fbpx

Czary w garach – o gotowaniu i ulubionych smakach rozmawiamy z Moniką Mrozowską

Czary w garach - o gotowaniu i ulubionych smakach rozmawiamy z Moniką Mrozowską
Saag paneer (Fot. Monika Mrozowska)

Monika Mrozowska – dziennikarka, domowa kucharka, twórczyni programów kulinarnych i książek. I mama trójki dzieci. Propaguje kuchnię prostą i radosną. Kocha zupy i miłością do nich zaraża innych.

Na śniadanie jadła pani dziś zupę? Może mleczną?
Nie, wolę zdecydowane smaki: słony, pikantny, kwaśny. Na śniadanie miałam grzanki z pieczywa razowego, na to pokrojone pomidory, posypane parmezanem i polane oliwą i do tego jajko sadzone. Mogłam też zrobić jajecznicę, ale z glonami nori, bo je uwielbiam.

Poważne śniadanie…
Tak, ale potem miałam siłę i mogłam jechać ze wsi do miasta.

Pani dzieci też jedzą jajecznicę z glonami?
Nie staram się na siłę przekonywać dzieci do swoich ulubionych smaków, ale myślę, że obycie z nimi sprawia, iż dzieci są bardziej otwarte na to, co nowe, inne. Ale do szkoły robię im kanapki, rano nie ma czasu na rzeczy skomplikowane. Trzeba po prostu ogarnąć rzeczywistość.

Smaki wynosimy z domu, a potem albo z nimi pozostajemy, albo się od nich uwalniamy. Jak to było z panią?
Moja mama nie gotowała dużo i przygotowywała raczej proste rzeczy. Te skomplikowane, ciasta, pierogi, krokiety, robiła babcia. I to ona mi się kojarzy ze smakami dzieciństwa. Wszystko, co robiła, miało specyficzny, babciny smak. W ciemno bym go poznała. Na przykład pierogi z kapustą i grzybami, te świąteczne, babcia podsmażała na tartej bułce z cukrem. Taki słodko-słony smak.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Jak modny dziś słony karmel…
Trochę tak. Obłędny smak, i taki prosty.

Babcina kuchnia była pani ulubioną?
Byłam dzieckiem, które mogło miesiącami jeść to samo, na przykład kaszę gryczaną z jajkiem sadzonym, potem makaron ze skwarkami, a potem mi przechodziło. Dlatego nie zmuszam dzieci do niczego. Kiedy mnie ktoś pyta, jak to robię, że moje dzieci jedzą zdrowo, to mówię szczerze, że nie do końca tak jest. Staram się, żeby jadły jak najmniej słodyczy, no ale starsze już same sobie kupują, więc wiem, że nie upilnuję. Ale ja słodyczy nie kupuję, nie ulegam. Żadnych żelków, żadnych cukierków…

To co jest najważniejsze: żeby dzieci jadły superzdrowe posiłki czy żeby po prostu jadły?
Najważniejsze, żeby było zdrowo i smacznie, bo inaczej nikt nie zje.

Ale często jest zdrowo i niesmacznie.
To prawda, tak bywa…

Kiedyś jedzenie było łatwiejsze, jedliśmy „po prostu”, a teraz wszyscy podlegamy presjom: wizerunku, zdrowia, mody. Jakie są sensowne kryteria prawdziwie zdrowego jedzenia?
Nie ma idealnej diety dla wszystkich. Trzeba słuchać swojego organizmu, on nam wysyła sygnały. Choć to, oczywiście, nie dotyczy alkoholu i słodkich rzeczy, bo tych organizm chciałby więcej i więcej i wtedy nie można go słuchać. Ja przez wiele lat wypracowałam swoją kuchnię, taką, która jest smaczna i dobra dla mnie. Jest w niej na przykład dużo masła, oleju, oliwy, jeśli to potrzebne. Staram się też nie przekombinowywać. Z trzech, czterech składników mogą powstać świetne dania. Nie trzeba od razu tony przypraw czy dziesięciu rodzajów olejów tłoczonych na zimno. Bo choć w książkach to wygląda fajnie, jednak gotować wtedy trudno.

Teraz modna jest sezonowość.
Sezonowość jest fajna, ale ważne, żeby pamiętać, co i kiedy nam służy. Na przykład zimna woda z cytryną nie służy nam zimą, bo wychładzamy organizm, zimą wodę trzeba podgrzać albo pić napar. Staram się unikać głoszenia teorii. Uważam, że każdy musi przyglądać się sobie. Mnie na przykład nie służyła kawa z mlekiem i zastąpiłam ją kawą z przyprawami pięciu przemian. Moment picia porannej kawy jest nadal przyjemny, uwielbiam go, a sama kawa mi już nie szkodzi. Nawet to, co najzdrowsze, może akurat nam nie posłużyć. Każdy jest przecież inny.

Pani od lat jest wegetarianką. A pani dzieci?
Nie jem mięsa od 17 lat. I ochota na nie nigdy mi nie powróciła. Z moimi dziećmi jest różnie i to zależy od nich. Ja im nic nie narzucam, tak jak moja mama niczego mi nie narzucała ani nie zabraniała. Mam troje dzieci i jedne jedzą czysto wegetariańsko, a inne nie.

Matki nastolatków mają często problem z wegetarianizmem dzieci, taki czysto organizacyjny. Dziecko chce zostać wegetarianinem. Czy to znaczy, że matka ma nagle zacząć prowadzić dwie kuchnie? Może nastolatki powinny wtedy zacząć sobie same gotować?
Moja mama tak zrobiła. Powiedziała: „Możesz robić, co chcesz, tylko musisz sama sobie przygotowywać posiłki”. I to było super. Nauczyłam się, co mi służy i co lubię. To rozwijało też wyobraźnię w kuchni, nie mogłam czekać, aż mama podstawi mi coś pod nos, musiałam wymyślać.

Dziś, kiedy mamy dostęp do tylu książek kucharskich, przypraw, składników, restauracji, nie ma pani wrażenia, że z powodu tej decyzji coś panią omija?
Nie, bo to bogactwo dotyczy też kuchni wegetariańskiej. Akurat Warszawa jest miejscem, które świetnie się rozwija pod tym względem. Nawet za tym nie nadążam. I ciągle zaskakuje mnie to bogactwo. W kuchni wegetariańskiej ważne są kompozycja, sposób pokrojenia składników, kreatywne podejście. I często w restauracji mam ochotę wyściskać kucharza, bo stworzył niespodziewany majstersztyk smaku.

Pani ostatnia książka „Zupy moc” jest tylko o zupach. Przepisy są, oczywiście, wegetariańskie. Komuś, kto jest przyzwyczajony do mięsa, aż trudno sobie wyobrazić soliankę, zupę pho czy grochówkę wegetariańską…
Starałam się zachować smak oryginałów i znajomi, którzy jadali je u mnie w domu, a początkowo byli zawiedzeni brakiem mięsa, po spróbowaniu mówili, że są super. W książce są przepisy na zupy wszystkim znane, ale potraktowałam jej pisanie też jako doświadczenie poznawania nowych smaków. I wyszukałam zupełnie nowe zupy z różnych kuchni i krajów, a potem tworzyłam ich wegetariańskie wersje.

Pani dzieciństwo to zupy?
No pewnie, jak u każdego. W Polsce jemy podobno najwięcej zup w Europie. Był rosół, którego nie znosiłam, i pomidorowa, ogórkowa, które uwielbiałam. I pamiętam jeszcze taki cudowny barszcz ze stołówki w szkole. Dla mnie zupa to esencja domu, błogości. I ma w sobie aspekt czarodziejski. Wrzucasz do garnka różne rzeczy i zawsze jest szansa na niespodziankę. Czary w garach po prostu.

Z jednej strony coraz bardziej rozwija się moda na gotowanie, a z drugiej – coraz mniej na to czasu, choćby dlatego, że coraz więcej i coraz dalej od domu pracujemy. Zupy są rozwiązaniem tego problemu?
Właśnie tak. Zupy są genialne. Gotując je, brudzimy mało naczyń. To już coś! No i da się je odgrzewać. W lodówce zupę można przechowywać nawet cztery dni. I można zabrać ją do pracy. A jak ktoś nie chce jeść przez kilka dni tego samego, to może zamrozić. Tylko koniecznie trzeba opisać, co i kiedy ugotowane, bo zapomnimy. Jak wracamy do domu, to mamy gotowy posiłek, i to zdrowy, nie musimy ratować się śmieciowym jedzeniem.

Czyli nie bać się gotowania zup? Nie tylko babcie to potrafią.
W ogóle nie bać się gotowania. Właśnie o to chodzi. Jak nie mamy jakiegoś składnika, to możemy użyć innego, możemy też zmienić proporcje i zobaczymy, czy to, co wyszło, jest smaczne. Nikt nam nie zabroni. Im więcej takich prób robimy, tym więcej mamy pomysłów. Potem wystarczy zajrzeć do lodówki i pomyśleć, co mogę ugotować z tego, co mam. Ja tak właśnie robię.

Gotując, dobrze się bawimy i w dodatku dbamy o siebie.
Właśnie. Jedzenie to coś, co wpływa na nasze zdrowie i na co naprawdę mamy wpływ. Większy niż na przykład na jakość powietrza, którym oddychamy. Jedzenie, gotowanie, szczególnie wspólne, nie ma żadnych skutków ubocznych. Ja, jak tylko pomyślę, że będę gotować, to od razu się cieszę.

Propozycje 3 zup z książki „Zupy moc”

Mulligatawny

na 4 porcje:
Mieszanka przypraw:
2 łyżeczki nasion kolendry,
2 łyżeczki kminu rzymskiego,
2 łyżeczki anyżu,
1/4 łyżeczki kozieradki,
1 łyżeczka cynamonu

Zupa:
3/4 szklanki czerwonej soczewicy,
1/2 litra wody,
1/2 białej cebuli,
2 średnie marchewki,
kawałek imbiru wielkości kciuka,
2 ząbki czosnku,
1 szklanka pomidorów z puszki,
1/2 łyżeczki kurkumy,
1/2 szklanki mleka kokosowego,
sok z 1/2 cytryny,
sól do smaku,
200 g ryżu basmati

Fot. Monika Mrozowska)

Cebulę drobno szatkujemy, a czosnek przeciskamy przez praskę. Marchewkę obieramy i kroimy w plasterki. Do garnka wlewamy wodę i wrzucamy przepłukaną czerwoną soczewicę. Dorzucamy cebulę, czosnek oraz marchewkę. I starty na drobnej tarce imbir. Dodajemy całą zmieloną mieszankę przypraw oraz kurkumę i gotujemy zupę ok. 15 minut. W tym czasie w drugim garnku gotujemy ok. 10 minut ryż basmati w lekko osolonej wodzie (dwukrotna ilość).
Po 15 minutach gotowania zupy dodajemy pomidory, mleko kokosowe oraz sok z cytryny. Gotujemy jeszcze 2 minuty i zdejmujemy z ognia. Solimy do smaku i miksujemy na krem. Do miseczek nakładamy trochę ugotowanego ryżu i trochę gęstej zupy.

Saag paneer

Przepis z kuchni indyjskiej, który właściwie nie jest zupą, ale… Już się tłumaczę. A właściwie chyba nie będę musiała się tłumaczyć, jeżeli zrobicie to danie w swojej kuchni. Szpinak uwielbiam nie tylko ze względu na jego walory smakowe. Szczerze mówiąc, mogłabym go dodawać do wszystkiego: zupy, sałatki, makaronu, pizzy, jajecznicy. Wszędzie pasuje, a ponadto obniża ciśnienie tętnicze i poziom złego cholesterolu, zapobiega zaparciom, zwiększa odporność, wspomaga pamięć, a do tego korzystnie wpływa na system nerwowy i zapobiega stanom depresyjnym.

na 2 duże porcje:
2 łyżki oliwy do smażenia cebuli,
1 biała cebula,
2 ząbki czosnku,
kawałek imbiru wielkości 1/2 kciuka,
1 łyżeczka kminu rzymskiego,
2 łyżeczki garam masali,
1/2 łyżeczki kurkumy,
4 średnie pomidory malinowe,
600 g świeżego szpinaku,
50 ml śmietany 18-proc.,
sól i pieprz do smaku,
220 g serka capri,
1 łyżka oliwy do smażenia serka

Sparzone pomidory obieramy ze skóry i kroimy w kostkę. Cebulę szatkujemy, czosnek przeciskamy przez praskę, obrany imbir ścieramy na tarce.
Do garnka na rozgrzaną oliwą wrzucamy cebulę i smażymy, aż się zeszkli (ok. 5 minut), dodajemy czosnek, imbir, kmin rzymski i smażymy 2 minuty.
Dorzucamy pomidory, szpinak, kurkumę oraz garam masalę i dusimy na małym ogniu, mieszając 8–10 minut. W tym czasie podsmażamy na złoto pokrojony w kostkę serek capri. Uduszony szpinak doprawiamy solą i mieszamy ze śmietaną. Na talerzu na szpinaku układamy podsmażone kawałki sera.

Ramen

na 4 duże porcje:
200 g świeżego makaronu ramen,
1,25 litra bulionu warzywnego (długo gotowanego),
150 g pieczarek,
1 papryczka chili,
2 ząbki czosnku,
kawałek imbiru wielkości kciuka,
1 łyżka oliwy,
2 łyżki sosu sojowego,
2 łyżki oleju sezamowego,
2 jajka,
1 pęczek szczypiorku,
100 g groszku cukrowego

(fot. Monika Mrozowska)

Pieczarki kroimy w cienkie plasterki. Mieszamy przeciśnięty czosnek oraz obrany i starty na tarce imbir. Chili bardzo drobno szatkujemy. Jaja gotujemy na półmiękko (ok. 6 minut od momentu zagotowania się wody). Do garnka z rozgrzaną oliwą wrzucamy pastę z czosnku i imbiru. Smażymy 2–3 minuty, ciągle mieszając, a następnie dodajemy chili oraz pokrojone pieczarki i przesmażamy jeszcze minutę. Dolewamy bulion warzywny, dodajemy sos sojowy i gotujemy 4 minuty. Dorzucamy makaron, gotujemy 1,5 minuty, dodajemy olej sezamowy i gotowe. W miseczkach układamy wszystkie składniki obok siebie (makaron, pieczarki, pół jajka i groszek cukrowy), delikatnie zalewamy zupą i posypujemy szczypiorkiem.

Zupy moc
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>