fbpx

Wychowanie dzieci: wszystko zaczyna się od „aha”

Wychowanie dzieci: wszystko zaczyna się od "aha"
123rf.com

Mówienie: „nie pij, nie pal, nie ćpaj”, nie działa. Nie da się rozwiązać żadnych problemów poprzez pouczanie. Inka Dowlasz, reżyserka i psycholożka, twierdzi, że jedną z najskuteczniejszych metod wpływających na zmianę zachowania, również ludzi bardzo młodych, jest żywe doświadczanie, na przykład w twórczym procesie improwizacji. Dla niej bazą do pracy z młodzieżą jest teatr, a językiem rozmowy – spektakle.
Jak pani odkryła, że teatr może służyć terapii?

Jako początkujący reżyser trafiłam do Teatru Ludowego w Krakowie. Dyrektor Jerzy Fedorowicz po sukcesie „Romea i Julii” w wykonaniu nowohuckich punków i skinheadów postanowił ideę terapii przez sztukę kontynuować. Zaczęłam przygotowywać spektakle oparte na współpracy z publicznością. Napisałam „Toksycznych rodziców”, potem „Bici biją” i tak pracuję w Teatrze Ludowym już ponad dziesięć lat, łącząc profesję reżyserską, przygotowanie psychologiczne z możliwościami, jakie daje teatr. Warsztaty, które prowadzę, inspirują mnie do pisania sztuki, potem ją reżyseruję z profesjonalnymi aktorami, a następnie pracuję z młodymi widzami. Spektakl jest wstępem do rozmowy z widownią.

Na czym to polega?

Zaczyna się od scenariusza. Musi być tak skonstruowany, żeby dotknąć tego szczególnego, wrażliwego miejsca w psychice człowieka i uczynić go chociaż na moment bardziej bezbronnym. I kiedy to się udaje – wychodząc do publiczności, można na bieżąco reagować, coś dodać. Po spektaklu „Bici biją”, który dotyka problemów przemocy, wyciągam ludzi na scenę i pokazuję, jak spirala agresji się nakręca.

To skuteczna metoda?

Kiedyś po przedstawieniu podeszła do mnie policjantka i powiedziała, że wysłał ją podopieczny, bo on był na „Bici biją” i już pewnych rzeczy nigdy nie zrobi. Prowadzę warsztaty w różnych miejscach – w wypasionych firmach i w domach pomocy społecznej. Dla mnie to bardzo wzbogacające doświadczenia, bo gdy piszę sztukę, to te obrazy, te poruszenia z pracy na warsztatach wracają i potem żyją na scenie.

Bardziej chodzi pani chyba o wywołanie emocji niż analizowanie przyczyn problemów.

Przed napisaniem sztuki długo noszę temat w sobie, podaję go ludziom na warsztatach i oni się z nim mierzą, a dopiero potem lepię całość i sama jestem ciekawa, co mi z tego wyjdzie. Teatr jako narzędzie może służyć różnym celom, także pracy nad sobą.

Do jakich wzorców nawiązuje pani w tak pojętej twórczości?

Inspiracją są dla mnie doświadczenia The Royal Court Theatre w dziedzinie łączenia warsztatów z powstawaniem sztuk. A to, że improwizując, czuję się jak ryba w wodzie, zawdzięczam Grotowskiemu. Przez ładnych parę lat, jeszcze przed studiami reżyserskimi, byłam związana z twórczością Grotowskiego, prateatrem, teatrem źródeł, który odwoływał się do współpracy z widzami poza sceną.

Zależy pani na wywołaniu zmiany w młodym człowieku?

W działaniu na scenie, bezpośredniej konfrontacji z problemem możliwe jest zaskoczenie trybiku wewnętrznej przemiany. I kiedy to się stanie, uświadamiam młodym ludziom: popatrz, tu jest ta świeża reakcja, słaba, delikatna jak roślinka, którą trzeba podlewać. Lubię po spektaklu prowokować widza do wejścia na scenę. Oczywiście, raz wychodzi nam to lepiej, raz gorzej. Na przykład „Sytuacja bez wyjścia” dotykająca tematu niechcianego macierzyństwa powodowała takie emocje, że ludzie improwizowali bez oporu. Po spektaklu „Wakacje w Holandii”, poruszającym problem inicjacji seksualnej, homoseksualizmu, zastosowałam technikę pytań sokratejskich i podążałam za widownią – wychodzenie na scenę nie było takie konieczne. Pamiętam jednak, jak po jednym z przedstawień „Wakacji…” odbył się bardzo żywy, poruszający warsztat. Gdy skończyliśmy, uświadomiłam sobie, że brało w nim udział 90 osób, a ja czułam, jakby było ich dziesięć. Na spotkaniu po „Odlocie” wplatam swoje ulubione metafory uzmysławiające pewne rzeczy. Wierzę, że gdzieś poza horyzontem tego, co ogarniamy świadomym umysłem, zakotwiczone są te trybiki, których trzeba dotknąć, żeby poruszyć cały mechanizm zmiany.

Może warto tę metodę terapii przez sztukę rozpowszechniać?

Prowadzimy przy Teatrze Ludowym roczne Studium Terapii przez Sztukę, obchodziliśmy właśnie dziesięciolecie. Szkolimy nauczycieli, instruktorów, gospodynie domowe, biznesmenki. Staramy się rozpoznać talent każdej z osób i go umocnić. Bo jak człowiek jest umocniony w swoim i wie, że idzie w dobrym kierunku, to może przenosić góry. Oni grają, tańczą, śpiewają, improwizują, uczą się podstaw reżyserii i psychologii. A potem niosą naszą ideę w świat – pracują z młodzieżą, grając sztuki, co mnie raduje ogromnie.

We wszystkich naszych działaniach chodzi o uruchomienie w człowieku twórczego pierwiastka. A proces twórczy może mieć terapeutyczne znaczenie.

Dlaczego sprawdza się w tym właśnie teatr?

Teatr daje możliwość doświadczania tego, co spotyka nas w życiu. Bo na ogół rozumiemy, że czegoś nie powinno się robić, a robimy dalej po staremu. Wiemy, że papierosy szkodzą, a palimy. Mówienie młodemu człowiekowi: „nie pij, nie ćpaj”, nie działa. Specyfika doświadczenia teatralnego pozwala dotknąć problemu, skonfrontować się z nim. Można inaczej myśleć, ale kiedy samemu czegoś się doświadcza, pojawia się reakcja „aha”. I właśnie ten moment „aha”, delikatny, twórczy, jest w procesie zmian istotny. A gdy dodatkowo sprawia to młodym ludziom radość – tym lepiej. Dlatego chętniej używam słowa „twórcze” niż „terapeutyczne”. Bazujemy na naturalnych potrzebach twórczej ekspresji. W teatrze odwołujemy się właśnie do tych naszych naturalnych zdolności. Na scenie można przerobić wybraną sytuację w 15 różnych wariantach i dobrze się przy tym bawić…

Rodzice też mogą z tej metody korzystać?

Dziewczynka zakłada szpilki swojej mamy, maluje usta i paraduje. Można ten „pęd” wykorzystać świadomie i w ten sposób przygotowywać dzieci do przejścia różnych trudnych sytuacji: na przykład wizyty u dentysty, pójścia do przedszkola, narodzin braciszka.

Na warsztatach używa pani precyzyjnie dobranych technik?

Istnieje cały arsenał gotowych, sprawdzonych chwytów i gier – chociażby Augusto Boala. Nieraz używam własnych „gotowców”, ale najpiękniejsze improwizacje to te, kiedy nie wiemy, co się za chwilę zdarzy… Staram się pamiętać o zasadzie, którą sformułował Jerzy Grotowski: za tobą jest artystyczna wiarygodność, przed tobą coś, co nie wymaga kompetencji technicznej, lecz kompetencji ciebie samego…

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze