1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Macocha i Śnieżka pod jednym dachem

Macocha i Śnieżka pod jednym dachem

Ukłucie zazdrości na widok urody dorastającej córki? To wewnętrzny głos złej macochy. W bajce o Śnieżce przyjemniej być królewną, ale czas odmienia role.

Nie wiadomo, ile lat miała zła Królowa z bajki o  Śnieżce, wiadomo, że była piękna jak gwiazda na niebie. Potwierdzało to jej własne lustro, aż pewnego dnia...  pasierbica Śnieżka z małej dziewczynki przeistoczyła się w śliczną, powabną dziewczynę. Oślepiona zazdrością, a może też rozpaczą, Królowa postanowiła pozbyć się jej raz na zawsze, aby nikt nie zagroził jej pozycji najpiękniejszej kobiety. Królewna nie była jej prawdziwą córką, ale zazdrosną o urodę Śnieżki macochę może w sobie odkryć niejedna matka obserwująca rozkwit kobiecości rodzonej córki. Jej dojrzewanie  to sygnał początku końca młodości matki. Jak sobie poradzić z syndromem pięknej, ale złej macochy?

Szpilki zazdrości

Matczyne komentarze często sprawiają Magdzie przykrość. – Niby mnie chwali, że ładnie wyglądam w nowej sukience czy fryzurze, ale jednocześnie nie może się powstrzymać od uwag: masz zbyt masywne nogi, żeby nosić spódnice do kolan...  Kiedy odwiedzam rodziców z moim chłopakiem, obowiązkowo musimy wysłuchać wspomnień matki o tym, jaka była piękna w młodości i jak to faceci na jej widok szaleli. Magda ma wrażenie, że matka popisuje się i próbuje całą uwagę skupić na sobie, nawet kosztem lekceważenia Magdy.

Matka krytykująca córkę, podważająca jej atrakcyjność fizyczną może to robić nieświadomie i racjonalizować swoje zachowanie, twierdząc, że mówi córce krytyczne uwagi dla jej dobra. Gdyby usłyszała, że jej zachowanie być może wynika z zazdrości o atrakcyjność córki, zapewne byłaby bardzo zdziwiona.

Zazdrość jest uczuciem, do którego bardzo trudno nam się przyznać – tłumaczy terapeutka psychoanalityczna Jolanta Łagodzińska. – A już na pewno trudno przyjąć matce, że jest zazdrosna o urodę własnej córki. Wypieraniu trudnych uczuć wobec dziecka sprzyja kod kulturowy, w którym żyjemy. Idealna polska matka jest aseksualna, powinna być za to bezgranicznie opiekuńcza, gospodarna i poświęcająca się.

Trudniej pogodzić się z upływem czasu kobietom pięknym. Zdaniem psycholożki i terapeutki dr Urszuli Hermanowicz im mniej matka jest pogodzona z przemijaniem swojej urody, tym bardziej jej zachowanie może być egocentryczne i narcystyczne. – To naturalne, że jeśli na urodzie i atrakcyjności seksualnej skupia się całe jej życie, ciężko pogodzić się z upływającym czasem.

– Szkoda, że często pomiędzy matką a córką nie ma na tyle szczerości i bliskości, żeby matka mogła powiedzieć – jak ja ci, córko, zazdroszczę, że jesteś taka młoda i piękna i wszystko jeszcze przed tobą – dodaje Jolanta Łagodzińska. – Córka miałaby wówczas możliwość odpowiedzieć matce czymś pozytywnym i w ten sposób oddałyby sobie to, co należne, zamiast się ranić.

Moment, w którym córka staje się kobietą i rozpoczyna aktywność seksualną, jest jednym z trudniejszych w jej relacji z matką. Im większy deficyt odczuwa matka w obrębie swojej kobiecości i seksualności, tym bardziej wzrastająca atrakcyjność seksualna córki może budzić żal i gniew.

Rywalki

Urszula Hermanowicz podkreśla, że kobiety nie różnią się od mężczyzn siłą tendencji do rywalizacji, lecz sposobem. Rywalizują między sobą w sposób bardziej złożony i zakamuflowany. Stosują strategię pomniejszania cudzej wartości w celu podkreślenia własnej atrakcyjności.

– Nie rozumiem, dlaczego moja matka zachowuje się w tak nieprzyjemny sposób – żali się Ewa. Każdemu z jej chłopaków matka z lubością opowiada, jaka to Ewa w dzieciństwie była „zabawna”. A to wymazała się własną kupą wyjętą z pieluchy, innym znów razem zjadła w kawiarni tyle deserów, że aż zwymiotowała. Wspominając te incydenty, matka Ewy bawi się doskonale, ale jej córka jest spięta z zawstydzenia i żalu. – Naprawdę nie ma innych wspomnień z mojego dzieciństwa? Poza tym w stosunku do moich kolegów matka zachowuje się pretensjonalnie. Wyraźnie ich kokietuje. Te miny, odrzucanie włosów, gardłowy śmiech. Wstydzę się za nią.

– Relacja matczyna nie wyklucza nie tylko rywalizacji stricte seksualnej, ale w ogóle rywalizacyjnego stosunku do dzieci – tłumaczy Urszula Hermanowicz. – Zdarza się, że matka zaczyna rywalizować z własną córką, gdy ta dojrzewa i staje się kobietą.  Ale może też być tak, że całokształt relacji z jakiś względów nacechowany był i jest rywalizacją. Być może już wcześniej, zanim córka zaczęła dojrzewać, matka usiłowała udowodnić, że jest od niej we wszystkim lepsza. A skoro wraz z dojrzewaniem pojawiła się kolejna płaszczyzna do konkurowania, to i tę wykorzystała, aby pokazać, jaką jest wspaniałą kobietą, górującą we wszystkim nad córką. Jednak takie zachowanie świadczy o zakłóceniu relacji w rodzinie. Warto by się zastanowić, dlaczego matka kompensuje swoje zaniżone poczucie wartości, rywalizując z własną córką?

 

Mama wiecznie młoda

Sam fakt konfrontacji z dojrzewaniem córki, może wywoływać różne trudne emocje, ale nie musi doprowadzać do zachowań agresywnych. Większość rodziców lepiej lub gorzej, wcześniej czy później, ale jednak akceptuje seksualność swoich dzieci.

Są jednak matki, które nie potrafią dopuścić do siebie przeżyć związanych z tym, że się starzeją i tracą moc seksualną, a ich córki są młode i atrakcyjne dla mężczyzn. Dlaczego?

– Kiedyś kobiety mające dorosłe córki szykowały się do roli babci, ustępując pola młodszym – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Dziś 40-letnie kobiety często rodzą dzieci, a od 50-latek wymaga się, żeby wyglądały na lat 30. Ze wszystkich stron słychać zapewnienia, że wystarczy kolejna rewelacyjna dieta, nowe ćwiczenia, aby zatrzymać czas. Kobiety nie chcą się zgodzić na to, żeby atrakcyjność ich dojrzałej kobiecości miała polegać na tym, że są mądre i doświadczone. Chcą być nie mniej atrakcyjne seksualnie od nich.

Dojrzałość seksualna córek sprawia, że mogą poczuć sie zagrożone w swojej aktywności i atrakcyjności seksualnej. Moment tej konfrontacji ukazuje całokształt relacji matki i córki. Jeśli jest bliska, serdeczna, łatwiej będzie matce towarzyszyć i wspierać córkę w jej kobiecości. Dlaczego więc matki rywalizują z córkami  albo je deprecjonują?

Pewnie, że lepiej mieć gładką skórę niż pomarszczoną, ale można odkryć walory kobiecości w średnim wieku. Kobieta nadal może być wówczas atrakcyjna i aktywna seksualnie. Chodzi o to, żeby nie zaprzeczać upływowi czasu. Nie ścigać się z córką, żyć swoim rytmem.

– Często robią tak kobiety, które od własnych matek również nie nauczyły się starzeć i same jako młode, wchodzące w życie kobiety nie dostały wsparcia – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Pewnie, że lepiej mieć młodą, jędrną skórę niż pomarszczoną, jednak nasza kobiecość nie jest warunkowana jej stanem. Matki nie chcą ustępować w fizycznej i seksualnej atrakcyjności córkom. Te z kolei są zazdrosne, że matki wchodzą  na teren nie im już przynależny. Jeśli popatrzeć na sesje zdjęciowe znanych matek i ich dorosłych córek, widać, że styliści wkładają wiele starań, aby wyglądały jak siostry.

Mama czy kumpela?

Niektóre matki zamiast zwalczać konkurencję, próbują się z nią zaprzyjaźnić.

– Jeszcze niedawno moja mama była typową trochę nadopiekuńczą mamą pilnującą, czy założyłam szalik – śmieje się Kama. – Odkąd zaczęłam studiować, nastąpiła metamorfoza. Mama zachowuje się jak moja kumpela. Kiedy przychodzą moi znajomi, godzinami z nimi rozmawia. Twierdzi, że o wiele lepiej się z nimi dogaduje niż ze swoimi znajomymi. Ostatnio wybrała się ze mną na dyskotekę. Początkowo się ucieszyłam, ale widok matki zalotnie kręcącej biodrami i bardzo seksownie ubranej nie był miły. Wyglądała ładnie, bo jest zgrabna i nadal atrakcyjna, ale mnie to krępowało. A potem te jej komentarze, który chłopak jej się podobał i na co miałaby z nim ochotę. Ohyda! Próbowała mnie namówić na intymne zwierzenia, sama opowiadając o swoich erotycznych przygodach z przeszłości, ale nie chciałam tego słuchać. Chyba się obraziła.

Zdaniem Jolanty Łagodzińskiej niektóre matki odmładzają się, żeby opóźnić odejście córki. – Jeżeli się zdarzyło, że matka samotnie wychowuje córkę, związuje się z nią jak z partnerem. I tylko czeka, aż ta dojrzeje, aby wreszcie być z nią razem już we wszystkim, dzielić intymne sprawy. Liczy więc na to, że jeśli staną się przyjaciółkami, nic ich już nie rozdzieli.

Czasami matki, pragnąc zaprzeczyć upływowi czasu, rezygnują z roli matki, próbując nawiązać z córką relację koleżeńską. Tak jakby ta przemiana miała zaprzeczyć rzeczywistości. Usilnie lokując się w innej kategorii wiekowej, za wszelką cenę podkreślają, że są jeszcze pełne seksualnej mocy.

– Ten rodzaj przyjaźni nie jest najlepszym sposobem przedefiniowania relacji matki z córką – twierdzi Urszula Hermanowicz. – Po pierwsze, różnicy wieku nic nie zniweluje, a po drugie, robienie z córki świadka erotycznych podbojów może negatywnie zaważyć na relacji z nią. Nikt nie zabrania matce dorosłej córki być nadal atrakcyjną, powabną, mającą powodzenie kobietą, ale ten obszar życia powinna realizować we własnym zakresie.

Dwie kobiety

Jak uznać kobiecość własnej córki, nie przestając samej czuć się kobietą? Jak nie dopuszczać do głosu wewnętrznej macochy mogącej zranić córkę?

– Nikomu nie jest obce uczucie zazdrości czy zawiści. Ślady mrocznej macochy może w sobie odkryć niejedna matka patrząca na rozkwitającą kobiecość córki. Warto jednak podkreślić, że rzadko która matka rani córkę celowo – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Zazwyczaj są to zachowania zupełnie nieświadome, wynikające z obrony przed trudnymi uczuciami smutku, żalu i lęku z powodu przemijania, straty i pustki.

– A przecież kobietą jest się bez względu na wiek, nie tylko mając lat 20 czy 30. Można odkryć walory kobiecości w średnim wieku. Kobieta nadal może być wówczas atrakcyjna i aktywna seksualnie. Chodzi o to, żeby nie zaprzeczać upływowi czasu. Nie ścigać się z córką, żyć swoim rytmem. Każda matka ma bagaż doświadczeń, to, że była w ciąży, urodziła dziecko, wykarmiła je, była aktywna seksualnie, daje jej mądrość i doświadczenie, którymi może wesprzeć córkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Złam schemat! Pozbądź się blokad, które ciążą na kobietach w twojej rodzinie

Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Czasem więź łącząca pokolenia kobiet blokuje przed kroczeniem własną drogą. Kiedy jednak córka wyłamie się z ram rodzinnej powinności, może uratować nie tylko siebie, ale i… matkę.

Matki zwykle chcą, by ich córki miały lepiej niż one same – jeśli jednak zaczynają żyć inaczej, zwykle je za to karcą. „Nawracają” na właściwy kurs, a czasem wręcz odwracają się od nich. Tak jakby drzemało w nich poczucie, że córka nie powinna przekraczać ograniczeń matki. Między pokoleniem matek i pokoleniem córek jest pewien rodzaj spójności, która jednocześnie karmi i zniewala. Psychologowie nazywają ją niewidzialną nicią lojalności. To niezwykle silna więź, która łączy nas z kobietami w rodzinie. Choć trudno ją dokładnie opisać czy nazwać, ma potężny zasięg – nawet do siódmego pokolenia. I choć czasem bardzo się staramy ją zerwać, trzyma. Nie puszcza. Krępuje życiowe decyzje. – To właśnie ta nić lojalności powoduje, że często jesteśmy w konflikcie, bo z jednej strony chcemy żyć inaczej niż nasze matki, a z drugiej, kiedy żyjemy inaczej, czujemy się winne – mówi psycholog i socjoterapeutka Katarzyna Platowska. – Ale to nie znaczy, że nie można jej zerwać i żyć po swojemu. Można. Choć wymaga to odwagi, mądrości, siły i determinacji. Co więcej, gdy córce udaje się z powodzeniem przełamać rodzinne fale, może dojść do pozytywnego sprzężenia zwrotnego: woda może się od nas odbić i porwać inne kobiety w rodzinie. Zdarza się, że kiedy emocjonalnie staje na nogi córka, proces zdrowienia zaczyna też matka.

Pożegnaj strach

Marta ma 24 lata, a w sercu mnóstwo lęku. Matka Marty, Ewa, zawsze była lękliwa. Wciąż się bała tego, co przyniesie życie. Nie lubiła przygód i spontaniczności, bo oznaczały brak kontroli – a to pachniało zagrożeniem. Pracowała w jednym miejscu, choć nienawidziła swojej pracy, szef jej nie cenił, a koleżanki lubiła średnio. Jednak myśl o zmianie firmy budziła w niej strach. „Lepsze znane, choć nielubiane, niż nieznane” – powtarzała córce. Albo: „Tylko jak masz stałą pracę, to masz pewne jutro”. Nie rozumiała mody na własną działalność – jej zdaniem było to proszenie się o kłopoty. Za namową matki Marta skończyła szkołę kosmetyczną (bo „w tym zawodzie zawsze będzie praca”). Tuż po szkole zatrudniła się w niewielkim, nowoczesnym salonie. Po dwóch latach jego właścicielka postanowiła wyjechać za granicę i – widząc zaangażowanie dziewczyny – zaproponowała Marcie… odkupienie firmy. Po bardzo preferencyjnej cenie! Marta biła się z myślami. Miała wielką ochotę rozwinąć skrzydła, ale też wciąż w uszach brzmiały jej powtarzane latami przestrogi matki. W końcu zdecydowała: biorę salon! Ustaliła, że część pieniędzy spłaci w ratach, rozpisała biznesplan, załatwiła kredyt i… została oficjalnie szefową własnej firmy! Dopiero wtedy powiedziała o wszystkim matce. Kiedy stanęły razem w progu, zatoczyła ręką koło i powiedziała: „Zobacz, mamo, to jest moje”. I od razu poprosiła: „Tylko nie mów, że to katastrofa i że się nie uda. Daj mi parę miesięcy, a zobaczysz, że to była dobra decyzja”. Rzeczywiście, salon prosperował doskonale. Zadowolone klientki przysyłały koleżanki, które polecały usługi Marty dalej. Dziewczyna musiała zatrudnić jeszcze jedną osobę, by dać sobie radę z rosnącą popularnością. Minęło parę miesięcy. Pewnego dnia podczas sobotniego śniadania Ewa powiedziała: „Córeczko, chcę z tobą porozmawiać. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Jeśli chcesz, zainwestuję je w salon”. Zdumiona Marta usłyszała, że Ewa zawsze chciała rzucić swoją pracę, ale powstrzymywał ją przed tym lęk. Że bała się marzyć, bo była słaba. Że jej mama też pragnęła samodzielności, ale obawiała się, że nie da sobie rady. I że jest bardzo szczęśliwa, bo Marcie się udało.

Jak komentuje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka:

Najtrudniejsza do przełamania fala to przekraczanie wartości, które były wyznawane przez wiele kobiet w rodzinie – w danym pokoleniu i w poprzednich. Jeśli w rodzinie nie było rozwodów lub kobiety miały tylko po jednym dziecku czy nie prowadziły samochodu – bardzo trudno będzie iść pod prąd i mieć więcej dzieci, rozwieść się czy zrobić prawo jazdy lub nie schować go do szuflady zaraz po zdanym egzaminie. Podobnie w rodzinie, w której się uważa, że życie jest wrogie, nieznane jest groźne, a samodzielność oznacza samotność i porażkę. Matka Marty miała marzenia, ale zabrakło jej odwagi do ich realizacji. Podobnie babka. Czasem rodzice przekazują nam lęki swoje i swoich rodziców. Takie przekonania potrafią wędrować nawet przez wiele generacji. Na szczęście w każdym kolejnym pokoleniu kobiety są trochę silniejsze – córki są zawsze odrobinę odważniejsze od matek. Dzięki temu siła marzeń rośnie, a moc lęku maleje. Marta była pierwszą od pokoleń kobietą, która miała siłę, by odłożyć na bok lęk, a sięgnąć po marzenia.

Uratuj swoje życie

Edyta wychowała się w bardzo tradycyjnej rodzinie – takiej, w której jak ślub, to na całe życie. Choćby pił i bił, jest się żoną – na dobre i na złe. Niestety, rodzina Edyty nie należała do harmonijnych: Ilona, jej matka, była z ojcem głównie „na złe” – to gwałtowny, wymagający, wiecznie niezadowolony z żony i najprawdopodobniej także niewierny mężczyzna. Lubił wypić, potrafił znikać na popołudnia i wieczory. Właściwie więcej go nie było niż był – co dzieci przyjmowały z ulgą, bo powrót ojca do domu wiązał się z napięciem i kłótniami. Edyta nie pamięta, żeby tata wziął ją na kolana, pobawił się z nią czy gdzieś ze sobą zabrał. Dlatego kiedy poznała Włodka, rozrywkowego studenta, który bardzo zabiegał o jej względy, szybko się zakochała. Równie szybko zaszła w ciążę – a że dziecko oznacza rodzinę, wzięli ślub. Włodek wyrósł z bycia studentem, ale z rozrywkowego trybu życia już nie: Edyta siedziała w domu z dzieckiem, a potem z kolejnym i kolejnym, a Włodek się bawił. Dokładnie jak ojciec: znikał, nie mówił, gdzie idzie i po co, wracał „na gazie” i robił awantury. Żona szybko przestała go interesować, dzieci również – ważniejsze były alkohol, zabawa, kumple. Edyta znosiła swoje nieudane małżeństwo i wybryki oraz zaniedbania męża przez 10 lat – przecież ślub jest na zawsze. W końcu jednak nie dała rady i powiedziała: „Dość. Nie zrobię tego moim dzieciom, nie chcę, by ich dzieciństwo przypominało moje. Albo coś się zmieni, albo wystąpię o rozwód”. Włodek o zmianie nawet nie myślał, więc Edyta się wyprowadziła. Największą pretensję miała do matki – że nie powiedziała: „Dziewczyno, ratuj się, uciekaj, zadbaj o sobie”. Odwrotnie: każde ich spotkanie kończyło się litanią wyrzutów: „Jak mogłaś odejść od męża, przez ciebie całkiem zejdzie na psy!”. Długo mijały się szerokim łukiem, ale wszystko zmieniła pewna wigilia. Kiedy Ilona zobaczyła, że Edyta, świeżo zakochana, promieniała, a odprężone dzieciaki śmiały się radośnie, podjadając słodycze z choinki, zrozumiała, że dawno ich takich nie widziała. Nie zdobyła się na gest pojednania wobec córki, ale po jej wyjściu szepnęła do siebie: „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła, z pijakiem nie ma życia. Ja się na to nie zdobyłam. Ty zrobiłaś to za siebie – i za mnie”.

Psycholożka komentuje:

Czasem życie i przekonania matek są klątwą dla córek. „Ja wytrzymałam, to i ty wytrzymasz” – mówią, bo przecież córka nie może być słabsza od matki. To dość typowe, że w takich rodzinach matki stają nie po stronie córek, tylko zięciów – choć obiektywnie ci są draniami. Kurczowe trzymanie się złego scenariusza to też rodzaj zabezpieczenia: jest zły, ale znany. Jeżeli córka będzie żyła podobnie, to łatwo wszystko przewidzieć. Jeśli coś zmieni, przyszłość będzie nieznana. Choć Edyta wykazała się wielką siłą, to jej matka będzie potrzebować siły jeszcze więcej. Stwierdzenie „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła” – to dla niej konfrontacja z całym własnym życiem. Musi sama przed sobą przyznać, że wytrwała w bezsensownym związku w myśl absurdalnych ideałów, że sama zniszczyła własne życie. Edyta, walcząc o swoje szczęście, wszystko to uświadomiła matce. Ale pokazała też, że można być szczęśliwą. Zmierzyć się z własnymi demonami, by móc z nimi wygrać.

  1. Psychologia

Matki i córki - czasem ciepło, czasem dreszcz

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Dziecko może być dla matki centrum wszechświata, ale i wielkim ciężarem. Matka dla dziecka zawsze będzie postacią centralną. Jaka by nie była.

"Jest dla mnie najważniejsza na świecie” – tak o swojej mamie mówi 36-letnia Asia. „Nie wyobrażam sobie życia bez mojej mamy” – rozczula się Beata, która sama już jest mamą dwóch przedszkolaków. „Moja matka mnie nie lubi” – twierdzi 27-letnia Agata, a Karolina, 40-latka, mówi, że to ona zawsze się czuła matką swojej matki…

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. Bez względu na to, czy faktycznie uczestniczy w życiu rodziny.

– Córka dlatego jest na świecie, że matka związała się z mężczyzną – mówi Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Gdy mamy te trzy punkty odniesienia, wiele zaczyna się wyjaśniać. Na przykład możemy przyjąć, że matka jest tak silnie skupiona na relacji z mężczyzną, że relacja z córką znika jej z pola widzenia, co może być przeżywane przez córkę jako porzucenie.

Nie bez znaczenia jest także płeć dziecka oraz to, czy było oczekiwane, czy przeciwnie. Także sposób, w jaki przyszło na świat: szybko i bezproblemowo czy może po wielogodzinnych zmaganiach matki. A ojciec: sprawdził się w swojej roli czy odszedł? A jeśli był – to tylko fizycznie czy także emocjonalnie? To wszystko składa się na to, czy matce i córce się uda: nawiązać dobrą relację, dogadać, wspierać się nawzajem i kochać. Bo do zagrania są dwie główne role, ale scenariuszy tego filmu życie może napisać bez liku.

Matka symbiotyczna

Gdy matkę opuścił mężczyzna lub w inny sposób ją zawiódł czy zranił, może ona całą swoją emocjonalną inwestycję umieścić w córce. To może zrodzić między nimi symbiozę w cierpieniu, będą się odnajdywać, dzieląc podobny los – zranienia przez tego samego mężczyznę. Ta wspólnota przeżyć daje poczucie bliskości i więzi, porozumienia bez słów. Na pozór – szczęśliwa relacja, pełna zgoda, ale… niech no tylko znów pojawi się jakiś mężczyzna. Zwłaszcza w życiu córki. Matka może poczuć się oszukana, zdradzona. W obawie, że utraci tę wieź, może wytrenować córkę tak, by ta nie związała się z żadnym mężczyzną.

– Sojusz między matką a córką wyrosły wobec nieobecnego mężczyzny – męża i ojca – narusza rodząca się seksualność córki – twierdzi Droździak. – Trzeba więc wykorzenić seksualność, by mogła trwać więź. W taki sposób, by córka albo musiała się matką opiekować, albo zaczęła bać się mężczyzn.

Symbioza zrodzi się też, gdy ojciec przedwcześnie umarł. Może stać się dla obu kobiet albo idealizowaną z czasem legendą, której w rzeczywistości żaden mężczyzna nie dorówna, albo kimś, kto zostawił je same, może z problemami do rozwiązania albo kredytem do spłacenia.

W poczuciu winy bądź z wdzięczności za matczyny trud wiele córek czuje potrzebę rezygnacji z własnego, osobistego życia na rzecz zajęcia się matką. Mogą też do takiej opieki być „trenowane”.

– Bliska więź jest potrzebna, gdy dziecko jest małe. Jednak gdy charakter tej bliskości się nie zmienia i przedłuża, więź staje się patologiczna – mówi Paweł Droździak.

Matka rywalka

Ta sama płeć to dodatkowa więź, ale i powód do rywalizacji. Gdy córka dorasta i jej kobiecość rozkwita – u matki przeciwnie, uroda zaczyna przemijać. Na nieuświadomionym poziomie może zacząć się rywalizacja o względy mężczyzn, zazdrość o fizyczną atrakcyjność.

Paweł Droździak: – Pewna ambiwalencja w stosunku do córki może wynikać stąd, że z jednej strony matka córkę kocha, a z drugiej – gdy ta zaczyna dojrzewać i być istotą seksualną – pojawiają się wszystkie obawy związane z seksualnością, które matka umieszcza teraz w córce.

Jakie? Przed rozwiązłością córki, przed tym, że będzie wykorzystana, zdradzona albo zajdzie w przedwczesną ciążę. Pojawia się też nieuświadomiony lęk, że w tej rywalizacji kobiecości córka matkę wyprzedzi, zwycięży. Stąd niektóre matki nieustannie krytykują urodę swoich córek albo to, w co się ubierają jako nastolatki.

– Gdy córka dorasta, u matki pojawia się lęk o jej własną seksualność. Ale też chęć uchronienia swojego dziecka przed zranieniem i cierpieniem – tłumaczy Paweł Droździak. – Stąd te wszystkie kłótnie z nastolatkami na temat ubioru. Czasem sprawia to wrażenie, jakby matka w ten sposób odreagowywała na córce własną traumę z czasów, kiedy była tak ćwiczona przez swoją matkę.

Matka równolatka

Niektóre dziewczyny dorastają w poczuciu, że są matką własnej matki. Gdy zastanawiają się, co zrobić z jej smutkiem, jak ją rozweselić, gdy widzą jej nieporadność i bezradność w postępowaniu z ojcem alkoholikiem lub gdy są świadkami przemocy wobec niej i chcą stanąć w jej obronie. Także wówczas, gdy matka obciąża córkę problemami przerastającymi jej możliwości znalezienia dorosłych rozwiązań albo gdy szuka w niej sojuszniczki przeciwko ojcu, a nawet przeciw całemu męskiemu światu. Inna wersja matki niedojrzałej to matka nastolatka – ubiera się i zachowuje, jakby wciąż miała 16 lat, choć dawno przekroczyła już czterdziestkę lub pięćdziesiątkę.

W każdym z tych przypadków poczucie, że jest się dojrzalszą od swojej matki, może prowokować w dorosłym życiu do bycia nadopiekuńczą i odpowiedzialną w stosunku do innych osób, co w konsekwencji prowadzi do próby kontrolowania życia wszystkich wokół… A to męcząca perspektywa – i dla kontrolującej, i dla kontrolowanych.

Matka samodzielna

Jeszcze sto, dwieście lat temu matka samotnie wychowująca dziecko skazana była na poniewierkę, pobyt w przytułkach lub oddanie dziecka do ochronki. Żyjemy w czasach, w których dla wielu kobiet samotne rodzicielstwo jest świadomym wyborem – one nie liczą na partnera, mało tego – niekiedy nie powiadamiają go o tym, że zostanie ojcem. Takimi samotnymi matkami stają się nieraz córki, które widziały swoje matki upokorzone i uzależnione od męża. – Jeśli córka obserwowała, jak strategiczna dla niej osoba jest zupełnie bezradna, w przyszłości sama sytuacja zależności od kogoś może być dla niej tak przerażająca, że nie będzie w stanie żadnej „miękkiej” części siebie pokazać światu – twierdzi psycholog Paweł Droździak. – Jeśli w dodatku ani ojciec, ani matka nie zaspokajają jej dziecięcej potrzeby bezpieczeństwa, może wykształcić w sobie radykalną obronę przed jakąkolwiek sytuacją zależności.

Takie córki, gdy dorosną, mogą pragnąć dziecka, ale nie chcieć męża. Albo – zwiążą się z mężczyzną, ale nie będą nic od niego chciały, niczego potrzebowały, by nie stać się w jakikolwiek sposób zależne, bezradne.

Matka nieobecna

Bywa też, że matki przedwcześnie zabraknie. Dziennikarka Hope Edelman straciła matkę w wieku 17 lat i nie umiała sobie z tym poradzić. Pomocy szukała w czytelniach, bibliotekach, bez skutku. Jej książka „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty” jest plonem 12 lat spotkań, rozmów z kobietami, które przeszły przez to samo co ona. W domu Hope temat śmierci matki był tabu – wszyscy żyli pozornie tym samym życiem co przedtem. A przecież strata matki nie była tylko faktem z jej biografii. – To był sam rdzeń mojej tożsamości, stan mojego bytu – twierdzi.

Żałoba po śmierci matki nigdy nie kończy się definitywnie. Zmienia intensywność, ale to droga, którą się idzie do samego końca, trwający całe życie proces przystosowywania się i akceptacji. Zwłaszcza gdy strata matki dotyka wcześnie i każe szybciej dorosnąć.

– Przekonując się w początkowych latach swojego życia, że relacje zależnościowe są nietrwałe, poczucie bezpieczeństwa jest efemeryczne, a definicję słowa „rodzina” można przeformułować, córka pozbawiona matki wykształca dorosły wgląd w rzeczywistość, choć wciąż pozostaje dzieckiem, wyposażonym tylko w dziecięce strategie życiowe – mówi Hope Edelman.

Córki pozbawione matki, bez względu na wiek, w którym zostały osierocone, mają cechy wspólne, m.in. dojmującą świadomość własnej śmiertelności, lęk przed utratą najbliższych, szukanie u partnera miłości rodzicielskiej. Ale także większą świadomość życia, która pomaga podejmować decyzje.

Matka psychopatka

Niestety, od życia bez matki niekiedy trudniejsze bywa życie z matką – w piekle krzywd i poniżenia, jakie zgotowała swoim dzieciom. Znany filozof i religioznawca, prof. Zbigniew Mikołejko, zszokował opinię publiczną, gdy wyznał w książce „Jak błądzić skutecznie”, że był przez matkę maltretowany i katowany. I że to cierpienie ciągnie się za nim całymi latami, miało i ma decydujący wpływ na całe jego życie. Mówiąc głośno o tym, o czym inni wolą milczeć, zastosował swoistą autoterapię. Zrobił to, żeby – jak sam mówi – nie rozpaść się na kawałki, zrzucić z siebie ciężar, który dźwiga już ponad 60 lat. Tym samym wskazał drogę innym.

– Moje dzieciństwo było tak drastyczne, tak naznaczone poniżeniem, przemocą, nędzą i strachem, że do końca życia będę musiał do niego powracać, starając się z niego jakoś wyzwolić – tłumaczył decyzję upublicznienia swojej prywatności. – I nie widzę innej możliwości, jak arcyszczere mówienie o tym. Nie da się uciec od jego powracających widm – trzeba zdobyć się na odwagę i przyjrzeć ich obliczom.

W telewizyjnym wywiadzie na pytanie, dlaczego matka go tak katowała, jako jedną z przyczyn podał to, że przypominał jej ojca, który od nich odszedł. – Matka bardzo kochała mojego ojca. Z czasem miłość do niego przekształciła się w nienawiść. A ja byłem jego ucieleśnieniem – wspomina Mikołejko.

Razem i osobno

Każda matka (no, prawie każda) to również matka akrobatka (stanie na głowie, by cię chronić) i matka adwokatka (zawsze cię obroni). Także matka wariatka (szaleńczo zakochana w swoim dziecku, starająca się mu zapewnić „wszystko, co najlepsze” i czego często sama nie miała).

Zresztą zbiór typów relacji z matką może być jeszcze bogatszy. Gdy ojciec wiąże się z inną kobietą albo gdy córka wychodzi za mąż, dochodzą także mniej lub bardziej matczyne relacje z macochą czy teściową, będącymi dla niektórych z nas jak matki, albo z którymi żadna bliskość nie jest możliwa... Trudna, ale naturalna przemiana czeka córki również wtedy, gdy będą musiały zaopiekować się starzejącą, chorą matką – role się wtedy odwracają, dziecko staje się opiekunem, a matka kimś, kto wymaga wsparcia. Z czasem większość z nas, córek, także zostaje matkami. Często dopiero wówczas akceptujemy w matkach to, z czym się nie umiałyśmy lub nie chciałyśmy utożsamić lub z czym wręcz walczyłyśmy.

– To, przed czym córka ucieka w swoim życiu, to być „jak matka” – uważa Paweł Droździak. – Wciąż ma wyobrażenie, że jest inna, lepsza i stanowi zaprzeczenie swojej matki. Powiedzieć kobiecie: „Jesteś jak twoja matka”, to często ugodzić w samo serce. A jednak matka jest zaprzeczoną częścią córki. Nawet jeśli nie identyfikują się ze sobą. I może tak się zdarzyć, że dopóki matka żyje, córka ucieka przed utożsamianiem się z nią w jakiejś części. Gdy matka umrze – córka zatrzymuje się, by matkę w sobie ocalić. Żeby jednak pojawiła się prawdziwa odrębność – a nie tylko rozpaczliwe zaprzeczanie zależności – powinien nastąpić moment, kiedy zarówno złe, jak i dobre rzeczy w matce zostają odnalezione.

Nawet jeśli twoja relacja z matką bywa trudna, jeśli wiele jej zarzucasz i nie jesteście sobie bliskie, prawda jest taka, że czy chcesz, czy nie, jesteś częścią swojej matki, a ona – częścią ciebie.

Tylko gdy obdarzysz matkę szacunkiem, jaka by nie była, będziesz też szanować siebie. Bo jesteś z Niej. Całkiem odrębną od matki być się nie da. A protest przeciwko niej wynika z tęsknoty za bliskością, której może nie doświadczyłaś, bo matka nie umiała  – choć wcale nie znaczy, że nie chciała – ci jej dać.

  1. Psychologia

Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. 

- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, wyjaśniając, gdzie mogą leżeć przyczyny trudnej relacji matki z dorosłą córką.

Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że relacja matka – córka generuje same problemy.
Bo tak właśnie jest. Oczywiście, nie można uogólniać, ale zdecydowanie więcej jest problemów emocjonalnych i relacyjnych między dziećmi a matkami niż między dziećmi a ojcami. Ojciec zawsze albo prawie zawsze zachowuje większy dystans wobec dzieci, ciężar jego zaangażowania jest przeniesiony na świat zewnętrzny. Natomiast matki, z wyjątkiem tych, które weszły w role biznesowe, są skupione przede wszystkim na rodzinie i dzieciach. Z tego powodu są z nimi w bliższych relacjach i siłą rzeczy częściej występują na tej linii nabrzmiałe i nierozwiązane konflikty. Przy czym ze względu na specyficzny rodzaj  relacji miedzy synem a matką, nawet matką nadopiekuńczą, konflikty między nimi nigdy nie osiągają takich rozmiarów jak w przypadku nadopiekuńczych matek i córek. Co ciekawe, ujawniają się zwykle wtedy, gdy syn zakłada rodzinę. I wtedy nie tyle on ma problemy z matką, co jego żona źle to zaczyna znosić.

Ta sama płeć w relacji jest w takim razie plusem czy minusem?
Ze względu na płeć w relacji matka – córka występuje utożsamienie. Dla normalnego rozwoju osobowości musi jednocześnie dojść do czegoś, co jest określane jako separacja czy indywiduacja. W potocznym rozumieniu córka najpierw „zlewa się” z matką, a potem ustawia do niej w kontrze, żeby ustalić, kim sama jest. Ponieważ to niezwykle silny związek, tożsamość córki jest zaplątana w wizerunek matki. Ze względu na utożsamienie płci często dochodzi też do podświadomej rywalizacji. Córka rywalizuje z matką, a matka z córką, i nie ma to charakteru sportowego: nie chodzi o to, która wygra, tylko o to, która psychologicznie zdominuje rywalkę.

Córkę i matkę wprawdzie łączy płeć, ale dzieli różnica pokoleń, co powoduje, że światopogląd i doświadczenia matki są zabarwione przeszłością, a córki – teraźniejszością. Chociażby to może powodować między nimi konflikty. Że podam taki banalny przykład: nasze babcie prały ręcznie, nasze matki – we Frani, a my już w automatycznym Boschu. Zasada prania co prawda się nie zmieniła, ale sposób – już tak. Najbardziej nabrzmiałe problemy nie rodzą się jednak w sferze posługiwania się sprzętami, lecz w sferze uczuć.

Co jest tego źródłem?
Najczęściej niedojrzałość matki. Bo że córka jest niedojrzała – to oczywiste i normalne. Dzieci zawsze będą młodsze od swoich matek. To, co czyni nas ludźmi dojrzałymi, zdolnymi do podejmowania przemyślanych decyzji, do kształtowania swojego zdania w oparciu o doświadczenie, to umiejętność nabywana przez całe życie. Z książek, które czytamy, z filmów, jakie oglądamy, i z tego, co mówią nam inni. Dojrzałość jest sumą praktycznych umiejętności życiowych. Samo życie nie wystarczy jednak, żeby osiągnąć tak rozumianą dojrzałość. Niekiedy człowiek wręcz blokuje się na drodze do dojrzałości wskutek traum, krzywd, uzależnień, niewłaściwych wzorów. Można mieć według metryki 48 lat, a dojrzałość na poziomie nastolatka. Dotyczy to oczywiście także niektórych matek...

Czy dlatego bywają nadopiekuńcze?
Po pierwsze, mogą tak pojmować rolę matki – kurczowo trzymając swoje dziecko pod kontrolą, niezależnie od jego wieku. A po drugie, są nadopiekuńcze, ponieważ nie mają innego życia osobistego i uczuciowego poza realizowaniem swego macierzyństwa. Takie matki, nawet jeśli żyją w małżeństwie, nie śpią ze swymi mężami, nie planują wspólnych wieczorów czy wakacji. Mąż jest meblem, wygodnym fotelem, na którym się czasem przycupnie, który wypełnia jakiś kąt w pokoju, ale to nie jest żadna relacja. Co więcej, małżonkowie mogą tak żyć latami, bogobojnie i wiernie.

A przecież człowiek jest istotą uczuciową, potrzebuje bliskości jak powietrza. Kochać kogoś, być dla kogoś – to nasza największa potrzeba. Więc jak związek z partnerem nie zaspokaja tej potrzeby, to całe swoje życie emocjonalne kobieta lokuje w dzieciach. A ponieważ synowie rzadziej dają się zawładnąć, pada na córki, a te są w rękach matek jak plastelina. Na dodatek są przez nie wpędzane w poczucie winy – oczywiście to wszystko dzieje się podświadomie. Żadna matka przecież nie obmyśla: „Zrobię ci numer, dostanę apopleksji”. Ona dostaje apopleksji na samą myśl o tym, że córka chce spędzić święta w górach, a nie w domu. Takie uzależnienie przypomina alkoholizm, narkomanię, kompulsywny hazard. Osoba uzależniona nie może się sama z tego wydostać, a gdy jej ktoś mówi: „Mamo, nie rób tak”, to się oburza: „Jak możesz tak do mnie mówić?!”. Tak samo reaguje alkoholik. Tylko że w tym wypadku mamy do czynienia z uzależnieniem od drugiej osoby. Od swojej bezradności życiowej, od tyranizującej więzi, która staje się pułapką dla obydwu stron.

Jak postępować z „uzależnioną” matką?
Dokładnie tak jak z alkoholikiem. Córka musi przestać kierować się lękiem, współuzależnieniem, poczuciem winy, tylko przejąć kontrolę nad własnym życiem. Uzyskawszy wsparcie od męża, przyjaciółki czy koleżanki z pracy, którzy powiedzą: „Nie możesz swojego życia podporządkowywać matce kosztem własnych potrzeb. Ona jest dorosła, poradzi sobie. Możesz jej pomóc, ale powinnaś być konsekwentna”. Jeśli za przykład podamy kwestię świąt, córka może zakomunikować mamie, że przyjedzie do niej dzień przed Wigilią, pobędą razem, ale na święta wyjeżdża. Czyli: asertywność, stanowczość i nieponoszenie konsekwencji cudzych słabości czy uzależnień. Choć przykład ze świętami może być dwuznaczny. Ktoś powie: „Ale cóż pani doktor wygaduje?! Przecież święta to Tradycja, Katolicyzm, Rodzina…”. Odpowiadam: „Ależ tak, pod warunkiem że z tego wynika coś dobrego”. Jeżeli przy okazji świąt mama zawsze wypomina, a tata zawsze się upija – to jest wykorzystanie, skądinąd pięknego symbolu i tradycji, do podtrzymania patologii. I to nie jest dobre. Wtedy człowiek nie ma innego sposobu, jak się uniezależnić, czyli odseparować, oddalić, zacząć funkcjonować zgodnie ze swoim systemem wartości, a nie podtrzymywać tradycję rodzinnych niesnasek.

Można w dorosłym życiu ułożyć sobie na nowo relacje z matką? Czy trudne relacje matki z dorosłą córką mogą uleć poprawie?
Oczywiście. Relacje to jest coś, na co mamy wpływ, czemu możemy nadawać nowe tory, sterować tym jak podczas nawigacji.

A jeśli matka odmawia współpracy?
Czasami pytają mnie ludzie, co robić z matką, która nie chce się zmienić mimo próśb i tłumaczenia. Odpowiadam: „Wyobraź sobie, że mama ma alzheimera. I że cokolwiek byś nie mówiła, to ona jest za szklaną szybą”. Oczywiście, ona przeważnie nie ma żadnego alzheimera, ale jej mózg już zastygł. Bo co to znaczy: przekonać kogoś, by czegoś nie robił? To znaczy poprosić, by się czegoś nauczył. Bo oduczyć się, to też się nauczyć. Niestety, niektórzy ludzie są już do tego niezdolni.

Ja mam psa i zawsze po nim sprzątam, ale czasem spotykam ludzi, którzy po swoich psach nie sprzątają. Wtedy daję woreczek i mówię: „Może pan skorzystać z mojego, mam zapasowy”. „Ja nie sprzątam po psie!” – słyszę często w odpowiedzi. Ale ktoś inny mówi za to: „Dziękuję, skorzystam”, po czym zaczynamy się umawiać na wspólne spacery z psami. Tak samo jest z matkami. Jeśli matka mówi: „Jak ty możesz czegoś ode mnie wymagać?”, to znaczy, że ona nie rozumie swojej córki i nie chce zrozumieć. Często z wiekiem przychodzi przekonanie, z gruntu fałszywe, że wie się już wszystko i zawsze ma się monopol na rację. Tymczasem inni ludzie mają swoje racje i one bywają odmienne od naszych.

Ale taka uparta matka święcie wierzy, że chodzi jej tylko o dobro córki. Powtarza: „Nikt inny nie będzie cię kochał tak jak ja. Robię dla ciebie wszystko”.
Więc skoro jesteś w stanie zrobić dla mnie wszystko, to przestań mnie kontrolować jak małe dziecko. I co mama na to? Z drugiej strony, relacja z matką jest wyjątkowa i żadna inna jej nie zastąpi.

Nawet, gdy czujemy nienawiść do matki, trzeba ją przede wszystkim kochać i szanować?
Kochać w ogóle warto, bo to wspaniałe uczucie. Chociaż w dziesięciorgu przykazań nie widnieje: „Kochaj ojca swego i matkę swoją”, tylko „czcij”, czyli szanuj. Nie ubliżaj im, nie ograbiaj, nie krzywdź. Co nie znaczy: bywaj u nich co niedziela. Możesz ich nie widywać, ale ich szanuj. Trudno kochać kogoś, kto zatruwa nam życie, ciągle poucza i krytykuje, jest wścibski, przemądrzały, wszystko wie najlepiej. Miłość w dziecku rodzic buduje, pokazując, jak się kocha – czule, ciepło, mądrze i dojrzale.

A co znaczy: mądrze kochać?
To znaczy nie uwłaczać godności dziecka, nie pozbawić go poczucia bezpieczeństwa, czyli: nie straszyć, nie bić, nie wyśmiewać i nie grozić: „bo mamusia nie będzie cię kochać”, „jak nie wrócisz do 22.00, to ja będę chora” albo: „przez ciebie mam okropne życie”. Gdy dzieci coś takiego słyszą, przestają wierzyć w miłość rodziców i stopniowo tracą poczucie własnej wartości.

Matka uczy też dziecko miłości, pokazując, jak kocha tatusia, swoich rodziców, siostrę, brata… Dzieci się uczą nie tego, co im mówimy, tylko tego, co robimy. To główna zasada wychowania.

Czego jeszcze uczymy się od matek oprócz miłości?
Jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Oczywiście, możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba. Może mieć całkiem odmienne cechy, zainteresowania, potrzeby i cele. Jeżeli matka z temperamentem zacznie przejawiać niecierpliwość w stosunku do flegmatycznej czy marzycielskiej córki, to prawie na pewno zachwieje poczuciem wartości dziecka. Wtedy powinni wkroczyć inni dorośli, na przykład babcia, która będzie podkreślać mocne strony dziecka i okazywać uznanie dla tego, co ono umie, lubi i jak sobie radzi. Mama oczywiście doda: „ale bucików jeszcze nie umie zawiązać”, a babcia: „ale Ania zna tyle wierszyków i pięknie bawi się z dziećmi”. I Ania w ten sposób dowie się, że mama wolałaby, żeby ona była trochę inna, natomiast babcia akceptuje ją taką, jaka jest. Dziecko czerpie wiedzę o sobie nie tylko od mamy, dlatego powinno być otoczone różnymi ludźmi. To nie jest żadna nowa koncepcja, tylko pradawna idea wychowania plemiennego.

Mówimy dziś o problemach na osi matka – córka, matka – syn. Kiedyś w ogóle nie było takiego tematu. Po pierwsze, kobiety rodziły dużo dzieci. Same się nimi nie zajmowały – miały do pomocy krewnych, starsze dzieci, swoich rodziców. Dzieciństwo zresztą szybko się kończyło: dzieci zaczynały wcześnie pomagać w pracy dorosłym i szybko odchodziły z domu rodzinnego. Nawet arystokracja posyłała dzieci bardzo wcześnie w dorosłe życie.  Więc to, że dzisiaj rodzice poświęcają tyle czasu i uwagi swoim dzieciom, to wynalazek współczesności.

Dzisiaj też rodziców o wiele rzeczy się obwinia, a zwłaszcza matki.
Bo nie ma kogo innego winić. Inną nowością jest „wychowywanie” przez grupę rówieśniczą. Kiedyś czegoś takiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzieciństwo było krótkie i przebiegało wyłącznie w obrębie rodziny. To my urządziliśmy sobie świat, w którym dziecko siedzi na tronie. I albo ten tron jest na chwiejnych nóżkach, bo rodzice zapominają, że mają dziecko, albo jest piedestałem nie wiadomo jakiego wcielenia boskości i rodzice wtedy zwyczajnie bzikują.

Brytyjski psychiatra Donald Woods Winnicott jest autorem określenia: „wystarczająco dobry rodzic”. Nie idealny, nie najlepszy, ale wystarczająco dobry. Czyli taki, który czasem popełnia błędy, ale ma też prawo zadośćuczynić i przeprosić – jednak to wymaga dojrzałości. A jeżeli mam kompleksy wobec własnego dziecka i chcę udawać ideał, to tworzę fikcję. I krzywdzę własne dziecko, które też będzie chciało dążyć do jakiegoś nierealnego superwzorca. Rodzice, którzy sami mają poczucie wartości, na ogół wychowują dobrze. Rodzice, którzy wstydzą się w sobie jakichś rzeczy, nie chcą z czymś się pogodzić, zazwyczaj w swoich dzieciach coś „majstrują”. I to majstrowanie na ogół źle rokuje.

Akceptacja siebie przekłada się na akceptację dziecka? Czy to sposób, który np. naprawi trudne relacje matki z dorosłą córką?
Dziecko nie potrzebuje wielkiego mieszkania, dużego samochodu, lekcji angielskiego czy tenisa. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości i dobrych, prawdomównych wzorów.

Ostatnio odprowadzałam mojego malutkiego wnuczka do córki, a on w krzyk: „Babciu, ja chcę do was”. Ja na to: „Anker, nie możesz teraz do mnie iść, bo ja zaraz wychodzę”. Wtedy moja córka dyskretnie szepnęła: „Mamo, przecież tak naprawdę nigdzie nie wychodzisz”. Oczywiście, że ona ma rację! Po co wymyślać jakieś nieprawdziwe powody, prędzej czy później dziecko nauczy się tego samego… Ono ma przyjąć do wiadomości, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi sobie z chwilową frustracją poradzić. Gdy się tego nauczy w wieku dwóch lat, to przygotuje się na większe frustracje w wieku 20 czy 50 lat. W tej sprawie ja się czegoś nauczyłam od mojej córki, a nie ona ode mnie.

Prawdomówność w relacjach jest bardzo ważna, bo dziś lekko naciągnę prawdę, ale gdy za kilka lat powiem do dziecka: „nie jedź autostopem”, to ono mnie nie posłucha, bo nie będzie miało do mnie zaufania. I potem rodzice się dziwią, dlaczego. Ano dlatego, że tyle razy skłamali.

Własny rozwój to podstawa dla dobrej relacji matki i córki?
Tak, z tym że trzeba zadbać, by własny rozwój nie pozbawił wrażliwości na cudze potrzeby. Jeżeli matka jest samotna, cierpiąca, chora, to jej się co najmniej tyle należy od córki, ile ona okazywała jej troski, gdy córka tego potrzebowała. Czyli uwaga, sprowadzenie lekarza, może wynajęcie opiekunki czy umieszczenie w szpitalu czy sanatorium. Te „świadczenia” wynikają z powinności, nawet odpowiednio uregulowanych w naszym prawie. Miłość to trochę inna sprawa.

  1. Psychologia

Ojciec i córka - wpływ relacji na dorosłe życie i podejmowane decyzje

fot. iStock
fot. iStock
Ojciec jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w zakresie płci – mówi terapeuta Maciej Żbik. O to, jaki wpływ ma męska (i kobieca) energia na wybory partnerów w dalszym życiu, pyta Renata Arendt-Dziurdzikowska. 

Kochający ojciec sprawi, że córka znajdzie kochającego partnera?
Im bardziej ojciec kocha i szanuje, tym oczywiście większe na to szanse. Chińczycy mają tutaj ciekawą wskazówkę. Przez pierwsze siedem lat ojciec winien traktować córkę jak księżniczkę. Przez kolejne siedem jak „służącą”. A później jak przyjaciółkę.

Jak księżniczkę - to wydaje się jasne, czyli powinien zachwycać się nią i służyć jej wiernie...
No tak. Każda córka musi być księżniczką swojego ojca, żeby mogła nabrać pewności siebie. Zachwyt tego, co męskie, tym, co kobiece, pozwala dziewczynce uznać własną płeć i płciowość, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i psychicznym. Pozwala zaakceptować ciało, uszanować siebie. Jednak zachwyt to stan emocjonalny, a nie poprawne zachowanie. Dzieci doskonale wyczuwają emocje otoczenia. Dziewczynka wie, czy jest księżniczką taty, czy nie jest. No i trzeba tu oczywiście bardzo uważać, aby córeczka nie wygrała z matką, żeby księżniczka nie zamieniła się w królową.

Po kilku latach księżniczka staje się "służącą" - co to znaczy? Wiele osób może się na to słowo oburzyć. 
Być „służącą” znaczy uczyć się różnych funkcji społecznych, swojej roli w rodzinie. „Służąca” czuje się współodpowiedzialna za to, jak funkcjonuje dom, jest zaangażowana, wkłada wysiłek. Szanuje starszych. Księżniczce wystarczy, że jest cudowna. „Służąca” jest dodatkowo cudowna w tym, co robi. Dopiero potem przychodzi czas na przyjaźń. Jeśli nauczymy córki żyć z nami, ojcami, w przyjaźni, to tym samym nauczymy je żyć w przyjaźni z tym, co męskie.

Przyjaźń z 14-letnią córką?
Biologicznie jest już kobietą. Jako przyjaciel mogę jej doradzać, a ona ma szansę skorzystać z mojego doświadczenia. Mam szansę być wysłuchany. Córka czuje, że to, co ona daje, jest przyjmowane, a wtedy – i tylko wtedy – przyjmuje to, co dostaje. Jeśli traktuję córkę poważnie, będę poważnie przez nią traktowany. Tylko w ten sposób mogę sprawić, aby liczyła się z moim zdaniem do końca naszych dni.

I zaufała męskości. To model idealny. W życiu napotykamy mnóstwo kompilacji. 
Nie możemy zapominać, że naszymi wyborami kieruje głównie nieświadomość. Bez mała 90 procent decyzji, które podejmujemy każdego dnia, wynika z procesu nieświadomego, czyli emocjonalnego, nie zaś racjonalnego. Nieświadomość nie rozróżnia tego, co dobre, od tego, co złe. Lgnie do znanego, ucieka przed nieznanym. Wybieramy to, co dla nas normalne, a normalne jest to, w czym dorastamy. W wieku trzech, czterech lat do psychiki dziewczynki „włamuje się” męskość: dziewczynka zaczyna rozróżniać płcie. Pierwszym mężczyzną, którego widzi, jest jej ojciec. Dostrzega, że zachowania mamy i taty są różne. Dostrzega grę seksualną między nimi. Widzi, jak mama uwodzi tatę, i zaczyna odczuwać dokładnie to, co mama, uczy się wpływania na ojca, na męskość.

Zakochuje się w tacie.
Ojciec – choćbyśmy tego nie chcieli – jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w za- kresie płci. To się fachowo nazywa kompleksem elektralnym, który później w toku rozwoju jest w różny sposób integrowany. Bardzo wiele kobiet kończy tę integrację dopiero w gabinecie terapeuty. Kończy, czyli uwalnia się od wyborów ograniczonych do kopii ojca. Oczywiście kopia nie dotyczy całego ojca, jedynie jego najistotniejszych cech. Często opowiadam historię mojej klientki, która po rozstaniu z czwartym mężem postanowiła poszukać specjalistycznej pomocy. Otóż każdy z jej partnerów – w chwili poznania – był porządnym gościem. Uwielbiał, nosił na rękach. I każdy był pijakiem, gdy go porzucała. „Panie Macieju, co takiego jest we mnie, że rozpijam każdego faceta?” – pytała. Urodziła się kilka lat po wojnie z namiętnego romansu swojej mamy z byłym partyzantem, alkoholikiem. Mama postawiła ojcu warunek: albo wódka, albo my. I ten mężczyzna z dnia na dzień przestał pić, nie dotknął alkoholu do śmierci. Jego miłość musiała być bezgraniczna. W takim środowisku dorastała moja klientka, więc jej partnerzy także kochali ją bezgranicznie, tylko w końcu zaczynali pić. Dwie najistotniejsze cechy jej ojca – szalona miłość i niepijący alkoholizm – tworzyły znany jej wzorzec partnerski. Jak widać, żyła w totalnym kompleksie elektralnym, czyli zakochaniu w tacie.

To, co męskie, jako wzorzec, kobieta wynosi więc z domu. Kto dostarcza tego wzorca?
Bierze go z tego, co najbardziej męskie w jej otoczeniu. Czasami jest to biologiczny ojciec, czasami ojciec przybrany, dziadek, a czasami niestety agresywny animus, czyli niedojrzała męska energia w mamie. To, co dziewczynka postrzega wokół siebie jako męskie, jest prawzorem męskości w jej psychice. Czy męskość, z którą ma do czynienia, jest dojrzała, opiekuńcza i troskliwa, czy władcza i agresywna, a może głównie wylękniona? Trzeba pamiętać także o tym, że prekodowanie treści męskich następuje już w łonie mamy. Embrion nie ma własnej płci, jego jaźnią jest umysł matki. Już więc na etapie prenatalnym dziewczynka dowiaduje się od mamy, jakie jest to „męskie”, chociaż jeszcze go nie rozpoznaje. Już wtedy ulega jej przekonaniom. To, co męskie, jest dobre i kochające czy złe i okrutne? Odczuwa wszystko, co przeżyła mama w relacji ze swoim ojcem i partnerem. Im silniej wypiera uczucia – na przykład niespełnioną miłość do ojca albo lęk przed nim – tym silniej dziecko będzie ulegać takim wzorcom.

To brzmi bardzo fatalistycznie.
Ale wcale nie jest takie. Rodzice mają ogromny wpływ na to, jakiego mężczyznę ich córka wybierze. Mogą dokonać korekty tego, w co dziecko zostało wyposażone w brzuchu mamy, a tak naprawdę już w brzuchu babci, bo tam jest komórka jajowa mamy, z której dziewczynka powstała. I tam można sięgnąć, aby poszukać prawzorów tego, co męskie w dziewczynce. Ale przecież każde wzorce można wzmacniać lub osłabiać.

Jak się wydaje, coraz więcej współczesnych kobiet wybiera mężczyzn opiekuńczych, troskliwych i wspierających... I ceni ich, do czasu jednak. 
Ponieważ przyciąganie płci jest naturalnym procesem, współczesne kobiety, które w zdecydowanej większości pełnią męskie funkcje, wybierają partnerów o mocnych cechach kobiecych, macierzyńskich. To jest oczywiście wybór nieracjonalny, nieświadomy. Są szczęśliwe w tych związkach, ale do pewnego czasu. Po trzydziestce, a przed czterdziestką, gdy nasze ego traci część władzy na korzyść nieświadomości, pojawia się kryzys. Budzą się treści kobiece, a wtedy kobiecość mężczyzny nie jest już tak atrakcyjna.

Zaczynają się wątpliwości i zarzuty.
Mężczyzna przestaje pasować. Wydaje się nieporadny życiowo albo zawodowo, albo jedno i drugie. „O wszystkim ja – kobieta! – muszę decydować. To ja muszę podjąć każde ryzyko, prowadzić firmę, pamiętać o lekcjach dzieci, rachunkach, zakupach. To ja biorę za wszystko odpowiedzialność! Gdzie jest ten facet?!” – mówią. Kobieta z dominującym animusem zaczyna widzieć swojego partnera już nie jako ideał, który jest żeńskim dopełnieniem jej męskiej części. Pojawia się głód, którego nie potrafi nazwać. To jest głód męskiego mężczyzny, tęsknota za synem dojrzałego ojca. Ponieważ kobieta odkrywa w sobie kobiecość, daje mężczyźnie szansę na odkrycie męskości. Stary związek ulega rozpadowi na korzyść nowego, który bardzo szybko może stać się czymś wspaniałym i dojrzałym. Ten kryzys to jak wlewanie wody życia do związku.

Na czym realnie polega ta zmiana?
Mężczyzna odkrywa swoją decyzyjność, sprawczość, odpowiedzialność za siebie i najbliższe otoczenie. Kobieta odkrywa swoją kobiecość, czyli to wszystko, co znają córki szczęśliwych matek z silną animą: przyjmuje swoją płeć, swoje ciało, jest zafascynowana swoim cyklem miesiączkowym, zdolnością kreacji, wielką tajemnicą tworzenia i podtrzymywania życia. I staje się coraz szczęśliwsza, dokonuje zmian w życiu zawodowym, spełnia się w życiu rodzinnym i społecznym.

Córka takiej matki wybierze dojrzałego mężczyznę?
Jeśli jeszcze dostanie miłość i szacunek od ojca, ma na to duże szanse. Jednak szanse mamy zawsze, bez względu na to, w czym dorastaliśmy.

Co może matka? Co potrzebuje wiedzieć, aby uchronić córkę przed niefortunnym wyborem?
Przede wszystkim powinna pamiętać, że o naszym życiu decyduje nieświadomość, a nie rozum. Wiedzieć, że nieświadomość lgnie do znanego, a ucieka przed nieznanym. To jest baza do przyjrzenia się własnym wyborom.

Wyborom partnerów?
Albo partnerek. Mówimy tu przecież o archetypowych energiach męskich i kobiecych, które istnieją w każdym z nas. Homoseksualne kobiety dokonują takich samych wyborów – wybierają albo swoją męską częścią, albo kobiecą, czyli osobowością nadrzędną, i w drugiej kobiecie poszukują tego, co kobiece, albo tego, co męskie. Trzeba więc przejrzeć wszystkie wybory, nie tylko ten ostatni, i rozpoznać, czy związek, który przetrwał, jest tym, który dał spełnienie, bo najczęściej niestety tak nie jest. Trwamy w związkach, które spełnienia nie dają, i ukradkiem tęsknimy za tymi, które rozpadły się, ale dawały spełnienie.

Ta świadomość mamy jest ważna dla córki?
Od tego zaczyna się proces towarzyszenia córce w jej uczuciowych rozterkach. Mama niesie w sobie niesamowitą skarbnicę wiedzy, która jest najbardziej dopasowana do psychiki córki. To od niej dziewczynka otrzymuje najlepsze lekcje, których nie uzyska na żadnym terapeutycznym kursie. Mama pozostaje mamą, a córka córką, nie zamieniają się rolami. A jednocześnie córka – już dwunasto-, trzynastoletnia – jest poważnie traktowana jako osoba troszeczkę inaczej dorosła niż mama. Ma więc prawo reagować na wszelkiego rodzaju nastroje i humory mamy, nie tylko na jej zachowania. Jeżeli mama traktuje je jako poważne i ważne, córka uznaje swoje życie emocjonalne za coś ważnego – a tym samym uznaje swoją nieświadomość. Będzie mówiła o tym, co czuje, ponieważ wie, że mama to akceptuje. To ogromna szansa dla obu kobiet – i dla mamy, i dla córki.

W jakim sensie dla mamy?
Mama w otwartej, szczerej i dorosłej relacji z córką daje sobie szansę powtórnego przeżycia własnej młodości i dokonania wszelkich korekt w psychice, których potrzebuje. Słuchając córki, daje jej przestrzeń do wyrażenia wszystkiego, co ważne. Zatapia się w emocjonalności córki, która w znacznym stopniu jest jednocześnie jej emocjonalnością – w ten sposób następuje wymiana treści nieświadomych. Na tym polega wzajemne leczenie się obu psychik. Chodzi o to, aby mama mogła naprawdę poczuć i uszanować córkę taką, jaka ona jest. Córka, która czuje się uszanowana ze wszystkimi, także dotąd wypieranymi treściami psychicznymi, zaczyna je eksplorować, badać. Zaczyna rozumieć to, co wcześniej jedynie czuła, ale udawała, że nie czuje. Uczy się kontaktu z samą sobą, z głębią siebie. Mama całą sobą przekazuje swoje doświadczenie życiowe, swoją świadomość tego, co się dzieje. I to jest leczące. Jeśli mama pozwoli sobie na taką bliskość z córką, na współodczuwanie, wtedy to działa także w drugą stronę – córka odczuwa wewnętrzny świat mamy, który staje się dla niej dostępny z całym bogactwem przeżyć i doświadczeń. Doświadczenie emocjonalne mamy staje się udziałem dziewczynki.

I w związku z tym wybierze fajniejszego chłopaka niż jej mama? Oderwie się od wzorców partnerskich wyniesionych z domu?
Wybierze w zgodzie z tym, co czuje. Córka takiej matki zaczyna cenić całą siebie, a nie jedynie to, co jest społecznie dopuszczalne, to co mówią inni. Jest pewna siebie, zintegrowana. To wspaniałe wyposażenie na życie.

Maciej Żbik, terapeuta, twórca programów i metod terapeutycznych opartych na odkryciach Carla Gustava Junga i własnych kilkudziesięcioletnich doświadczeniach medytacyjnych. Współautor książki "Alchemia snu".

  1. Psychologia

Wszystkie chcą mieć córkę

123rf.com
123rf.com
Przez stulecia kobiety modliły się o syna. Dziś coraz więcej jest takich, które chciałyby mieć córkę. Dlaczego? I czemu tak trudno im o tym mówić?

Jesteś w ciąży – potwierdził test, a potem lekarz. Teraz zaczyna się fala domysłów, kto się urodzi. Nie ma chyba rodzica, który nie zastanawiałby się: córka czy syn. Kiedyś trzeba było czekać z tym do porodu. Dziś z pomocą przychodzi USG i tę informację znamy już czasem w czwartym miesiącu ciąży.

Inna zmiana, jaka zaszła, to pożądana płeć. Przez stulecia kobiety marzyły o synu, bo jego urodzenie było dowodem sensu ich istnienia. W wielu sytuacjach oznaczało być albo nie być, wiązało się z sukcesją i potwierdzało pozycję u boku męża i w rodzie. W Chinach i Indiach do dziś zdecydowana większość aborcji dotyczy dziewczynek, które są uważane za dzieci mniej wartościowe. Dlatego rodzi się ich znacząco mniej niż chłopców. W rezultacie w tych krajach zakazano informowania rodziców o płci dziecka w trakcie badania USG. Władze wypróbowywały też takie strategie, jak płacenie rodzicom dziewczynek i rezerwowanie dla nich miejsc na uniwersytetach.

W Polsce, jak wynika z badań GUS, od czasów powojennych dziewczynek i chłopców rodzi się mniej więcej podobna liczba. Ale jeszcze większość kobiet z pokolenia mam obecnych trzydziestolatków chciało mieć syna. W 1977 roku znakomita polska reporterka Barbara Łopieńska napisała reportaż „Syn”, relację z warszawskiego oddziału położniczego. Jej tekst zaczyna się od słów: „Wszystkie chcą mieć syna”. W 2001 roku OBOP zapytał Polaków, jakiej płci dziecko by woleli, gdyby mieli posiadać tylko jednego potomka. Ponad połowa (56 proc.) odpowiedziała, że nie ma to dla nich znaczenia, 22 proc. wolałoby chłopca, przy czym znacznie częściej byli to mężczyźni (32 proc., w stosunku do 11 proc. w przypadku kobiet), a 19 proc. – dziewczynkę, przy czym wśród tych ostatnich więcej jest kobiet (27 proc. w porównaniu z 11 proc. wśród mężczyzn). Co ciekawe, w rozmowach ze znajomymi czy nawet z lekarzem często się do tych preferencji nie przyznają.

Kilku ginekologów mówi mi, że na pytanie o to, jakiej płci oczekują rodzice, mężczyźni częściej odpowiadają, że syna, kobiety zaś mówią: „Najważniejsze, żeby było zdrowe”. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz, dziekan Wydziału Pedagogiki Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, badająca problematykę rodziny, tłumaczy to tak: – To, jakiej płci dziecko ludzie chcą mieć, jest tematem tabu. Gdy zadaje się im to pytanie, szukają odpowiedzi zgodnej z oczekiwaniami społecznymi, a te są takie, że to nie ma znaczenia. Łatwiej przyznać się do pragnienia posiadania chłopca, bo przesąd, że „prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna”, i przekonanie o wartości pierworodnego wciąż są u nas dość silne. Ale to nie znaczy, że wiele kobiet po cichu nie pragnie córki.

Nie tak miało być

Kalina, od dwóch lat szczęśliwa mężatka, pracownica instytucji pozarządowej: – To był piękny, słoneczny dzień, szliśmy na USG w supernastrojach. Pamiętam, że w gabinecie było ciemno jak w planetarium, a pani doktor była bardzo sympatyczna. Zapytała, czy chcemy znać płeć. Penis między nogami dziecka to było dla mnie kompletne zaskoczenie. Wyszliśmy z przychodni i usiedliśmy w kawiarni. Patrzyłam na zdjęcie z USG i po twarzy płynęły mi łzy. Od kiedy zadała sobie pytanie, czy chce mieć dzieci, było dla niej oczywiste, że chciałaby córkę. Ba, była pewna, że tak się stanie. Patrząc na wydruk z USG, myślała: „Ale niefart. XXI wiek to wiek kobiet, idealny moment, żeby przemówiły. A ja nie będę mogła patrzeć, jak moja córka z tego korzysta”. – Najbardziej było mi szkoda, że część doświadczeń już nie będzie nasza wspólna – mówi. – Doskonale wiedziałam, jaką mamą córki będę i jaki wzorzec kobiety chcę jej przekazać – silnej, która akceptuje swoje ciało. Tyle poświęciłam w życiu tematowi kobiecości – literaturze, dyskusjom. A tu pojawia się chłopiec i jakim doświadczeniem mam się z nim podzielić? Przecież nic nie wiem o chłopcach, o ważnych momentach w ich życiu, nie wiem, jak to jest przechodzić mutację.

Dorota, menedżerka w dziale marketingu: – Gdy w czwartym miesiącu lekarz powiedział, że to chłopiec, zapadłam się w sobie. Długo miałam depresję, lekką, ale prawdziwą. Ta jedna rzecz zmienia życie. Wiesz, że będziesz chodzić na gokarty, a nie na balet, grać w piłkę, a nie bawić się domkiem dla lalki. Dorota przyznaje wprost, że nigdy nie marzyła o byciu mamą. Decyzja o zajściu w ciążę, świadoma i przemyślana, jak większość decyzji w jej życiu, to był kompromis z mężem, który tego pragnął. Od początku wiedzieli, że ograniczą się do jednego dziecka, a Dorota myślała: „Z córką wszystko będzie łatwiejsze. Bo to taka mała ja, którą łatwiej zrozumieć, nawet jeśli jeszcze nie mówi”. I w jej głowie pojawiały się obrazki jak z reklam: przebiera córeczkę w śliczną sukienkę albo ubierają Barbie – niespełnione marzenie Doroty z dzieciństwa.

Agata, dziennikarka, mama czterolatka, na informację lekarza, że ma w brzuchu kolejnego chłopca, zareagowała: „Chyba pan żartuje”. Powtórzył to kilka razy, a do niej nie docierało. Po powrocie do domu płakała, jakby się stało coś strasznego. Przecież na USG w 15. tygodniu specjalnie wybrała się do lekarza, który znany jest z tego, że się nie myli w kwestii płci, i powiedział, że będzie córka, a informację potwierdził jej lekarz prowadzący w 20. tygodniu. Szalała z radości. – Poczułam, że jesteśmy pełni – opowiada, a w jej głosie wciąż słychać emocje. – Myślałam: „Mam już w życiu wszystko”. Rodzice szybko przyzwyczaili się do myśli o małej dziewczynce. Na imię dali jej Nina i Agata mówiła: „Wychodzę z Niną”, a jej synek czytał tylko książeczki o starszym bracie i młodszej siostrze. Na wnuczkę czekali dziadkowie, a ciocia z Anglii przysłała śliczne dziewczęce ubranka. O tym, że będzie chłopak, Agata dowiedziała się pod koniec siódmego miesiąca. Mąż Agaty, gdy zobaczył ją zapłakaną po tamtym USG, myślał, że dziecko jest chore. Kiedy dowiedział się, że wszystko z nim OK, tyle że jest chłopcem, nie dziewczynką, zaczął się śmiać. – A ja, kiedy pakowałam te dziewczęce ubranka, czułam się tak, jakbym straciła dziecko – mówi ona. – Wiem, że ktoś, kto ma problem z zajściem w ciążę albo urodzi chore dziecko, mógłby powiedzieć: „Chora kobieta”. Ale ja czułam się, jakby ktoś mi zabrał moją Ninkę i włożył do brzucha obce dziecko.

– Tęsknota za posiadaniem córki to być może dowód na to, że zaczęłyśmy dostrzegać dobre strony bycia kobietą – tłumaczy to nowe zjawisko psychoterapeutka Hanna Samson. – Wcześniej kobiety wolały mieć synów, bo bały się, że córka nie uniknie powtórzenia ich własnego losu. Teraz wierzą, że sama będzie mogła decydować o sobie.

Puzzle

Czy tak się stanie? Choć z badań OBOP wynika, że prawie połowa Polaków uważa, że płeć dziecka nie ma wpływu na wychowanie, okazuje się, że na głębszym, nieuświadomionym poziomie ma ona duże znaczenie. Profesor Mirosława Nowak-Dziemianowicz w swoim badaniu rodziców, którzy mają syna i córkę, zauważyła, że zapytani o to wprost, twierdzą, że jednakowo podchodzą do dzieci obojga płci. Jednak gdy zaczynają przytaczać różne sytuacje z życia rodzinnego, różnice są aż nadto widoczne. O ile chłopcom przekazywany jest obraz świata, w którym mogą wszystko i wszystko od nich zależy, o tyle dziewczynki mają w swoim życiu realizować pewien wzór kulturowy i się do niego dopasować. Te same zachowania rodzice inaczej oceniają u dzieci różnej płci. Chłopiec, który dużo czasu spędza z kolegami poza domem, jest postrzegany jako energiczny i towarzyski, dziewczynka, jeśli tak się zachowuje, nazywana jest latawicą i rodzice się o nią martwią. Chłopiec może się brudzić i zachowywać głośno, dziewczynka powinna być schludna, mówić cicho, a swoimi sprawami może zająć się, kiedy już wypełni obowiązki – odrobi lekcje, pomoże mamie.

Kalina, Dorota i Agata miały poczucie, że dziewczynkę wychować im będzie łatwiej. Najpoważniejszą obawą Kaliny dotyczącą chłopca było to, że ani w swojej, ani w męża rodzinie nie znalazła w pokoleniu rodziców żadnego stuprocentowo fajnego mężczyzny – mądrego, który miałby dystans do siebie, nie był zakompleksiony ani narcystyczny – który dla jej synka mógłby stać się wzorcem. Ci, których zna, to raczej typ „polskiego wujka”: problemy rozwiązują w sposób agresywny, nie potrafią mówić o swoich uczuciach, nie wylewają za kołnierz.

To poważny problem, na jaki w wychowaniu chłopców natykają się współczesne Polki. Niby nowoczesne, łączą życie rodzinne z karierą i dążą do pełnej równości z mężczyznami, a w podejściu do synów automatycznie włącza im się model tradycyjny. I produkują kolejne pokolenie małych królów, przyszłe utrapienie dla swoich partnerek. Agata sama przyznaje, że temu ulega: – Polacy są wychowywani na synów mamusi, mają tylko oczekiwania. Najpierw kierują nimi matki, potem żony. W moim domu mama podawała zupę, a tata czytał gazetę, nadal tak jest. U nas też podział obowiązków jest dość tradycyjny. Łapię się na tym, że nikt mnie nie nauczył, jak inaczej wychowywać chłopca.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Dorota: – Wiedziałam, że syna nie mogę za bardzo przyuczać do bliskości, bo nie chcę, żeby wyrósł z niego fajtłapa, chłopak, który się nie obroni na boisku. Gdy będzie malutki, może jeszcze tak, ale potem już nie. Facet delikatniejszy, który o siebie dba, fajnie się ubiera, za chwilę okaże się zniewieściały.

– Samą mnie zaskoczyło, że głęboko we mnie tkwi poczucie, iż chłopca nie można za bardzo rozpieszczać swoją miłością. Już samo to, że myślałam, że wiem, jak wychować córkę, a syna nie, było niepokojące. Bo czy to znaczy, że dla niego będę mniej czuła? – mówi Kalina i podkreśla, jak ważna jest pomoc dziecku w odnalezieniu się w popkulturze, która jest opresyjna nie tylko dla dziewcząt, bo każe im idealnie wyglądać, lecz także dla chłopców, którzy tylko pozornie mają władzę. Jeśli nie wcielają się w rolę tego, który dominuje, natychmiast są spychani do roli ofiary.

– Żyjemy w czasach, w których wszystko się zmienia i nie ma gotowców. Tradycyjna męska figura runęła – twierdzi Hanna Samson. – Warto świadomie wziąć udział w poszukiwaniach nowego wzorca męskości. Urodzenie syna to dla kobiety szansa, by wychodząc poza schematy, przygotować go do życia w świecie, w jakim chciałybyśmy, aby żyły także nasze córki.

Córka dla matki, syn dla świata

Inne argumenty przemawiające za urodzeniem dziewczynek to stworzenie nowej, poprawionej wersji siebie, która nie powtórzy naszych błędów, łatwość porozumienia z własną płcią, wychowanie sobie przyszłej przyjaciółki oraz przekonanie, że syn wyfruwa z domu, a córka na zawsze pozostaje bliżej z rodzicami, a szczególnie z matką.

Ograniczenia takiego myślenia wskazuje Hanna Samson, która podkreśla, że zadaniem rodzica, niezależnie od płci dziecka, nie jest wychowanie go dla siebie, tylko wypuszczenie w świat. I dodaje, że w Polsce silny jest mechanizm trzymania przy sobie dzieci, a szczególnie córek, poprzez wzbudzanie w nich poczucia winy, gdy nie spełniają oczekiwań matki. Do jej gabinetu trafia wiele kobiet, które próbują wyzwolić się z nadmiernej zależności od rodziny. Tymczasem warto dać dzieciom wolność ze świadomością, że przez lata budujemy z nimi więź, która nagle się nie urwie. Terapeutka dodaje, że przyjaźń między matką a córką to mit. Ta relacja nigdy nie jest zupełnie partnerska, bo niezależnie od wieku chcemy, by rodzice pozostali rodzicami, i nie mamy ochoty rozmawiać z nimi o wszystkim. – Oczekiwanie przyjaźni znacznie częściej wypływa ze strony matki niż córki – mówi – i prowadzi czasem do przekraczania granic dorosłego dziecka. Wchodzimy tam, gdzie córka nie chce nas wpuścić, albo wciągamy ją na własne terytorium, wikłamy w sprawy, które do niej nie należą.

Jak sobie z tym poradziły?

Amerykańska terapeutka Virginia Satir pisała: „Kiedy do świata Jonesów wkracza Johnny, nadzieje i potrzeby rodziców już tam na niego czekają”. Może jednak najlepiej nie zakładać, jakiej płci chcielibyśmy mieć dziecko, i zobaczyć, co przyniesie nam życie.

– Czas ciąży w naturalny sposób sprzyja marzeniom – mówi Hanna Samson – ale warto brać w nich pod uwagę różne wersje zdarzeń. Lepiej otworzyć się na przygodę, która zaczyna się wraz z narodzinami dziecka, niż myśleć o przyszłości tak, jakbyśmy miały nad nią władzę. Jej zdaniem zazwyczaj udaje się nam zaakceptować rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jeśli jednak przyjęcie płci dziecka przychodzi nam z trudem, warto wziąć przepracowanie tej tęsknoty na siebie (na przykład z pomocą terapeuty), a nie przerzucać jej na dziecko.

Dorota: – Jak sobie poradziłam z tym, że mam syna? Starałam się brać to, co dobre, z tego, co mam. Resztę zdziałały hormony, biologia. Chociaż nie było tak, że doszłam do wniosku, iż byłam głupia, bo chciałam mieć dziewczynkę, a chłopcy są najfajniejsi. Ale można z tym żyć.

Kalina stopniowo zakochiwała się w Krzysiu, który dziś ma osiem miesięcy. Już nie wyobraża sobie, by na jego miejscu mogło być inne dziecko. A w swoich poszukiwaniach dotyczących męskości poczyniła dwie optymistyczne obserwacje. Po pierwsze, zaczęła zauważać wokół fajnych facetów, którzy nie boją się mówić o uczuciach, mają z nimi kontakt, poszukują swojej drogi – tyle że w jej własnym, a nie starszym pokoleniu. Po drugie, dostrzegła, że może właśnie dostała szansę, żeby wychować fajnego mężczyznę dla fajnych kobiet, które widzi wokół. A jeszcze zanim Krzyś przyszedł na świat, zdała sobie sprawę, że jej dziecko to zupełnie oddzielna ludzka istota. Chciała rodzić w domu, ale synek ułożył się pośladkowo, więc było to zbyt niebezpieczne. – Fajne w posiadaniu syna jest to, że nigdy nie będziemy tacy sami – mówi. – Z perspektywy czasu widzę, że chciałam mieć córkę, żeby była moim przedłużeniem, przeżyła moje życie jeszcze raz, tylko lepiej. Zrozumiałam, że to iluzja. Do Krzysia mogę podejść bez oczekiwań i to jest wspaniałe. Chce mieć drugie dziecko, ale już nie będzie czekać na córkę. – Jeśli urodzi się syn, wierzę, że i tak znajdę kobiety, dla których będę mogła być mentorką – mówi. – Skoro jest we mnie taka energia, na pewno na nie trafię.

Gdy kończę ten tekst, przychodzi SMS od Agaty: „Urodziłam pięknego Pawełka, którego nie zamieniłabym na żadną dziewczynkę”.