fbpx

Język serca

Język serca
123rf.com

Nie obarczajmy dzieci odpowiedzialnością za swoje problemy i frustracje. Rady szukajmy u innych dorosłych – mówi Zofia Aleksandra Żuczkowska, propagatorka skandynawskiego modelu wspierania dzieci w rozwoju.
Skandynawia wyprzedza inne kraje w rozwiązaniach legislacyjnych dotyczących dzieci.

Kraje skandynawskie są prekursorem pełnego szacunku podejścia do dziecka – jako istoty kompetentnej, posiadającej wszystkie ludzkie cechy, jak empatia, zdolność do kontaktu i współdziałania. U nas wciąż dominuje przekonanie, że dzieci nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie, trzeba je kształtować, zmieniać. Skandynawowie już dawno odkryli, że my, dorośli, możemy się wiele nauczyć od dzieci. Bardzo serio potraktowali problem przemocy wobec najmłodszych. W Szwecji zakaz bicia wprowadzono pod koniec lat 60., w Polsce – dopiero w ubiegłym roku.

Zakaz zakazem, problemem jest zmiana mentalności dorosłych. Krzyczeć na dziecko to u nas norma.

Tak. Krzyku i presji emocjonalnej takiej jak etykietowanie, zawstydzanie, obwinianie, ale też nadmierna kontrola – na przykład w sprawach jedzenia, higieny, nauki – tego nie uważa się u nas za przemoc. Jednak takie traktowanie odbiera dzieciom szacunek do siebie, poczucie bezpieczeństwa i orientacji w świecie.

Jesper Juul, duński terapeuta rodzinny, pedagog o światowej renomie, autor książek m.in. „Twoje kompetentne dziecko” i „Twoja kompetentna rodzina”, pisze, że dzieci odsłaniają prawdę o wewnętrznych, nierozwiązanych konfliktach dorosłych.

Dziecko wyzwala w dorosłych pokłady emocji – od czułości i ekstazy, po złość, irytację, agresję. W relacjach z dziećmi konfrontujemy się z tym, kim jesteśmy. To trudne, zwłaszcza w naszej kulturze pozorów, udawania, zamiatania pod dywan.

Według Juula wychowanie to proces zachodzący między dorosłymi a dziećmi, w którym obie strony doświadczają zmiany i rozwoju.

Jego koncepcja powszechna w krajach skandynawskich podważa założenia autorytarnego stylu wychowania, zgodnie z którym dziecko jest przedmiotem działań wychowawczych. Wychowawców autorytarnych nie uczy się komunikacji z dziećmi, ale metod wpływania na dzieci, by robiły to, co chce dorosły, bez względu na ich własne uczucia i potrzeby. Juul mówi natomiast, żebyśmy zrezygnowali ze stosowania jakichkolwiek metod w stosunku do dzieci i zaczęli traktować je poważnie, podmiotowo, biorąc pod uwagę także ich zdanie.

Czy wobec tego nie ma recepty na wychowanie?

Receptą według Juula jest szacunek dla godności każdej osoby, bez względu na wiek i pozycję w rodzinie. Dziecko jest odrębną istotą ludzką, a konflikty ujawniają różnice potrzebne do dialogu. Juul proponuje, aby skupić uwagę na komunikacji, a nie zmienianiu dziecka i krytyce jego zachowań. W rodzinie ważny jest kontakt i jakość relacji między jej członkami, a nie realizacja metod wychowawczych.

Czyli dzieciom wolno to samo co rodzicom?

Rodzice ze względu na swoje doświadczenie i możliwości mają większą władzę w rodzinie, ale nie wszystko im wolno. Tak samo nie wszystko wolno dzieciom. Zdaniem Juula decydujące jest to, w jaki sposób o tym rozmawiają, jak osiągają porozumienie. Czy reagują na to, co wyrażają dzieci, zwłaszcza jeśli jest to złość, frustracja, bunt czy smutek – czyli naturalny odruch ochrony własnych granic. A także w jaki sposób dorośli chronią swoje granice, czy dzieje się to z poszanowaniem granic dzieci.

Juul pisze, że dzieci chcą być dostrzegane – ale nie oznacza to nieustannej uwagi ze strony dorosłego.

Dziecko potrzebuje informacji: widzę cię, ważne jest dla mnie to, co czujesz i czego potrzebujesz. Wypytywanie, kontrolowanie – to ingerencja w granice małego człowieka. On potrzebuje czasu na swoje decyzje, na kontakt ze sobą. Potrzebuje też obecności dorosłego, który go słyszy. Zdaniem Juula lepiej, jeśli rodzice nie ingerują w to, co należy do osobistej odpowiedzialności dziecka, np. jedzenie, sen, higiena, zabawa. Jeśli to robią, zwykle krzywdzą dziecko.

Wymaganie, żeby myć zęby to krzywdzenie?

Mycie zębów przez dziecko nie jest tak ważne jak to, w jaki sposób to osiągniemy. Np. gdy rodzice myją codziennie zęby i zapraszają do tej czynności malca – to model idealny. Dzieci uwielbiają współpracować z rodzicami – uczą się poprzez naśladowanie, a nie nakaz. Zdaniem Juula mniejszą szkodą jest nieumycie zębów niż mycie ich pod przymusem. Szanując odpowiedzialność osobistą dziecka, wspieramy rozwój jego odpowiedzialności społecznej, czyli współodpowiedzialności za siebie i innych. Tego nie można narzucić siłą.

Na świecie triumfuje jednak azjatycki model wychowania: „Musisz, wiem lepiej, co dla ciebie dobre”. Efektem takiego wychowania są mistrzowie.

Rodzicom, których fascynuje ten model, proponuję oprócz Juula także książki Alice Miller. W Skandynawii traktuje się je bardzo poważnie. W „Dramacie udanego dziecka” Miller pokazuje, co dzieje się w świecie emocjonalnym dziecka realizującego potrzeby rodziców, a nie swoje. Robi wszystko, żeby ich zadowolić, nie wie, co czuje, kim jest, czego chce. Bardzo często „udane dzieci” jako dorośli kończą depresją, ucieczką w narkotyki. Nie znają siebie, swoich granic, nie odróżniają własnego świata od świata swoich wielbicieli, nie potrafią żyć bez pochwały i akceptacji innych.

Pochwała to według Juula rodzaj kary. O co chodzi?

O to, by wychować człowieka, który podejmuje działania z wewnętrznej motywacji. Jeżeli robi coś dla nagrody, skupia się na nagrodzie, a nie na tym, co robi, co czuje, co się z nim dzieje i czy w ogóle chce to robić. Działanie nagrody niewiele różni się od kary. Motywacją jest stres, a nie zachwyt, który wzmacnia kreatywność. Wychowanie poprzez manipulowanie stresem to kolejne, fatalne w skutkach założenie autorytaryzmu. Małe dzieci potrafią zatopić się w działaniu, w zabawie. Są wtedy w głębokim kontakcie z sobą. Potrzebują ochrony tego stanu, a nie ingerencji z zewnątrz. W takich chwilach dokonują się niezwykłe procesy rozwojowe, aktywizowana jest największa liczba połączeń nerwowych w mózgu, rodzi się zaufanie do siebie samego. W Polsce nadal króluje jednak system karania i nagradzania. W przedszkolach i szkołach wymusza się określone zachowania u dzieci bez brania pod uwagę, co czują i czego chcą. Jeśli się buntują, czyli szukają odpowiedzi na to, co proponuje im otoczenie, zamiast szacunku i zrozumienia dostają karne punkty. To niszczy osobowość dziecka.

Jednak uważa się, że w ten sposób kształtuje się poczucie obowiązku, przygotowuje dzieci do pełnienia ról.

Skąd wiemy, jakie role będą potrzebne zaparę lat? Współczesny świat zmienia się gwałtownie. Autorytarne wychowanie, którego ofiarami są niemal wszyscy dzisiejsi rodzice i nauczyciele, przygotowało nas do posłuszeństwa i wykonywania obowiązków bez względu na to, co czuliśmy. Efekt? Wielu z nas ma trudność w określeniu, kim są i czego chcą. Jedną z konsekwencji jest system pracowniczego niewolnictwa w korporacjach. Sama przez to przeszłam. Co gorsza
– przenosi się to na nasze relacje z najbliższymi. Uczono nas nie odmawiać, spełniać polecenia innych, podporządkować się. Teraz, w delikatnej emocjonalnej przestrzeni, którą jest rodzina, odtwarzamy schemat. Powstaje błędne koło, stare „role” w innym przedstawieniu.

Dzisiaj rodzice są bardzo skupieni na swoich dzieciach.

Obserwuję tak zwanych rodziców bliskościowych. To cudowna idea – noszenie w chuście, przytulanie, zaspokajanie potrzeb u malutkich dzieci. Kiedy jednak dziecko rośnie i zaczyna mówić swoim językiem – „chcę, nie chcę” – mama, którą nauczono, że rodzicom się nie odmawia, nie wie, w jaki sposób kontynuować bliskość, a jednocześnie chronić swoją wolność. Nie wie, jak odmówić dziecku czegoś ze spokojem. A ono to jej emocjonalne miotanie się natychmiast wyczuwa, staje się tak jak ona zagubione, roztrzęsione, niepewne. Juul mówi, że trzeba pomóc rodzicom skontaktować się ze sobą, z tamtymi sfrustrowanymi dziećmi, którymi sami byli, bo z bezradności, zagubienia mogą wpaść w tę samą pułapkę co ich rodzice i jak oni mówić: „Masz robić, co ci każę, i koniec!”.

Na czym polega taka pomoc?

Na warsztatach dla rodziców, które prowadzę w Polsce i w Danii z uczniami Jespera Juula, trenerami Porozumienia bez Przemocy, najpierw przypominamy rodzicom ich zdolność porozumiewania się językiem potrzeb i uczuć, czyli językiem serca – o którym mówi też Marshall Rosenberg. Juul nazywa go językiem osobistym. Kiedy dorośli doświadczą kontaktu ze sobą, swoimi potrzebami, zaczynają słyszeć potrzeby, a nie „zachcianki” dziecka. Słowo „nie” przestaje być wychowawczą porażką rodzica, ale ochroną integralności i autonomii dziecka. Na warsztatach dorośli otrzymują to, czego często zabrakło w ich dzieciństwie – trening dialogu, budowania pomostu między ludźmi tak, żeby potrzeby jednej i drugiej strony, dorosłego i dziecka, mogły być zaspokojone. Potrzebują wsparcia i zrozumienia, a nie diagnoz, dobrych rad i moralizowania – gdy budzi się w nich stłumiony w dzieciństwie własny gniew i frustracja.

W domu możemy dialogować, ale dziecko idzie do szkoły i musi się podporządkować.

To jest problem. Rodzice, którzy pozwalają dziecku na wypowiadanie swojego zdania, muszą się liczyć z tym, że w szkole usłyszy: „Masz to wykonać bez dyskusji”. Bardziej świadomi rodzice podejmują decyzję o homeschoolingu (nauczaniu domowym) albo posyłają dzieci do mniejszych szkół społecznych. Moja dziewięcioletnia córka chodzi do publicznej szkoły. Powiedziała mi z goryczą w głosie: „Mamo, ty myślisz, że szkoła to jest miejsce dla dzieci? Tam jest ważne tylko to, czego chcą dorośli!”.

Można powiedzieć dzieciom, że świat nie jest idealny.

Juul zachęca, by mówić prawdę, ale używając języka osobistego, mówiąc o sobie, czego chcemy i dlaczego, a nie w formie ogólnych twierdzeń: „to jest dobre/złe”, „tak wolno/nie wolno”, bo to nie dociera do dzieci. Jeśli ewidentnie coś mi się nie podoba, trzeba to wyrazić, ale tak, żeby nie ranić. Małgosia przyniosła raz w dzienniczku uwagę od nauczycielki, że podczas obiadu zachowywała się „jak świnia”. Rozmawiałam z nią potem i obie doszłyśmy do wniosku, że lepiej nie etykietować ludzi, bo to może sprawić im ból. Ważne, aby rozmawiać z dzieckiem bez podkreślania, że wiemy lepiej. Juul mówi, że krytykowane dzieci nie będą postępować zgodnie z naszymi oczekiwaniami. One uczą się zaufania i szacunku, kiedy potrafimy im ten szacunek i zaufanie okazać, a nie wtedy, gdy wymagamy tego od nich. Jestem przekonana, że dialog wzajemnie wzbogaca dzieci i dorosłych. Dla mnie obecność dzieci jest najważniejszym impulsem i wsparciem w moim osobistym rozwoju – jako matki, i jako człowieka. Wiele im zawdzięczam.

Zofia Aleksandra Żuczkowska, mama 11-letniego Michała i dziewięcioletniej Gosi,
dyrektorka warszawskiego przedszkola Ogród Dzieci, polonistka i dziennikarka, trenerka Porozumienia bez Przemocy. Prowadzi Pracownię Dialogu, w której oferuje warsztaty
dla rodziców i wychowawców oparte m.in. na koncepcji duńskiego pedagoga Jespera Juula
(www.jezyk-serca.pl).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>