1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie bój się ciężkich wyzwań

Nie bój się ciężkich wyzwań

Fot. iStock
Fot. iStock
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Trzeci dzień warsztatu psychologicznego dla kobiet. Coraz więcej szczerości, wzajemnego zrozumienia, współczucia, zaufania. Już były zwierzenia o pijących ojcach i matkach, rodzicach tyranach, sieroctwie, bólu, samotności, lęku i wielu okrutnych krzywdach dzieciństwa.

Ranną sesję rozpoczyna Grażyna: „Przyjechałam podzielić się z wami moim życiem, bo potrzebuję wsparcia”. Uśmiechamy się życzliwie i chętnie. Po to tu razem jesteśmy.

Grażyna zaczyna płakać. To dobrze, jest w kontakcie ze swoimi uczuciami, ta opowieść będzie jeszcze ważniejsza, bardziej dla niej oczyszczająca.

„Mam upośledzone dziecko – zaczyna ze łzami w oczach Grażyna. – Moja córka ma już 25 lat i cały czas wymaga opieki jak małe dziecko. Przez lata nie mogłam się z tym pogodzić”. Grażyna płacze coraz bardziej. Wszystkie wstrzymałyśmy oddech.

„Miałam te wszystkie myśli, dlaczego to mnie spotkało i za co, i że sobie nie poradzę. Mam jeszcze dwoje zdrowych dzieci. Mój mąż na początku bardzo pomagał przy Basi, a potem zapadł na chorobę psychiczną”. Siedzimy obezwładnione losem tej delikatnej, cichej kobiety i najprawdopodobniej gdzieś z tyłu głowy plącze się każdej z nas myśl: ja to bym pewnie nie dała rady, a ona z tym żyje od 25 lat i jeszcze ten mąż…

Grażyna powoli uspokaja się i coraz pogodniej opowiada, a nawet zaczyna się uśmiechać. „Początki były okropne, ale powoli nauczyłam się żyć. I jakoś nie najgorzej się poukładało. Basia jest osiem godzin w szkole specjalnej, mam też opiekunkę. Mąż się wyleczył i choć się rozwiedliśmy, nadal regularnie przychodzi i pomaga we wszystkim. Nauczyliśmy się przyjaźnić ze sobą. Starsze dzieci, mam nadzieję, nie straciły dzieciństwa, bo są wesołe i chętnie pomagają, ale nie wymagam tego od nich za często. I wiecie co? Chociaż ludzie na ulicy czy dzieci bywają okrutni, to spotkałam mnóstwo wspaniałych osób, dzięki którym się nie załamałam. A Basia jest kochana i cudowna. Nauczyłam się dzięki niej spokoju. Bardzo pilnuję, żeby nie zapominać o sobie samej. Chodzę co dwa miesiące do teatru, spotykam się z przyjaciółkami, regularnie fryzjer. Mam w domu swój ukochany kącik z fotelem i lampą i jak tam zasiadam, to dzieci wiedzą, że mają się same sobą zająć, bo ja odpoczywam. No i najważniejsze, że moja praca to moja pasja. Jestem nauczycielką. Mam wiele miłości do moich uczniów. Oni mnie też bardzo lubią. Niektórzy utrzymują ze mną kontakt nawet po ukończeniu szkoły. Mam bardzo pełne życie”.

Oddychamy z ulgą i rosnącym podziwem. Parę dziewczyn przyznaje, że miały obawę, że Grażyna będzie cały czas płakać i że ta opowieść będzie głównie martyrologiczna. Wiele z nas mówi o pokorze, którą poczułyśmy wobec jej pokory. „Gdzie tam nasze problemy wobec twojej codziennej wyczerpującej pracy dla domu, dla własnych i cudzych dzieci i jeszcze dla własnego rozwoju”. Dziewczyny, które są pierwszy raz na takim warsztacie, zauważają, że przez całe swoje dotychczasowe życie nie dowiedziały się tyle o realnym losie innych ludzi, co tutaj przez te trzy dni prawdy i uczciwości.

„Zostajesz od dziś naszym wzorem”, stwierdzamy wszystkie. Grażyna się śmieje. „Hi, hi, jeszcze wam coś powiem. Ukochanego też mam!”. „Opowiadaj!”. „Nie mieszkamy razem, co i lepiej. Bo może zrobiłoby się ciężko, a tak to każde spotkanie jest dlatego, że chcemy. Chodzimy na spacery, lubimy rozmawiać ze sobą. Seks jest super. A on we mnie najbardziej lubi spokój”.

W to łatwo uwierzyć, Grażyna jest rzeczywiście oazą spokoju. Ale dziewczyny spokoju jej tak łatwo nie dadzą: „No w seksie to chyba nie spokój jest najważniejszy. A co on na twoje piękne ciało?!”. „Bardzo je lubi, szczególnie moje piersi”. Grażyna z radością dotyka swoich rzeczywiście kształtnych piersi osadzonych na zgrabnym ciele.

„Jak ty tego dokonałaś?” – pytamy. „Pewnie gdyby nie Baśka i jej niepełnosprawność, nie musiałabym się tego wszystkiego nauczyć” – zamyśla się Grażyna. I my z nią.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Mam wady, ale ogólnie jestem w porządku". Akceptacja siebie

Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. (Ilustracja: iStock)
Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. (Ilustracja: iStock)
Taka, jaka się urodziłaś, jaka jesteś, byłaś i będziesz. Po prostu „idealnie nieidealna”. Pora na akceptację siebie!

Diana Vreeland według słów jej własnej matki „na urodę nie miała co liczyć”. Dlatego też liczyła na siebie. Po latach, kiedy była już legendarną redaktor naczelną amerykańskiego „Vogue’a”, w jednym z wywiadów powiedziała, że zawsze uważała za najpiękniejsze to, co nas wyróżnia. Masz 180 centymetrów wzrostu? Podkreśl to 10-centymetrowymi szpilkami! Twoja szyja jest ponadprzeciętnie długa? Upinaj wysoko włosy i noś głębokie dekolty! Sama miała dość nieregularne rysy, ale nigdy ich nie tuszowała, a włosy zaczesywała do tyłu. Smukłe, długie dłonie podkreślała doskonałym manicurem i liczną biżuterią, szczupłą jak na owe czasy sylwetkę ubierała w dopasowane, obcisłe stroje. Nawet ze swoich niedoskonałości uczyniła atuty.

Ból na własne życzenie

Każdy z nas miewa takie dni, gdy nie ceni siebie zbyt wysoko. Raz lubimy siebie, raz nie. I tak ma być – gdybyśmy odczuwali nieustający zachwyt sobą, podobnie jak ciągłą pogardę, świadczyłoby to o poważnym psychicznym schorzeniu. Ale co innego chwilowy spadek samopoczucia, a co innego stałe krytykowanie siebie, umniejszanie swojej wartości i zatruwanie prostych życiowych przyjemności. Czyli: kompleksy. – Kompleks to wątpliwość, która przeobraża się w ból – twierdzi Christophe André, francuski psychiatra, autor książki „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi. O sztuce dobrego życia”.

„Jestem za gruba, mało spostrzegawcza, zbyt powolna, zapominalska...”. To, że mamy wątpliwości na swój temat, że nie wszystkie cechy naszego charakteru czy wyglądu nam się podobają – to zupełnie normalne. Kompleks przekracza jednak takie okazjonalne niezadowolenie z siebie. „Jestem gruba jak świnia, brzydzę się sobą. Jestem bezdennie głupia, w ogóle nie powinnam się odzywać...”. André określa go jako bolesne, obsesyjne skupianie wszystkich myśli na jakiejś części ciała, którą uważamy za niezgrabną, czy wymiarze osobowości ocenianym jako nieodpowiedni. Kompleksów można nabawić się praktycznie na każdy temat, choć według badań (przeprowadzonych przez „Psychologies Magazine”) największe wątpliwości budzą w nas zwykle: własna kultura, umiejętność poprawnego wysławiania się, zdolności intelektualne i wygląd. Nie tyle sam obiekt jest tu istotny, ile znaczenie, jakie mu przypisujemy – jesteśmy przekonani, że wszyscy dostrzegają i krytykują naszą domniemaną czy rzeczywistą ułomność. To powoduje, że np. wstydząc się swojego ciała, nie zakładamy kostiumu kąpielowego na plaży czy nie zabieramy głosu podczas spotkania z kolegami z pracy, bo jesteśmy przekonani o tym, że nie mamy nic ciekawego do powiedzenia. Rezultat: zarówno pobyt na plaży, jak i spotkanie zamiast przyjemnością stają się udręką. Warto podkreślić, że całe to cierpienie ściągamy na siebie sami.

Co leży u przyczyn takiego zachowania? Edukacja, wychowanie, czyjaś opinia usłyszana w dzieciństwie, presja mediów i kultury, ale przede wszystkim wpojone nam przekonanie, że jesteśmy niekompletni, wybrakowani. Także nasza skłonność do osądzania. – Często mylimy się, kiedy chcemy osądzić siebie. Szczególnie wtedy, gdy w grę wchodzi poczucie własnej wartości – pisze Christophe André. Jego zdaniem naszym celem nie powinno być „zero wad”, ale „zero kompleksów”. A tak naprawdę – posiadanie tylko zwykłych wątpliwości na swój temat. Coś w rodzaju „mam wady, ale ogólnie jestem w porządku”. – Powinniśmy mieć wybór, czy pokazywać swoje wady, czy nie, a kompleksy takiej szansy nie dają – zmuszają bowiem, byśmy je ukrywali – mówi André.

Jak to zrobić? Najtrudniejsze zadanie to „wyjście z cienia”, czyli pokazanie swoich kompleksów światu. Założenie kostiumu, zabranie głosu na spotkaniu. Ale też porozmawianie o swoich wątpliwościach z bliskimi albo z ludźmi, którzy sami przyznają się do tego, że się czegoś w sobie wstydzą – możemy się zdziwić, jak wiele osób żywi podobne do nas wątpliwości, mimo że w naszej ocenie nie mają do tego żadnych podstaw! Wyższa szkoła to sposób Diane Vreeland: zamiast coś w sobie zwalczać, zaakceptować to, a może nawet docenić.

Taka, jaka jesteś

Na czym polega prawdziwa akceptacja siebie? – Na mówieniu „tak” dla tego, co istnieje, ponieważ istnieje – twierdzi Christophe André. Przy czym nasz strach przed tym, czego w sobie nie akceptujemy, też istnieje, więc też trzeba go zaakceptować i uznać. – Zamiast mówić sobie „nie ma żadnego problemu”, pomyśleć: „na razie rzeczy są takie, jakie są, a nie takie, jakie chciałbym, żeby były” – dodaje.

Bo akceptacja to coś więcej niż tolerancja (która tak naprawdę jest odrzuceniem: odwracamy po prostu od czegoś wzrok), to spojrzenie problemowi prosto w twarz, szczerość ze sobą. I co ciekawe, akceptacja to wstęp do wszelkich zmian. – Akceptować znaczy odpuścić: odkrywamy wówczas, że część problemów znika sama. A to, co pozostaje, wydaje się łatwiejsze do zniesienia – twierdzi André.

To nieprawda, że ludzie o wysokim poczuciu własnej wartości nie mają wątpliwości na swój temat albo nie ponoszą porażek – oni je po prostu akceptują, czyli uznają, że sam fakt, iż są niedoskonali w pewnych sprawach, nie wpływa na to, by uznali siebie za niekompletnych w całości. Dla ludzi Zachodu akceptacja rzeczywistości, z której bierze się też akceptacja samych siebie, może być trudna do zrozumienia, kojarzona z poświęceniem, biernością. Od małego uczy się nas bowiem, żeby zmieniać to, co nam się nie podoba, walczyć. Co, jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś zmienić? Pojawia się rozgoryczenie, zawód. A gdyby tak w jego miejsce zagościł spokój? Jak wtedy, gdy stoisz w korku i wiesz już, że nie zdążysz na spotkanie. Możesz oczywiście denerwować się, że jesteś głupia, bo w godzinach szczytu wybrałaś główną arterię miasta, albo przyznać, że dokonałaś złego wyboru, ale najwyraźniej podobnie postąpiło kilkadziesiąt osób w samochodach stojących obok ciebie. Następnie możesz zadzwonić do klienta czy przyjaciółki, z którymi byłaś umówiona, i przełożyć spotkanie na później, a czas spędzony w korku wykorzystać na wysłuchanie audiobooka. Oto szczęśliwy finał mądrej akceptacji!

Jak to zrobić? Przede wszystkim zacząć dostrzegać sytuacje, w których przed kimś się z czegoś tłumaczymy czy złościmy za coś na siebie. I pytać się w duchu, skąd biorą się w nas odczucia gniewu czy wstydu. Często mówić sobie: „Tak właśnie jest, nawet jeśli mi to przeszkadza. Akceptuję to”. Gdy dzieje się coś, co wyprowadza nas z równowagi, nie przesadzać, nie dramatyzować i nie generalizować („ja to zawsze...”), nie karać siebie podwójnie za coś, co już się wydarzyło. Także – choć to chyba najtrudniejsze – zaakceptować, co może się wydarzyć najgorszego w konsekwencji tego, co już się stało – choć wcale wydarzyć się nie musi – i przygotować ewentualne plany dalszego działania. I wreszcie: nie wracać obsesyjnie do przeszłości, powiedzieć sobie, że co się stało, już się nie odstanie, i jedyne, co możemy zrobić, to z pomyłek wyciągać lekcje na przyszłość.

Wszyscy jesteśmy idealni

Podobno rzemieślnicy tkający przepiękne dywany w Maroku zawsze wplatają w swoje dzieła jedną „fałszywą” nitkę na znak tego, że idealny może być tylko Bóg, nie człowiek. Don Miguel Ruiz, chirurg pochodzący z rodziny meksykańskich uzdrowicieli i przewodnik duchowy, też słyszał w dzieciństwie tę prawdę o doskonałości Boga i niedoskonałości ludzi. Ale od początku czuł w niej fałsz.

– Jeżeli Bóg jest idealny, to dlaczego tworzy rzeczy niedoskonałe? Jeżeli naprawdę wierzę w doskonałość boskiego stworzenia, to albo dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy idealni, albo że Bóg jest niedoskonały – pisze w jednej ze swoich książek „Głos wiedzy”. Z jego punktu widzenia powiedzenie: „jestem niedoskonały” to największa obraza Boga. Skoro więc nie dostrzegamy doskonałości w sobie, dzieje się tak, bo nasza uwaga skupiona jest na kłamstwie, na obrazie niedoskonałości, jakim nigdy nie możemy się stać. Ten obraz jest nam wpajany przez kulturę, edukację – ciągle słyszymy, że musimy się doskonalić, pracować, by zostać kimś, co znaczy, że jesteśmy nikim.

Gdy przychodzimy na świat, jesteśmy autentyczni. Jako dzieci nigdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, chcemy bawić się, odkrywać świat, kochać. Nikt nas tego nie uczy, tacy po prostu jesteśmy. Do czasu, aż nauczymy się mówić – wtedy, zdaniem Ruiza, zaczyna się sączyć nam do duszy kłamstwo. Drogą, a raczej powrotem do prawdy jest zatem uznanie, że wszyscy jesteśmy idealni, doskonali – tacy, jacy jesteśmy. Bo czyż Bóg stworzyłby coś, z czego nie byłby zadowolony?

  1. Psychologia

No przecież miało być inaczej! - Jak pogodzić się z tym, czego nie możemy zmienić?

Często cele, które mamy w życiu mylimy z pragnieniami - a to najłatwiejsza droga do tego, żeby się pogubić. (fot. iStock)
Często cele, które mamy w życiu mylimy z pragnieniami - a to najłatwiejsza droga do tego, żeby się pogubić. (fot. iStock)
Czasem cierpimy, choć wszystko jest dobrze, bo nie jest tak, jak byśmy chcieli, żeby było. Nie na wszystko w życiu mamy wpływ i warto się z tym pogodzić.

Pewnie znacie słynną modlitwę świętego Franciszka z Asyżu, ale dla porządku ją przywołam:

Boże, daj mi pogodę ducha, abym zgodził się z tym, czego zmienić nie mogę. Daj mi odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę i co zmienić trzeba. I daj mi mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego.
Otóż z tym odróżnianiem bywa ciężko. Ze zmienianiem często też. Ale chyba największy problem sprawia nam pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić, bo nie od nas zależy. I wcale nie mówię o tragediach, które się zdarzają i trzeba czasu, by się z nimi uporać. Mówię o zwykłym życiu, które odbiega od naszego scenariusza. Chcieliśmy je przeżyć według planu A, ale ono nie pozwala nam na to. Pora wtedy uruchomić plan B, który może być całkiem dobry, jeśli tę zmianę zaakceptujemy. A jeśli nie? Skazujemy się na poczucie klęski nawet wtedy, gdy nasze życie jest pełne sukcesów.

Zacznę od Olgi, bo to jej historia skłoniła mnie do napisania tego felietonu. Olga ma 45 lat, dwoje dzieci, z którymi ma świetny kontakt, trzy koty, dwa psy i piękny dom pod miastem. Prowadzi własną firmę. Lubi swoją pracę i ma w niej duże osiągnięcia. Nie ma problemów finansowych ani kredytu, bo wiele lat pracowała za granicą i zaoszczędziła sporo pieniędzy. Kilka lat temu rozwiodła się z mężem, który stosował przemoc wobec niej i dzieci, i wróciła do kraju, gdzie wszystko jej się dobrze układa. Przynajmniej tak wygląda to z zewnątrz. A od środka?

– Jestem strasznie nieszczęśliwa – wyznała Olga pod koniec spotkania.

– Dlaczego? – Wysłuchałam jej opowieści i naprawdę nie widziałam powodu.

– Bo dla mnie najważniejsza jest rodzina. Zawsze wiedziałam, że chcę być matką i żoną, chciałam mieć pięcioro dzieci i kochającego męża, a teraz nic z tego. Nie tak miało wyglądać moje życie.

– Ale poczekaj, żałujesz, że odeszłaś od męża? – zapytałam.

– Skądże! On nas terroryzował, nie chciałam tak żyć.

– A więc jesteś zadowolona, że od niego odeszłaś?

– Skądże! To moja klęska życiowa!

A więc to tak! Olga potrafiła dokonać zmian w swoim życiu, ale nie potrafi skorygować scenariusza. Przywiązanie do wersji napisanej w dzieciństwie skazuje ją na poczucie klęski, choć ma na koncie wiele sukcesów. Jakich sukcesów?! Przecież one nie mają znaczenia, bo liczy się tylko mąż i piątka dzieci!

Historia Olgi przypomniała mi opowiadanie „Życie na suficie”, które napisałam wiele lat temu. Bohaterka nie angażuje się we własne życie, bo wcale nie uważa go za swoje. Jej powinno być inne. Obwinia siebie o to, że wypadła ze swojego życia i wylądowała w miejscu, którego tak naprawdę nie widzi, bo cały czas patrzy wstecz: „Gdzieś musiałam popełnić błąd. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem tego pewna. Nie chodzi o drobiazg, ale o błąd brzemienny w skutki. Zmieniający bieg życia. (…) Gdy leżę w łóżku, mam nad sobą popękany sufit. Znam wszystkie rysy, to po nich wędruję od dawna i sprawdzam, w którym momencie powinnam była wybrać co innego”. Moja bohaterka próbuje wrócić do przeszłości i dzięki temu w końcu się od niej uwalnia. A Olga?

– Przestań gapić się w sufit i rozejrzyj się dookoła. To właśnie jest twoje życie. I może być całkiem fajne, jeśli wreszcie uwierzysz, że jest twoje! – mogłabym na nią wrzasnąć, ale nie ma powodu. Wkrótce sama do tego dojdzie.

Á propos dochodzenia. Prowadziłam kiedyś cykl warsztatów „Dojdę tam, dokąd chcę” – o wyznaczaniu i osiąganiu celów, więc dobrze wiem, że warto je sobie stawiać. Wskazują na to choćby badania studentów Massachusetts Institute of Technology przeprowadzone tuż przed ukończeniem przez nich studiów i kilkanaście lat później. Oto ich wyniki:

5 procent studentów zapisuje swoje cele – 80 procent z nich realizuje swoje cele;

15 procent studentów mówi o swoich celach – 50 procent z nich realizuje je;

80 procent nic nie robi w tym zakresie, nie stawia sobie świadomie celów, nie werbalizuje ich – 20 procent z nich jest zadowolonych z tego, co przyniosło im życie.

Te cele nie dotyczyły tylko pieniędzy, ale pieniądze akurat jest łatwo policzyć, co też zrobiono. I okazało się, że te 5 procent osób, które zapisały swoje cele, zarabia więcej niż pozostałe 95 procent łącznie!

Jeśli wiemy, dokąd zmierzamy, łatwiej jest tam dotrzeć. Ekstremalnym przykładem jest Edwin E. Aldrin, astronauta, później kongresmen. W bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych Ameryki znajduje się jego notatnik z czasów studiów, w którym wśród swoich celów na życie zapisał: „wydoić grzechotnika” i „przespacerować się po Księżycu”. Zrealizował obydwa. Od Indian nauczył się bezpiecznego pobierania jadu od żywych grzechotników, a w lipcu 1969 roku wylądował wraz z Neilem Armstrongiem na Księżycu i jako drugi człowiek stanął na jego powierzchni.

Warto pamiętać, że dobrze wyznaczony cel jest w pełni zależny od nas. Jeśli jego realizacja zależy od innych ludzi – włącza się ryzyko, na które nie mamy wpływu, a przynajmniej nasz wpływ jest ograniczony. To, czy napiszę książkę, zależy ode mnie (choć oczywiście i tu mogą wedrzeć się czynniki losowe), ale to, czy inni ją docenią, już nie. Jeśli mylę pragnienia z celami, mogę być wiecznie niezadowolona z siebie, zamiast cieszyć się tym, co zrobiłam.

W czasie warsztatów uczestnicy wypełniają tabelkę, w której na górze napisane jest „mam/nie mam”, a z boku: „chcę mieć/nie chcę mieć”. Czyli wypisują, co mają i chcą mieć, co mają, a nie chcą mieć, czego nie mają, a chcą mieć oraz czego nie mają i nie chcą mieć. A potem sprawdzają, która ćwiartka budzi ich największe emocje. Jedni cieszą się tym, co mają, inni traktują to jak oczywistość i skupiają się głównie na tym, czego nie mają, choć chcą. I czują w związku z tym mobilizację lub żal i poczucie krzywdy. I to jest pocieszające. Czasem wystarczy tylko spojrzeć inaczej, żeby w końcu być zadowoloną/zadowolonym z życia. A to już naprawdę zależy od nas, choć wcale nie musi być łatwe.

Hanna Samson: psycholożka, pisarka, dziennikarka, feministka. Współpracuje z magazynami „Sens” i „Business Class”, „Zwierciadło” i tygodniku „Wysokie Obcasy”. Prowadzi grupy terapeutyczne w Fundacji Centrum Edukacji Liderskiej. Udziela porad psychologicznych kobietom doświadczającym przemocy (Fundacja Feminoteka).

  1. Psychologia

Wu wei - naucz się odpuszczać

Żuraw jest symbolem życia i szczęścia 
(Fot. iStock)
Żuraw jest symbolem życia i szczęścia (Fot. iStock)
Wu wei w dosłownym tłumaczeniu znaczy „bezczynność”, „niedziałanie”. Nie chodzi tu bynajmniej o bierność, próżniactwo czy olewanie wszystkiego. Gdy żuraw leci nad jeziorem, jego sylwetka odbija się w tafli wody, ale ani on, ani jezioro nie mają na to wpływu. Według tao, tak trzeba postrzegać życie. W zmianie spojrzenia pomoże ci sztuka wu wei.

W sztuce wu wei chodzi o pogodzenie się z tym, co nie jest od nas zależne, spokojne przyglądanie się temu, co nam się przydarza. Wu wei to robienie właściwych rzeczy we właściwym czasie. To skupienie się na teraźniejszości, niezamartwianie się o przyszłość i niegrzebanie się w przeszłości. To porzucenie przekonania, że zawsze o coś trzeba walczyć, coś wiedzieć, coś potrafić. Taoizm, z którego wywodzi się nauka wu wei, twierdzi, że zamiast siłować się z przeszkodami, lepiej zaakceptować fakt, że w życiu najczęściej jesteśmy bezradni wobec wydarzeń. Dlatego czasem warto poddać się nurtowi. Z ufnością, że zaniesie nas tam, gdzie powinien.

Sztuka odpuszczania

Theo Fischer, propagator taoizmu i autor książki „Wu wei. Płyń z prądem życia”, twierdzi, że najważniejszą nauką, jaką powinniśmy wynieść z wu wei, jest zaprzestanie walki: z własnymi niedoskonałościami, nieszczęściami, jakie nas spotykają, czy dziejową niesprawiedliwością. Fischer przekonuje, że to jedynie marnowanie siły. Zapewnia, że wszystkie rzeczy, których pragniemy, przyjdą do nas same, kiedy tylko przestaniemy o nie walczyć. I dodaje, że zwykle tę prawdę dostrzegamy w trudnych momentach.

Dlatego nie czekaj na kryzys, wprowadź zasady taoizmu już dziś. Może nie uda ci się od razu, ale próbować warto. Poniżej znajdziesz wskazówki, które pomogą ci płynąć z nurtem, a nie wbrew niemu.

1. Decyzje podejmuj spontanicznie
. Nie analizuj nadmiernie sytuacji, zaufaj swojej intuicji. Im częściej będziesz z niej korzystała, tym bardziej wzrośnie jej siła.

2. Żyj tu i teraz
. Korzystaj ze swojej pamięci, kiedy potrzebujesz wiedzy, jak coś zrobić, ale nie oddawaj się zbyt często wspomnieniom. Pozwalaj myślom przychodzić do ciebie i odchodzić.

3. Bądź cierpliwa
. Na nic nie czekaj, przyjmuj to, co się zdarza, ze spokojem i absolutną akceptacją.

4. Nie walcz ze swoimi wadami
. Postrzegaj je jako część siebie i starannie obserwuj. Pomogą ci zebrać wiedzę osobie samej. Wtedy nie będziesz już musiała słuchać rad innych ludzi dotyczących twojego życia. Będziesz za to kierować się swoim wewnętrznym autorytetem, nie będąc tego nawet świadomą.

5. Przestań się zamartwiać
. Przeszłość minęła i nie ma sensu poświęcać jej więcej czasu. Jedyne przesłanie, jakie powinnaś z niej wynieść, brzmi: jeśli do tej pory radziłaś sobie z trudami życia, to znaczy, że dasz radę i teraz. A wszelkie błędy sprawiają, że jesteś tylko silniejsza.

6. Nie przywiązuj wagi do rzeczy, które nie są od ciebie zależne
. Odpuść sobie kontrolę. Ciesz się z piękna i dobra, które cię spotyka, ale też się zbytnio do nich nie przywiązuj.

7. Bądź pracowita, ale nie rzucaj się w wir pracy
. Nie wykorzystuj jej jako drogi ucieczki, jak i nie popadaj w przesadę z innymi aktywnościami, by zrekompensować sobie własne słabości. Pracuj dla przyjemności pracy, nie dla rezultatów.

8. Bądź twórcza i otwarta na świat
. Wypowiadaj głośno swoje zdanie, ale dopuszczaj również inny punkt widzenia. Nie bądź uparta, ale jasno wyrażaj swoje poglądy, bez uciekania się do agresji.

9. Nie bądź uzależniona od przyjemności, ale pełna radości
. Kiedy spotyka cię coś miłego, rozkoszuj się tym, ale potem idź dalej, aż spotka cię inna miła rzecz, choć nie będziesz jej wcale wypatrywała. Nie chowaj się za przyzwyczajeniami, które dają przyjemność, ale oddalają od prozy życia.

10. Nie przejmuj się zbytnio swoimi uczuciami
. Przeżywaj je, akceptuj. Niech radość będzie radością, a smutek smutkiem. Nigdy nie wstydź się ich i nie wypieraj.

11. Odpuść sobie dążenie do władzy, zwycięstwa czy bogactwa
.Wtedy przestaniesz być ich niewolnikiem, a jeśli przyjdą, przyjmiesz je ze spokojem.

12. W związku staraj się zachować wewnętrzną wolność
. Kochaj bez chęci posiadania. Respektuj potrzeby swojego partnera oraz własne.

  1. Psychologia

Cała prawda o lęku

Problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. (Fot. iStock)
Problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sprawdzony sposób na oswojenie strachu? Dotrzeć do sedna sprawy. Gdy zaakceptujesz siebie i swój lęk, odzyskasz spokój.

Czego boisz się najbardziej? Utraty pracy? Choroby? Rozstania? Lotu samolotem? A może wystąpień publicznych, odmawiania, okazywania gniewu? To zabawne, ale często boimy się sprzecznych rzeczy: porażek i sukcesów, samotności i bliskości, życia i śmierci...

Lęk może też przybierać różne formy: od paniki do wewnętrznego niepokoju. Możesz czuć dyskomfort z nim związany i wcale nie nazywać go lękiem. Czasem ubierasz go w garnitur stresu – to trochę lepiej brzmi i przesuwa uwagę na okoliczności zewnętrzne. Może łatwo się irytujesz i wybuchasz gniewem, a pod spodem czai się obawa („skoro tak się zachował, na pewno mnie już nie kocha”). A może martwisz się („czy na pewno w czasie urlopu będzie ładna pogoda?”), wyrzucasz coś sobie („może jednak należało nie kupować tego żółtego swetra”), wciąż sprawdzasz („czy na pewno zapakowałam wszystko do walizki?”). Tak, to też lęk.

Rozpatruje się go różnie: jako zaburzenie nerwicowe (czy wręcz chorobę), jako problem natury psychologicznej... Susan Jeffers, amerykańska nauczycielka, która prowadziła seminaria na temat strachu i autorka książki „Nie bój się bać”, proponowała jeszcze inne podejście. Jej zdaniem nieumiejętność radzenia sobie z lękiem rzadko ma podłoże psychologiczne. Otóż dla Jeffers to temat podpadający pod... edukację. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że w większości przypadków lęk nie wymaga terapii. Tylko poznania jego istoty, zmiany sposobu myślenia.

Lęk ma trzy poziomy

Chociaż Susan Jeffers zrobiła doktorat z psychologii, wciąż się bała. Lęk towarzyszył jej nieustannie, wszędzie zabierała go ze sobą. Aż któregoś dnia, w samym środku kryzysu, krzyknęła do lustra: „dość!”. Właściwie to zaczęła wrzeszczeć do utraty tchu. Aż zobaczyła w lustrze rozpogodzoną, uśmiechniętą twarz, skinęła głową na znak zgody. Decyzja zapadła, nie było odwrotu. Wiedziała, że nigdy już nie wróci do poprzedniego życia, że znajdzie sposób. Książki, warsztaty, rozmowy z ludźmi... Wreszcie – jak mówiła – oduczyła się starego sposobu myślenia, wyszła z więzienia. Zaczęła postrzegać świat jako bardziej przyjazny. Potem uczyła tego, co było jej odkryciem. Twierdziła, że tę wiedzę mogą opanować wszyscy

Susan Jeffers zwracała uwagę na to, że każdy lęk ma trzy poziomy.

Pierwszy - konkretna sytuacja - boisz się tego, co może się zdarzyć (dolegliwość, klęska żywiołowa, zmiana), albo podjęcia jakiejś aktywności (rozmowa z szefem, przeprowadzka, odejście z pracy).

Drugi  - twoje "ja" - jeśli boisz się spotkań towarzyskich, prawdopodobnie twój lęk obejmować też będzie wchodzenie w bliskie relacje czy zabieranie głosu podczas zebrań zawodowych. Wszystko sprowadzać się może do strachu przed dezaprobatą, odrzuceniem. Na drugim poziomie chodzi więc o stan umysłu, który towarzyszy ci w różnych sytuacjach – czy to na polu zawodowym, czy osobistym.

Trzeci - lęk lęków. - sedno sprwy. Naprawdę potężny, paraliżujący. Jeffers zapewniała, że wszystkie lęki można sprowadzić do tego jednego. Wszystkie wypływają z niepewności, niepokoju, że nie dasz sobie rady z tym, co przyniesie ci życie – z konkretnymi sytuacjami, ze stanami, jakie mogą tobą zawładnąć...

Wczuj się w to, czego się boisz. Czy w tle nie pobrzmiewa uparcie „nie dam rady”?

Jeffers zadaje pytanie: „Gdybyś wiedziała, że poradzisz sobie ze wszystkim, co ci się przytrafi, czego miałabyś się bać?”. I sama udziela odpowiedzi: „Niczego!”. W praktyce oznacza to, że nie musisz kontrolować niczego w świecie zewnętrznym. Robisz to, bo nie masz do siebie zaufania. Jeśli w każdej z takich sytuacji przypomnisz sobie, że potrafisz poradzić sobie ze wszystkim, co ci się przydarzy, lęk uciszy się, zmięknie. Straci rację bytu.

Poznaj lęk

Żeby oswoić lęk, warto poznać kilka prawd na jego temat. Według Susan Jeffers jest ich pięć.

Pierwsza – która może wystraszyć albo uspokoić – mówi: „Dopóki się rozwijam, lęk zawsze będzie mi towarzyszył”. Na tym to polega. Jeśli chcemy iść do przodu, zmieniać się, opanowywać nowe umiejętności, podejmować kolejne działania, jakaś część nas będzie kurczyć się w poczuciu zagrożenia, umysł będzie bić na alarm. Taka jego rola – chce nas chronić.

Druga prawda jest naturalną konsekwencją pierwszej. „Jest tylko jeden sposób pozbycia się lęku przed zrobieniem czegoś – ruszyć się i to zrobić”. Zwykle okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Zaczynasz działać i zapominasz, czego właściwie tak się bałaś...

Trzecia prawda na temat lęku ma związek z samooceną. Często oceniamy, że – żeby porwać się na jakieś przedsięwzięcie – musimy najpierw polubić siebie, poczuć się pewniej, pozwolić sobie sięgać po więcej. To kolejna gra z kategorii kiedy–wtedy. I w tym wypadku Jeffers proponuje odwrócenie kolejności: „Tylko wtedy polubię siebie, kiedy ruszę się... i to zrobię”. Podjęcie aktywności pomaga nam poczuć się lepiej. Następuje przypływ energii, zyskujemy wiarę w siebie.

Czwarta prawda brzmi: „Nie tylko ja odczuwam lęk, kiedy wkraczam na nowy teren. Każdy go odczuwa”. Można być mistrzem Formuły 1 i drżeć przed pierwszą randką z fascynującą kobietą. Albo występować na scenie przed wielotysięcznym tłumem, a potem czuć niepokój za kierownicą nowego auta. Ludzie po prostu „tak mają”. I idą do przodu.

I wreszcie prawda piąta: „Przedzieranie się przez barierę lęku jest w sumie mniej przerażające niż życie w ciągłym strachu płynącym z poczucia bezradności”. Czyż to nie ironia? Wszystko wskazuje na to, że kto nie podejmuje ryzyka, żyje w większym lęku niż ten, kto działa, nie zważając na własne opory...

Działaj pomimo strachu

Ktoś powiedział, że prawdziwym problemem nie jest sam problem, tylko to, co z nim robimy. Jeśli wierzyć Susan Jeffers, problemem nie jest sam lęk, ale nasz stosunek do niego. Amerykanka zalecała powtarzanie powyższych pięciu prawd przez miesiąc, 10 razy dziennie. Inne zalecenia to na przykład:
  • Używaj słów, które dają ci poczucie siły („mogę”, „mam szansę” zamiast „muszę”, „mam problem”).
  • Jeśli od dłuższego czasu stoisz w miejscu, odpowiedz sobie uczciwie, jakie czerpiesz z tego korzyści.
  • Pamiętaj, że ponad 90 proc. naszych obaw nigdy się nie spełnia. I że każda decyzja, przed którą stawia cię życie, to szansa dowiedzenia się o nim czegoś nowego. Podobnie jest z błędami.

To, co mówiła o strachu Susan Jeffers, sprowadza się, w dużym skrócie, do stwierdzenia: „Tak, boję się. I co z tego?”. Zresztą oryginalny tytuł jej książki brzmi „Feel The Fear And Do It Anyway” (czuj lęk, a mimo to zrób to). Pamiętasz „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”? Jednym z bohaterów historii jest Tchórzliwy Lew, który decyduje się wyruszyć wraz z Dorotką do wielkiego Oza, żeby poprosić go o odwagę. A po drodze kilkakrotnie przeskakuje przez przepaść, przenosząc na grzbiecie wszystkich uczestników wyprawy, przegania dwunastu uzbrojonych Winków i przeciwstawia się Złej Czarownicy. Od wielkiego czarnoksiężnika, który okazuje się drobnym oszustem, dostaje coś, co nazwalibyśmy placebo. I złotą myśl: „Potrzebujesz tylko wiary w siebie. Nie istnieje na świecie stworzenie, które nie czułoby strachu w obliczu niebezpieczeństwa. Prawdziwa odwaga polega na zmierzeniu się z doświadczeniem, a tej ci nie brakuje”.

Oswój i zaakceptuj

Większość szkół psychologicznych i duchowych pozostaje zgodna: istnieją tylko dwie podstawowe emocje – lęk i miłość. To one są najsilniejszym motorem napędowym naszych doświadczeń. Wszystkie myśli, słowa, działania zakorzenione są w jednym z tych uczuć. Możemy wybierać. A najważniejsze: miłość uzdrawia lęk. Pokochać to, co nas przeraża? Fakt, trudno. Na szczęście jest jeszcze forma pośrednia: akceptacja. Nie bez powodu znacznie częściej mówi się o oswajaniu lęku niż o walczeniu z nim. Walka nic tu nie da – wyczerpie ciebie, wzmocni „przeciwnika”. Tak naprawdę lęk to forma energii. Odpowiednio wykorzystana może stać się dopingiem do wytężonej pracy, pomóc w koncentracji. Aktorzy, piosenkarze, mówcy doceniają rolę, jaką odgrywa w ich życiu trema. Wyostrza zmysły, pozwala wykrzesać z siebie więcej...

Ale są też przecież osoby, które z powodu lęku nie wychodzą z domu. Być może dla nich cenniejszą lekturą będzie „Pokonać lęki i fobie” Judith Bemis i Amra Barrady. Oboje autorzy cierpieli na agorafobię (lęk przestrzeni) i oboje wyszli z tego. Przyznają, że osoba cierpiąca na fobię żyje często w przeświadczeniu, że najgorsze, co może ją spotkać, to atak paniki. Zaczyna się więc bać własnego lęku – wszystko się nawarstwia... Autorzy mówią: nie musisz nad tym panować, pozwól tej energii znaleźć ujście. Wykonasz w ten sposób wielki krok w stronę akceptacji. Przede wszystkim samej siebie – takiej, jaką w tym momencie jesteś. To najlepsze, co możesz dla siebie zrobić.

Opracowany przez autorów program autoterapii oparty jest właśnie na akceptacji siebie. Jego kluczowym elementem jest dialog wewnętrzny. Oczywiście, wszyscy go prowadzimy. Ale czasem (zwłaszcza jeśli rodzice nie wspierali naszego poczucia wartości, a raczej dawali nam do zrozumienia, że sami sobie nie poradzimy) ten dialog przypomina wielkie pasmo samokrytyki i samooskarżeń. „To śmieszne!”, „Znów te beznadziejne myśli!”, „Reaguję jak idiotka” – strofujemy siebie. Dążymy do perfekcji, próbujemy kontrolować otoczenie, przewidywać różne dramatyczne warianty zdarzeń („co będzie, jeśli…?”), po czym, z nie mniejszym zaangażowaniem, odganiamy czarne myśli. I w tym wszystkim staramy się być zrelaksowani! Bemis i Barrada radzą: Nie walcz z lękiem. Nie unikaj sytuacji, które mogłyby go wywołać. Kiedy jesteś niespokojna, skoncentruj się na danej chwili, zwolnij ruchy, zwolnij myśli. Nie siłuj się z tymi, które domagają się odpowiedzi na pytanie „co będzie, jeśli…?”.

Rozmawiaj ze sobą

Wreszcie – ćwicz przeprowadzanie właściwych rozmów wewnętrznych. Masz do wyboru dwa podstawowe warianty – A i B. Wariant A to próba wywarcia na sobie presji, wymuszenia określonego zachowania („muszę zachować spokój”, „nie wolno mi wyjść”). Nie ma w nim miejsca na niedoskonałości czy porażkę. Jest za to obrażanie samej siebie, zawstydzanie. Wariant B pozwala wzmocnić nasze poczucie wartości, wykształca wyrozumiałość wobec siebie i własnych słabości, dopuszcza niedoskonałość. Nie ocenia, nie nakazuje. Weźmy przykład:

A: Musi się ze mną dziać coś strasznego. Nie zachowuję się normalnie. B: Nic mi nie dolega poza tym, że czuję się niespokojna. A: To straszne! Mam wrażenie, że nic nie jest takie, jakie być powinno. Nie zniosę tego ani chwili dłużej! B: Czasami za bardzo się staram. Postaram się po prostu dopuszczać do siebie lęk, pamiętając, że „to również minie”.

Choć może to zabrzmieć paradoksalnie, najlepszym sposobem na zapanowanie nad atakami paniki jest odpuszczenie sobie kontroli nad nimi – twierdzą autorzy „Pokonać lęki i fobie”. To samo dotyczy panowania nad niepokojem, natrętnymi myślami. Powtarzanie sobie, że musimy się odprężyć, wyrównać oddech – pogłębia frustrację. Chociaż Bemis i Barrada, pisząc o fobiach, sugerują też skorzystanie z pomocy terapeuty, podobnie jak Jeffers przywiązują ogromną wagę do zmiany myślenia. Zalecają nieustannie zastępować wariant A (obawa) wariantem B (przyzwolenie).

  1. Psychologia

Odpowiedzialność za siebie i swoje czyny - jak ją budować?

Odpowiedzialność za siebie to nie tylko podejmowanie decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. To również odwaga, aby wprowadzić zmiany w życiu i pokonać niemoc.  Uczymy się tego od dziecka. W dorosłym życiu pomóc nam może 7 nawyków skutecznego działania. (fot. iStock)
Odpowiedzialność za siebie to nie tylko podejmowanie decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. To również odwaga, aby wprowadzić zmiany w życiu i pokonać niemoc. Uczymy się tego od dziecka. W dorosłym życiu pomóc nam może 7 nawyków skutecznego działania. (fot. iStock)
Problem ludzi, którzy uważają, że nie mają na nic wpływu, polega na tym, że koncentrują się na niemocy zamiast na mocy – mówi Magdalena Niemczuk-Kobosko, założycielka firmy szkolącej nauczycieli, jak uczyć dzieci odpowiedzialności. Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie: Co to znaczy być odpowiedzialnym?

Dlaczego tak ochoczo powtarzamy, że się nie da?
Może dlatego, że jesteśmy z natury leniwi i nie chce nam się podejmować wyzwań? Bo powiedzenie: „Ja sam jeden nic nie zmienię”, to wygodna tarcza. A z drugiej strony – nie ma w naszej kulturze tradycji brania odpowiedzialności za swoje życie. Wzorem są raczej ułańskie szarże, zrywy, a nie praca u podstaw.

W innych tradycjach jest lepiej?
Na przykład w kulturze amerykańskiej istnieje etos silnej jednostki, jej walki pod prąd, wbrew wszystkiemu. Archetypowo zakorzenione w tej kulturze westerny, którymi nasiąka się od najmłodszych lat, pokazują, jak wiele może zdziałać jednostka. U nas takich wzorców jest dużo mniej. Pamiętam, jak wstrząsnęła mną książka „Zabić drozda”. Opowiada o adwokacie Atticusie Finchu, który w latach 30. XX wieku na głębokim Południu broni czarnego chłopaka niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Uważam, że bohaterowie zmieniający rzeczywistość, którym się wierzy, mogą kształtować postawy młodych ludzi.

Kształtują je przede wszystkim rodzice.
Dla mnie wszystko zaczyna się od wychowania, od tego, czy daje się dzieciom poczucie mocy i odpowiedzialności. Pracując w edukacji, wielokrotnie byłam świadkiem, jak rodzice deklarowali, że chcą, aby dziecko było odpowiedzialne, a robili za nie prace domowe. I nie widzieli w tym żadnej sprzeczności!

Co zrobić, aby dzieci w przyszłości brały odpowiedzialność za swoje czyny? O czym rodzice powinni pamiętać?
O tym, żeby uczyć dzieci ponoszenia konsekwencji swoich czynów. Wszystko tak naprawdę zaczyna się od nauki odpowiedzialności, która czasem, owszem, bywa trudna, ale powoduje też, że mamy poczucie mocy, że trzymamy stery życia w swoich rękach. Bo jeśli nie będziemy mieli pomysłu na własne życie, to ktoś będzie miał go za nas. Trzeba zachęcać dzieci do podejmowania wyzwań, czyli tak naprawdę uczyć je odwagi.

Dlaczego to takie ważne?
Bo wszyscy boimy się nowych zadań, podejmowania decyzji, ryzyka. Perspektywa zmiany – także choroby, rozstania, utraty pracy – wytrąca nas z poczucia komfortu. Gdzieś sobie wygodnie siedzimy i myślimy, że tak będzie zawsze. A co ciekawe, dopiero wyjście poza strefę komfortu sprawia, że zaczynamy coś osiągać. Dopiero wtedy, gdy boli, rozwijamy się jako ludzie.

Propaguje pani metodę siedmiu nawyków skutecznego działania Coveya. Na czym ona polega?
Jestem fanką konceptu 7 nawyków skutecznego działania, który zresztą wcale nie jest pomysłem Coveya, tylko dużo wcześniejszym, czyli kręgu wpływu i kręgu troski. To znaczy, że nasze życie funkcjonuje w dwóch kręgach. Można je narysować w formie dwóch kół. Zewnętrzne koło, większe, to jest to wszystko, czym się martwimy, co nas frustruje, a z czym nic nie możemy zrobić, na przykład terroryzm, agresja, smog. Jak więc na to reagujemy? Narzekamy. A im bardziej narzekamy, tym bardziej karmimy się niemocą. I na tym polega problem wielu ludzi, którzy uważają, że nie mają wpływu – że koncentrują się na kręgu niemocy, że są cały czas w tym świecie.

Czym jest krąg wpływu?
Znajduje się w środku koła troski, jest mniejszy i pokazuje obszar, w którym mamy wpływ. Taki przykład: martwię się, że smog nas zatruwa. Co mogę zrobić? Nie palić w kominku. Ktoś powie: „Naiwność, dlatego że smogu w ten sposób się nie zlikwiduje”. Od razu na pewno nie. Ale może to zainspiruje sąsiada, potem moją ulicę i całe miasteczko? Wtedy mój mały krąg wpływu będzie się poszerzał, a nawet można zbudować w nim ruch społeczny. Z doświadczenia wiem, że jeśli się już pewne rzeczy zobaczy, to się nie da odzobaczyć.

Ktoś usprawiedliwia swoją bierność: „Bo sam świata nie zbawię”. Co pani by mu powiedziała?
Opowiedziałabym mu bajkę o chłopcu, który zbierał meduzy i wrzucał do morza. Zaczepił go starszy mężczyzna: „To, co robisz, jest pozbawione sensu, wszystkich meduz nie uratujesz”. Chłopiec odpowiedział: „Ale dla tej, którą trzymam w ręku, jest sens, bo właśnie ją uratowałem”. Moim zdaniem zmieniamy świat, ratując choć jedną meduzę.

Istnieją jakieś narzędzia, które pomagają się tego nauczyć?
Podstawowym narzędziem jest uświadomienie sobie, że rośnie to, na czym się koncentrujemy. Jak będziemy w sobie hodować krąg troski, to on będzie rósł.

To nie jest myślenie magiczne?
Nie. Jak się o czymś myśli, to przychodzą rozwiązania. Mówi o tym stara indiańska bajka. Otóż dziadek opowiada wnuczkowi, że w każdym z nas toczą walkę dwa wilki: dobry i zły. Wnuczek pyta: „Ale powiedz, dziadku, który wilk wygra”. Na co on odpowiada: „Ten, którego karmisz”. Według Coveya jest podobnie – pomiędzy tym, co nas spotyka, a naszą reakcją jest przestrzeń wyboru. I w tej przestrzeni mieści się nasza wolność, w której decydujemy, którego wilka karmimy, jak chcemy zareagować. Ja odmawiam karmienia złego wilka, chowania urazy.

Piękne w teorii, trudne w praktyce.
To prawda. Ale to taka mentalna siłownia, rodzaj ćwiczenia, które wykonujemy, żeby nauczyć się reagować tak, jak chcemy. Dobrze poeksperymentować na sobie – co mogę zrobić, żeby mieć wpływ na rzeczywistość. Na przykład zaobserwować, jak reaguje na mnie kelner, gdy zamawiam kawę, nie podnosząc wzroku znad komórki, a jak wtedy, gdy patrzę mu w oczy i się do niego uśmiecham.

Od czego dorosły może zacząć budowanie poczucia wpływu?
Od zmiany postrzegania rzeczywistości, problemów, siebie samego. Taka zmiana nie jest łatwa, bo działamy nawykowo. Ale dobrze wiedzieć, że nasze postępowanie warunkuje schemat: jeśli postrzegam siebie jako osobę, która nie ma na nic wpływu, to nie robię nic, co by tę rzeczywistość zmieniło, no bo przecież nie mam na to wpływu. Co więc otrzymuję? Brak wpływu.

I odwrotnie.
Oczywiście. Postrzegam siebie jako osobę, od której coś zależy, więc robię coś małego, a to przynosi konkretny efekt. Z kolei ten efekt wywołuje następny. I tak powstaje wielka zmiana. Jak w anegdocie opisanej jako efekt motyla – trzepot skrzydeł motyla w jednej części świata może po kilku dniach  spowodować burzę piaskową w innej. Nawet motyl ma wpływ na świat. Dlaczego nie mogę mieć go ja?

Magdalena Niemczuk-Kobosko, nauczycielka z ponad 20-letnim stażem, tutorka, tłumaczka, założycielka firmy szkoleniowej FC EDU. Mama dwóch dorosłych córek.