1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Macocha i Śnieżka pod jednym dachem

Macocha i Śnieżka pod jednym dachem

Ukłucie zazdrości na widok urody dorastającej córki? To wewnętrzny głos złej macochy. W bajce o Śnieżce przyjemniej być królewną, ale czas odmienia role.

Nie wiadomo, ile lat miała zła Królowa z bajki o  Śnieżce, wiadomo, że była piękna jak gwiazda na niebie. Potwierdzało to jej własne lustro, aż pewnego dnia...  pasierbica Śnieżka z małej dziewczynki przeistoczyła się w śliczną, powabną dziewczynę. Oślepiona zazdrością, a może też rozpaczą, Królowa postanowiła pozbyć się jej raz na zawsze, aby nikt nie zagroził jej pozycji najpiękniejszej kobiety. Królewna nie była jej prawdziwą córką, ale zazdrosną o urodę Śnieżki macochę może w sobie odkryć niejedna matka obserwująca rozkwit kobiecości rodzonej córki. Jej dojrzewanie  to sygnał początku końca młodości matki. Jak sobie poradzić z syndromem pięknej, ale złej macochy?

Szpilki zazdrości

Matczyne komentarze często sprawiają Magdzie przykrość. – Niby mnie chwali, że ładnie wyglądam w nowej sukience czy fryzurze, ale jednocześnie nie może się powstrzymać od uwag: masz zbyt masywne nogi, żeby nosić spódnice do kolan...  Kiedy odwiedzam rodziców z moim chłopakiem, obowiązkowo musimy wysłuchać wspomnień matki o tym, jaka była piękna w młodości i jak to faceci na jej widok szaleli. Magda ma wrażenie, że matka popisuje się i próbuje całą uwagę skupić na sobie, nawet kosztem lekceważenia Magdy.

Matka krytykująca córkę, podważająca jej atrakcyjność fizyczną może to robić nieświadomie i racjonalizować swoje zachowanie, twierdząc, że mówi córce krytyczne uwagi dla jej dobra. Gdyby usłyszała, że jej zachowanie być może wynika z zazdrości o atrakcyjność córki, zapewne byłaby bardzo zdziwiona.

Zazdrość jest uczuciem, do którego bardzo trudno nam się przyznać – tłumaczy terapeutka psychoanalityczna Jolanta Łagodzińska. – A już na pewno trudno przyjąć matce, że jest zazdrosna o urodę własnej córki. Wypieraniu trudnych uczuć wobec dziecka sprzyja kod kulturowy, w którym żyjemy. Idealna polska matka jest aseksualna, powinna być za to bezgranicznie opiekuńcza, gospodarna i poświęcająca się.

Trudniej pogodzić się z upływem czasu kobietom pięknym. Zdaniem psycholożki i terapeutki dr Urszuli Hermanowicz im mniej matka jest pogodzona z przemijaniem swojej urody, tym bardziej jej zachowanie może być egocentryczne i narcystyczne. – To naturalne, że jeśli na urodzie i atrakcyjności seksualnej skupia się całe jej życie, ciężko pogodzić się z upływającym czasem.

– Szkoda, że często pomiędzy matką a córką nie ma na tyle szczerości i bliskości, żeby matka mogła powiedzieć – jak ja ci, córko, zazdroszczę, że jesteś taka młoda i piękna i wszystko jeszcze przed tobą – dodaje Jolanta Łagodzińska. – Córka miałaby wówczas możliwość odpowiedzieć matce czymś pozytywnym i w ten sposób oddałyby sobie to, co należne, zamiast się ranić.

Moment, w którym córka staje się kobietą i rozpoczyna aktywność seksualną, jest jednym z trudniejszych w jej relacji z matką. Im większy deficyt odczuwa matka w obrębie swojej kobiecości i seksualności, tym bardziej wzrastająca atrakcyjność seksualna córki może budzić żal i gniew.

Rywalki

Urszula Hermanowicz podkreśla, że kobiety nie różnią się od mężczyzn siłą tendencji do rywalizacji, lecz sposobem. Rywalizują między sobą w sposób bardziej złożony i zakamuflowany. Stosują strategię pomniejszania cudzej wartości w celu podkreślenia własnej atrakcyjności.

– Nie rozumiem, dlaczego moja matka zachowuje się w tak nieprzyjemny sposób – żali się Ewa. Każdemu z jej chłopaków matka z lubością opowiada, jaka to Ewa w dzieciństwie była „zabawna”. A to wymazała się własną kupą wyjętą z pieluchy, innym znów razem zjadła w kawiarni tyle deserów, że aż zwymiotowała. Wspominając te incydenty, matka Ewy bawi się doskonale, ale jej córka jest spięta z zawstydzenia i żalu. – Naprawdę nie ma innych wspomnień z mojego dzieciństwa? Poza tym w stosunku do moich kolegów matka zachowuje się pretensjonalnie. Wyraźnie ich kokietuje. Te miny, odrzucanie włosów, gardłowy śmiech. Wstydzę się za nią.

– Relacja matczyna nie wyklucza nie tylko rywalizacji stricte seksualnej, ale w ogóle rywalizacyjnego stosunku do dzieci – tłumaczy Urszula Hermanowicz. – Zdarza się, że matka zaczyna rywalizować z własną córką, gdy ta dojrzewa i staje się kobietą.  Ale może też być tak, że całokształt relacji z jakiś względów nacechowany był i jest rywalizacją. Być może już wcześniej, zanim córka zaczęła dojrzewać, matka usiłowała udowodnić, że jest od niej we wszystkim lepsza. A skoro wraz z dojrzewaniem pojawiła się kolejna płaszczyzna do konkurowania, to i tę wykorzystała, aby pokazać, jaką jest wspaniałą kobietą, górującą we wszystkim nad córką. Jednak takie zachowanie świadczy o zakłóceniu relacji w rodzinie. Warto by się zastanowić, dlaczego matka kompensuje swoje zaniżone poczucie wartości, rywalizując z własną córką?

 

Mama wiecznie młoda

Sam fakt konfrontacji z dojrzewaniem córki, może wywoływać różne trudne emocje, ale nie musi doprowadzać do zachowań agresywnych. Większość rodziców lepiej lub gorzej, wcześniej czy później, ale jednak akceptuje seksualność swoich dzieci.

Są jednak matki, które nie potrafią dopuścić do siebie przeżyć związanych z tym, że się starzeją i tracą moc seksualną, a ich córki są młode i atrakcyjne dla mężczyzn. Dlaczego?

– Kiedyś kobiety mające dorosłe córki szykowały się do roli babci, ustępując pola młodszym – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Dziś 40-letnie kobiety często rodzą dzieci, a od 50-latek wymaga się, żeby wyglądały na lat 30. Ze wszystkich stron słychać zapewnienia, że wystarczy kolejna rewelacyjna dieta, nowe ćwiczenia, aby zatrzymać czas. Kobiety nie chcą się zgodzić na to, żeby atrakcyjność ich dojrzałej kobiecości miała polegać na tym, że są mądre i doświadczone. Chcą być nie mniej atrakcyjne seksualnie od nich.

Dojrzałość seksualna córek sprawia, że mogą poczuć sie zagrożone w swojej aktywności i atrakcyjności seksualnej. Moment tej konfrontacji ukazuje całokształt relacji matki i córki. Jeśli jest bliska, serdeczna, łatwiej będzie matce towarzyszyć i wspierać córkę w jej kobiecości. Dlaczego więc matki rywalizują z córkami  albo je deprecjonują?

Pewnie, że lepiej mieć gładką skórę niż pomarszczoną, ale można odkryć walory kobiecości w średnim wieku. Kobieta nadal może być wówczas atrakcyjna i aktywna seksualnie. Chodzi o to, żeby nie zaprzeczać upływowi czasu. Nie ścigać się z córką, żyć swoim rytmem.

– Często robią tak kobiety, które od własnych matek również nie nauczyły się starzeć i same jako młode, wchodzące w życie kobiety nie dostały wsparcia – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Pewnie, że lepiej mieć młodą, jędrną skórę niż pomarszczoną, jednak nasza kobiecość nie jest warunkowana jej stanem. Matki nie chcą ustępować w fizycznej i seksualnej atrakcyjności córkom. Te z kolei są zazdrosne, że matki wchodzą  na teren nie im już przynależny. Jeśli popatrzeć na sesje zdjęciowe znanych matek i ich dorosłych córek, widać, że styliści wkładają wiele starań, aby wyglądały jak siostry.

Mama czy kumpela?

Niektóre matki zamiast zwalczać konkurencję, próbują się z nią zaprzyjaźnić.

– Jeszcze niedawno moja mama była typową trochę nadopiekuńczą mamą pilnującą, czy założyłam szalik – śmieje się Kama. – Odkąd zaczęłam studiować, nastąpiła metamorfoza. Mama zachowuje się jak moja kumpela. Kiedy przychodzą moi znajomi, godzinami z nimi rozmawia. Twierdzi, że o wiele lepiej się z nimi dogaduje niż ze swoimi znajomymi. Ostatnio wybrała się ze mną na dyskotekę. Początkowo się ucieszyłam, ale widok matki zalotnie kręcącej biodrami i bardzo seksownie ubranej nie był miły. Wyglądała ładnie, bo jest zgrabna i nadal atrakcyjna, ale mnie to krępowało. A potem te jej komentarze, który chłopak jej się podobał i na co miałaby z nim ochotę. Ohyda! Próbowała mnie namówić na intymne zwierzenia, sama opowiadając o swoich erotycznych przygodach z przeszłości, ale nie chciałam tego słuchać. Chyba się obraziła.

Zdaniem Jolanty Łagodzińskiej niektóre matki odmładzają się, żeby opóźnić odejście córki. – Jeżeli się zdarzyło, że matka samotnie wychowuje córkę, związuje się z nią jak z partnerem. I tylko czeka, aż ta dojrzeje, aby wreszcie być z nią razem już we wszystkim, dzielić intymne sprawy. Liczy więc na to, że jeśli staną się przyjaciółkami, nic ich już nie rozdzieli.

Czasami matki, pragnąc zaprzeczyć upływowi czasu, rezygnują z roli matki, próbując nawiązać z córką relację koleżeńską. Tak jakby ta przemiana miała zaprzeczyć rzeczywistości. Usilnie lokując się w innej kategorii wiekowej, za wszelką cenę podkreślają, że są jeszcze pełne seksualnej mocy.

– Ten rodzaj przyjaźni nie jest najlepszym sposobem przedefiniowania relacji matki z córką – twierdzi Urszula Hermanowicz. – Po pierwsze, różnicy wieku nic nie zniweluje, a po drugie, robienie z córki świadka erotycznych podbojów może negatywnie zaważyć na relacji z nią. Nikt nie zabrania matce dorosłej córki być nadal atrakcyjną, powabną, mającą powodzenie kobietą, ale ten obszar życia powinna realizować we własnym zakresie.

Dwie kobiety

Jak uznać kobiecość własnej córki, nie przestając samej czuć się kobietą? Jak nie dopuszczać do głosu wewnętrznej macochy mogącej zranić córkę?

– Nikomu nie jest obce uczucie zazdrości czy zawiści. Ślady mrocznej macochy może w sobie odkryć niejedna matka patrząca na rozkwitającą kobiecość córki. Warto jednak podkreślić, że rzadko która matka rani córkę celowo – tłumaczy Jolanta Łagodzińska. – Zazwyczaj są to zachowania zupełnie nieświadome, wynikające z obrony przed trudnymi uczuciami smutku, żalu i lęku z powodu przemijania, straty i pustki.

– A przecież kobietą jest się bez względu na wiek, nie tylko mając lat 20 czy 30. Można odkryć walory kobiecości w średnim wieku. Kobieta nadal może być wówczas atrakcyjna i aktywna seksualnie. Chodzi o to, żeby nie zaprzeczać upływowi czasu. Nie ścigać się z córką, żyć swoim rytmem. Każda matka ma bagaż doświadczeń, to, że była w ciąży, urodziła dziecko, wykarmiła je, była aktywna seksualnie, daje jej mądrość i doświadczenie, którymi może wesprzeć córkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Regina Brett: "Zbyt często cierpimy w milczeniu"

Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma Alzheimera”. Potem postanowiłam poznać dziewczynkę, którą kiedyś była. Dopiero kiedy pokochałam dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce – opowiada Regina Brett. Właśnie ukazała się książka na temat jej trudnego dzieciństwa.

Zawsze podziwiałam twój ciepły, piękny uśmiech. Nie sądziłam, że kryje się za nim tyle cierpienia. Twoje wspomnienia „Trudna miłość. Mama i ja” ukazały mi ogrom bólu niekochanego dziecka, którym byłaś. Jak się podnosi z czegoś takiego? Myślę, że wiele osób cierpi z powodu rzeczy, jakie przytrafiły im się w życiu. Upychamy to w środku i jakoś funkcjonujemy – zakochujemy się, realizujemy się zawodowo. Jednak od czasu do czasu ten ból daje o sobie znać, kiedy ktoś lub coś dotyka naszego czułego miejsca – wtedy reagujemy często nie tak, jak byśmy chcieli: złością, a czasem smutkiem. W moim przypadku był to zazwyczaj smutek. Wychowałam się w dużej rodzinie – moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci – ale zawsze czułam się samotna. Ktoś spyta, jak to w ogóle możliwe. Ale jeśli nie masz prawdziwej więzi ze swoją matką, to jest w tobie wielka pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić. Z moją córką jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, sama jednak tego nie zaznałam. Żyłam więc z wielkim głodem miłości. Starałam się go zagłuszyć alkoholem lub kolejnymi randkami, ale nie mijał. Na szczęście trafiłam na mądrych ludzi, którzy poradzili mi, żebym zaczęła o tym mówić i pisać. I tak robiłam – najpierw pisałam dziennik, potem artykuły i moje książki motywacyjne. Uważam, że kiedy dzielimy się swoją historią, a inni mogą ją usłyszeć i pomyśleć: „O Boże, miałam tak samo” – to pomaga uleczyć ból przeszłości. Nam wszystkim.

Kiedy jednak pierwszy raz napisałaś o swoim trudnym dzieciństwie, twoja rodzina wcale nie była zachwycona. Widzisz, ja od zawsze byłam pisarką. Już jako mała dziewczynka prowadziłam pamiętnik, w którym notowałam ważne wydarzenia. Czasem pomocne jest już samo zapisanie własnej historii, bo widzisz ją wreszcie czarno na białym, czytasz to i nie możesz uwierzyć: „Ona naprawdę coś takiego zrobiła? On to rzeczywiście powiedział?”. To pomaga poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ujrzeć je we właściwym świetle. Dziennik czy pamiętnik jest też naczyniem, w które możesz przelać swój ból i łzy. Pierwszy raz podzieliłam się historią mojego dzieciństwa, poza pamiętnikiem, z czytelnikami gazety, w której pracowałam. Pisałam o mężczyźnie, który popełnił samobójstwo, bo tak bardzo cierpiał, a ja czułam, że bardzo dobrze go rozumiem, więc odnosząc się do jego sytuacji, napisałam o swoim cierpieniu. Przypuszczam, że wtedy też po raz pierwszy moi bracia i siostry zobaczyli, z jak wieloma trudnościami zmagałam się jako dziecko. Byli w szoku. Owszem, pamiętali, że byłam wiecznie smutna i płaczliwa, ale było nas tak dużo i każdy z nas miał swoje potrzeby, że łatwo było przegapić potrzeby innych. Zawsze gdy ktoś ujawnia o czymś prawdę, powoduje to małe trzęsienie ziemi. Oczywiście trudno być tą osobą, ale czy mamy wybór? W Ameryce mówimy: „Your secrets will keep you sick”, czyli: „Twoje tajemnice wpędzą cię w chorobę”. Jeśli nic nie mówimy o złu, które się dzieje, tylko je umacniamy. Spójrzmy choćby na Kościół katolicki i jego długie milczenie na temat molestowanych przez księży dzieci. Kiedy więc napisałam po raz pierwszy o tym, że jako dziecko czułam się niekochana i niechciana, większość mojego rodzeństwa uznała, że skrzywdziłam rodziców. A ja przecież wyjawiłam jedynie mały kawałek prawdy. Ogromnego wsparcia udzielił mi mój terapeuta. Zwłaszcza kiedy artykuł ukazał się w książce „Bóg nigdy nie mruga” – byłam przerażona, myślałam, że stracę wszystkich, których kocham, ale okazało się, że dostałam jeszcze więcej miłości, bo ludzie zobaczyli w mojej opowieści samych siebie. Dlatego teraz opowiedziałam im wreszcie o mojej relacji z mamą. Uważam, że zbyt często cierpimy w milczeniu.

Wkraczasz na terytorium, które nadal jest tematem tabu. Piszesz o  matce, która nie potrafi kochać, która nie wspiera, nie zauważa i która nie broni przed złem. Twoje słowa mogą wydać się brutalne: „Moja mama była okropna”; „Tak naprawdę nie miałam matki, nigdy nie byłam córką”. Piszę też, że długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. Później w trakcie terapii musiałam stawić czoło temu przekonaniu i powiedzieć sobie: „Zaraz, chwileczkę, przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość”. Przyszliśmy na ten świat piękni i pełni, a jeśli tacy się nie czujemy, to powinniśmy brać przykład z księżyca, który nawet kiedy nie jest w pełni, to nadal świeci. To, że matka nie potrafi kochać dziecka, nie jest tego dziecka winą. Nie jest też winą matki. Tobie udało się zobaczyć w swojej matce dziewczynkę, która sama była przerażająco samotna. Jedyną istotą, którą naprawdę kochała, był jej pies Frankie. Moja mama była emigrantką z Czechosłowacji, jej rodzice nawet nie mówili po angielsku, kiedy przypłynęli do Ameryki, brat poszedł na wojnę, została więc z nimi sama na farmie. Nie było tam czułości, nie było bliskości, nie było na to czasu – wszyscy starali się przetrwać w obcym kraju, i to jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu. Piszesz, że pomogłaś swojej matce umrzeć i że to był najwspanialszy prezent, jaki jej kiedykolwiek dałaś. W moim odczuciu dałaś jej więcej, niż ona dała tobie. Sądzisz, że pracując nad sobą i swoimi ranami, możemy pomóc też tym, od których tych ran doświadczyliśmy? Mama pod koniec życia cierpiała na alzheimera. To okrutna choroba, która powoli niszczy twój mózg, pozbawiając cię cech, które czynią cię człowiekiem. Bywała złośliwa, niewdzięczna i niesprawiedliwa, co oczywiście automatycznie cofało mnie do dzieciństwa i wspomnień, w których skarżyła na nas tacie  – wiedząc, że dostaniemy za to lanie – czy nie pożyczyła mojej siostrze swojej sukienki na ślub. Ale widocznie Bóg dał mi moją mamę po to, żebym ją kochała. Nie wiem, czemu akurat z jedenaściorga dzieci wybrał mnie, ale to głównie ja zajmowałam się nią w ostatnich latach. Jestem przekonana, że ten czas został mi podarowany po to, by uleczyć naszą relację, bym pokochała ją bardziej, niż ona była w stanie kochać mnie. Wybaczyłaś jej? Wybaczenie nie działa jak zaklęcie, czyli mówisz „wybaczam ci” i wszystko się odmienia. To bardzo długi i bolesny proces, musi taki być, bo inaczej nie będzie prawdziwy. Aby wybaczyć mojej matce, musiałam porozmawiać z nią szczerze o tym, co się naprawdę wydarzyło w moim dzieciństwie. Nie po to, by ją obwiniać, ale by w naszej relacji pojawiła się prawda. Powiedziałam więc: „Mamo, kocham cię, ale nie było ciebie przy mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam”. Wiesz, co usłyszałam? „Nie wiedziałam, jak to zrobić, bo mojej mamy też nie było przy mnie”. Całe życie czekałam na te słowa, na jakieś wyjaśnienie. Kiedy piszę, że pomogłam mojej mamie umrzeć, mam na myśli to, że byłam przy niej fizycznie i duchowo, modliłam się za nią, a czasem modliłam się o siłę dla siebie, szeptałam: „Boże, wiem, że ona jest twoim dzieckiem, ale jak ty dajesz sobie z nią radę?”. Niektórzy ludzie są trudni do kochania – twój rodzic może być taką osobą, twoje dzieci, twój mąż... Ale według mnie miłość jest działaniem, nie tylko uczuciem, dlatego okazywałam mamie miłość chociażby poprzez robienie zakupów czy bycie dla niej miłą, kiedy ona nie była zbyt miła dla mnie. Nie robiłam tego tylko dla siebie, ale też dla mojej córki, jej dzieci i ich dzieci. Postanowiłam bowiem, że nigdy więcej nie będziemy przekazywać sobie poczucia winy, wstydu i tajemnic. To niesamowite, ale to nas wszystkich naprawdę uwolniło. Ostatnio jeden z moich braci przeprosił mnie za to, co kiedyś mówił, i wyznał, że chodzi na terapię, by poradzić sobie z naszą przeszłością. Potem przeprosiła mnie jedna z sióstr, powiedziała, że wtedy, dawno temu, nie umiała właściwie zareagować; a potem jeszcze kolejna. Kiedy więc przestałam domagać się przeprosin, dostałam je. Minęło wiele czasu, upłynęło wiele lat i wiele łez, ale czuję teraz, że jestem z moim rodzeństwem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Podoba mi się jedna z rad, jakie dostałaś. Kiedy nie jesteś w stanie traktować swojej matki jako matki, traktuj ją jak siostrę. W takim sensie, w jakim wszystkie kobiety są dla siebie siostrami. Zobacz w niej kobietę, która jest czyjąś córką i czyjąś matką. Kogoś, kto siedzi obok ciebie na przystanku. Zwykle kiedy nasza matka nie jest matką, jakiej potrzebujemy, chcemy ją całkowicie wyciąć z naszego życia. Mój terapeuta powiedział mi, że kiedy spojrzę na nią jak na siostrę, to może okaże się, że nigdy nie była w stanie być matką, jakiej potrzebowałam, ale za to ujrzę w niej kobietę, z którą mogę stworzyć dobrą relację. Będę nawet w stanie ją pokochać, bo nie wniosę do tej relacji bagażu mojego dzieciństwa. Gdybym usiadła obok obcej osoby na ławce, byłabym dla niej przecież miła, prawda? Dlatego mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma alzheimera”. Potem postanowiłam poznać małą dziewczynkę, którą była i którą nadal nosiła w sobie, co było już odrobinę łatwiejsze, bo uwielbiam dzieci. Dlatego przynosiłam jej prezenty, które ucieszyłyby dziewczynkę: lody, batoniki. Bardzo się z nich cieszyła. Dopiero kiedy nauczyłam się kochać dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce. W Kościele katolickim mówi się o odkupieniu. Myślę, że ostatnie lata życia mamy, które spędziła już w ośrodku opieki, były takim właśnie odkupieniem, czasem, w którym pogodziła się z Bogiem i swoim życiem. Inną dobrą radą była właśnie ta, by powiedzieć jej przed śmiercią prawdę. Strasznie się tego bałam. Mama była gotowa, by odejść, ale ten moment nie nadchodził. Zastanawiałam się, dlaczego Bóg jej na to nie pozwala. Na jednym ze spotkań z przyjaciółmi spytałam, jak sądzą, co może jej przynieść ukojenie. Powiedzieli: „Może prawda? Próbowałaś z nią porozmawiać o przeszłości?”. „Nie. Powiedziałam jej tylko, że jestem jej wdzięczna”. „A jesteś?”. „Oczywiście, że nie! Była okropną matką”. „To dlaczego jej tego nie powiesz?”. „Bo nie chcę jej skrzywdzić”. „Ale może ona tego potrzebuje? Może na to właśnie czeka?”. Siostra, z którą byłam najbliżej, przyznała im rację, powiedziała, że powinnam porozmawiać z mamą w imieniu nas wszystkich. Pomyślałam, że tego chyba nie udźwignę, ale potem usiadłam i zapisałam wszystko, co pamiętałam z przeszłości i co dotyczyło każdego z moich braci i każdej z moich sióstr, a było ze strony mamy okrucieństwem. Wzięłam tę listę ze sobą. I stał się cud. Przez 45 minut mama nie miała alzheimera, słyszała mnie i słuchała, mówiąc: „Pamiętam, tak było”. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek przyzna. Spytałam, czemu nie reagowała, kiedy tata nas bił, krzyczał na nas i ubliżał nam – przez chwilę siedziała w ciszy, a potem powiedziała, że raz stanęła w naszej obronie, ale ktoś jej powiedział, że w ten sposób tylko pogorszyła sprawę. I od tego momentu już się nie wtrącała. Nigdy mi o tym wcześniej nie mówiła. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułam, że obie się zrozumiałyśmy. Mama jest główną bohaterką twojej książki, ale inną, równie ważną postacią, jest twój tata. Piszesz: „Często sięgał po pas, a i tak kochał nas bardziej niż ona”, ale też że molestował cię w dzieciństwie. Trudniej było wybaczyć ci jemu czy matce, która cię przed nim nie obroniła? A może rodzeństwu, że ci nie uwierzyli, kiedy o tym opowiedziałaś po latach? Mój ojciec dorastał w trudnych czasach, kiedy miał 14 lat, jego rodzina straciła wszystko. Wychowywał się więc w wielkiej biedzie, do tego prawdopodobnie miał PTSD po kilkudziesięciu wojskowych misjach. Na co dzień życie z nim wyglądało tak, że wszystko było w porządku, rozmawiał z nami i żartował, aż nagle z byle powodu wpadał w szał, krzyczał i bił nas. Dziś jestem przekonana, że zmagał się z poważnymi psychicznymi problemami, choć nikt go nigdy nie zdiagnozował. Raz tak długo bił mojego brata deską, że ta się na nim złamała. Chyba najtrudniej było mi patrzeć na to, jak tata rani braci i siostry, już chyba wolałabym, by uderzył mnie. A mama za każdym razem po prostu wychodziła z pokoju. Myślę, że nienawidziłam – choć nie, to zbyt wielkie słowo – myślę, że o wiele gorzej było mi z tym, że ona nic nie zrobiła, niż z tym, co robił nam on. Ja bym powstrzymała obcego mężczyznę, który biłby swojego psa na ulicy, a ona nie obroniła swoich dzieci. Więc tak, było mi trudniej wybaczyć mamie. Nie dlatego, że winiłam ją za postępki taty, ale dlatego, że była jedyną osobą, która mogła to przerwać, a tego nie zrobiła. Potem, kiedy przyjrzałam się jej przeszłości, doszłam do wniosku, że ona też była molestowana przez swojego ojca.  I to jest kolejny powód, dla którego napisałam tę książkę, by przerwać cykl przemocy i krzywd, by moja córka nigdy już tego nie zaznała. Spędziłam wiele lat na terapii, by uporać się z tym, czego doświadczyłam ze strony taty, zwłaszcza z molestowaniem seksualnym, i doszłam do wniosku, że on nie do końca był świadom, jak wielką krzywdę mi wyrządza, był w jakimś sensie emocjonalnie upośledzony. Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Jestem żywym przykładem na to, że niezależnie od tego, jak wiele zła doświadczyłeś, możesz skierować się w stronę dobra, i są ludzie, którzy są w stanie ci w tym pomóc.
Często mówisz o tym, że odczuwasz ogromny przymus ratowania innych, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłaś, było to, że uratowałaś siebie. Jakaś część mnie wyrzuca sobie, że mogłam zrobić więcej, uratować też swoich braci i siostry. Ale cieszę się, że to mówisz, bo kiedy słyszę to od kogoś innego, odczuwam te wyrzuty odrobinę mniej. Nadal mam w sobie odruch ratowania innych, ale wtedy sobie zawsze powtarzam: „Masz za zadanie ich kochać, nie ratować”. Bo kochając ludzi, pomagasz im uratować samych siebie. Co ci pomogło najbardziej w tej drodze uzdrawiania przeszłości? Dwie rzeczy. Pierwsza – pozbyłam się wizji okrutnego Boga, w którego długo wierzyłam. To stało się podczas pewnych rekolekcji, piszę o tym w książce „Bóg nigdy nie mruga”.  Prowadził je ojciec Joe, który ciągle podkreślał, że Bóg go kocha. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Prędzej, że nie powinnam go obrażać i złościć. Więc kiedy usłyszałam o Bogu, który nas – mnie – kocha, pomyślałam: „Nie chcę mojego Boga, chcę Boga ojca Joe”. Nie wiedziałam, że wolno nam wierzyć w radosnego, pełnego miłości Boga. Jeśli nie masz takiego, pożycz go ode mnie, tak jak ja pożyczyłam Boga od ojca Joe. Ten Bóg przeprowadził mnie przez raka piersi i przez śmierć moich rodziców. Druga rzecz to mieć kogoś, kogo się kocha. Fakt, że tak bardzo kochałam moją córkę, uświadomił mi, że jestem zdolna do miłości. Trzeba mieć kogoś, kogo się darzy czystym uczuciem. To może być nawet pies, kot czy chomik... Bóg, który mnie kocha, i ktoś, kogo kocham ja – to właśnie mnie uratowało.

Regina Brett, jedna z najbardziej poczytnych pisarek w Polsce, autorka takich książek, jak: „Bóg nigdy nie mruga”,  „Jesteś cudem”, najnowsza to „Trudna miłość. Mama i ja”. Mieszka w Cleveland w stanie Ohio. Prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, www.reginabrett.com</

  1. Psychologia

Złam schemat! Pozbądź się blokad, które ciążą na kobietach w twojej rodzinie

Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Czasem więź łącząca pokolenia kobiet blokuje przed kroczeniem własną drogą. Kiedy jednak córka wyłamie się z ram rodzinnej powinności, może uratować nie tylko siebie, ale i… matkę.

Matki zwykle chcą, by ich córki miały lepiej niż one same – jeśli jednak zaczynają żyć inaczej, zwykle je za to karcą. „Nawracają” na właściwy kurs, a czasem wręcz odwracają się od nich. Tak jakby drzemało w nich poczucie, że córka nie powinna przekraczać ograniczeń matki. Między pokoleniem matek i pokoleniem córek jest pewien rodzaj spójności, która jednocześnie karmi i zniewala. Psychologowie nazywają ją niewidzialną nicią lojalności. To niezwykle silna więź, która łączy nas z kobietami w rodzinie. Choć trudno ją dokładnie opisać czy nazwać, ma potężny zasięg – nawet do siódmego pokolenia. I choć czasem bardzo się staramy ją zerwać, trzyma. Nie puszcza. Krępuje życiowe decyzje. – To właśnie ta nić lojalności powoduje, że często jesteśmy w konflikcie, bo z jednej strony chcemy żyć inaczej niż nasze matki, a z drugiej, kiedy żyjemy inaczej, czujemy się winne – mówi psycholog i socjoterapeutka Katarzyna Platowska. – Ale to nie znaczy, że nie można jej zerwać i żyć po swojemu. Można. Choć wymaga to odwagi, mądrości, siły i determinacji. Co więcej, gdy córce udaje się z powodzeniem przełamać rodzinne fale, może dojść do pozytywnego sprzężenia zwrotnego: woda może się od nas odbić i porwać inne kobiety w rodzinie. Zdarza się, że kiedy emocjonalnie staje na nogi córka, proces zdrowienia zaczyna też matka.

Pożegnaj strach

Marta ma 24 lata, a w sercu mnóstwo lęku. Matka Marty, Ewa, zawsze była lękliwa. Wciąż się bała tego, co przyniesie życie. Nie lubiła przygód i spontaniczności, bo oznaczały brak kontroli – a to pachniało zagrożeniem. Pracowała w jednym miejscu, choć nienawidziła swojej pracy, szef jej nie cenił, a koleżanki lubiła średnio. Jednak myśl o zmianie firmy budziła w niej strach. „Lepsze znane, choć nielubiane, niż nieznane” – powtarzała córce. Albo: „Tylko jak masz stałą pracę, to masz pewne jutro”. Nie rozumiała mody na własną działalność – jej zdaniem było to proszenie się o kłopoty. Za namową matki Marta skończyła szkołę kosmetyczną (bo „w tym zawodzie zawsze będzie praca”). Tuż po szkole zatrudniła się w niewielkim, nowoczesnym salonie. Po dwóch latach jego właścicielka postanowiła wyjechać za granicę i – widząc zaangażowanie dziewczyny – zaproponowała Marcie… odkupienie firmy. Po bardzo preferencyjnej cenie! Marta biła się z myślami. Miała wielką ochotę rozwinąć skrzydła, ale też wciąż w uszach brzmiały jej powtarzane latami przestrogi matki. W końcu zdecydowała: biorę salon! Ustaliła, że część pieniędzy spłaci w ratach, rozpisała biznesplan, załatwiła kredyt i… została oficjalnie szefową własnej firmy! Dopiero wtedy powiedziała o wszystkim matce. Kiedy stanęły razem w progu, zatoczyła ręką koło i powiedziała: „Zobacz, mamo, to jest moje”. I od razu poprosiła: „Tylko nie mów, że to katastrofa i że się nie uda. Daj mi parę miesięcy, a zobaczysz, że to była dobra decyzja”. Rzeczywiście, salon prosperował doskonale. Zadowolone klientki przysyłały koleżanki, które polecały usługi Marty dalej. Dziewczyna musiała zatrudnić jeszcze jedną osobę, by dać sobie radę z rosnącą popularnością. Minęło parę miesięcy. Pewnego dnia podczas sobotniego śniadania Ewa powiedziała: „Córeczko, chcę z tobą porozmawiać. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Jeśli chcesz, zainwestuję je w salon”. Zdumiona Marta usłyszała, że Ewa zawsze chciała rzucić swoją pracę, ale powstrzymywał ją przed tym lęk. Że bała się marzyć, bo była słaba. Że jej mama też pragnęła samodzielności, ale obawiała się, że nie da sobie rady. I że jest bardzo szczęśliwa, bo Marcie się udało.

Jak komentuje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka:

Najtrudniejsza do przełamania fala to przekraczanie wartości, które były wyznawane przez wiele kobiet w rodzinie – w danym pokoleniu i w poprzednich. Jeśli w rodzinie nie było rozwodów lub kobiety miały tylko po jednym dziecku czy nie prowadziły samochodu – bardzo trudno będzie iść pod prąd i mieć więcej dzieci, rozwieść się czy zrobić prawo jazdy lub nie schować go do szuflady zaraz po zdanym egzaminie. Podobnie w rodzinie, w której się uważa, że życie jest wrogie, nieznane jest groźne, a samodzielność oznacza samotność i porażkę. Matka Marty miała marzenia, ale zabrakło jej odwagi do ich realizacji. Podobnie babka. Czasem rodzice przekazują nam lęki swoje i swoich rodziców. Takie przekonania potrafią wędrować nawet przez wiele generacji. Na szczęście w każdym kolejnym pokoleniu kobiety są trochę silniejsze – córki są zawsze odrobinę odważniejsze od matek. Dzięki temu siła marzeń rośnie, a moc lęku maleje. Marta była pierwszą od pokoleń kobietą, która miała siłę, by odłożyć na bok lęk, a sięgnąć po marzenia.

Uratuj swoje życie

Edyta wychowała się w bardzo tradycyjnej rodzinie – takiej, w której jak ślub, to na całe życie. Choćby pił i bił, jest się żoną – na dobre i na złe. Niestety, rodzina Edyty nie należała do harmonijnych: Ilona, jej matka, była z ojcem głównie „na złe” – to gwałtowny, wymagający, wiecznie niezadowolony z żony i najprawdopodobniej także niewierny mężczyzna. Lubił wypić, potrafił znikać na popołudnia i wieczory. Właściwie więcej go nie było niż był – co dzieci przyjmowały z ulgą, bo powrót ojca do domu wiązał się z napięciem i kłótniami. Edyta nie pamięta, żeby tata wziął ją na kolana, pobawił się z nią czy gdzieś ze sobą zabrał. Dlatego kiedy poznała Włodka, rozrywkowego studenta, który bardzo zabiegał o jej względy, szybko się zakochała. Równie szybko zaszła w ciążę – a że dziecko oznacza rodzinę, wzięli ślub. Włodek wyrósł z bycia studentem, ale z rozrywkowego trybu życia już nie: Edyta siedziała w domu z dzieckiem, a potem z kolejnym i kolejnym, a Włodek się bawił. Dokładnie jak ojciec: znikał, nie mówił, gdzie idzie i po co, wracał „na gazie” i robił awantury. Żona szybko przestała go interesować, dzieci również – ważniejsze były alkohol, zabawa, kumple. Edyta znosiła swoje nieudane małżeństwo i wybryki oraz zaniedbania męża przez 10 lat – przecież ślub jest na zawsze. W końcu jednak nie dała rady i powiedziała: „Dość. Nie zrobię tego moim dzieciom, nie chcę, by ich dzieciństwo przypominało moje. Albo coś się zmieni, albo wystąpię o rozwód”. Włodek o zmianie nawet nie myślał, więc Edyta się wyprowadziła. Największą pretensję miała do matki – że nie powiedziała: „Dziewczyno, ratuj się, uciekaj, zadbaj o sobie”. Odwrotnie: każde ich spotkanie kończyło się litanią wyrzutów: „Jak mogłaś odejść od męża, przez ciebie całkiem zejdzie na psy!”. Długo mijały się szerokim łukiem, ale wszystko zmieniła pewna wigilia. Kiedy Ilona zobaczyła, że Edyta, świeżo zakochana, promieniała, a odprężone dzieciaki śmiały się radośnie, podjadając słodycze z choinki, zrozumiała, że dawno ich takich nie widziała. Nie zdobyła się na gest pojednania wobec córki, ale po jej wyjściu szepnęła do siebie: „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła, z pijakiem nie ma życia. Ja się na to nie zdobyłam. Ty zrobiłaś to za siebie – i za mnie”.

Psycholożka komentuje:

Czasem życie i przekonania matek są klątwą dla córek. „Ja wytrzymałam, to i ty wytrzymasz” – mówią, bo przecież córka nie może być słabsza od matki. To dość typowe, że w takich rodzinach matki stają nie po stronie córek, tylko zięciów – choć obiektywnie ci są draniami. Kurczowe trzymanie się złego scenariusza to też rodzaj zabezpieczenia: jest zły, ale znany. Jeżeli córka będzie żyła podobnie, to łatwo wszystko przewidzieć. Jeśli coś zmieni, przyszłość będzie nieznana. Choć Edyta wykazała się wielką siłą, to jej matka będzie potrzebować siły jeszcze więcej. Stwierdzenie „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła” – to dla niej konfrontacja z całym własnym życiem. Musi sama przed sobą przyznać, że wytrwała w bezsensownym związku w myśl absurdalnych ideałów, że sama zniszczyła własne życie. Edyta, walcząc o swoje szczęście, wszystko to uświadomiła matce. Ale pokazała też, że można być szczęśliwą. Zmierzyć się z własnymi demonami, by móc z nimi wygrać.

  1. Psychologia

Matki i córki - czasem ciepło, czasem dreszcz

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. (Fot. Getty Images)
Dziecko może być dla matki centrum wszechświata, ale i wielkim ciężarem. Matka dla dziecka zawsze będzie postacią centralną. Jaka by nie była.

"Jest dla mnie najważniejsza na świecie” – tak o swojej mamie mówi 36-letnia Asia. „Nie wyobrażam sobie życia bez mojej mamy” – rozczula się Beata, która sama już jest mamą dwóch przedszkolaków. „Moja matka mnie nie lubi” – twierdzi 27-letnia Agata, a Karolina, 40-latka, mówi, że to ona zawsze się czuła matką swojej matki…

Matka i córka to skomplikowana więź, bo nie jest jedynie relacją dwóch kobiet. W tle, blisko albo nieco dalej, jest zawsze jeszcze ten trzeci: ojciec. Bez względu na to, czy faktycznie uczestniczy w życiu rodziny.

– Córka dlatego jest na świecie, że matka związała się z mężczyzną – mówi Paweł Droździak, psycholog i psychoterapeuta. – Gdy mamy te trzy punkty odniesienia, wiele zaczyna się wyjaśniać. Na przykład możemy przyjąć, że matka jest tak silnie skupiona na relacji z mężczyzną, że relacja z córką znika jej z pola widzenia, co może być przeżywane przez córkę jako porzucenie.

Nie bez znaczenia jest także płeć dziecka oraz to, czy było oczekiwane, czy przeciwnie. Także sposób, w jaki przyszło na świat: szybko i bezproblemowo czy może po wielogodzinnych zmaganiach matki. A ojciec: sprawdził się w swojej roli czy odszedł? A jeśli był – to tylko fizycznie czy także emocjonalnie? To wszystko składa się na to, czy matce i córce się uda: nawiązać dobrą relację, dogadać, wspierać się nawzajem i kochać. Bo do zagrania są dwie główne role, ale scenariuszy tego filmu życie może napisać bez liku.

Matka symbiotyczna

Gdy matkę opuścił mężczyzna lub w inny sposób ją zawiódł czy zranił, może ona całą swoją emocjonalną inwestycję umieścić w córce. To może zrodzić między nimi symbiozę w cierpieniu, będą się odnajdywać, dzieląc podobny los – zranienia przez tego samego mężczyznę. Ta wspólnota przeżyć daje poczucie bliskości i więzi, porozumienia bez słów. Na pozór – szczęśliwa relacja, pełna zgoda, ale… niech no tylko znów pojawi się jakiś mężczyzna. Zwłaszcza w życiu córki. Matka może poczuć się oszukana, zdradzona. W obawie, że utraci tę wieź, może wytrenować córkę tak, by ta nie związała się z żadnym mężczyzną.

– Sojusz między matką a córką wyrosły wobec nieobecnego mężczyzny – męża i ojca – narusza rodząca się seksualność córki – twierdzi Droździak. – Trzeba więc wykorzenić seksualność, by mogła trwać więź. W taki sposób, by córka albo musiała się matką opiekować, albo zaczęła bać się mężczyzn.

Symbioza zrodzi się też, gdy ojciec przedwcześnie umarł. Może stać się dla obu kobiet albo idealizowaną z czasem legendą, której w rzeczywistości żaden mężczyzna nie dorówna, albo kimś, kto zostawił je same, może z problemami do rozwiązania albo kredytem do spłacenia.

W poczuciu winy bądź z wdzięczności za matczyny trud wiele córek czuje potrzebę rezygnacji z własnego, osobistego życia na rzecz zajęcia się matką. Mogą też do takiej opieki być „trenowane”.

– Bliska więź jest potrzebna, gdy dziecko jest małe. Jednak gdy charakter tej bliskości się nie zmienia i przedłuża, więź staje się patologiczna – mówi Paweł Droździak.

Matka rywalka

Ta sama płeć to dodatkowa więź, ale i powód do rywalizacji. Gdy córka dorasta i jej kobiecość rozkwita – u matki przeciwnie, uroda zaczyna przemijać. Na nieuświadomionym poziomie może zacząć się rywalizacja o względy mężczyzn, zazdrość o fizyczną atrakcyjność.

Paweł Droździak: – Pewna ambiwalencja w stosunku do córki może wynikać stąd, że z jednej strony matka córkę kocha, a z drugiej – gdy ta zaczyna dojrzewać i być istotą seksualną – pojawiają się wszystkie obawy związane z seksualnością, które matka umieszcza teraz w córce.

Jakie? Przed rozwiązłością córki, przed tym, że będzie wykorzystana, zdradzona albo zajdzie w przedwczesną ciążę. Pojawia się też nieuświadomiony lęk, że w tej rywalizacji kobiecości córka matkę wyprzedzi, zwycięży. Stąd niektóre matki nieustannie krytykują urodę swoich córek albo to, w co się ubierają jako nastolatki.

– Gdy córka dorasta, u matki pojawia się lęk o jej własną seksualność. Ale też chęć uchronienia swojego dziecka przed zranieniem i cierpieniem – tłumaczy Paweł Droździak. – Stąd te wszystkie kłótnie z nastolatkami na temat ubioru. Czasem sprawia to wrażenie, jakby matka w ten sposób odreagowywała na córce własną traumę z czasów, kiedy była tak ćwiczona przez swoją matkę.

Matka równolatka

Niektóre dziewczyny dorastają w poczuciu, że są matką własnej matki. Gdy zastanawiają się, co zrobić z jej smutkiem, jak ją rozweselić, gdy widzą jej nieporadność i bezradność w postępowaniu z ojcem alkoholikiem lub gdy są świadkami przemocy wobec niej i chcą stanąć w jej obronie. Także wówczas, gdy matka obciąża córkę problemami przerastającymi jej możliwości znalezienia dorosłych rozwiązań albo gdy szuka w niej sojuszniczki przeciwko ojcu, a nawet przeciw całemu męskiemu światu. Inna wersja matki niedojrzałej to matka nastolatka – ubiera się i zachowuje, jakby wciąż miała 16 lat, choć dawno przekroczyła już czterdziestkę lub pięćdziesiątkę.

W każdym z tych przypadków poczucie, że jest się dojrzalszą od swojej matki, może prowokować w dorosłym życiu do bycia nadopiekuńczą i odpowiedzialną w stosunku do innych osób, co w konsekwencji prowadzi do próby kontrolowania życia wszystkich wokół… A to męcząca perspektywa – i dla kontrolującej, i dla kontrolowanych.

Matka samodzielna

Jeszcze sto, dwieście lat temu matka samotnie wychowująca dziecko skazana była na poniewierkę, pobyt w przytułkach lub oddanie dziecka do ochronki. Żyjemy w czasach, w których dla wielu kobiet samotne rodzicielstwo jest świadomym wyborem – one nie liczą na partnera, mało tego – niekiedy nie powiadamiają go o tym, że zostanie ojcem. Takimi samotnymi matkami stają się nieraz córki, które widziały swoje matki upokorzone i uzależnione od męża. – Jeśli córka obserwowała, jak strategiczna dla niej osoba jest zupełnie bezradna, w przyszłości sama sytuacja zależności od kogoś może być dla niej tak przerażająca, że nie będzie w stanie żadnej „miękkiej” części siebie pokazać światu – twierdzi psycholog Paweł Droździak. – Jeśli w dodatku ani ojciec, ani matka nie zaspokajają jej dziecięcej potrzeby bezpieczeństwa, może wykształcić w sobie radykalną obronę przed jakąkolwiek sytuacją zależności.

Takie córki, gdy dorosną, mogą pragnąć dziecka, ale nie chcieć męża. Albo – zwiążą się z mężczyzną, ale nie będą nic od niego chciały, niczego potrzebowały, by nie stać się w jakikolwiek sposób zależne, bezradne.

Matka nieobecna

Bywa też, że matki przedwcześnie zabraknie. Dziennikarka Hope Edelman straciła matkę w wieku 17 lat i nie umiała sobie z tym poradzić. Pomocy szukała w czytelniach, bibliotekach, bez skutku. Jej książka „Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty” jest plonem 12 lat spotkań, rozmów z kobietami, które przeszły przez to samo co ona. W domu Hope temat śmierci matki był tabu – wszyscy żyli pozornie tym samym życiem co przedtem. A przecież strata matki nie była tylko faktem z jej biografii. – To był sam rdzeń mojej tożsamości, stan mojego bytu – twierdzi.

Żałoba po śmierci matki nigdy nie kończy się definitywnie. Zmienia intensywność, ale to droga, którą się idzie do samego końca, trwający całe życie proces przystosowywania się i akceptacji. Zwłaszcza gdy strata matki dotyka wcześnie i każe szybciej dorosnąć.

– Przekonując się w początkowych latach swojego życia, że relacje zależnościowe są nietrwałe, poczucie bezpieczeństwa jest efemeryczne, a definicję słowa „rodzina” można przeformułować, córka pozbawiona matki wykształca dorosły wgląd w rzeczywistość, choć wciąż pozostaje dzieckiem, wyposażonym tylko w dziecięce strategie życiowe – mówi Hope Edelman.

Córki pozbawione matki, bez względu na wiek, w którym zostały osierocone, mają cechy wspólne, m.in. dojmującą świadomość własnej śmiertelności, lęk przed utratą najbliższych, szukanie u partnera miłości rodzicielskiej. Ale także większą świadomość życia, która pomaga podejmować decyzje.

Matka psychopatka

Niestety, od życia bez matki niekiedy trudniejsze bywa życie z matką – w piekle krzywd i poniżenia, jakie zgotowała swoim dzieciom. Znany filozof i religioznawca, prof. Zbigniew Mikołejko, zszokował opinię publiczną, gdy wyznał w książce „Jak błądzić skutecznie”, że był przez matkę maltretowany i katowany. I że to cierpienie ciągnie się za nim całymi latami, miało i ma decydujący wpływ na całe jego życie. Mówiąc głośno o tym, o czym inni wolą milczeć, zastosował swoistą autoterapię. Zrobił to, żeby – jak sam mówi – nie rozpaść się na kawałki, zrzucić z siebie ciężar, który dźwiga już ponad 60 lat. Tym samym wskazał drogę innym.

– Moje dzieciństwo było tak drastyczne, tak naznaczone poniżeniem, przemocą, nędzą i strachem, że do końca życia będę musiał do niego powracać, starając się z niego jakoś wyzwolić – tłumaczył decyzję upublicznienia swojej prywatności. – I nie widzę innej możliwości, jak arcyszczere mówienie o tym. Nie da się uciec od jego powracających widm – trzeba zdobyć się na odwagę i przyjrzeć ich obliczom.

W telewizyjnym wywiadzie na pytanie, dlaczego matka go tak katowała, jako jedną z przyczyn podał to, że przypominał jej ojca, który od nich odszedł. – Matka bardzo kochała mojego ojca. Z czasem miłość do niego przekształciła się w nienawiść. A ja byłem jego ucieleśnieniem – wspomina Mikołejko.

Razem i osobno

Każda matka (no, prawie każda) to również matka akrobatka (stanie na głowie, by cię chronić) i matka adwokatka (zawsze cię obroni). Także matka wariatka (szaleńczo zakochana w swoim dziecku, starająca się mu zapewnić „wszystko, co najlepsze” i czego często sama nie miała).

Zresztą zbiór typów relacji z matką może być jeszcze bogatszy. Gdy ojciec wiąże się z inną kobietą albo gdy córka wychodzi za mąż, dochodzą także mniej lub bardziej matczyne relacje z macochą czy teściową, będącymi dla niektórych z nas jak matki, albo z którymi żadna bliskość nie jest możliwa... Trudna, ale naturalna przemiana czeka córki również wtedy, gdy będą musiały zaopiekować się starzejącą, chorą matką – role się wtedy odwracają, dziecko staje się opiekunem, a matka kimś, kto wymaga wsparcia. Z czasem większość z nas, córek, także zostaje matkami. Często dopiero wówczas akceptujemy w matkach to, z czym się nie umiałyśmy lub nie chciałyśmy utożsamić lub z czym wręcz walczyłyśmy.

– To, przed czym córka ucieka w swoim życiu, to być „jak matka” – uważa Paweł Droździak. – Wciąż ma wyobrażenie, że jest inna, lepsza i stanowi zaprzeczenie swojej matki. Powiedzieć kobiecie: „Jesteś jak twoja matka”, to często ugodzić w samo serce. A jednak matka jest zaprzeczoną częścią córki. Nawet jeśli nie identyfikują się ze sobą. I może tak się zdarzyć, że dopóki matka żyje, córka ucieka przed utożsamianiem się z nią w jakiejś części. Gdy matka umrze – córka zatrzymuje się, by matkę w sobie ocalić. Żeby jednak pojawiła się prawdziwa odrębność – a nie tylko rozpaczliwe zaprzeczanie zależności – powinien nastąpić moment, kiedy zarówno złe, jak i dobre rzeczy w matce zostają odnalezione.

Nawet jeśli twoja relacja z matką bywa trudna, jeśli wiele jej zarzucasz i nie jesteście sobie bliskie, prawda jest taka, że czy chcesz, czy nie, jesteś częścią swojej matki, a ona – częścią ciebie.

Tylko gdy obdarzysz matkę szacunkiem, jaka by nie była, będziesz też szanować siebie. Bo jesteś z Niej. Całkiem odrębną od matki być się nie da. A protest przeciwko niej wynika z tęsknoty za bliskością, której może nie doświadczyłaś, bo matka nie umiała  – choć wcale nie znaczy, że nie chciała – ci jej dać.

  1. Psychologia

Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. 

- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, wyjaśniając, gdzie mogą leżeć przyczyny trudnej relacji matki z dorosłą córką.

Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że relacja matka – córka generuje same problemy.
Bo tak właśnie jest. Oczywiście, nie można uogólniać, ale zdecydowanie więcej jest problemów emocjonalnych i relacyjnych między dziećmi a matkami niż między dziećmi a ojcami. Ojciec zawsze albo prawie zawsze zachowuje większy dystans wobec dzieci, ciężar jego zaangażowania jest przeniesiony na świat zewnętrzny. Natomiast matki, z wyjątkiem tych, które weszły w role biznesowe, są skupione przede wszystkim na rodzinie i dzieciach. Z tego powodu są z nimi w bliższych relacjach i siłą rzeczy częściej występują na tej linii nabrzmiałe i nierozwiązane konflikty. Przy czym ze względu na specyficzny rodzaj  relacji miedzy synem a matką, nawet matką nadopiekuńczą, konflikty między nimi nigdy nie osiągają takich rozmiarów jak w przypadku nadopiekuńczych matek i córek. Co ciekawe, ujawniają się zwykle wtedy, gdy syn zakłada rodzinę. I wtedy nie tyle on ma problemy z matką, co jego żona źle to zaczyna znosić.

Ta sama płeć w relacji jest w takim razie plusem czy minusem?
Ze względu na płeć w relacji matka – córka występuje utożsamienie. Dla normalnego rozwoju osobowości musi jednocześnie dojść do czegoś, co jest określane jako separacja czy indywiduacja. W potocznym rozumieniu córka najpierw „zlewa się” z matką, a potem ustawia do niej w kontrze, żeby ustalić, kim sama jest. Ponieważ to niezwykle silny związek, tożsamość córki jest zaplątana w wizerunek matki. Ze względu na utożsamienie płci często dochodzi też do podświadomej rywalizacji. Córka rywalizuje z matką, a matka z córką, i nie ma to charakteru sportowego: nie chodzi o to, która wygra, tylko o to, która psychologicznie zdominuje rywalkę.

Córkę i matkę wprawdzie łączy płeć, ale dzieli różnica pokoleń, co powoduje, że światopogląd i doświadczenia matki są zabarwione przeszłością, a córki – teraźniejszością. Chociażby to może powodować między nimi konflikty. Że podam taki banalny przykład: nasze babcie prały ręcznie, nasze matki – we Frani, a my już w automatycznym Boschu. Zasada prania co prawda się nie zmieniła, ale sposób – już tak. Najbardziej nabrzmiałe problemy nie rodzą się jednak w sferze posługiwania się sprzętami, lecz w sferze uczuć.

Co jest tego źródłem?
Najczęściej niedojrzałość matki. Bo że córka jest niedojrzała – to oczywiste i normalne. Dzieci zawsze będą młodsze od swoich matek. To, co czyni nas ludźmi dojrzałymi, zdolnymi do podejmowania przemyślanych decyzji, do kształtowania swojego zdania w oparciu o doświadczenie, to umiejętność nabywana przez całe życie. Z książek, które czytamy, z filmów, jakie oglądamy, i z tego, co mówią nam inni. Dojrzałość jest sumą praktycznych umiejętności życiowych. Samo życie nie wystarczy jednak, żeby osiągnąć tak rozumianą dojrzałość. Niekiedy człowiek wręcz blokuje się na drodze do dojrzałości wskutek traum, krzywd, uzależnień, niewłaściwych wzorów. Można mieć według metryki 48 lat, a dojrzałość na poziomie nastolatka. Dotyczy to oczywiście także niektórych matek...

Czy dlatego bywają nadopiekuńcze?
Po pierwsze, mogą tak pojmować rolę matki – kurczowo trzymając swoje dziecko pod kontrolą, niezależnie od jego wieku. A po drugie, są nadopiekuńcze, ponieważ nie mają innego życia osobistego i uczuciowego poza realizowaniem swego macierzyństwa. Takie matki, nawet jeśli żyją w małżeństwie, nie śpią ze swymi mężami, nie planują wspólnych wieczorów czy wakacji. Mąż jest meblem, wygodnym fotelem, na którym się czasem przycupnie, który wypełnia jakiś kąt w pokoju, ale to nie jest żadna relacja. Co więcej, małżonkowie mogą tak żyć latami, bogobojnie i wiernie.

A przecież człowiek jest istotą uczuciową, potrzebuje bliskości jak powietrza. Kochać kogoś, być dla kogoś – to nasza największa potrzeba. Więc jak związek z partnerem nie zaspokaja tej potrzeby, to całe swoje życie emocjonalne kobieta lokuje w dzieciach. A ponieważ synowie rzadziej dają się zawładnąć, pada na córki, a te są w rękach matek jak plastelina. Na dodatek są przez nie wpędzane w poczucie winy – oczywiście to wszystko dzieje się podświadomie. Żadna matka przecież nie obmyśla: „Zrobię ci numer, dostanę apopleksji”. Ona dostaje apopleksji na samą myśl o tym, że córka chce spędzić święta w górach, a nie w domu. Takie uzależnienie przypomina alkoholizm, narkomanię, kompulsywny hazard. Osoba uzależniona nie może się sama z tego wydostać, a gdy jej ktoś mówi: „Mamo, nie rób tak”, to się oburza: „Jak możesz tak do mnie mówić?!”. Tak samo reaguje alkoholik. Tylko że w tym wypadku mamy do czynienia z uzależnieniem od drugiej osoby. Od swojej bezradności życiowej, od tyranizującej więzi, która staje się pułapką dla obydwu stron.

Jak postępować z „uzależnioną” matką?
Dokładnie tak jak z alkoholikiem. Córka musi przestać kierować się lękiem, współuzależnieniem, poczuciem winy, tylko przejąć kontrolę nad własnym życiem. Uzyskawszy wsparcie od męża, przyjaciółki czy koleżanki z pracy, którzy powiedzą: „Nie możesz swojego życia podporządkowywać matce kosztem własnych potrzeb. Ona jest dorosła, poradzi sobie. Możesz jej pomóc, ale powinnaś być konsekwentna”. Jeśli za przykład podamy kwestię świąt, córka może zakomunikować mamie, że przyjedzie do niej dzień przed Wigilią, pobędą razem, ale na święta wyjeżdża. Czyli: asertywność, stanowczość i nieponoszenie konsekwencji cudzych słabości czy uzależnień. Choć przykład ze świętami może być dwuznaczny. Ktoś powie: „Ale cóż pani doktor wygaduje?! Przecież święta to Tradycja, Katolicyzm, Rodzina…”. Odpowiadam: „Ależ tak, pod warunkiem że z tego wynika coś dobrego”. Jeżeli przy okazji świąt mama zawsze wypomina, a tata zawsze się upija – to jest wykorzystanie, skądinąd pięknego symbolu i tradycji, do podtrzymania patologii. I to nie jest dobre. Wtedy człowiek nie ma innego sposobu, jak się uniezależnić, czyli odseparować, oddalić, zacząć funkcjonować zgodnie ze swoim systemem wartości, a nie podtrzymywać tradycję rodzinnych niesnasek.

Można w dorosłym życiu ułożyć sobie na nowo relacje z matką? Czy trudne relacje matki z dorosłą córką mogą uleć poprawie?
Oczywiście. Relacje to jest coś, na co mamy wpływ, czemu możemy nadawać nowe tory, sterować tym jak podczas nawigacji.

A jeśli matka odmawia współpracy?
Czasami pytają mnie ludzie, co robić z matką, która nie chce się zmienić mimo próśb i tłumaczenia. Odpowiadam: „Wyobraź sobie, że mama ma alzheimera. I że cokolwiek byś nie mówiła, to ona jest za szklaną szybą”. Oczywiście, ona przeważnie nie ma żadnego alzheimera, ale jej mózg już zastygł. Bo co to znaczy: przekonać kogoś, by czegoś nie robił? To znaczy poprosić, by się czegoś nauczył. Bo oduczyć się, to też się nauczyć. Niestety, niektórzy ludzie są już do tego niezdolni.

Ja mam psa i zawsze po nim sprzątam, ale czasem spotykam ludzi, którzy po swoich psach nie sprzątają. Wtedy daję woreczek i mówię: „Może pan skorzystać z mojego, mam zapasowy”. „Ja nie sprzątam po psie!” – słyszę często w odpowiedzi. Ale ktoś inny mówi za to: „Dziękuję, skorzystam”, po czym zaczynamy się umawiać na wspólne spacery z psami. Tak samo jest z matkami. Jeśli matka mówi: „Jak ty możesz czegoś ode mnie wymagać?”, to znaczy, że ona nie rozumie swojej córki i nie chce zrozumieć. Często z wiekiem przychodzi przekonanie, z gruntu fałszywe, że wie się już wszystko i zawsze ma się monopol na rację. Tymczasem inni ludzie mają swoje racje i one bywają odmienne od naszych.

Ale taka uparta matka święcie wierzy, że chodzi jej tylko o dobro córki. Powtarza: „Nikt inny nie będzie cię kochał tak jak ja. Robię dla ciebie wszystko”.
Więc skoro jesteś w stanie zrobić dla mnie wszystko, to przestań mnie kontrolować jak małe dziecko. I co mama na to? Z drugiej strony, relacja z matką jest wyjątkowa i żadna inna jej nie zastąpi.

Nawet, gdy czujemy nienawiść do matki, trzeba ją przede wszystkim kochać i szanować?
Kochać w ogóle warto, bo to wspaniałe uczucie. Chociaż w dziesięciorgu przykazań nie widnieje: „Kochaj ojca swego i matkę swoją”, tylko „czcij”, czyli szanuj. Nie ubliżaj im, nie ograbiaj, nie krzywdź. Co nie znaczy: bywaj u nich co niedziela. Możesz ich nie widywać, ale ich szanuj. Trudno kochać kogoś, kto zatruwa nam życie, ciągle poucza i krytykuje, jest wścibski, przemądrzały, wszystko wie najlepiej. Miłość w dziecku rodzic buduje, pokazując, jak się kocha – czule, ciepło, mądrze i dojrzale.

A co znaczy: mądrze kochać?
To znaczy nie uwłaczać godności dziecka, nie pozbawić go poczucia bezpieczeństwa, czyli: nie straszyć, nie bić, nie wyśmiewać i nie grozić: „bo mamusia nie będzie cię kochać”, „jak nie wrócisz do 22.00, to ja będę chora” albo: „przez ciebie mam okropne życie”. Gdy dzieci coś takiego słyszą, przestają wierzyć w miłość rodziców i stopniowo tracą poczucie własnej wartości.

Matka uczy też dziecko miłości, pokazując, jak kocha tatusia, swoich rodziców, siostrę, brata… Dzieci się uczą nie tego, co im mówimy, tylko tego, co robimy. To główna zasada wychowania.

Czego jeszcze uczymy się od matek oprócz miłości?
Jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Oczywiście, możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba. Może mieć całkiem odmienne cechy, zainteresowania, potrzeby i cele. Jeżeli matka z temperamentem zacznie przejawiać niecierpliwość w stosunku do flegmatycznej czy marzycielskiej córki, to prawie na pewno zachwieje poczuciem wartości dziecka. Wtedy powinni wkroczyć inni dorośli, na przykład babcia, która będzie podkreślać mocne strony dziecka i okazywać uznanie dla tego, co ono umie, lubi i jak sobie radzi. Mama oczywiście doda: „ale bucików jeszcze nie umie zawiązać”, a babcia: „ale Ania zna tyle wierszyków i pięknie bawi się z dziećmi”. I Ania w ten sposób dowie się, że mama wolałaby, żeby ona była trochę inna, natomiast babcia akceptuje ją taką, jaka jest. Dziecko czerpie wiedzę o sobie nie tylko od mamy, dlatego powinno być otoczone różnymi ludźmi. To nie jest żadna nowa koncepcja, tylko pradawna idea wychowania plemiennego.

Mówimy dziś o problemach na osi matka – córka, matka – syn. Kiedyś w ogóle nie było takiego tematu. Po pierwsze, kobiety rodziły dużo dzieci. Same się nimi nie zajmowały – miały do pomocy krewnych, starsze dzieci, swoich rodziców. Dzieciństwo zresztą szybko się kończyło: dzieci zaczynały wcześnie pomagać w pracy dorosłym i szybko odchodziły z domu rodzinnego. Nawet arystokracja posyłała dzieci bardzo wcześnie w dorosłe życie.  Więc to, że dzisiaj rodzice poświęcają tyle czasu i uwagi swoim dzieciom, to wynalazek współczesności.

Dzisiaj też rodziców o wiele rzeczy się obwinia, a zwłaszcza matki.
Bo nie ma kogo innego winić. Inną nowością jest „wychowywanie” przez grupę rówieśniczą. Kiedyś czegoś takiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzieciństwo było krótkie i przebiegało wyłącznie w obrębie rodziny. To my urządziliśmy sobie świat, w którym dziecko siedzi na tronie. I albo ten tron jest na chwiejnych nóżkach, bo rodzice zapominają, że mają dziecko, albo jest piedestałem nie wiadomo jakiego wcielenia boskości i rodzice wtedy zwyczajnie bzikują.

Brytyjski psychiatra Donald Woods Winnicott jest autorem określenia: „wystarczająco dobry rodzic”. Nie idealny, nie najlepszy, ale wystarczająco dobry. Czyli taki, który czasem popełnia błędy, ale ma też prawo zadośćuczynić i przeprosić – jednak to wymaga dojrzałości. A jeżeli mam kompleksy wobec własnego dziecka i chcę udawać ideał, to tworzę fikcję. I krzywdzę własne dziecko, które też będzie chciało dążyć do jakiegoś nierealnego superwzorca. Rodzice, którzy sami mają poczucie wartości, na ogół wychowują dobrze. Rodzice, którzy wstydzą się w sobie jakichś rzeczy, nie chcą z czymś się pogodzić, zazwyczaj w swoich dzieciach coś „majstrują”. I to majstrowanie na ogół źle rokuje.

Akceptacja siebie przekłada się na akceptację dziecka? Czy to sposób, który np. naprawi trudne relacje matki z dorosłą córką?
Dziecko nie potrzebuje wielkiego mieszkania, dużego samochodu, lekcji angielskiego czy tenisa. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości i dobrych, prawdomównych wzorów.

Ostatnio odprowadzałam mojego malutkiego wnuczka do córki, a on w krzyk: „Babciu, ja chcę do was”. Ja na to: „Anker, nie możesz teraz do mnie iść, bo ja zaraz wychodzę”. Wtedy moja córka dyskretnie szepnęła: „Mamo, przecież tak naprawdę nigdzie nie wychodzisz”. Oczywiście, że ona ma rację! Po co wymyślać jakieś nieprawdziwe powody, prędzej czy później dziecko nauczy się tego samego… Ono ma przyjąć do wiadomości, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi sobie z chwilową frustracją poradzić. Gdy się tego nauczy w wieku dwóch lat, to przygotuje się na większe frustracje w wieku 20 czy 50 lat. W tej sprawie ja się czegoś nauczyłam od mojej córki, a nie ona ode mnie.

Prawdomówność w relacjach jest bardzo ważna, bo dziś lekko naciągnę prawdę, ale gdy za kilka lat powiem do dziecka: „nie jedź autostopem”, to ono mnie nie posłucha, bo nie będzie miało do mnie zaufania. I potem rodzice się dziwią, dlaczego. Ano dlatego, że tyle razy skłamali.

Własny rozwój to podstawa dla dobrej relacji matki i córki?
Tak, z tym że trzeba zadbać, by własny rozwój nie pozbawił wrażliwości na cudze potrzeby. Jeżeli matka jest samotna, cierpiąca, chora, to jej się co najmniej tyle należy od córki, ile ona okazywała jej troski, gdy córka tego potrzebowała. Czyli uwaga, sprowadzenie lekarza, może wynajęcie opiekunki czy umieszczenie w szpitalu czy sanatorium. Te „świadczenia” wynikają z powinności, nawet odpowiednio uregulowanych w naszym prawie. Miłość to trochę inna sprawa.

  1. Psychologia

Ojciec i córka - wpływ relacji na dorosłe życie i podejmowane decyzje

fot. iStock
fot. iStock
Ojciec jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w zakresie płci – mówi terapeuta Maciej Żbik. O to, jaki wpływ ma męska (i kobieca) energia na wybory partnerów w dalszym życiu, pyta Renata Arendt-Dziurdzikowska. 

Kochający ojciec sprawi, że córka znajdzie kochającego partnera?
Im bardziej ojciec kocha i szanuje, tym oczywiście większe na to szanse. Chińczycy mają tutaj ciekawą wskazówkę. Przez pierwsze siedem lat ojciec winien traktować córkę jak księżniczkę. Przez kolejne siedem jak „służącą”. A później jak przyjaciółkę.

Jak księżniczkę - to wydaje się jasne, czyli powinien zachwycać się nią i służyć jej wiernie...
No tak. Każda córka musi być księżniczką swojego ojca, żeby mogła nabrać pewności siebie. Zachwyt tego, co męskie, tym, co kobiece, pozwala dziewczynce uznać własną płeć i płciowość, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i psychicznym. Pozwala zaakceptować ciało, uszanować siebie. Jednak zachwyt to stan emocjonalny, a nie poprawne zachowanie. Dzieci doskonale wyczuwają emocje otoczenia. Dziewczynka wie, czy jest księżniczką taty, czy nie jest. No i trzeba tu oczywiście bardzo uważać, aby córeczka nie wygrała z matką, żeby księżniczka nie zamieniła się w królową.

Po kilku latach księżniczka staje się "służącą" - co to znaczy? Wiele osób może się na to słowo oburzyć. 
Być „służącą” znaczy uczyć się różnych funkcji społecznych, swojej roli w rodzinie. „Służąca” czuje się współodpowiedzialna za to, jak funkcjonuje dom, jest zaangażowana, wkłada wysiłek. Szanuje starszych. Księżniczce wystarczy, że jest cudowna. „Służąca” jest dodatkowo cudowna w tym, co robi. Dopiero potem przychodzi czas na przyjaźń. Jeśli nauczymy córki żyć z nami, ojcami, w przyjaźni, to tym samym nauczymy je żyć w przyjaźni z tym, co męskie.

Przyjaźń z 14-letnią córką?
Biologicznie jest już kobietą. Jako przyjaciel mogę jej doradzać, a ona ma szansę skorzystać z mojego doświadczenia. Mam szansę być wysłuchany. Córka czuje, że to, co ona daje, jest przyjmowane, a wtedy – i tylko wtedy – przyjmuje to, co dostaje. Jeśli traktuję córkę poważnie, będę poważnie przez nią traktowany. Tylko w ten sposób mogę sprawić, aby liczyła się z moim zdaniem do końca naszych dni.

I zaufała męskości. To model idealny. W życiu napotykamy mnóstwo kompilacji. 
Nie możemy zapominać, że naszymi wyborami kieruje głównie nieświadomość. Bez mała 90 procent decyzji, które podejmujemy każdego dnia, wynika z procesu nieświadomego, czyli emocjonalnego, nie zaś racjonalnego. Nieświadomość nie rozróżnia tego, co dobre, od tego, co złe. Lgnie do znanego, ucieka przed nieznanym. Wybieramy to, co dla nas normalne, a normalne jest to, w czym dorastamy. W wieku trzech, czterech lat do psychiki dziewczynki „włamuje się” męskość: dziewczynka zaczyna rozróżniać płcie. Pierwszym mężczyzną, którego widzi, jest jej ojciec. Dostrzega, że zachowania mamy i taty są różne. Dostrzega grę seksualną między nimi. Widzi, jak mama uwodzi tatę, i zaczyna odczuwać dokładnie to, co mama, uczy się wpływania na ojca, na męskość.

Zakochuje się w tacie.
Ojciec – choćbyśmy tego nie chcieli – jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w za- kresie płci. To się fachowo nazywa kompleksem elektralnym, który później w toku rozwoju jest w różny sposób integrowany. Bardzo wiele kobiet kończy tę integrację dopiero w gabinecie terapeuty. Kończy, czyli uwalnia się od wyborów ograniczonych do kopii ojca. Oczywiście kopia nie dotyczy całego ojca, jedynie jego najistotniejszych cech. Często opowiadam historię mojej klientki, która po rozstaniu z czwartym mężem postanowiła poszukać specjalistycznej pomocy. Otóż każdy z jej partnerów – w chwili poznania – był porządnym gościem. Uwielbiał, nosił na rękach. I każdy był pijakiem, gdy go porzucała. „Panie Macieju, co takiego jest we mnie, że rozpijam każdego faceta?” – pytała. Urodziła się kilka lat po wojnie z namiętnego romansu swojej mamy z byłym partyzantem, alkoholikiem. Mama postawiła ojcu warunek: albo wódka, albo my. I ten mężczyzna z dnia na dzień przestał pić, nie dotknął alkoholu do śmierci. Jego miłość musiała być bezgraniczna. W takim środowisku dorastała moja klientka, więc jej partnerzy także kochali ją bezgranicznie, tylko w końcu zaczynali pić. Dwie najistotniejsze cechy jej ojca – szalona miłość i niepijący alkoholizm – tworzyły znany jej wzorzec partnerski. Jak widać, żyła w totalnym kompleksie elektralnym, czyli zakochaniu w tacie.

To, co męskie, jako wzorzec, kobieta wynosi więc z domu. Kto dostarcza tego wzorca?
Bierze go z tego, co najbardziej męskie w jej otoczeniu. Czasami jest to biologiczny ojciec, czasami ojciec przybrany, dziadek, a czasami niestety agresywny animus, czyli niedojrzała męska energia w mamie. To, co dziewczynka postrzega wokół siebie jako męskie, jest prawzorem męskości w jej psychice. Czy męskość, z którą ma do czynienia, jest dojrzała, opiekuńcza i troskliwa, czy władcza i agresywna, a może głównie wylękniona? Trzeba pamiętać także o tym, że prekodowanie treści męskich następuje już w łonie mamy. Embrion nie ma własnej płci, jego jaźnią jest umysł matki. Już więc na etapie prenatalnym dziewczynka dowiaduje się od mamy, jakie jest to „męskie”, chociaż jeszcze go nie rozpoznaje. Już wtedy ulega jej przekonaniom. To, co męskie, jest dobre i kochające czy złe i okrutne? Odczuwa wszystko, co przeżyła mama w relacji ze swoim ojcem i partnerem. Im silniej wypiera uczucia – na przykład niespełnioną miłość do ojca albo lęk przed nim – tym silniej dziecko będzie ulegać takim wzorcom.

To brzmi bardzo fatalistycznie.
Ale wcale nie jest takie. Rodzice mają ogromny wpływ na to, jakiego mężczyznę ich córka wybierze. Mogą dokonać korekty tego, w co dziecko zostało wyposażone w brzuchu mamy, a tak naprawdę już w brzuchu babci, bo tam jest komórka jajowa mamy, z której dziewczynka powstała. I tam można sięgnąć, aby poszukać prawzorów tego, co męskie w dziewczynce. Ale przecież każde wzorce można wzmacniać lub osłabiać.

Jak się wydaje, coraz więcej współczesnych kobiet wybiera mężczyzn opiekuńczych, troskliwych i wspierających... I ceni ich, do czasu jednak. 
Ponieważ przyciąganie płci jest naturalnym procesem, współczesne kobiety, które w zdecydowanej większości pełnią męskie funkcje, wybierają partnerów o mocnych cechach kobiecych, macierzyńskich. To jest oczywiście wybór nieracjonalny, nieświadomy. Są szczęśliwe w tych związkach, ale do pewnego czasu. Po trzydziestce, a przed czterdziestką, gdy nasze ego traci część władzy na korzyść nieświadomości, pojawia się kryzys. Budzą się treści kobiece, a wtedy kobiecość mężczyzny nie jest już tak atrakcyjna.

Zaczynają się wątpliwości i zarzuty.
Mężczyzna przestaje pasować. Wydaje się nieporadny życiowo albo zawodowo, albo jedno i drugie. „O wszystkim ja – kobieta! – muszę decydować. To ja muszę podjąć każde ryzyko, prowadzić firmę, pamiętać o lekcjach dzieci, rachunkach, zakupach. To ja biorę za wszystko odpowiedzialność! Gdzie jest ten facet?!” – mówią. Kobieta z dominującym animusem zaczyna widzieć swojego partnera już nie jako ideał, który jest żeńskim dopełnieniem jej męskiej części. Pojawia się głód, którego nie potrafi nazwać. To jest głód męskiego mężczyzny, tęsknota za synem dojrzałego ojca. Ponieważ kobieta odkrywa w sobie kobiecość, daje mężczyźnie szansę na odkrycie męskości. Stary związek ulega rozpadowi na korzyść nowego, który bardzo szybko może stać się czymś wspaniałym i dojrzałym. Ten kryzys to jak wlewanie wody życia do związku.

Na czym realnie polega ta zmiana?
Mężczyzna odkrywa swoją decyzyjność, sprawczość, odpowiedzialność za siebie i najbliższe otoczenie. Kobieta odkrywa swoją kobiecość, czyli to wszystko, co znają córki szczęśliwych matek z silną animą: przyjmuje swoją płeć, swoje ciało, jest zafascynowana swoim cyklem miesiączkowym, zdolnością kreacji, wielką tajemnicą tworzenia i podtrzymywania życia. I staje się coraz szczęśliwsza, dokonuje zmian w życiu zawodowym, spełnia się w życiu rodzinnym i społecznym.

Córka takiej matki wybierze dojrzałego mężczyznę?
Jeśli jeszcze dostanie miłość i szacunek od ojca, ma na to duże szanse. Jednak szanse mamy zawsze, bez względu na to, w czym dorastaliśmy.

Co może matka? Co potrzebuje wiedzieć, aby uchronić córkę przed niefortunnym wyborem?
Przede wszystkim powinna pamiętać, że o naszym życiu decyduje nieświadomość, a nie rozum. Wiedzieć, że nieświadomość lgnie do znanego, a ucieka przed nieznanym. To jest baza do przyjrzenia się własnym wyborom.

Wyborom partnerów?
Albo partnerek. Mówimy tu przecież o archetypowych energiach męskich i kobiecych, które istnieją w każdym z nas. Homoseksualne kobiety dokonują takich samych wyborów – wybierają albo swoją męską częścią, albo kobiecą, czyli osobowością nadrzędną, i w drugiej kobiecie poszukują tego, co kobiece, albo tego, co męskie. Trzeba więc przejrzeć wszystkie wybory, nie tylko ten ostatni, i rozpoznać, czy związek, który przetrwał, jest tym, który dał spełnienie, bo najczęściej niestety tak nie jest. Trwamy w związkach, które spełnienia nie dają, i ukradkiem tęsknimy za tymi, które rozpadły się, ale dawały spełnienie.

Ta świadomość mamy jest ważna dla córki?
Od tego zaczyna się proces towarzyszenia córce w jej uczuciowych rozterkach. Mama niesie w sobie niesamowitą skarbnicę wiedzy, która jest najbardziej dopasowana do psychiki córki. To od niej dziewczynka otrzymuje najlepsze lekcje, których nie uzyska na żadnym terapeutycznym kursie. Mama pozostaje mamą, a córka córką, nie zamieniają się rolami. A jednocześnie córka – już dwunasto-, trzynastoletnia – jest poważnie traktowana jako osoba troszeczkę inaczej dorosła niż mama. Ma więc prawo reagować na wszelkiego rodzaju nastroje i humory mamy, nie tylko na jej zachowania. Jeżeli mama traktuje je jako poważne i ważne, córka uznaje swoje życie emocjonalne za coś ważnego – a tym samym uznaje swoją nieświadomość. Będzie mówiła o tym, co czuje, ponieważ wie, że mama to akceptuje. To ogromna szansa dla obu kobiet – i dla mamy, i dla córki.

W jakim sensie dla mamy?
Mama w otwartej, szczerej i dorosłej relacji z córką daje sobie szansę powtórnego przeżycia własnej młodości i dokonania wszelkich korekt w psychice, których potrzebuje. Słuchając córki, daje jej przestrzeń do wyrażenia wszystkiego, co ważne. Zatapia się w emocjonalności córki, która w znacznym stopniu jest jednocześnie jej emocjonalnością – w ten sposób następuje wymiana treści nieświadomych. Na tym polega wzajemne leczenie się obu psychik. Chodzi o to, aby mama mogła naprawdę poczuć i uszanować córkę taką, jaka ona jest. Córka, która czuje się uszanowana ze wszystkimi, także dotąd wypieranymi treściami psychicznymi, zaczyna je eksplorować, badać. Zaczyna rozumieć to, co wcześniej jedynie czuła, ale udawała, że nie czuje. Uczy się kontaktu z samą sobą, z głębią siebie. Mama całą sobą przekazuje swoje doświadczenie życiowe, swoją świadomość tego, co się dzieje. I to jest leczące. Jeśli mama pozwoli sobie na taką bliskość z córką, na współodczuwanie, wtedy to działa także w drugą stronę – córka odczuwa wewnętrzny świat mamy, który staje się dla niej dostępny z całym bogactwem przeżyć i doświadczeń. Doświadczenie emocjonalne mamy staje się udziałem dziewczynki.

I w związku z tym wybierze fajniejszego chłopaka niż jej mama? Oderwie się od wzorców partnerskich wyniesionych z domu?
Wybierze w zgodzie z tym, co czuje. Córka takiej matki zaczyna cenić całą siebie, a nie jedynie to, co jest społecznie dopuszczalne, to co mówią inni. Jest pewna siebie, zintegrowana. To wspaniałe wyposażenie na życie.

Maciej Żbik, terapeuta, twórca programów i metod terapeutycznych opartych na odkryciach Carla Gustava Junga i własnych kilkudziesięcioletnich doświadczeniach medytacyjnych. Współautor książki "Alchemia snu".