1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Porażki - jak je zaakceptować i wyciągnąć z nich lekcje?

Porażki - jak je zaakceptować i wyciągnąć z nich lekcje?

Te kluczowe porażki to doświadczenia egzystencjalne, które mogą nas budować jako ludzi. Nie nadludzi, ale dojrzałe osoby, których samopoczucie nie zależy od liczby odznaczeń i medali. fot. iStock
Te kluczowe porażki to doświadczenia egzystencjalne, które mogą nas budować jako ludzi. Nie nadludzi, ale dojrzałe osoby, których samopoczucie nie zależy od liczby odznaczeń i medali. fot. iStock
Błędy, porażki to część naszego życia. Jeśli za mocno je przeżywamy lub przeciwnie: bagatelizujemy, wyrządzamy sobie krzywdę. Jak wyciągać lekcje z własnych niepowodzeń radzi dr Paweł Fortuna.

Porażka – trudny temat. Pan poświęcił jej całą książkę… Pracuję dużo z ludźmi biznesu, zauważyłem, że ich podstawowym problemem jest zamiatanie niepowodzeń pod dywan. Porażka jest sierotą, także poza biznesem. Narzekamy na trudności, rzucane kłody, ale nie mówimy o naszych błędach. Porażka jest tematem wypieranym społecznie – gdy drużyna Polski przegrywa mecz, to śpiewamy: „nic się nie stało”. Dlaczego? Ponieważ żyjemy w społeczeństwie osiągnięć i za wzór stawiamy sobie człowieka sukcesu – nadczłowieka. On ma w CV pełno osiągnięć i to w wielu sferach: zawodowej, rodzinnej, sporcie, nawet wczasy spędza w tak niezwykłym miejscu, że może się tym pochwalić. Jest szybki, wielozadaniowy, uśmiechnięty, zadowolony z życia i skuteczny. Uzyskanie tylu sukcesów nie jest możliwe bez manipulacji. Więc taki nadczłowiek wypiera porażki, przypisuje sobie sukcesy innych.

Radzi pan, by w CV pisać o swoich błędach? Nie, bo w rankingu potencjalnych pracowników liczy się jednak ten, kto ma lepsze atuty. Ale gdybym przyjmował pracowników do firmy, na rozmowie kwalifikacyjnej prosiłbym, by opisali swoją największą porażkę i wyjaśnili, dlaczego była tak ważna. Headhunterzy wiedzą, że odpowiedź wiele powie o kandydacie, między innymi to, czy umie wyciągać lekcje ze swoich błędów. To, co uznajemy za porażkę i sukces, to efekt naszego subiektywnego postrzegania sytuacji, konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością. Najmniej zadowoloną osobą z trzech stojących na podium nie jest ten na trzecim miejscu, ale zawodnik na drugim. Bo żałuje, że nie był pierwszy. Za to trzeci cieszy się, że w ogóle jest w gronie medalistów.

Dla niektórych ludzi sukcesem jest ukończenie biegu albo nawet start w nim. Genialny przykład – brytyjski sportowiec na olimpiadzie w Barcelonie był faworytem w biegu na 400 metrów przez płotki. Na 200. metrze pękło mu ścięgno. Potężny ból, zaczął kuśtykać. Wtedy przez gąszcz ochroniarzy przedarł się jego ojciec. Podbiegł do niego, podprowadził go pod metę i biegacz przekuśtykał przez nią. Cały stadion bił brawo Brytyjczykowi, a nie zwycięzcy.

Każdy musi w obiektywny sposób przyłożyć miarkę do siebie i nie patrzeć na wynik, ale na proces. Ludzie, którzy są skoncentrowani na wyniku, bardzo boleśnie reagują na porażki. Zaś dla tych, którzy są skupieni na procesie, wygrana jest wartością dodaną, a nie celem. Mało tego, takie osoby porażka motywuje do dalszej pracy. Bo jeśli im się nie udało teraz, to znaczy, że nie odkryli właściwego klucza do zamka. Dlatego oczekują informacji zwrotnej. Natomiast osoby skoncentrowane na wyniku często taką informację traktują jak krytykę, wypierają.

Być może dlatego, że to burzy ich idealny obraz siebie. Ale porażki trzeba akceptować, one są częścią naszego życia. Jeśli przyjrzymy się mu z szerszej perspektywy – możemy zauważyć pożytki, jakie przyniosły nam pewne niepowodzenia. Kiedyś były traumą, a teraz dziękujemy Bogu, że nam się przydarzyły. Bo gdyby nie ten kubeł zimnej wody, to dalej brnęlibyśmy w coś złego. Te kluczowe porażki to doświadczenia egzystencjalne, które mogą nas budować jako ludzi. Nie nadludzi, ale dojrzałe osoby, których samopoczucie nie zależy od liczby odznaczeń i medali. Ludzi, którzy potrafią pokonać swoją słabość, odkryją pokorę, wdzięczność czy pozytywne znaczenie negatywnych emocji. Fantastycznym przykładem jest tu Grek Zorba, bohater książki Nikosa Kazantzakisa.

Zorba uczył mądrości życiowej pewnego Brytyjczyka, który na Krecie budował swój biznes. Gdy interes padł, Zorba powiedział słynne zdanie: „jaka piękna katastrofa!”. Nie chodzi o to, żeby cieszyć się z porażki. Porażka powinna boleć. To system wczesnego ostrzegania. Tak jak zepsuty ząb – jeśli nie będzie bolał, stracimy szybko całe uzębienie. Ból niepowodzenia powinien nas motywować do zmian, wyjścia ze strefy komfortu.

Jak – cytując pana książkę – zrobić z cytryn lemoniadę? Istotne jest przepracowanie porażki. Życie daje nam wiele nauczek, ale rzadko wyciągamy z nich naukę. Żeby to zmienić, trzeba najpierw przyjrzeć się faktom. Jako zaangażowani emocjonalnie, przepuszczamy je przez mechanizmy obronne i nie odróżniamy faktów od ich interpretacji. Od tego jest coaching, są przyjaciele i partnerzy życiowi. Oni przeniosą nas przez to Morze Martwe, pozwolą zastanowić się nad sytuacją, zaprezentują ich punkt widzenia. Ich dystans jest potrzebny.

Ważna jest też realistyczna samoocena oraz to, by porażkę oddzielać od siebie samych – to nie ja jestem klęską, tylko dotknął mnie kryzys, którym trzeba zarządzić. Analizując przyczyny, trzeba starać się równomiernie patrzeć na swoje błędy i czynniki zewnętrze. Osoby, które ciągle upatrują winy w sobie, tkwią w przeświadczeniu, że są nieudacznikami. Z kolei ludzie, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia i winią raczej innych – stosują mechanizmy obronne, nie mogą się rozwijać.

Wyciągając wnioski z porażki, trzeba wyprowadzić jakąś regułę, którą będziemy mogli wykorzystać w przyszłości, np. szef mnie zwolnił po tym, jak napisałem mu obraźliwego e-maila, postanawiam więc, że nie będę pisał e-maili, gdy jestem zdenerwowany. Od nas zależy, czy będziemy mieli dość dobrej woli, by to zrobić.

Nie powinniśmy więc pocieszać się, że „nic się nie stało”. Absolutnie nie. Wyobraźmy sobie sytuację, że zawalam kolejny projekt, przychodzę do firmy, a cały management mi śpiewa „nic się nie stało”. Albo, że ojciec znowu nie znalazł czasu, by pobawić się z dziećmi, a gdy przychodzi do domu, one mu skandują: „nic się nie stało”. Jaką taka osoba ma motywację, by zmienić swoje działanie? Żadnej. Niby solidaryzujemy się z nią, ale tak naprawdę obniżamy pułap naszych oczekiwań.

Kiedy człowiek powinien zrozumieć, że jego tolerancja dla własnych błędów jest zbyt duża? Pytam o granice rozsądku. Taką wskazówką powinno być powtarzanie tych samych błędów. To sygnał, że praca domowa nie została odrobiona. Ludzie uzależnieni od mechanizmów obronnych zawsze sobie wytłumaczą, że to nie był błąd. Ale kiedyś w końcu zderzą się ze ścianą, na przykład nagle odejdzie małżonek. Może to być dla nich punkt zwrotny. Oby był. To tak, jakbyśmy sami napisali do siebie list. Albo dostali go od losu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Staffing w pracy - co to jest? Kiedy mamy do czynienia z tym rodzajem mobbingu?

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może też stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. (Fot. iStock)
Wszyscy zapewne wiedzą, czym jest mobbing w pracy. Choć mam nadzieję, że nie poznali go na własnej skórze – zastrzega psycholożka Hanna Samson. Jej doświadczenie wskazuje jednak, że i pracownicy mogą nękać szefa czy szefową. Wtedy mamy do czynienia ze staffingiem.

Pamiętam z dzieciństwa dowcip o Jasiu, który bardzo nie chciał iść do szkoły. Skarżył się mamie, że nikt go tam nie lubi i wszyscy mu dokuczają, ale mama była nieugięta i kazała mu iść, na koniec pytając: – No pomyśl, Jasiu, jak wyglądałaby szkoła bez dyrektora?

A więc to tak? Szefowie też mogą się czuć nieakceptowani w swoim miejscu pracy? Mogą. I niekoniecznie dlatego, że nie nadają się na to stanowisko. Czasem splot okoliczności sprawia, że szczególnie na początku pracy zderzają się z niechęcią zespołu.

Jak do ściany

Elwira ma 47 lat, za sobą drogę pełną sukcesów, wszyscy mogliśmy ją podziwiać na ekranie, ale teraz wygląda, jakby była ciężko chora. – Nie jem, nie śpię, chyba powinnam rzucić tę pracę, ale się boję, bo w telewizji są na mnie obrażeni, że odeszłam, więc pewnie nie pozwolą mi wrócić. I co ja zrobię? – płacze.

A jeszcze dwa miesiące temu było zachwycona nowym wyzwaniem. Zaproponowano jest stanowisko redaktorki naczelnej w magazynie dla kobiet, który zawsze bardzo lubiła. Nie myślała o zmianie pracy, ale takich propozycji się nie odrzuca. Elwira jest ambitna, umie współpracować z ludźmi, przed telewizją pracowała w gazetach, merytorycznie czuła się przygotowana. Umówiono ją na spotkanie z prezesem wydawnictwa, byli sobą nawzajem zachwyceni, wszystko układało się świetnie.

– Prezes przedstawił mnie zespołowi, wygłosiłam entuzjastyczną przemowę, na którą zespół w żaden sposób nie zareagował, trochę to było dziwne, ale jeszcze nic nie przeczuwałam – opowiada. – Prezes wyszedł, zostałam z nimi sama, kilkanaście osób, kobiety i trzech mężczyzn. Chciałam z nimi nawiązać kontakt, pytałam, kto jest kim, co lubią w swojej pracy, a co chcą zmienić – odpowiadali półsłówkami, nikt nie odzywał się spontanicznie. Czułam ich niechęć, chciałam rozładować atmosferę, więc zapytałam, czy zawsze są tak wygadani, ale nadal nic. Zwróciłam się więc bezpośrednio do mojej zastępczyni, która została po poprzedniej naczelnej. W końcu zapytałam, czy zebrania zawsze tak wyglądają. Usłyszałam, że zebrania z Kasią były fantastyczne. A teraz nie ma Kasi... Kiedy zareagowałam, że przecież są oni i nie zamierzam sprowadzać swoich ludzi, chcę robić ten magazyn z nimi, czułam się, jakbym mówiła do ściany.

Persona non grata

Elwira musiała zrobić swój pierwszy numer, a czasu było mniej niż zwykle. Zaczęła współpracować z poszczególnymi osobami, każdy z nich wiedział, co ma robić, byli w tym dobrzy. Jednak kiedy coś proponowała, nikt nie wyrażał swojej opinii. Na kolejnym spotkaniu była bliska rozpaczy. – Znów zwróciłam się do mojej zastępczyni – opowiada dalej Elwira. – I usłyszałam, że skoro uważam, że to dobry pomysł, to OK. Bo przecież jestem naczelną... Czuję się odrzucona, wykluczona, wyobcowana. Mam iść do prezesa i powiedzieć, że zespół nie współpracuje? To znaczy, że nie umiem kierować ludźmi, on we mnie wierzy, nie chcę zawieść jego zaufania.

Pytam, jak długo już tam jest i okazuje się, że dwa miesiące.  I właściwie nic się nie zmienia. No poza tym, że sama Elwira czuje się coraz gorzej. Przed wyjściem do pracy wymiotuje, a wieczorem nie może zasnąć.

– Z nikim nie masz kontaktu? – upewniam się. – Z dziewczynami z fotoedycji udaje mi się normalnie pogadać, czasem się nawet śmiejemy. Ale na zebraniach one też milczą, pewnie wszyscy się namówili, że nie będą ze mną rozmawiać. – Dlaczego? Jak rozumiesz tę sytuację? – Wiem, że wszyscy bardzo lubili Kasię, poprzednią naczelną, razem z nią tworzyli tę gazetę od początku. Zwolnili ją, bo wyniki sprzedaży były coraz gorsze, i zatrudnili mnie. – Panią z telewizji, która spadła na nich jak z kosmosu i myśli, że zna się na gazecie, którą oni stworzyli – mówię, bo chcę, żeby to wyszło ode mnie. – No właśnie. Oni nie wierzą w moje kompetencje. Ten pierwszy numer wyszedł całkiem nieźle, ale to ich nie przekonało. Chyba najgorsza jest moja zastępczyni. Czuję, że patrzy na mnie z góry i czeka, aż mi się powinie noga. Nigdy nie mówi swojego zdania, tylko pozornie akceptuje moje. – Może warto z nią porozmawiać o waszej relacji? – Próbowałam, ale ona się wyślizguje – mówi Elwira. – Chciałam ją zaprosić na kolację, ale stwierdziła, że po pracy lubi wracać do domu. Powiedziałam, że jest mi trudno pracować w takiej atmosferze, a ona na to, że przecież sama chciałam być naczelną, a to niełatwy kawałek chleba. Zapytałam, czy chciała być naczelną po odejściu Kasi, odpowiedziała, że woli być druga, ale po osobie, którą ceni. Dotąd zawsze dogadywałam się z ludźmi, a teraz boję się chodzić do pracy, jeszcze chwila i wpadnę w depresję.

Próba sił?

Staffing tak samo jak mobbing może prowadzić do depresji. Wszyscy potrzebujemy akceptacji w swoim środowisku i szefowie nie są tu wyjątkiem, ale mają większe możliwości działania. Staffingu nie ma jeszcze w prawie pracy, więc nie mogą odwołać się do sądu, ale też nie są bezradni.

– Elwira, przecież to ty jesteś szefową, ty masz władzę. Upomnienia, nagany, premie lub ich brak, nawet zwolnienia pracowników zależą od ciebie. Czy jesteś tego świadoma? – pytam. – Ale ja nie chcę z tego korzystać! Chcę się z nimi dogadać! – Do tej pory próbowałaś się im podlizywać i nic z tego nie wyszło. Spróbuj się z nimi dogadać z pozycji mocy. Warto, żebyście wszyscy wiedzieli, że ją masz! Na przykład powiedz zastępczyni, żeby przygotowała 20 propozycji tematów do następnego numeru, zamiast oceniać twoje pomysły. Powiedz, że jeśli ktoś nie chce z tobą współpracować, to niech odejdzie za porozumieniem stron, bo inaczej ty wkrótce go zwolnisz. Niech zostaną tylko ci, którzy chcą. Zresztą ty pewnie lepiej wiesz, co im powiedzieć, bo to ty jesteś szefową!

Elwira przyszła do mnie po miesiącu. Wyglądała znów jak pani z telewizji, zadowolona kobieta sukcesu. – Nadal tam pracujesz? – zapytałam z niedowierzaniem. – O tak! Cudowne miejsce i wspaniali ludzie! Naprawdę mam świetny zespół! – śmieje się Elwira. – Jak tego dokonałaś? – Zaraz po naszym spotkaniu zwołałam zebranie na 9.00 rano, choć większość lubi przychodzić o 10.00. Powiedziałam, żeby ci, którzy nie chcą ze mną współpracować, odeszli za porozumieniem stron, bo inaczej ich zwolnię. Dodałam, że nie muszą od razu podejmować decyzji, bo od jutra z każdym będę rozmawiać indywidualnie i wtedy się dowiem. Mieli przychodzić do mojego gabinetu zgodnie z planem, który wysłałam mailem, a zastępczyni i szefom działów powiedziałam, żeby przynieśli propozycje tematów do następnych numerów. Podziękowałam za spotkanie i wyszłam – śmieje się Elwira. – Dużo mnie to kosztowało, ale było warto, dogadałam się ze wszystkimi! – Z zastępczynią też?

– I to jak! Chyba nawet już się lubimy. Powiedziała, że chce być moją zastępczynią, bo w końcu pokazałam, że nadaję się na naczelną!

Ta historia skończyła się dobrze, kiedy Elwira pokazała swoją moc. Jednak nie każdy szef ma takie możliwości, co nie oznacza, że ma się godzić na staffing.

Kiedy milczenie nie jest złotem

Agata ma 26 lat, po powrocie ze stażu w Holandii podjęła pracę w ośrodku wychowawczym, prowadzi grupę chłopców w wieku od 15 do 18 lat. Odkąd z nimi pracuje, chłopcy zaczęli się zmieniać. Chętniej współpracują ze sobą, rozwiązują konflikty bez użycia siły, oczywiście nie zawsze, ale tę zmianę dobrze widać, co zauważył również dyrektor. Wezwał Agatę, wypytał o metody pracy, których uczyła się w Holandii, docenił jej zapał i energię, i rzucił na głęboką wodę. Agata została szefową wychowawców, czym pozostali nie byli zachwyceni. Wszyscy byli od niej starsi, pracowali w ośrodku od lat i nie widzieli powodu, żeby uczyć się od Agaty.

„Ty masz pewnie jakąś misję, może chcesz zrobić doktorat, ale nie naszym kosztem! My chcemy spokojnie pracować, a nie chodzić na jakieś zebrania i słuchać nowinek” – taki mniej więcej przekaz płynął od kolegów, którzy ignorowali jej zaproszenia na spotkania i robili sobie z niej żarty. Tylko wychowawczyni grupy dziewcząt była zainteresowana jej metodami pracy, więc Agata współpracowała z nią i jej grupą. Dyrektorowi powiedziała, że będzie wprowadzać zmiany stopniowo w poszczególnych grupach, nie chciała skarżyć się na kolegów. Po kilku miesiącach dzieci z innych grup zaczęły pytać swoich wychowawców, dlaczego u nich nie ma takich fajnych zajęć jak u dziewczyn i starszych chłopaków. W końcu inni zainteresowali się tym, co robi Agata. Przyszli do niej i poprosili, żeby opowiedziała im o zajęciach, które robi z dziećmi, to może zaczną z nią współpracować. I naprawdę zaczęli.

Zespół ma wielką siłę, może nie tylko wspierać, ale również niszczyć ludzi, na szczęście każdy z nas może się z niego wyłamać. Stanąć po stronie osób, które są źle traktowane. Gdybyśmy potrafili ująć się za nimi, nie byłoby nie tylko staffingu, ale też mobbingu, na który zwykle pozwala milcząca większość.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak "Dom wzajemnych rozkoszy" i "Sensownik". 

[newsletterbox]

  1. Psychologia

"Poznaj siebie" - jak nauczyć się rozpoznawać emocje i wzmocnić swój wewnętrzny potencjał?

Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Rozmawianie o emocjach jest zdrowym sposobem na rozładowanie napięcia. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać.

“Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co Ci się trafi” - mówiła mama Forresta Gumpa. Podobnie jest z emocjami. Nigdy nie wiadomo co nam się przytrafi.

Zestaw “Poznaj siebie” jest jak pudełko czekoladek. Otwierasz je, a w środku czeka na ciebie 55 wyrafinowanych smaków. Rozkoszny marcepan. Gorzkie rozczarowanie. Słodka radość. Orzeźwiający zachwyt. I wiele, wiele innych emocjonalnych smaczków. Niektóre z nich są nam bliskie i ulubione, inne niekoniecznie. Na widok jednych cieknie nam ślinka, krzywimy się z niesmakiem na drugie. Wolimy się do nich nie zbliżać. Lubimy czuć się dobrze i przyjemnie. Pragniemy tych stanów jak najczęściej, a przyjemne emocje raczej nie bywają ciężarem. Trudne do zniesienia są dla nas te, które są nieprzyjemne w odczuwaniu jak strach, wstyd czy złość. Wydawać by się mogło, że skoro nie są miłe, to są niepotrzebne. Nie chcemy przecież się bać, rozpaczać czy czuć bezradnie. Wydaje nam się, że możemy ich uniknąć jak nielubianych smaków w znajomej nam bombonierce. Emocje jednak w odróżnieniu od czekolady są nam potrzebne we wszystkich smakach.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i redaktorka naczelna magazynu „Zwierciadło” i „Sens” Joanna Olekszyk zachęcają do wykorzystywania kart emocji w przeróżny i kreatywny sposób. Można jedną wyciągnąć na chybił trafił i poddać daną emocję refleksji. Posmakować jej niczym małą pralinkę. Powąchać, dotknąć, położyć na języku i pozwolić jej się powoli rozpłynąć, nie połykać łapczywie, delektować się. Bez oceniania i krytykowania. Do kart dołączona jest książeczka. Mini - poradnik. W którym opisana jest każda z emocji. Każda z nich jest ważna. Każda potrzebna. Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem i w kilku zdaniach dokonano zgrabnego podsumowania czemu służą, jaki jest cel ich przeżywania. Już sama lektura poradnika, w którym autorki nie klasyfikują emocji jako dobre i złe jest niezwykle uwalniająca.

Masz prawo czuć. Masz prawo czuć wszystko. Wszystko co odczuwasz jest ważne.

Losuję kartę. Sięgam niczym po czekoladkę, jestem pełna ciekawości co mi się trafi. Tęsknota. Nie dziękuję - myślę z automatu. Sięgam do poradnika: “Jak wiele trudnych uczuć, tęsknota mówi nam o tym, co jest dla nas ważne”.

Co jest dla mnie ważne? Rodzina, spokój… tęsknię za normalnością. Za uściskiem dłoni i skrytym za maseczką uśmiechem koleżanki. Patrzę na ilustrację na karcie (karty są przepięknie i inspirująco ilustrowane przez Adę Kujawę). Ilustracja przedstawia strumień światła trafiający prosto w serce kobiety. Tak, to moje tęsknoty. Kontaktuję się z tym miejscem, kładę rękę na sercu i mówię do męża, że tęsknię za normalnością. Rozmawiamy o tym. Potem losuje on. Dzięki kartom mamy bardzo odżywcze doświadczenie. Udaje nam się porozmawiać o czymś innymi niż bieżące sprawy  - home office, dzieci i co będziemy robić w weekend, kiedy znów zamknęli baseny. Możemy zanurkować głębiej, porozmawiać o tęsknotach, uwolnić emocje i odczuć ulgę.

Rozmawianie o emocjach jest zdrowszym sposobem na rozładowanie napięcia niż na przykład regularne zjadanie czekoladek w celu redukcji napięcia emocjonalnego. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać. Instrukcje z poradnika oraz karty pomagają nawiązać z nimi kontakt oraz uczą akceptacji różnych stanów emocjonalnych poprzez zrozumienie ich funkcji. Karty można potraktować jak wróżbę - co spotka mnie danego dnia? Można jedną z emocji (których pragniemy doświadczać) nosić przy sobie w portfelu, lub położyć pod poduszką. Terapeuci i trenerzy z powodzeniem mogą wykorzystywać je w pracy z grupą, parami czy w terapii indywidualnej.

“Poznaj siebie” to pełna smaku podróż wgłąb siebie. Podróż, w której nie liczy się sam cel, a odkrywanie. Emocje, jeśli damy szansę im dojść do głosu, mogą być naszym sprzymierzeńcem, nawet gdy nie są tak otulające jak kubek gorącej czekolady w zimowy wieczór. Wszystkie są ważne, wszystkie są potrzebne i na swój sposób piękne. Jak ilustracje na kartach.

Agata Głyda, psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, psychodietetyk.

  1. Styl Życia

Nastaw się na sukces z nową serią laptopów MSI Summit

Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej, rośnie zapotrzebowanie na lekkie i wydajne laptopy przenośne. Odpowiedzią na te potrzeby jest nowa seria MSI Summit, która oferuje szereg innowacyjnych urządzeń idealnych do pracy w dowolnym miejscu. 

Mobilny styl pracy to w dzisiejszych czasach podstawa. Aby sprostać współczesnym wymaganiom biznesowym potrzebny jest jednak dobry sprzęt. Najpotężniejsze laptopy do pracy zdalnej w branży oferuje firma MSI. Ich produkty cieszą się uznaniem użytkowników nie tylko ze względu na innowacyjne funkcje, ale też niebywałą wydajność oraz nienaganny design. Nowa seria konwertowalnych laptopów MSI Summit to najlepsze rozwiązanie zwiększające efektywność biznesową.

Laptopy Summit E13 Flip Evo i Summit E16 Flip oraz kompatybilne z nimi gadżety - pióro MSI Pen i stacja dokująca USB-C Gen 2 są ważnym krokiem ku przyszłości. To idealnie opracowane urządzenia klasy premium przeznaczone dla elity biznesu - profesjonalistów, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces oraz wysoko wydajnych użytkowników poszukujących urządzeń o mocy roboczej, która poradzi sobie z najbardziej wymagającymi problemami i zadaniami. Sprostać temu może tylko seria MSI Summit, z którą praca jest wszechstronna, elastyczna i mobilna. Urządzenia te z powodzeniem zaspokoją jednak potrzeby nie tylko biznesowej elity, ale też codziennych użytkowników, którzy będą mogli usprawnić swoją pracę dzięki możliwości konfiguracji rozmaitych funkcji. Dzięki obrotowemu ekranowi to także świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą korzystać z funkcji laptopa jak i tabletu.

Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe) Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe)

Produkty MSI Summit spełniają również najwyższe standardy estetyczne – zaprojektowane zostały bowiem zgodnie z prawem “złotego podziału”, co oznacza, że ich konstrukcja dąży do zachowania idealnych proporcji oraz zoptymalizowania współczynników w celu zapewnienia użytkownikowi idealnych wrażeń.

Estetyczne wzornictwo i wysoka efektywność pracy

Wyróżniony nagrodą za innowacje na targach CES 2021 Summit E13 Flip Evo to lekki i wszechstronny laptop biznesowy 2w1, który zaspokoi wszelkie potrzeby użytkowników, nawet tych najbardziej wymagających. Utrzymany w nienagannej estetyce sprzęt zachwyca już samym wyglądem, co na wstępie wzbudza ogromne zaufanie klientów. Można śmiało powiedzieć, że to prawdziwe technologiczne arcydzieło. Precyzję wykonania widać bowiem w każdym calu. Logo, lśniąca obudowa z ergonomicznym zawiasem 360 stopni, wyświetlacz w proporcjach 16:10 - wszystkie te elementy zostały starannie zaprojektowane zgodnie z zasadą „złotego podziału”. Elegancji dodają natomiast połyskujące opływowe krawędzie.

Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe) Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe)

Laptop wyposażony jest w 13-calowy ekran, najnowszy procesor oraz grafikę zapewniającą najlepsze działanie oraz do 10% wyższą wydajność w porównaniu z laptopami tego samego poziomu. Sprzęt oferuje również do 20 godzin pracy na baterii, zapewniając optymalną mobilność bez jakichkolwiek kompromisów. Ponadto jest to pierwszy laptop wyposażony w najnowszą technologię Wi-Fi 6E, która daje oszałamiającą prędkość Internetu przy jednoczesnym zachowaniu płynności i stabilności sieci, nawet w przypadku udostępniania jej wielu użytkownikom. To jednak nie koniec jego wyjątkowych możliwości. W biznesie ogromnie ważny jest czas, dlatego Summit E13 Flip Evo oferuje też wiele rozwiązań zwiększających produktywność, takich jak szybkie ładowanie i przesyłanie danych. Wyższą wydajność zapewniają również dysk SSD PCIe Gen4, który skutecznie usprawnia codzienną pracę oraz gwarantuje lepszą niezawodność i integralność sygnału.

Oprócz tego, użytkownicy mogą mieć pewność, że poufne dane przechowywane na urządzeniu będą dokładnie chronione. Odpowiadają za to sprawdzone zabezpieczenia klasy korporacyjnej. Laptop przystosowany jest także do bezpiecznego prowadzenia wysokiej jakości połączeń wideo - kamera internetowa zapewnia potrójną ochronę dzięki lampce kontrolnej, klawiszowi włączania-wyłączania oraz funkcjonalnemu przełącznikowi z boku laptopa. Przydatne są również funkcje redukujące hałas, które pomogą stworzyć niezakłócone i profesjonalne środowisko pracy oraz spotkań.

Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe) Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe)

Urządzenie dostępne jest również w większej wersji. Niezwykle wydajny Summit E16 Flip to jak dotąd najcieńszy 16-calowy konwertowalny laptop 2w1 na rynku. Posiada on wszystkie funkcje Summit E13 Flip Evo, a także najnowszą grafikę umożliwiającą obsługę ciężkich prac obliczeniowych. Na uwagę zasługuje również ekskluzywna konstrukcja termiczna oraz nowoczesny design, który zdecydowanie wyróżnia się na tle innych laptopów biznesowych dostępnych na rynku.

Seria oferuje również kompatybilne z laptopami Summit gadżety. Minimalistyczne pióro MSI Pen o szerokim zastosowaniu to najlepszy towarzysz profesjonalistów. Z pewnością spodoba się również tym, którzy oczekują maksymalnej produktywności oraz swobodnego wyrażania swoich pomysłów. Doceniony na targach CES rysik pełni też funkcję pilota do prezentacji, którego można używać w dowolnym miejscu i czasie. To jednak nie koniec jego zalet. MSI Pen zapewnia stabilne połączenie, czułość przy nacisku oraz pozwala dostosować rozmaite funkcje. Elegancka metalowa konstrukcja o idealnych proporcjach przywołuje na myśl wieczne pióro, co sprawia, że korzystanie z niego staje się jeszcze przyjemniejsze. Praktycznym gadżetem jest również stacja dokująca MSI USB-C Gen 2, dzięki której można łatwo i szybko rozszerzyć swoje środowisko pracy. Wystarczy podłączyć do niej zarówno dodatkowe wyświetlacze i urządzenia poprzez wejścia USB. Stacja pozwala na podpięcie aż 3 ekranów oraz 5 innych narzędzi, zapewniając komfort odbioru obrazu 4K oraz najlepszej jakości transmisję danych.

Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe) Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe)

Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe) Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe)

Produkty z serii MSI Summit to najlepsi towarzysze ludzi biznesu i profesjonalistów. Maksymalna wydajność, nowoczesne funkcje i perfekcyjne wzornictwo zapewniają komfort pracy i sprawiają, że staje się ona łatwa, lekka i przyjemna. Gwarantujemy, że z takim sprzętem sukces jest na wyciągnięcie ręki.

  1. Psychologia

Uwolnij siebie, uwolnij emocje

Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania 

Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania.

David R. Hawkins, amerykański psychiatra i nauczyciel duchowy, przez całe życie zadawał sobie elementarne pytanie „Kim jestem?”. Jak każdy człowiek utożsamiał się czasem z ego,  ale doświadczał też jego rozpuszczenia w bezosobowej Jaźni. Jak każdy też – nie chciał cierpieć. Tymczasem zapadał na rozmaite choroby, ich lista w książce „Technika Uwalniania” (wyd. Virgo) zajmuje dwie strony! Wyglądał jak cień samego siebie, przyjaciele przepowiadali mu rychły koniec. A przecież prowadził zrównoważony tryb życia, studiował (poza dyscyplinami medycznymi, psychologicznymi i psychiatrycznymi) różne metody uzdrawiania holistycznego, systemy filozoficzne, metafizykę. Próbował kolejnych terapii, technik medytacyjnych, ścieżek duchowych. Robił wszystko, by pomóc wyzdrowieć innym...

Co mu umykało? Szukał rozwiązania na zewnątrz. Jako naukowiec opierał się głównie na wiedzy, stłumił uczucia. Kiedy zaczął wreszcie przyglądać się emocjom, odkrył, że odczuwał wobec nich pogardę. „Dla mnie, zorientowanego lewopółkulowo, uczucia stanowiły przeciwieństwo rozsądku, logiki i racjonalności” – wspomina. „Na to wszystko nakładało się męskie szowinistyczne przekonanie, że uczucia są dla kobiet, dzieci i artystów”. W którymś momencie musiał się z nimi spotkać. To było potężne wyzwanie – czuł się poniżony, przerażony, wściekły. Wreszcie uznał, że uczucia mają prawo do istnienia, a one zaczęły go opuszczać. Podobnie zresztą jak choroby (wyleczył się nawet z krótkowzroczności).

Od wstydu do oświecenia

Tak naprawdę stworzona przez niego technika uwalniania nie jest niczym nowym. Kiedy czytałam książkę Hawkinsa, przyszła mi na myśl metoda Sedony (polegająca na witaniu i żegnaniu emocji za pomocą serii pytań). Ale też sesje oddechowe, w których katalizatorem procesu jest oddech. Przypomnieli mi się niektórzy nauczyciele duchowi, choćby Gangaji, która podczas swoich satsangów (dostępnych na YouTubie) zaprasza uczestników do otwarcia się na to, co czują. Cokolwiek to jest – złość, lęk, zazdrość – po dopuszczeniu do głosu szybko wybrzmiewa, ujawniając to, co jest pod spodem. Pokój. Myślałam też o Elizabeth Gilbert, o jej pobycie na indonezyjskiej wysepce (opisanym w „Jedz, módl się, kochaj”), podczas którego zanurzyła się w siebie, by spotkać wszystko, co odrzucone. Przyjąć to, a tym samym niejako pożegnać. Cóż, wygląda na to, że emocje rządzą się zasadą „nie puszczę cię, dopóki mnie nie pobłogosławisz”. Tak, to trudne spotkania. Ale czy nie trudniej jest żyć w napięciu, zaciśnięciu, nie pozwalając sobie na odczuwanie, na siebie? Oczywiście, wszyscy radzimy sobie z emocjami. Jakoś. Uciekamy przed nimi (do różnych kompulsywnych zajęć czy uzależnień), tłumimy je, czasem nawet wyrażamy (co jednak, jak zauważa Hawkins, nie zawsze przynosi ulgę i jeszcze szkodzi naszym relacjom). Ta energia kumuluje się i szuka ujścia... Do tego – twierdzi autor „Techniki Uwalniania” – do wszystkich emocji, które zepchnęliśmy do podświadomości, przytroczone jest poczucie winy. „Ta zabójcza kombinacja ściąga nas wszystkich w dół i tworzy ogrom chorób i nieszczęść. Poczucie winy jest tak wszechobecne, że bez względu na to, co robimy, gdzieś w środku czujemy, że powinniśmy robić coś innego” – pisze Hawkins. „Przeciętny umysł na różne sposoby projektuje tę winę na otaczający świat. Z tego właśnie powodu większość ludzi potrzebuje wroga – obiektu, na który mogą projektować swoje ukryte poczucie winy”.

Wina ma bardzo niskie wibracje, niżej może nas ściągnąć tylko wstyd. Skąd to wiemy? Otóż David Hawkins opracował Mapę Poziomów Świadomości, w której poszczególnym emocjom i stanom umysłu przypisane są określone wartości od 1 do 1000, gdzie 1000 odpowiada całkowitemu Oświeceniu. Dalej, schodząc w dół, są: Pokój, Radość, Miłość, Rozsądek, Akceptacja, Ochota, Neutralność, Odwaga, Duma, Złość, Pożądanie, Strach, Żal, Apatia, wreszcie wspomniane Wina i Wstyd. Jak podkreśla Hawkins, na poziomie Odwagi (200) następuje przełom – przesunięcie z energii negatywnej na pozytywną. „To energia uczciwości, prawdomówności, poczucia sprawczości i zdolności dawania sobie rady” – tłumaczy Amerykanin. Mapa Poziomów Świadomości może dostarczyć wskazówek, w którym miejscu jesteś i jak przesunąć się wyżej na skali. Załóżmy, że odczuwasz żal. Jeśli uda ci się wzbudzić w sobie złość (a prawdopodobnie jest pod spodem), poczujesz dużo energii, którą niesie ta emocja. Stąd już tylko dwa małe kroki do przystanku Odwaga. Dobra wiadomość jest taka, że można się tu łatwo dostać z dowolnego niższego poziomu emocji. Wystarczy gotowość, by się im przyjrzeć. To przecież nie lada odwaga!

Co w środku, to na zewnątrz

A co z myślami? Intelektualista Hawkins nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Uważa, że umysł napędzany jest przez uczucia, które generują myśli o określonym ładunku emocjonalnym. Potwierdza to teoria naukowa Williama Graya i Paula LaViolette’a, którzy w swoich badaniach wykazali, że nasze myśli są klasyfikowane i archiwizowane w umyśle według ich zabarwienia emocjonalnego. Pod naporem stłumionych i wypartych uczuć tworzą się ich setki, tysiące, miliony. Zdaniem Hawkinsa próba zmiany myśli to strata czasu. Zrozumienie emocji i uwolnienie jej jest znacznie bardziej owocne – pozwala zniknąć całemu potężnemu pakietowi myślowemu.

Ta wiedza pomaga też spojrzeć inaczej na to, co zwykliśmy nazywać stresem. Zazwyczaj uważamy, że wynika z przyczyny zewnętrznej – ktoś albo coś działa na nas stresująco. Otóż niezupełnie – protestuje Hawkins. To, jak reagujemy na dany bodziec, zależy od tego, co niesiemy w sobie. „Dla osoby przepełnionej lękiem świat jest przerażającym miejscem. Dla osoby przepełnionej złością świat jest chaosem, frustracją i udręką. Dla osoby przepełnionej poczuciem winy jest pełen potępienia i grzechu, które taka osoba widzi wszędzie” – przekonuje psychiatra. „Koncentracja jest na tym, co wypieramy, to podstawowa zasada”. Inna brzmi: podobne przyciąga podobne. Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. Jeśli wierzyć Hawkinsowi, przyciągamy określone sytuacje i okoliczności, by dać upust stłumionym uczuciom. Więc znów: to, co nas spotyka, jest wtórne wobec tego, co już w nas jest i próbuje się wydostać z uwięzienia. „Dlatego osoba mająca wiele wypartego żalu nieświadomie wywołuje w swoim życiu smutne zdarzenia. Osoba przepełniona strachem zmierza ku przerażającym doświadczeniom, ten, kogo wypełnia gniew, znajduje się ciągle w okolicznościach doprowadzających go do wściekłości, a osoba pełna dumy nieustannie jest znieważana” – tłumaczy autor słynnych Map. I zachęca, by wznieść się na poziom Odwagi i przyjrzeć trudnym emocjom.

Tak, nasza podświadomość kryje w sobie wiele mrocznych zakamarków, do których nie chcemy się przyznać. Jednocześnie mamy je wszyscy, więc może są w porządku? Taka jest po prostu cena człowieczeństwa, tak przejawiają się drzemiące w nas zwierzęce instynkty. Jeśli czujesz wściekłość, zaakceptuj to. Oczywiście, nadal jesteś odpowiedzialny za to, co z nią zrobisz... Rzecz w tym, że wściekłość, do której podejdziesz z ciekawością i otwartością, długo nie przetrwa. „Poddawaj się temu, co akurat się pojawia, to zawsze w końcu przeminie” – zapewnia Hawkins. „Samemu można sprawić, że to zniknie, wybierając zjednoczenie się z tym, co jest, i natychmiastowe porzucenie chęci, by to zmienić, gdy tylko się ona pojawia. Rób to cały czas, bez przerwy, bez względu na wszystko”. Nagroda może przyjść szybko. Zakończy się walka – wewnętrzna i zewnętrzna. Odzyskasz wolność. Pojawi się nowa energia życiowa, witalność. Dotrzesz do miłości, radości i pokoju.

Mechanizm poddania

  1. Uświadom sobie dane uczucie, pozwól, by się ukazało, i pozostań z nim w kontakcie.
  2. Najpierw pozwól sobie na odczuwanie, bez opierania się temu, co czujesz, bez rozładowywania tego uczucia, obawiania się go, potępiania czy moralizowania na jego temat.
  3. Bądź z tym uczuciem i odpuszczaj wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania, a wreszcie zupełnie zniknie.
  4. Podczas uwalniania ignoruj wszelkie myśli. Skup się na uczuciu samym w sobie, nie na myślach. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i płodzą jedynie więcej myśli. Są zaledwie racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Prawdziwym powodem tego, co czujesz, jest nagromadzone napięcie ukryte za emocjami, które napiera, by uwolnić się w danym momencie.

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 
Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.