Moda na food trucki. Czy „szybkie” zawsze oznacza „niezdrowe”?

fot. iStock

Wymyślone dla kowbojów i zaadaptowane przez wojsko garkuchnie opanowały ulice naszych miast. Tyle że zamiast grochówki z kotła oferują pyszne dania z czterech stron świata, przyrządzane na miejscu. W czym leży sekret powodzenia food trucków i czy „szybkie” zawsze oznacza „niezdrowe”, zastanawia się dziennikarka Ewa Nowak, testując jedzenie z okienka.

Pamiętacie wakacje nad Bałtykiem i smażone na zjełczałym tłuszczu, odmrażane ryby?
Albo frytki topione w milion razy używanym oleju, sprzedawane w przyczepach kempingowych? Z tej samej epoki pochodziły zapiekanki z serem podlaskim i nieobranymi pieczarkami podawane na najtańszym możliwym pieczywie, trafnie zwane w Warszawie „śmierdzielami”, i pseudohamburgery przyrządzane – sądząc po smaku – z mielonych gazet i plastiku? W takich bólach rodziły się polskie food trucki… Ale się urodziły i dziś maja się znakomicie. Ostatnio nawet walnie przyczyniają się do promowania polityki multikulturowości.

Jedzenie dla poganiaczy bydła

Całe zamieszanie rozpętał Charles Goodnight w latach 60. XIX wieku. Ten amerykański hodowca bydła wiele tygodni musiał spędzać na pustkowiach, żywiąc się podłym, zimnym
i nudnym jedzeniem: głównie suszonym twardym mięsem i czerstwym chlebem. I jak to w historii cywilizacji bywa, wpadł na pomysł uprzyjemnienia życia sobie i kolegom. Odkupił od armii wóz drabiniasty i urządził w nim kuchnię. Zgromadził patelnie, garnki, noże, durszlaki i zaczął przyrządzać ciepłe jedzenie. Jego pomysł przyjął się natychmiast, a po niespełna 50 latach garkuchnie trafiły na stałe do wojska i zaczęły podążać za wszystkimi armiami świata.

Ponad sto lat później, w 2014 roku, film „Szef” w reżyserii Johna Favreau spopularyzował i nakręcił mode na „żarciowozy”. Podobno dziś Stany Zjednoczone przemierzają 3 miliony
food trucków, czyli jeden przypada na 111 osób; w Polsce mamy ich około 600, czyli jeden na 670 tysięcy osób. Nie maja już nic wspólnego ze śmieciowym jedzeniem, za to wiele ze znakomita restauracja. Im krótsza karta, tym lepsza restauracja – wiadomo. Food trucki pojawiają się w miejscach, gdzie akurat jest dużo potrzebujących „na już” jedzenia ludzi: na festiwalach, meczach, ślubach, zlotach, rocznicach, chrztach, a nawet poważnych patriotycznych imprezach, bo może nas dzielić wszystko, ale jeść musi każdy!

Biesiada w centrum miasta

Lato, piękna pogoda, więc nic dziwnego, że nie mogę usiedzieć w domu. Najbardziej na świecie chciałabym spakować wiklinowy kosz, obrus w kratkę i wyruszyć na piknik, ale mam tylko pół popołudnia, a kosza w ogóle, więc szukam w sieci, jakie food trucki są dziś najbliżej. Z przyjemnie burczącym brzuchem jadę do centrum miasta. Nie jestem oryginalna. Tak jak miliony mieszczuchów coraz częściej tak organizuje sobie czas, żeby zjeść na ławce, murku albo trawniku przepyszne jedzonko podane prosto z okienka stojącego na ulicy kuchniosamochodu.

Za każdym razem, gdy decyduję się na zjedzenie czegoś z samochodu na ulicy, boję się, że zniewalający zapach świeżych, przyrządzanych metr ode mnie i na moich oczach potraw, spowoduje, że do głosu dojdzie bardzo niebezpieczny dla psychiki syndrom kompulsywnego jedzenia. Wcale nie przesadzam, bo wiem dobrze, że na moje „nieszczęście” jedzenie z dzisiejszej budki jest najwyższej jakości. Właściciele food trucków nie pracują dla anonimowej korporacji, tylko dla samych siebie. Nie ma miejsca na skuchę,
bo opinia klientów to ich być albo nie być, a niezadowoleni internauci w kilka dni mogą zniszczyć negatywnymi opiniami każdy obwoźny biznes. Nie martwię się więc o jakość, ale o ilość, bo pyszne pachnące jedzonko ma to do siebie, że zawsze zje się go za dużo.

Gryzę się aż do przystanku Centrum, a potem pędzę do przyczepy koło Dworca Centralnego. Tam staję ramię w ramię z dwudziestką takich jak ja głodnych mieszczuchów. Ale na ulicy kolejka w ogóle mi nie przeszkadza i jak zwykle korzystam z okazji do prywatnych badań terenowych. Patrzę na dziesięcioletnie dzieciaki, które z przejęciem same zamawiają i same odbierają zapakowane w pergamin wegańskie naleśniki z kimchi.

Moim zdaniem to ryzykowny smak dla dziecka, ale okazuje się, że nie mam racji – jedzą, aż im się uszy trzęsą. Zagaduję ich babcie, że tak fajnie są nauczone i dowiaduje się, że to dwa przyprawiające o ból zębów niejadki, którym w domu nie da się wmusić niczego, co jest rośliną. Dlatego babcia, gdy ma przy nich dyżur, nic nie gotuje, tylko zabiera dzieci „na ulicę” i karmi a to zupą z pędami bambusa, a to roślinnymi hamburgerami, a to naleśnikami z kimchi. Sama też bierze za każdym razem najdziwniejszą rzecz „bo przecież trzeba w życiu próbować wszystkiego, a do Tajlandii już nie polecę”. Nigdy bym nie pomyślała, że egzotyczne jedzenie z food trucka może być sposobem na niejadka –
a jak się okazuje jest, i to znakomitym. Zjadam naleśnik z kimchi w Bab-Cha Korea i z kilkoma poznanymi w kolejce osobami przenoszę się do Flammastra na pachnące azjatyckimi stepami podpłomyki. Potem wycieczka na słodki, rozpływający się
w ustach placek z pastą wegańską. Siadamy na rozłożonych bluzach na trawniku i jedząc, obserwujemy kolorowy tłum głodnych Polaków ze wzrokiem wbitym w okienko, z którego
buchają zapachy raju. Obok siedzi ponad trzydzieści osób, a ja już nie dziwie się, dlaczego współczesne garkuchnie zrobiły taką karierę…

Plusy mody na food trucki

  • Do świadomości XXI wieku wkradł się luz i różnorodność. Ciekawość innych kultur, chęć miłego spędzenia czasu nie w domu. I na koniec najważniejsze: ten cudowny miejski powiew dekadencji – oto filary mody na food trucki.
  • To nie sieciówka, w której przyjeżdżają maszynowo obrane marchewki, a pomidory trzeba zawsze kroić w ten sam sposób. Tu jedna osoba (góra dwie, bo więcej się nie zmieści w środku wozu) od początku do końca przygotowuje twój posiłek. Efekt? Dostajesz jedzenie z duszą i praktycznie przez cały czas możesz patrzeć, jak jest robione. Do tego jeśli food truck to rodzinny biznes, a menu jest oryginalne i autorskie – masz szanse porozmawiać bezpośrednio z „kucharzem”, a często nawet poprosić o sos ekstra czy dodatkowe opakowanie.
  • Jedzenie jest tanie, bo właściciel nie musi zapewniać sali, nie zmywa naczyń, nie pierze obrusów i nie płaci za dozór agencji ochrony mienia. A Polak lubi zjeść tanio.
  • Cała procedura zajmuje mało czasu. Zamawiasz, czekasz chwilkę, czasem dłuższa, i możesz usiąść przy prowizorycznym stoliku albo ruszać do swoich spraw.
  • Dania maja wygodne opakowania. Możesz je zabrać ze sobą dokądkolwiek idziesz i nie upaćkasz się sosem ani nie obsypiesz panierką.
  • Masz szanse spróbować najdziwniejszych potraw (np. duszone w sosie limonkowym marynowane wodorosty) bez konieczności płacenia za drogie restauracje, jeżdzenia na koniec świata lub kupowania wszystkich potrzebnych składników i przyrządzania w domu.
  • To cudowna okazja, żeby rozruszać kubki smakowe, złapać inspiracje i poszerzyć spectrum gotowanych w domu potraw.