Stres w pracy: skutki odwlekania zadań

stres w pracy
123rf.com

Co dzieje się z odwlekanymi w czasie zadaniami? Nie przestają istnieć, a wręcz przeciwnie – namnażają się, i to w przyspieszonym tempie. W końcu robi się ich tyle, że już na nic nie ma czasu.
Mira nie mogła wstać od biurka o własnych siłach. W ogóle nie mogła wstać. Próbowała na kilka sposobów, aż poddała się i zadzwoniła po sekretarkę. „Pani prezes, co się dzieje, czy mam wezwać pogotowie?” – zapytała Joanna, przestraszona jej wyrazem twarzy. „Po prostu pomóż mi wstać i dojść do samochodu. Muszę pojechać na jakiś zastrzyk przeciwbólowy, bo inaczej mi nie przejdzie” – wydusiła z siebie. Porażający ból pleców pojawił się nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy potrzebowała pomocy drugiej osoby, żeby się przemieścić. Ostrzeżenia lekarza stały się realnością, chociaż dotąd je lekceważyła, zakładając, że takim twardzielkom jak ona niedyspozycje się nie zdarzają. Jednak życie znowu pokazało swą beznamiętnie statystyczną naturę. Mira doświadczała właśnie „skutków długotrwałego stresu”, i jedyną paradoksalną zaletą tej sytuacji był fakt, że skupiona na bólu mogła przez chwilę zapomnieć o tych wszystkich sprawach do załatwienia, które ją do tego stanu doprowadziły.

Zadbać o siebie

Od dłuższego czasu czuła, że sytuacja ją przerasta. Firma, którą zaczęła tworzyć kilkanaście lat temu, od kilku lat nie była już małym rodzinnym biznesem, zatrudnienie sięgało 200 osób i zarządzanie – szczególnie w czasie kryzysu – było coraz trudniejsze. „Stara ekipa”, w liczbie 20 osób, wcześniej funkcjonowała sprawnie, każdy wiedział, co i jak robić. A teraz – te wszystkie rozmowy kwalifikacyjne, które zajmują czas i niewiele dają, bo dopiero w praniu okazuje się, kto co jest w stanie zrobić. Ciągle ktoś czegoś od niej chce, ciągle piętrzą się zaległości. To wszystko rujnuje jej zdrowie. I chociaż dziś właśnie postanowiła odseparować się od tego rozgardiaszu i zajęła się czytaniem e-booka oraz planowaniem wiosennego wyjazdu – żeby zadbać trochę o siebie – to właśnie teraz kręgosłup postanowił wystawić jej rachunek.

Metodę, którą Mira zastosowała do „zadbania o siebie”, określa się często terminem prokrastynacja – odwlekanie w czasie rzeczy, które mamy do zrobienia. Nie da się jednak zrelaksować z oddechem niezałatwionych spraw na plecach. Takie działanie opiera się na dziecinnym mechanizmie – dzieci, zakrywając oczy dłońmi, są przekonane, że ich nikt nie widzi – tak jak w danym momencie one nie widzą nikogo.

Grupa ryzyka

Kto ulega prokrastynacji? Może prościej byłoby zapytać, kto nie ulega? Zjawisko odsuwania od siebie rzeczy, które powinno się zrobić, dotyczy tak naprawdę wszystkich, chociaż nie wszyscy to sobie w pełni uświadamiają, a sztandarowym przykładem mogą być studenci w czasie sesji. Według badań mechanizm odkładania na ostatnią chwilę dotyka ponad 80 proc. z nich. Wśród przyczyn wyjaśniających zjawisko „jestem bardzo zajęty robieniem rzeczy, których nie muszę robić, po to, aby uniknąć robienia czegokolwiek, co powinienem robić”, badacze podają styl wychowania i nauczania oparty na bardzo wysokich oczekiwaniach wobec dziecka. Kiedy dorośli ciągle spodziewają się więcej po dziecku, uczy się ono skupiać na chęci zadowolenia innych, co jest powodowane naturalnym dziecięcym lękiem przed odrzuceniem. W końcu traci kontakt samo ze sobą, ze swoimi własnymi potrzebami, zainteresowaniami i realnymi możliwościami, ulegając tendencji do perfekcjonizmu, wywołanej ciągłymi komunikatami, że stale musi być najlepsze. Taki utrwalony nawyk przenosimy później w dorosłe życie i lęk przed porażką (bo to jest przecież wypadnięcie za burtę bycia najlepszym) motywuje do działania na krótką metę. Wyczerpany organizm broni się depresją, prokrastynacją i innymi zaburzeniami, które postrzegamy jako niesprawiedliwie nas dotykające i przeszkadzające w normalnym życiu, gdy tak naprawdę są one często krzykiem zaniedbanego „ja” o usłyszenie, zrozumienie i współczucie.

Ucieczka od przymusu

Kiedy odsuwamy od siebie sprawy, zostawiając je na ostatni moment, zazwyczaj w dużej mierze działamy pod presją takich słów, jak: „powinnam”, „muszę”, „trzeba”. Impuls do działania jest wówczas zewnętrzny, nie pochodzi ze środka nas – nie mamy więc poczucia, że wynika z naszego wyboru, zaś to, co nie jest wyborem – jest przymusem. Opór, który rodzi się pod wpływem poczucia przymusu, osłabia nasz zapał. Lęk przed porażką dokłada swoje, i jedyne, czego pragniemy, to „wymiksować się” z sytuacji, odsuwając ją od siebie jak najdalej w czasie. Jednocześnie ciągle żywe są w nas uczucia winy, wstydu i strachu przed konsekwencjami niezrobionych rzeczy i kiedy je zagłuszamy, wciągając się w robienie rzeczy, które chcemy i lubimy robić, te nieprzyjemne uczucia żyją ciągle na progu naszej podświadomości i świadomości, oddziałując na stan zdrowia psychicznego i w konsekwencji – fizycznego. W pewnym momencie plecy, żołądek, serce czy inna część ciała odmawiają współpracy, i jest to często ostatni moment, żeby zatrzymać się i odpowiedzieć sobie na pytania: „Co wybieram w tej sytuacji?”, „Za czym tęskni moje serce?”, „Jakie wartości w życiu chcę wspierać swoim działaniem?”.

Czas na zmiany

Mira dotarła do takiego momentu w życiu, gdy zrozumiała, że od tego, jak rozwiąże sytuację, zależy przyszłość jej i firmy. Syndrom wzorowej uczennicy nie bardzo się przydaje w sytuacji zarządzania ludźmi. Odejście od perfekcjonistycznych metod działań zakorzenionych w przekonaniu: „muszę być najlepsza, więc to ja najlepiej wiem, co i jak powinno być zrobione”, czyli od ręcznego sterowania zespołem, pozwala odzyskać wiele czasu i energii, które można wykorzystać z pożytkiem dla siebie i innych.

Mira po zadbaniu o zdrowie fizyczne (lekarz, fizjoterapeuta, wykupienie karnetu na basen) zdecydowała się pod namową koleżanki na pracę nad sobą (warsztaty, coaching) i nad firmą (konsultacje, opracowanie i wdrożenie planu zmian). To, co najbardziej pomogło jej ruszyć z miejsca, to zmiana perspektywy widzenia pewnych spraw: dopóki myślała o pracownikach w kategoriach „spodziewania się po nich określonych rzeczy”, konieczność zarządzania ludźmi postrzegała jako orkę na ugorze. Odkąd pozwoliła samej sobie zaistnieć jako niepowtarzalna osoba z konkretnym potencjałem, który może rozwijać, pozostawiając innym bycie mistrzami świata w ich własnych dziedzinach, łatwiej jej było dostrzec w pracownikach ciekawych, różnorodnych ludzi, i dać im szansę na realizowanie siebie. To pozwoliło Mirze wreszcie być sobą w kontaktach z ludźmi, bo okazało się, że jej prawdziwa natura to raczej wspieranie innych w rozwoju potencjału niż promowanie perfekcjonizmu. Jednak najpierw sama musiała się uporać z tą skłonnością u siebie, żeby nią „nie zarażać” innych.

Nawyki do zmiany nawyków

Mira w czasie swojej pracy z grupą na warsztatach i podczas indywidualnych spotkań z coachem wypracowała metody, które pomagają jej w radzeniu sobie z unikaniem nawyków prokrastynacyjnych. Ciągle uczy się dystansowania się do swojej skłonności, by zarządzać ludźmi na zasadzie „zrób to co ja”, oraz cierpliwości. Bonusem całej sytuacji jest zdecydowanie większe poczucie satysfakcji z tego, co robi, oraz świadomość różnicy jakości działania, kiedy robi się coś nie pod wpływem zewnętrznej presji, lecz pod wpływem impulsów płynących z własnych wewnętrznych potrzeb i wartości, które chce się realizować w życiu. Mira przyznaje, że dopiero od niedawna rozumie, co to znaczy, że życie potrafi cieszyć.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze