10 dni sam na sam ze sobą. Jak uspokoić umysł i pozwolić mu odpocząć?

fot. iStock

Vipassana oznacza wgląd, widzenie rzeczy takimi jakie są. Słowo pochodzi z języka palijskiego. Posługiwał się nim S.N. Goenka, nauczyciel medytacji z Indii, który Vipassanę rozpowszechnił na całym świecie. Wymaga ona nie lada wysiłku, medytacji po 10 godzin dziennie, odcięcia się od cywilizacji i braku kontaktu z innymi. Robert Rient udział w kursie Vipassany uważa za rewolucyjne wydarzenie w swoim życiu.

W roku 1975 S.N. Goenka przeprowadził kurs dla 120 więźniów w więzieniu w Jaipurze, a rok później dla starszych oficerów policji w tamtejszej Rządowej Akademii Policyjnej. Celem było sprawdzenie, czy medytacja okaże się skutecznym narzędziem resocjalizacyjnym. Eksperyment okazał się sukcesem i dziesięciodniowe kursy zostały przeprowadzone w więzieniach Stanów Zjednoczonych, Australii, Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, Izraela, Meksyku, Mongolii, Tajwanu i Tajlandii. W swojej oryginalnej wersji Vipassana jest nauczana od ponad 2500 lat, początkowo w Indiach, później przez kilka stuleci w Birmie, obecnie w ośrodkach na całym świecie, w tym prawie we wszystkich krajach Europy. Ja po raz pierwszy brałem udział w kursie w Dziadowicach – rok temu powstała tam Dhamma Pallava – nowoczesny ośrodek położony na dziesięciu hektarach lasu.

Dziesięć dni bez komputera, telefonu, gazety, telewizora, książki i muzyki. W tym dziewięć dni po dziesięć godzin medytacji dziennie. I co ważniejsze – dziesięć dni bez rozmawiania z innymi ludźmi, zarówno słowem, jak i gestem czy spojrzeniem. Dla mojego umysłu była to wyjątkowa sytuacja. Nie otrzymywał pożywienia w postaci słów, obrazów, plotek, rozmów, lektury książek, pracy czy dźwięku telefonu. Moim jedynym zadaniem było siedzieć na poduszce medytacyjnej, w ciemnej sali, z zamkniętymi oczami. Po każdej godzinie medytacji następuje przerwa – można wyjść na spacer, rozprostować kości. Brak bliskości z miastem i kontaktu z cywilizacją jest celowy. Chodzi o to, by uspokoić umysł, pozwolić mu znaleźć wytchnienie od zewnętrznych bodźców.

Silna determinacja

Każdy kurs to około 100 medytujących, kobiety i mężczyźni śpią w osobnych budynkach, każdy ma pojedynczy pokój z łazienką. Dzień rozpoczyna się pobudką równo o czwartej. Spotykamy się codziennie w sali medytacyjnej. Każda medytacja jest prowadzona, to znaczy, że podawane są szczegółowe i konkretne instrukcje. Głos nieżyjącego S.N. Goenki odtwarzany jest w języku polskim i angielskim.

Pierwszego dnia zadanie wydaje się proste: obserwowanie oddechu. Nic więcej. Obserwowanie wdechu i wydechu. Jednak już po kilku sekundach umysł odzywa się, analizuje niedokończone sprawy, fantazjuje, buntuje się przeciwko bezczynności, kolejnym dniom wypełnionym milczeniem i bezruchem. Staje się dla mnie jasne, że nie kontroluję swoich myśli, chociaż całe życie nosiłem w sobie przekonanie, że to ja nimi zarządzam. Nie potrafię wyłączyć ich potoku na dziesięć czy pięć minut, wyczynem jest choćby jedna minuta pozbawiona jakichkolwiek myśli. Pomimo to wracam do instrukcji, by nie przywiązywać się do nich, nie ulegać oczekiwaniom, a jedynie obserwować oddech, to wszystko.

O 6.30 rozpoczyna się półtoragodzinna przerwa na śniadanie, a po niej od 8 do 11 przychodzi czas na medytacje. Następnie w trakcie dwugodzinnej przerwy podawany jest obiad – to ostatni posiłek. Tym, którzy na kursie są pierwszy raz, przysługuje jeszcze jabłko serwowane w ramach kolacji. Starsi uczniowie, czyli ci wszyscy, którzy ukończyli przynajmniej jeden dziesięciodniowy kurs, kolacji nie dostają. Posiłki są wegetariańskie, szeroki i bardzo smaczny wybór w formie bufetu. Wszyscy pracujący przy obsłudze szkolenia są wolontariuszami. Również dwójka nauczycieli, kobieta i mężczyzna – każdy medytujący może się umówić na pięciominutowe spotkanie z jednym z nich, jeśli ma jakieś pytania czy wątpliwości.

Kolejnego dnia zadanie jest podobne, chodzi o obserwowanie dotyku oddechu. Przez pierwsze trzy dni medytujący poznają technikę Ānāpāna – to znaczy koncentracja, obecność. Z każdym dniem umysł coraz bardziej się uspokaja, wypluwa coraz mniej informacji. Brak możliwości porównywania swojego doświadczenia z innymi, oceniania go, brak dopływu wiadomości i rozrywki odsłania wszelkie treści gromadzone w umyśle przez minione lata. I teraz, z każdą godziną, wypływają w formie obrazów, doznań. Przerażające i jednocześnie uwalniające. Część mnie chce uciec, opuścić ośrodek, wrócić do codziennych aktywności. Jest jednak część, która doświadcza nieznanych obszarów – spokoju przewyższającego wszelkie wcześniejsze doświadczenia, wzruszenia z powodu zwykłego, pozbawionego wysiłku bycia, a w końcu miłości, która sprawia wrażenie jakby znikąd nie przyszła, a była tutaj zawsze.

Czwartego dnia rozpoczyna się szkolenie właściwe, czyli Vipassana. Zadaniem medytujących jest obserwowanie całego ciała, od czubka głowy, przez twarz, szyję, ręce, klatkę piersiową, brzuch i plecy, aż do nóg i palców u stóp. Od teraz, każdego dnia pojawiają się również trzy medytacje bez ruchu – każda trwa godzinę. To znaczy, że po wybraniu najwygodniejszej pozycji, należy w niej wytrwać, bez poruszania nawet małym palcem u nogi, bez podrapania swędzącego miejsca. Godziny bez ruchu nazywane są adhihāna, czyli silną determinacją.

Od moralności do mądrości

Celem całego kursu – poza zdobyciem podstawowych umiejętności i technik medytacyjnych – jest oczyszczenie umysłu. Odbywa się to poprzez praktykę w trzech obszarach. Sīla w języku palijskim oznacza moralność, właściwe działanie zawierające w sobie również właściwą mowę – czyli pozbawioną kłamstwa czy nienawiści. Dlatego wszyscy rozpoczynający kurs muszą podpisać oświadczenie, w którym zobowiązują się wstrzymać od zabijania jakichkolwiek istot, kradzieży, aktywności seksualnej, w tym masturbacji, kłamania i przyjmowania środków odurzających. Samādhi oznacza koncentrację i panowanie nad umysłem. Brak przymusu ulegania myślom, popędom, emocjom oznacza wolność, ale też możliwość wyboru. To przejście na pozycję człowieka, który w życiu podejmuje przede wszystkim akcję a nie reakcję. Akcja oznacza świadomy wybór swojej drogi, celów, formy spędzania czasu czy zarabiania pieniędzy. Reakcja to odpowiadanie na oczekiwania innych, społeczności, religii, rodziców, ale też własne, często głęboko ukryte w podświadomości przekonania. Paññā to mądrość, która może pojawić się dopiero wtedy, gdy życie opiera się na moralności, a umysł jest czysty. Takie są podstawowe założenia Vipassany.

Każdego dnia wieczorem odtwarzany jest półtoragodzinny wykład dotyczący podstaw medytacji, ale również życia Buddy, bo chociaż praktyka Vipassany nie wymaga przynależności do jakiegokolwiek ruchu religijnego, za jej twórcę uważany jest właśnie Budda. Ostatniego dnia kończy się tak zwane szlachetne milczenie i można ze sobą rozmawiać. Dowiaduję się, że obok mnie na kursie byli chrześcijanie, buddyści, ateiści, bezwyznaniowcy. I chociaż nie mam żadnych zastrzeżeń do techniki medytacyjnej, która w moim poczuciu potrafi przynieść korzyści porównywalne do dwóch lat intensywnej terapii, to część nauk przekazywanych podczas wykładów jest jednak formą indoktrynacji. Goenka w anegdotyczny i niezwykle ujmujący sposób przedstawia praktyczne sposoby na radzenie sobie ze stresem, złością, nabrzmiałym ego, ale głosi również wiarę w reinkarnację i karmę.

Podczas jednego z wykładów opowiadał o pewnym dziecku, któremu mama podała pyszny budyń z rodzynkami. Ono jednak nie chciało go zjeść, ponieważ uznało, że w budyniu są kamyki. Mama próbowała je przekonać, że to nie kamyki, a słodkie i dobre rodzynki. Ale dziecko pozostało uparte i odmówiło zjedzenia deseru z kamieniami. Mama wyjęła rodzynki i podała budyń, który dziecko spałaszowało ze smakiem. Goenka zachęca, by w ten sam sposób potraktować jego słowa – odrzucić z wykładów wszystko to, co nie jest w zgodzie z naszym światopoglądem. I jeśli tylko potrafimy to zrobić, udział w kursie może się okazać przełomowym wydarzeniem w życiu, uczącym nie tylko spokoju, ale również dającym narzędzia do radzenia sobie z lękiem.

Gdy znika ból

Słowa, które najczęściej pojawiają się podczas instrukcji do medytacji (poza „spróbuj ponownie”, „obserwuj” i „na pewno ci się uda”), brzmią: anicca, anicca, anicca. Oznacza to przemijanie, zmianę, ale też efemeryczność i nietrwałość. Wziąłem udział w pięciu kursach i anicca zdaje się największą korzyścią, która ze mną została. Vipassana dostarczyła mi narzędzi do spokojnego przyglądania się swojemu życiu, podejmowanym działaniom, uczuciom i temu, skąd pochodzą, a w końcu obserwacji własnych myśli, przekonań i wiary. Jednak dogłębne doświadczenie nietrwałości własnego „ja” było rewolucją.

Szóstego dnia, podczas jednej z medytacji, w której pozostawałem w bezruchu, pojawił się nieznośny ból w stopie, który wędrował przez łydkę, aż do uda. Pieczenie, drętwienie, piorunujący ucisk, z którym – zgodnie z instrukcją – postanowiłem nic nie robić. Wtedy, pomiędzy jednym wdechem i wydechem, zrozumiałem, że ból można obserwować tak jak krajobraz z okna pociągu, jak twarz śpiącej, ukochanej osoby, jak kawałek tortu i rafę koralową podczas nurkowania. Ból nie zniknął, ale przestał doskwierać. Pozostało wyłącznie doznanie, poza którym wydarzał się cały świat. I w tym świecie na chwilę zniknęła tożsamość, ja, poczucie oddzielenia od kogokolwiek i czegokolwiek.