fbpx

Monika Mrozowska: Kobieta udomowiona

Monika Mrozowska: Kobieta udomowiona
blog 1000stopni.pl

Monika Mrozowska na co dzień pisze blog i książki kulinarne, gotuje, wychowuje dzieci. A od święta? Czyta, kupuje perfumy albo wsiada z mężem do samochodu i jedzie gdzieś „na wariata”.
Czy czas na drobne przyjemności zajmuje ważne miejsce w twoim grafiku?

Ja wręcz czekam na momenty, w których mogę sprawiać sobie małe przyjemności, np. poczytać przez pół godziny książkę. Kiedyś lubiłam słuchać muzyki, ale odkąd na świecie pojawiła się nasza druga córka, Jagoda, oboje z mężem zaczęliśmy szukać ciszy. I gdy rok temu wysiadło nam radio w samochodzie, do tej pory go nie naprawiliśmy. Rozgardiasz na tylnym siedzeniu to dla nas maksymalna granica dźwięku. A cisza wpływa na mnie lepiej niż wyjazd nad ciepłe morze, basen i drinki. Bo w domu robię wszystko: zajmuję się dziećmi, pracuję, odpowiadam na e-maile, odbieram telefony. To wieczne rozerwanie się na te różne czynności sprawia mi dużą trudność. Szczególnie że chciałabym być super we wszystkim.

Nie za dużo tych rzeczy do zrobienia naraz?

Dużo, ale mam komfort, bo większość pracy wykonuję w domu. Dzięki temu nie muszę rano robić makijażu i oszczędzam 15 minut, które mogę poświęcić na coś innego. Chociażby na zdrowe śniadanie. Staramy się zacząć dzień od ciepłego posiłku. Dzięki temu nie mam uczucia ciężaru w żołądku, a jestem najedzona do 15.00 i nie mam ochoty na przekąski. Mam też nadzieję, że wpłynie to na mój wygląd za 10, 20 i 30 lat. Żeby się dobrze czuć i dobrze wyglądać, w olbrzymich ilościach pochłaniamy kasze – jaglaną, gryczaną, jęczmienną – z warzywami i roślinami strączkowymi oraz dużą ilością masła lub oliwy i ziołami. Najbardziej lubimy dania jednogarnkowe, które nie wyglądają specjalnie atrakcyjnie, ale są smaczne, zdrowe i szybkie.

Dzieci też jedzą takie śniadanie?

Na pewno ich do tego nie zmuszamy. Starszej, Karolinie, pozwalamy robić odstępstwa od reguły, ale dbamy o to, żeby zachowane były odpowiednie proporcje zdrowego jedzenia. Przyjęliśmy postawę: „akceptuję twój wybór, ale chcę, żebyś brała pod uwagę to, co ja mam do powiedzenia”. W tej chwili ma prawie 9 lat i łatwiej ją przekonać do różnych rzeczy, na które 2–3 lata temu by się nie zgodziła. Wszyscy jesteśmy wegetarianami, ale stawiamy głównie na zdrowe jedzenie. Zresztą, teraz na rynku ciężko znaleźć produkty, które mają jeszcze coś wspólnego z prawdziwym mięsem. Zdrowsza jest zupa z dużą ilością warzyw niż tradycyjny kotlet schabowy.

Trochę ciszy, zdrowe jedzenie. Jak jeszcze dbasz o siebie?

Organizując czas sam na sam z mężem. Jakąś podróż tylko we dwoje. Na jednej z ostatnich mój mąż nagle stwierdził: „Jakie to fajne, jesteśmy tu sami i nadal mamy o czym rozmawiać”. Przekonaliśmy się, że takie codzienne sprawy jak: kto zawiezie dziecko na zajęcia, kto zapłaci rachunki, kto pójdzie na zakupy, nie są podstawą naszego bycia razem. Jesteśmy razem, bo jest nam ze sobą dobrze, a pozostałe rzeczy z tego wynikają. Poza tym dorastamy w tej relacji. Kiedyś uważałam, że to normalne i zdrowe, że mam potrzebę wyjść na imprezę albo pojechać pod namiot ze swoją najlepszą przyjaciółką, ale byłam zazdrosna o to, że Maciek też może mieć takie pragnienia, więc się nawzajem blokowaliśmy. A jak już dopuszczaliśmy do takich sytuacji, to potem był foch: „bo ty się tak dobrze bawiłeś, a ja w tym czasie musiałam…”. Ale przepracowaliśmy to. I teraz, gdy mój mąż wraca z samotnego weekendu, widzę, że jest szczęśliwy, że mógł wyjechać, ale jest jeszcze bardziej szczęśliwy, że może do nas wrócić. I ja, gdy wyjeżdżam, najpierw cieszę się, że będę miała dwa dni tylko dla siebie, ale potem – że za chwilę będę w domu, że dzieciaki się na mnie rzucą, że Maciek mnie przytuli. Trzeba dać sobie odrobinę wolności w związku. Nie jest łatwo, ale jak już się ten etap osiągnie, to przychodzi ulga. A to od razu widać – ciało przestaje być spięte, twarz się rozluźnia, zmarszczki się wygładzają. To daje lepsze rezultaty niż wklepywanie ton kremów.

A zajmujesz się jeszcze ceramiką?

Ceramika jest pracochłonna i niedoceniana. Zaczęło to być naprawdę frustrujące i w końcu dwa lata temu postanowiliśmy zamknąć naszą pracownię. Nie było to łatwe, bo strach przed niewiadomą długo był silniejszy niż zmęczenie i niechęć. Ale gdybyśmy nie znaleźli w sobie odwagi, żeby powiedzieć: „Nie sprawia mi to już przyjemności”, nie zobaczylibyśmy innych szans. Ze strachu przed niewiadomą można tkwić w zależnościach, które nas kompletnie nie satysfakcjonują.

Próba się udała. Powstały dwie ciekawe książki kucharskie…

Zamknęliśmy pracownię i nagle pojawiła się możliwość zarobienia większych pieniędzy. Postanowiliśmy przeznaczyć je na książkę. Wszyscy nas przed tym przestrzegali: że druk za drogi, że taka okładka nie przejdzie, ale po miesiącu dostaliśmy informację od dystrybutora, że sprzedała się ponad połowa nakładu. To był sygnał, że idziemy w dobrym kierunku. Postanowiliśmy się tym zająć na poważnie. Sami robimy potrawy i aranżacje, Maciek robi zdjęcia, a ja projekt okładki i sklejki. Dla dwóch osób to mnóstwo pracy, ale możemy liczyć na pomoc brata i bratowej Maćka, którzy zawodowo zajmują się grafiką komputerową. I okazało się, że jest zapotrzebowanie na takie gotowanie.

Ceramika, książki – wszystko robicie wspólnie?

Od wielu osób słyszałam, że to nie jest dobre: mieszkać i pracować razem. Ale nam to służy. Może dlatego, że we wszystko, co robimy, wkładamy pasję i miłość. Myślę, że ważne jest też wewnętrzne przyzwolenie na to, że mogę robić coś innego. Dopuszczenie do siebie myśli, że jeżeli za 10 lat nie będzie mi sprawiać przyjemności stanie nad garami, to może zacznę hodować gołębie – pozwala zająć się tym, co robię teraz.

Łatwiej jest pracować w domu?

Gotujemy i fotografujemy w domu. Na blogu kulinarnym na zdjęciach często pojawiają się nasze dziewczyny. To sprawia nam wszystkim wiele radości, choć jest też czasami męczące. Bo chciałabym się na czymś skupić, a Jagoda mi się ładuje na kolana albo Karolina przychodzi z książką… Ale jakoś to ogarniamy. A do tego dzieci nie siedzą od 7.00 do 19.00 na świetlicy. To ogromna satysfakcja tak poukładać sprawy zawodowe i rodzinne. I do tego jeszcze podróżować: rodzinnie, we dwoje i samotnie. Uwielbiam podróże. Już gdy wsiadam do samochodu, czuję podekscytowanie i radość! Wiem, że za chwilę zobaczę coś nowego… Najbardziej lubię wyjazdy „na wariata”. Podczas ostatnich wakacji każdą noc spędzaliśmy w innym miejscu. Znajomi się dziwią, skąd mamy czas i pieniądze na takie wyjazdy. Po prostu, wyszukujemy tanie miejsca. To kwestia wyboru: gdy mam wolne dwa tysiące złotych, wolę wydać je na wycieczkę z dzieciakami niż kupić sobie nowe buty. Zwłaszcza gdy widzę, ile im to sprawia radości… Z nowych butów bym się tak nie cieszyła.

Ale od czasu do czasu jakiś kosmetyk, ubranie, przyjemność…?

Czasem lubię kupić sobie dobre perfumy. Mogę być ubrana w spodnie od dresu, ale do tego w ładny zapach – i od razu czuję się inaczej. Lubię też masaże. Mój mąż dwa lata temu zrobił mi cudowny prezent pod choinkę: czterogodzinną sesję masażu ajurwedyjskiego. Na co dzień nie mam czasu na takie przyjemności, ale dbam o siebie na swój sposób. Przygotowuję domowe kosmetyki, np. do oliwy dodaję cukier trzcinowy, skórkę z pomarańczy, trochę cynamonu i wychodzi peeling, który kosztuje grosze, jest świetny dla skóry i niesamowicie pachnie. Jedyne miejsce w mieszkaniu, gdzie zachowaliśmy drzwi, to łazienka. I raz na tydzień w sobotę rano zamykam się tam na 40 minut. Czasem sama, a czasem z mężem…

A wspólne rodzinne przyjemności?

Zimowe wyjazdy. Ja i mój mąż jeździmy na desce, a Karolina na nartach. Pierwszy raz na stok zabraliśmy ją, gdy miała trzy i pół roku. Po kilku zjazdach jakiś pan powiedział: „Ta mała jeździ rewelacyjnie!”. Odpowiedziałam: „Wiem, bo to moja córka”. Od Karoliny zawsze dużo wymagaliśmy. Nam może się wydawać, że dziecko czegoś nie zrobi, ale jak je traktujemy jak partnera, może nas zaskoczyć swoją samodzielnością.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze