Jak budować autorytet?

123RF.com

Kiedyś rodzice byli kimś, kto wie więcej i lepiej, kto ma władzę. Teraz dzieci biją nas na głowę
w posługiwaniu się techniką, Internetem, w znajomości języków oraz tego, co jest trendy,
a co obciachem. I to one często w domu rządzą.

Jaś ma 14 lat i w nosie to, co mówi mama. Kiedy słyszy: „Weź się do lekcji”, odburkuje, że on wie, co ma robić. Na prośbę: „Pójdź do sklepu, wyrzuć śmieci, posprzątaj swój pokój” – ma zawsze przygotowaną odpowiedź: „Zrób to sama”. A mama, ukradkiem pochlipując, idzie do sklepu, wyrzuca śmieci, sprząta pokój syna. Można powiedzieć, że nieźle ją sobie wychował. Bo gdy tylko krzyknął od progu, że nie będzie jadł ogórkowej, mama w te pędy nastawiała pomidorówkę. Kiedy zażyczył sobie nową komórkę, miał ją natychmiast. Od małego (mama samotnie go wychowuje od trzeciego roku życia) nie słyszał w domu stanowczego, zdecydowanego zdania. Tylko pytania: Co zjesz? Co założysz? Idziemy do parku czy na plac zabaw? To on decydował, dyktował warunki i zawsze robił, co chciał. Dopiero teraz dociera do mamy, że nie jest dla syna żadnym autorytetem.

Bliźniacy Piotr i Paweł (lat 17) uchodzili za nad wyraz grzeczne dzieci. Kiedy się urodzili, tata powiedział niby żartem: Nie pozwolę, żeby weszli nam na głowę. I całe wychowanie podporządkował tej zasadzie, czyli krótko ich trzymał. Już jako przedszkolaki wiedzieli, gdzie mogą wejść, a gdzie nie, czego nie dotykać, co mówić i jak się zachowywać. Na początku oczywiście próbowali łamać zakazy, ale szybko doszli do wniosku, że to się im nie opłaca, bo ojciec surowo karał ich za każde przewinienie. Najłagodniejszą karą był krzyk. Stopień wyżej – zamykanie w łazience. Najwyżej – bicie sznurem od żelazka. Mama tym metodom się nie sprzeciwiała.

Paweł i Piotr szybko nauczyli się, że to, co powie ojciec, nie podlega dyskusji. Przy rodzicach są „do rany przyłóż”. Ale gdy tylko schodzą z ich pola widzenia, folgują sobie na całego – piją, palą, eksperymentują z narkotykami. Tak naprawdę prowadzą podwójne życie. Na razie ojciec tkwi w słodkiej nieświadomości i w przekonaniu, że ma autorytet u synów.

Wojtek, lat 12, jest – jak mawia babcia – cygańskim dzieckiem. Od urodzenia do wieku szkolnego rodzice (mama skrzypaczka, tata dyrygent) zabierali go na próby, w trasy koncertowe, spotkania. On to uwielbiał. Rodzice, choć zajęci, byli na wyciągnięcie ręki. Dawali dużo swobody i wolności. Raczej nagradzali, niż karali. W wolnych chwilach mama uczyła go grać na skrzypcach, tata na pianinie.

Teraz nie jeżdżą już razem tyle co kiedyś, ale są ze sobą bardzo zżyci. Wojtek okazał się utalentowany nie tylko muzycznie. Jego największą pasją jest komputer i to on odgrywa rolę domowego informatyka, uczy rodziców posługiwania się Internetem, założył im pocztę mailową, archiwizuje zdjęcia z koncertów. Jajko mądrzejsze od kury – śmieje się mama. A tata pyta: I jak tu mieć autorytet?

ZAMÓW

E-WYDANIE

Słowniki definiują autorytet następująco: To moc wpływania na zachowanie i opinie innych ludzi wynikająca z obdarzania danego człowieka przez tychże ludzi poważaniem i szacunkiem oraz uznania go przez nich za mistrza i eksperta w jakiejś dziedzinie.

Innymi słowy – autorytet rodzicielski to coś takiego w rodzicach, co każe dziecku podporządkować się ich woli, aby móc poczuć się bezpiecznie i nie mieć wątpliwości, co powinno robić i jak się
zachowywać.

Moja mama czarodziejka

Dla małego dziecka matka i ojciec są jedynym źródłem poczucia bezpieczeństwa. Kimś, kto ma nieograniczone możliwości i kto potrafi rozwiązać każdy problem, jak czarodziej. Małemu dziecku wydaje się, że nie istnieje nic, czego nie wiedzą jego rodzice, nic, czego nie mogą zrobić. Postrzega ich niemalże jak bóstwa. Jedną z podstawowych cech stosunków między rodzicami i dzieckiem jest to, że dzieli ich różnica w „psychologicznej wielkości”. Polega ona nie tylko na tym, że dzieci widzą swoich rodziców jako większych i mocniejszych (co akurat jest faktem), ale również jako najmądrzejszych i najdzielniejszych na świecie. Z perspektywy kilkudziesięciu centymetrów nad ziemią wydają się olbrzymami i mocarzami o nieograniczonych możliwościach.

Nic dziwnego, że dziecko chce się podporządkować tak wspaniałym i wszechmocnym istotom. To dla niego naturalne jak oddychanie, a potrzeba bliskości tak oczywista jak jedzenie. Na początku rodzicielski autorytet wynika więc z samej relacji pomiędzy rodzicem i dzieckiem.

Małe dziecko odpłaca rodzicom za poczucie bezpieczeństwa bezkrytycznym uwielbieniem, wszechogarniającym zaufaniem i niezachwianą wiarą, że mama i tata są po prostu najlepsi, najładniejsi, najsilniejsi, najmądrzejsi, najczulsi, najbardziej prawdomówni, opiekuńczy, najuczciwsi, najcierpliwsi, najzdolniejsi, najbogatsi, najważniejsi i w ogóle „naj”.

Rodzice są, jacy są

Taki stan trwa przez całe wczesne dzieciństwo (od niemowlęctwa do 9.–10. roku życia), czyli do okresu przed dorastaniem. W tym wieku dziecko potrafi już zbierać i analizować informacje. A jest ku temu coraz więcej okazji, ponieważ coraz częściej przebywa wśród innych. Tak zdobytą wiedzę wykorzystuje do porównań tego, co słyszało i widziało w domu, z tym, co mówią i robią inni ludzie. Porównania te nie zawsze wypadają na korzyść rodziców. I tak zaczyna się upadek pierwotnego naturalnego autorytetu. Nastolatek, obserwując różne zachowania rodziców, potrafi dojść do wniosku, że tata często mija się z prawdą, a mama nie zawsze jest tak cierpliwa, jak mu się wydawało. Że tata nie zna się na Internecie, a mama nie umie piec ciasta. Że w ogóle rodzice udają często kogoś, kim nie są.

Przyglądając się innym, na przykład rodzicom kolegi, dziecko dostrzega, że tata wcale nie jest najsilniejszy, a mama najładniejsza, że inni rodzice są bogatsi albo bardziej czuli. W miejsce bezkrytycznego podziwu i lojalności pojawia się krytycyzm, mniej lub bardziej ukryte pretensje, że rodzice są tylko tacy, jacy są, że żadne „naj” do nich nie pasuje.

Ta postawa osiąga apogeum w okresie dorastania. Rodzice przekonują się, że ich autorytet nie wynika ani z tego, że są rodzicami, ani z tego, że już go posiedli. Bo do tej pory wierzyli, że autorytet został im dany raz na zawsze. I bardzo cierpią, gdy dzieci kwestionują ich kompetencje. Jeśli zdają sobie sprawę z tego, że dzieci mają rację, często ukrywają przed nimi swoje ograniczenia i błędy albo mówią: My wiemy, co jest dla ciebie lepsze. Mówią tak jak ich rodzice. Tym samym powielają model z innej epoki, który w tamtych czasach może i miał rację bytu, bo kiedyś autorytet rodziców polegał na wiedzy i tak zwanej życiowej mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Syn kowala uczył się rzemiosła i życia od ojca, dziadka, wujków. Córka krawcowej podglądała, jak mama szyje, od niej przejmowała pracownię, od niej dowiadywała się, w jaki sposób zdobyć męża i jak uchronić dziecko przed urokiem. Rodzice i dzieci mieli swoje miejsce w hierarchii.

Dzisiaj często role się odwracają. Współczesna mama radzi się córki, co włożyć na przyjęcie, ba – pożycza od niej ciuchy. A tata pyta syna, jak naprawić komputer i jaki kupić samochód. To jednak wcale nie znaczy, że rodzicielski autorytet jest skazany na upadek. Trzeba go tylko budować na czym innym. Nie na wiedzy i hierarchii, ale uczuciach, wartościach i wzajemnym szacunku.

Nic na siłę

Trzeba w porę zdać sobie sprawę z tego, że pierwotny, naturalny autorytet przemija i że nie ma w tym nic złego. A nawet że byłoby podejrzane, gdyby syn i córka byli dalej bezkrytycznie zapatrzeni w matkę i ojca. Dzieci „boksują się” z nami po to, żeby odnaleźć swoją tożsamość, własną drogę, swoje priorytety. Mieć autorytet nie znaczy zawsze mieć rację.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>