadło, czy nie. Badania pokazują, że dzieci, które w przedszkolu zjadają wszystko do końca, są narażone na nadwagę. Większość dzieci niby jest niejadkami, ale jako dorośli stają się otyli. Mało jest świadomości, że jedno ma związek z drugim. Jesper Juul pisze, że połowa dzieci współpracuje z dorosłymi wprost, a połowa na odwrót. To znaczy – jeżeli pochwalimy jakieś dziecko, że ładnie zjadło, to inne dzieci w połowie przypadków, chcąc zasłużyć na pochwałę, będą jeść więcej, a w połowie przypadków mniej, ponieważ odbiorą tę pochwałę jako manipulację i presję ze strony dorosłego. Mnie pochwała w ogóle nie pasuje w miejscu, gdzie wykonuje się fizjologiczną czynność, która zaspokaja potrzeby dziecka. Właściwie dlaczego nie pochwalić dziecka za to, że nie zjadło obiadu, czyli że posłuchało swojego ciała, że rozpoznało swoje potrzeby? Dlaczego ładnie jeść oznacza tylko jeść wszystko, co jest na talerzu, a nie jeść tyle, ile potrzebuję?

Zapominamy, że jedzenie dotyczy nie tylko zdrowia, ciała.

Tak, ta sfera przekłada się na całe życie człowieka, na umiejętność stawiania granic innym ludziom, na umiejętność dbania o siebie, na dostrzeganie swoich potrzeb, zaufanie do samego siebie. Jeżeli człowiek nie ma zaufania do dziecka w kwestii jedzenia, to trudniej mu zaufać w innych dziedzinach, to jest skomplikowana zależność, ale istnieje.

Problemy dzieci z jedzeniem wymagają przemodelowania postaw dorosłych.

To prawda, ale ten niewłaściwy schemat, że wszyscy zajmują się jedzeniem u dziecka bardziej niż ono samo, może być tak silnie utrwalony, że nawet przemodelowanie postawy dorosłych nie zmieni natychmiast stosunku dziecka do jedzenia. Czasem przydaje się wtedy do pomocy ktoś z zewnątrz.

Nie lepiej poczekać, aż dzieci z tych problemów wyrosną?

Z takich problemów trudno się wyrasta, jeśli dorośli nie zmieniają swojego zachowania. Znam nastolatki, przed którymi trzeba postawić talerz, bo inaczej nie wiedzą, że są głodne. Znam też dorosłych, którzy, gdy pojadą do mamy, bez względu na to, czy są po obiedzie, czy nie, zjeść muszą, bo mamie się nie odmawia. Dla mnie aspekt psychologiczny jedzenia jest ważniejszy niż zdrowotny, bo jeżeli człowiek uczy się rozpoznawać potrzeby swojego organizmu, to uczy się też rozpoznawać, co mu służy.

Powinniśmy sobie uświadomić, że wychowujemy także przez stosunek do jedzenia.

Wychowujemy poprzez to, że się nie wtrącamy i nie przeszkadzamy dziecku w jego wyborach. Rodzice powinni być w tej dziedzinie mało aktywni. Tak więc mamy nadzwyczaj łatwe zadanie: po prostu przestać zajmować się jedzeniem u dziecka. Okazuje się jednak, że to wcale nie takie proste.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>