1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Gotowanie - moja miłość. Kuchnia Flavii Borawskiej

Gotowanie - moja miłość. Kuchnia Flavii Borawskiej

(Fot. Małgorzata Minta; materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jako dziecko liczyła czas pomiędzy posiłkami. Bo zawsze kochała jeść. A potem miłość przerodziła się w pasję – i zawód. O życiu i jedzeniu w polsko-włosko-angielsko-greckiej rodzinie, o smakach, zapachach i o świętowaniu opowiada Flavia Borawska, współautorka książki „Tutto bene. Włoska kuchnia Flavii”.

Uczyła się od najlepszych szefów kuchni. We Florencji była na stażu w restauracji Fabia Picchiego, potem pracowała w kopenhaskiej Nomie, nagradzanej gwiazdkami Michelina. W Warszawie prowadziła kuchnię w restauracji Opasły Tom, a teraz właśnie wydała (razem z dziennikarką Małgosią Mintą) książkę „Tutto bene. Włoska kuchnia Flavii. Rodzinne historie, przepisy i opowieści”. Na pytanie, czy jako córka Tessy Capponi-Borawskiej czuje się gotowaniem genetycznie obciążona, odpowiada ze śmiechem: – Nie, tak na pewno powiedzieć nie można. Bo w moim przypadku to nie było obciążenie, tylko miłość od pierwszego wejrzenia. Od kiedy pamiętam, kocham jeść. Jako dziecko liczyłam czas między posiłkami. To, co pomiędzy, nigdy nie było tak istotne jak sam posiłek. Od tego się na pewno zaczęło. I na pewno miało w tym też udział rodzinne – polsko-angielsko-włoskie, z dodatkiem greckiego – zróżnicowanie kultur i tradycji. – Jedzenie nigdy mi się nie nudziło, bo zawsze było coś nowego. Zaskakującego. Czekanie na posiłek to nie było tylko czekanie na jedzenie, ale i na nowe odkrycia, nowe smaki, na coś fajnego, interesującego. A później, jak mówi Flavia, miłość przerodziła się w pasję. – Zaczęłam gotować profesjonalnie ponad dekadę temu. Byłam dzieckiem z ADHD, które non stop się łapie za coś nowego, niczego nie jest w stanie dokończyć, w szkole to było mocno widoczne – a kuchnia to była pierwsza rzecz, której nie byłam w stanie odpuścić.

Flavia Borawska i Tessa Capponi Borawska (Fot. Małgorzata Minta)

Pytam, jak to jest z tym ADHD, bo wydaje się, że w gotowaniu potrzebne są jednak uważność i cierpliwość. – Nie powiedziałabym. Może jedynie cukiernictwo, które jest częścią gastronomii bardziej matematyczną, wymagającą skupienia i precyzji – odpowiada Flavia – faktycznie nie jest idealne dla osób takich jak ja. W kuchni ważna jest pasja, chęć nauczenia się wszystkiego, czego można się nauczyć, i… upór. Myślę, że tym, co pozwoliło mi przetrwać w profesjonalnej gastronomii na najwyższym poziomie, były właśnie mój upór i ogromna potrzeba rywalizacji. Nie lubię przegrywać, a w kuchni trzeba zawsze pokazywać, że da się radę.

Flavia kocha karmić. Kocha też wymyślać nowe dania. A te dwie rzeczy łączą się ze sobą. – To, co mi sprawia największą przyjemność, to zadowolenie gości. Kiedy na przykład mówią, że to połączenie smaków jakimś cudem przypomniało im danie ich babci sprzed lat, przeniosło ich do świata dobrych wspomnień – nie ma dla mnie lepszego komplementu. No i pusty talerz oczywiście. Natomiast żeby ludzie wracali i chcieli u mnie jeść, muszę oferować im ciągle coś nowego. Zwłaszcza dziś, kiedy coraz więcej osób szuka nowych, ciekawych miejsc, kiedy ludzie się jedzeniem interesują, moja propozycja musi być naprawdę na wysokim poziomie. A że chęć karmienia jest u mnie ogromna? To chyba normalne – skoro sama kocham dobrze jeść, chcę też dawać to innym.

W swojej książce Flavia proponuje gotowanie po włosku. Choć zaznacza, że nie jest to klasyczna kuchnia włoska, ale jej interpretacja. Zainspirowana wspomnieniami. – I tym, że takie właśnie jedzenie dominowało u mnie w domu. Ale nie tylko Włochy ukształtowały jej smaki. Bo Flavia rosła w dwóch światach. W Polsce, w Warszawie, i we Włoszech – we Florencji i w Calcinai, starej, rodzinnej letniskowej willi w Toskanii. – Kiedyś Warszawa – opowiada – to było takie trochę szare miejsce, brakowało różnych składników, które umożliwiałyby gotowanie wszystkiego, co mamy w głowie. Tu była też szkoła, więc, siłą rzeczy, „szara rzeczywistość”. Codzienność. A Calcinaia to były wakacje. Życie słoneczne, kolorowe, pełne smaków i zapachów. Ja w ogóle zapamiętuję świat przez zapachy. One uruchamiają we mnie wspomnienia, kojarzą się z konkretnymi chwilami, przeżyciami, ludźmi. W obu moich światach jedzenie było różne, ale oba światy są mi bliskie. Warszawa to smak dobrego masła. I smaki kwaśne – ale nie cytryny, tylko żuru czy kiszonych ogórków. A Włochy – to wino, oliwa, parmezan.

Posiłki to oczywiście nie tylko jedzenie. To też spotkania. – Zawsze jest nas przy stole dużo. Mam czworo rodzeństwa plus rodzice, plus goście – dom rodziców zawsze był portem nie tylko dla najbliższej rodziny, ale dla wszystkich naszych znajomych i przyjaciół. W Calcinai to samo. Tam latem spotykaliśmy się wszyscy, cała rodzina, wujostwo, kuzyni, ciocie, dziadkowie. I wszyscy siadaliśmy przy jednym stole. To było miejsce, które łączyło różne światy. Jedyna rzecz, która się nie zmieniała. I wszystko, co kocham najbardziej: pyszne jedzenie na środku stołu, śmiech, rozmowy, cieszenie się bliskimi, towarzystwem. Przy naszym stole, a właściwie stołach, gdziekolwiek są, zawsze jest tak samo: bardzo głośno i bardzo wesoło. Przekrzykujemy się w różnych językach, gdyby ktoś nas nagrywał, to pewnie postronnej osobie trudno by było cokolwiek zrozumieć. Ktoś mówi po włosku, ktoś po angielsku, ktoś po polsku, zaczynamy zdanie w jednym języku, kończymy w drugim, przerywamy sobie… Tłumaczyłam to kiedyś Małgosi Mincie: „Pamiętasz, kiedyś był taki program »Z kamerą wśród zwierząt«. No to u nas przy stole tak to mniej więcej wygląda”.

A jakie są w tej rodzinie święta? To zależy od tego, czy we Florencji, czy w Warszawie. – Ale zawsze są cudowne. I zawsze jest nas bardzo dużo. Kiedyś w Polsce na Wigilię przy stole siedziało 45 osób. A kulinarnie to znowu trochę zależy od tego, gdzie jesteśmy. Tradycję polskiej Wigilii wprowadził mój tata, Włosi Wigilii raczej nie obchodzą, dla nich święta to 25 i 26 grudnia. Nawet kiedy jesteśmy we Florencji, Wigilia jest generalnie po polsku. Śledzie, uszka, barszcz, włoskie są tylko przekąski. 25 grudnia jemy po angielsku. Gwoździem programu jest klasyczny Christmas pudding i pieczeń, na przykład szynka pieczona z brukselką i ziemniakami. A 26 grudnia dania są włoskie – makarony, salama da sugo. Różnorodnie.

Kiedy zapadła decyzja, że gotowanie będzie jej sposobem na życie? – Właściwie myślę, że inni, na przykład rodzice, wiedzieli to wcześniej niż ja. Ale już w pierwszym tygodniu mojego stażu u Fabia Picchiego miałam pewność, że klamka zapadła. Życie w gastronomii to wieczny stres, presja, ambicja, żeby się wybić, potrzeba bycia dobrym i coraz lepszym, doskonalenie kunsztu. Życie niełatwe, ale ja je kocham. Nie wyobrażam sobie żadnego innego.

Calcinaia to posiadłość należąca do rodziny Capponich. Moja mama, Tessa, urodziła się we Florencji, ale spędzała tu w dzieciństwie wakacje. I podobnie było ze mną. Co roku w lecie jeździliśmy tam całą rodziną, pakując się do niewielkiego samochodu. Tata wyjeżdżał po tygodniu i odbierał nas po miesiącu albo dwóch.

Zupa z kukurydzy

Najszybsza zupa świata. Niezwykle sycąca, a jednocześnie zwiewna, radosna w smaku nie mniej niż jej kolor. W dodatku w stu procentach roślinna.

dla 5–6 osób

1 kg mrożonej lub świeżej kukurydzy, 1,5 l mleka kokosowego, 2 duże białe cebule, pokrojone w piórka, 2 ząbki czosnku, ½ pęczka szczypiorku, 75 ml oliwy, sól i pieprz.

(Fot. Małgorzata Minta)

W dużym garnku podgrzej oliwę, dodaj cebulę i czosnek. Wszystko delikatnie zeszklij (bardzo ważne: cebula nie może nabrać ciemnego koloru!). Dodaj kukurydzę i mleko kokosowe, dopraw solą i pieprzem. Gotuj na średnim ogniu, aż zupa będzie wrzeć. Zmniejsz ogień i gotuj przez 20–30 minut. Zupę zblenduj i przetrzyj przez sitko o drobnych oczkach. Przed podaniem posyp posiekanym drobno szczypiorkiem i udekoruj kroplami oliwy.

 

Flavia Borawska, Małgorzata Minta „Tutto bene. Włoska kuchnia Flavii. Rodzinne historie, przepisy i opowieści”, Wyd. Pascal.

Więcej przepisów z książki znajdziecie tutaj:

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze