1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Siła przodków

Siła przodków

Za twoimi plecami stoją pokolenia: pradziadkowie, ciotki, rodzice. Miłość, zdrada, skandale… Czy te dawne dzieje mogą wpłynąć na twój los? Okazuje się, że tak

Dlaczego moja rodzina rozproszyła się po całym świecie? Dlaczego jestem taka, nie inna? Skąd właściwie jestem? Z takimi pytaniami boryka się wielu ludzi. Niektórzy, szukając odpowiedzi, odnajdują cmentarz z rodzinnym grobowcem, polanę w lesie, na której zginął stryj, zaginionych krewnych. Potrzeba korzeni jest silniejsza niż lęk przed prawdą.

W poszukiwaniu przyczyn

– Kiedy byłam w szkole, wszyscy jeździli na groby, ja nie – Agnieszka właśnie wróciła z podróży. Wybrała się na poszukiwania swoich korzeni na wschód Polski i na Ukrainę. Po co?

– Żeby wyjaśnić, czemu tak się to wszystko poukładało, czemu moje życie wygląda właśnie tak, dlaczego jestem kim jestem – mówi. Pracuje jako nauczycielka angielskiego, ma bardzo dobry kontakt z młodzieżą, jest energiczna – nikt nie podejrzewałby jej o wewnętrzne piekło. A ono trwa od dzieciństwa.

Agnieszka wspomina zdarzenia ze swojego życia: krótkie, nieudane małżeństwo, poronienie, chorobę matki, która zmarła na raka ledwie po pięćdziesiątce. Po jej śmierci dwudziestokilkuletnia Agnieszka została zupełnie sama – ojciec zmarł jeszcze wcześniej, o żadnych kuzynach nic nie było słychać.

Zaczęła leczyć depresję. Terapeuta zapytał o dzieje rodziny.

– Wtedy zorientowałam się, że ja nie mam przeszłości – wspomina.  – Moja matka, zwykle pijana, opowiadała z sentymentem, jak uciekła z ojcem i wzięli ślub bez zgody rodziny, jak wielokrotnie zachodziła w ciążę i nie mogła mieć dzieci, jak wreszcie w latach sześćdziesiątych pojawiłam się ja...

I tu powinien nastąpić happy end romantycznej historii. – Ale nie nastąpił – mówi Agnieszka. Siedzimy w  knajpce, nagrywam dzieje jej podróży w rodzinne strony i staję się świadkiem nagłego żalu. Agnieszka płacze.

– Moje dzieciństwo było koszmarem. Zostałyśmy we dwie. Mama pracowała w szpitalu, była cenionym lekarzem. Ale mnie krzywdziła. Odtrącała, wyszydzała, później popadała w euforię. Niby kiedyś mnie pragnęła, a potem ciągle jej przeszkadzałam. Uśpiła mojego ukochanego psa, gdy pojechałam na obóz. Dużo piła. Kiedy jej wyznałam, że jestem w ciąży, też była podpita. Powiedziała: „Ok, zajmę się dzieckiem, bo ty przecież do niczego się nie nadajesz”. Zareagowałam ciałem – poroniłam. Dostałam krwotoku na myśl, że ona dotknie mojego dziecka.

Nazwę miasteczka zapamiętała z jakiejś kłótni rodziców czy dawnej opowieści o partyzantce.  Pojechała, trafiła.

– Miasteczko wielkości chustki do nosa – opowiada. – Cmentarz. Aleja AK – tu leżą zabici przez Niemców, tu przez NKWD. Wśród ofiar nazwisko panieńskie matki. Trafiłam do starego grabarza, ten skierował mnie do pewnej pani o tym samym nazwisku…

Objawienie

Pokazała jej zdjęcie mamy, a ona od razu powiedziała: „No to Jaśka przecież! Oczywiście, że pamiętam. Uciekła z doktorem po wojnie, porzucił dla niej żonę… Pani jest córką? No, no…”.

– Dowiedziałam się tam strasznych rzeczy: czym tak naprawdę jest wojna, że moja matka jako dziecko była świadkiem zbrodni  na Zamojszczyźnie, widziała, jak Niemcy wyłapywali i wywozili dzieci, jej matka uciekała z nią do lasu, ukrywały się w ziemiance. Na jej oczach babcia poroniła dziecko. Na jej oczach zabito braci babci. Dla mnie było to objawieniem. Zrozumiałam matkę, czemu taka była. I dlaczego w naszej rodzinie kobiety miały kłopot z rodzeniem dzieci. Blokował je lęk przed powoływaniem je na taki straszny świat – mówi Agnieszka.

 

Nie jestem sama

– Kiedy poznałam historię, nie z kart podręcznika, lecz z ludzkich opowieści, poczułam się lepiej, mimo że były straszne – kontynuuje. – Nie, nie wybaczyłam matce, to nie takie łatwe, ale przeszła mi złość i poczucie krzywdy. Zrozumiałam, że przeżyła koszmar i dała mi potem co mogła. Doszłam do wniosku, że to cud, że mnie jakoś w ogóle wychowała, że była w stanie dać komuś życie. Ja nie potrafię – kończy.

Pytam, co jej dała ta podróż. – Zyskałam świadomość, że nie jestem sama, poczucie, że jeśli mimo wszystkich okropieństw moja rodzina przetrwała, to jest w niej, a więc i we mnie, jakaś siła – odpowiada. – Piękne i straszne miesza się dziwnie w tej przeszłości: skandale, bohaterstwo, śmierć dzieci, ale też mnóstwo miłości.To mnie ukorzeniło, znalazłam rodzinę. Brakuje jednego: nie umiem wydać na świat swojego dziecka.

Z poczucia osamotnienia

– W mojej rodzinie jest coś, co ją rozpieprza. Rozprasza po całym świecie. Nie pozwala na stabilność, rwie więzy. Mój młodszy brat nie utrzymał rodziny – rozwiódł się, wyjechał do Kanady. Podróżuje, zmienia pracę, nigdzie nie może zagrzać miejsca – tak o swojej rodzinie opowiada Anna, graficzka z warszawskiej agencji reklamowej. – Ojciec nas zostawił, rozwiódł się z matką. Mój narzeczony wyjechał do pracy za granicę, nie wrócił. Odkąd pamiętam, ciągle jakieś migracje. Ja urodziłam się we Wrocławiu, bo dziadkowie po wojnie przejechali na ziemie odzyskane. Dopiero po latach moi rodzice osiedlili się pod Warszawą, ale to nadal ludzie z Wrocławia – przesiedleńcy, czyli nie wiadomo skąd. Nie mówili o przeszłości.

– Brakowało mi korzeni – kontynuuje. – Zaczęłam szukać historii rodzinnych z poczucia osamotnienia. Zawsze miałam podejrzenie, że w rodzinie jest pomijany jakiś temat – dziecko to wyczuwa, nawet jeśli trzyma się przed nim w największej tajemnicy. Ja też. Zaczęłam szperać, dopytywać o postacie na starych zdjęciach. Na przykład o nieznajomego z wąsikiem, w sepii…

Nikt nie chciał odpowiadać na jej pytania. Pojechała więc na drugi koniec Polski, do starej ciotki, właściwie siostry babci.

„To ty nie wiesz?” – zdziwiła się ciotka. „Twoja matka była nieślubnym dzieckiem. Babcia Ewa była już w ciąży, kiedy Artek się z nią żenił. On nie był twoim prawdziwym dziadkiem. Jeden Bóg wie czemu najbardziej z dzieci kochał właśnie twoją matkę. A ten tu na zdjęciu to pewnie on, prawdziwy ojciec Hanki”.

Gdzieś pewnie mam rodzinę

– Tak dowiedziałam się, że moja mama nie była prawdziwym dzieckiem dziadka. Byłam wściekła – całe życie coś traciłam, ojca, faceta, a teraz los zabiera mi dziadka – jedyną osobę, co do której miałam pewność, że mnie kocha, i że ja go kochałam – mówi Anna.

– Najpierw mnie zabolało, ale potem uznałam, że to nie ma żadnego znaczenia. Poczułam nagle niespodziewaną łączność z matką i niechęć do ciotki i wujka, ciotecznej babki. Stało się jasne, dlaczego mama nie chce kontaktów z dwojgiem dzieci swoich rodziców, dlaczego nigdy do nas nie przyjeżdżają.

– Dziadek Artek zostawił mi dom – dodaje Anna – ale rodzina go odebrała. Jestem bardzo samotna, często patrzę na zdjęcie i myślę o prawdziwym dziadku, kim był, czy później miał dzieci. Mam gdzieś pewnie rodzinę, ale… chyba nie będę jej szukać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Córka i syn - jak na wychowanie wpływa płeć?

Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Dziewczynka często już w dzieciństwie jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. (Fot. iStock)
Mama dzwoni do córki, by poskarżyć się na syna, a o jej sprawy nie pyta. Wiadomo, dziewczyna sobie poradzi. Czy starsza siostra zawsze pozostaje na smyczy potrzeb rodziców i… młodszego brata? – psychoterapeutę dr Tomasza Srebnickiego pyta Beata Pawłowicz.

Rodzi się dziewczynka, a kilka lat później chłopiec… Rodzice zaczynają go faworyzować. Ta niesprawiedliwość nie kończy się z chwilą opuszczenia domu. Siostra ma zajmować się bratem nawet, gdy oboje są dorośli. Czy to echo patriarchalnego myślenia, że chłopcy są ważniejsi, uprzywilejowani?
To nie jest ani uprzywilejowanie, ani ważność. Głównym powodem różnic w stosunku rodziców do dzieci jest kulturowa tendencja: dośrodkowa – wobec dziewczynek, i odśrodkowa – wobec chłopców. Dziewczynki mają z rodziną pozostać. Są przygotowywane do pełnienia typowo kobiecych ról. Chłopcy mają być mężczyznami, czyli kimś, kto opuści dom, będzie odnosił sukcesy, zdobywał świat... Mają więc być twardzi, radzić sobie sami. I tu zaczynają się schody – bo jak uczy się samodzielności? Rodzice myślą, że dając ją od razu i to w dużej ilości. Dlatego chłopcy są wypychani w samodzielność za wcześnie. Na wiele rzeczy się im pozwala, nawet na agresję czy wracanie po nocy. Z punktu widzenia dziewczynki, chłopiec ma lepiej. Bo to ona jest szykowana do roli emocjonalnej powiernicy, opiekunki, matki, a więc kogoś, kto zrozumie, pomoże, czyli: zaprzeczy własnym potrzebom. Uzna, że inni są ważniejsi…

Właśnie, dorosłe starsze siostry skarżą się, że wciąż zajmują się bratem, troszczą o rodziców...
W dzieciństwie jesteśmy wtłaczani w określone role, specjalnie mówię „wtłaczani”, bo dziecko – wszystko jedno, czy dziewczynka, czy chłopiec – nie ma wpływu na to, jaka to będzie rola. O tym decyduje charakter rodziców, ich historia i kultura. Jeśli dziewczyna ma na przykład ochotę łazić po drzewach, rodzice jej zabronią, bo to zagraża roli kobiety, matki i opiekunki. Rodzina wkłada więcej czasu i energii w wychowanie córki. Sprawuje nad nią większą kontrolę, nie szanując jej granic, potrzeb i tego, że jest jeszcze dzieckiem, bo oczekuje, by opiekowała się bratem. Bywa, że rodzice mają do niej pretensje, gdy brat narozrabia.

W ten sposób całkowicie zrzekają się na jej rzecz roli rodzica, a to już patologia. Postępują tak, bo często po prostu nie potrafią sobie z rodzicielstwem poradzić.

Pamiętam taką scenę: moja 11-letnia koleżanka podgrzewa obiad dla siebie i brata. Jej mama leży na kanapie – zmęczona. Myślę, że ta matka była po prostu leniwa...
Matki, którymi nikt się w dzieciństwie nie zajmował i które nie potrafią dobrze zająć się dziećmi, wychowują najstarsze córki tak, by to one zajęły się rodzeństwem i… nimi. Łatwo kształtować postawy, które rodzą się z nadmiernej kontroli i krytyki, czyli perfekcjonizm, sztywność reakcji itd. Rodzina ma też znakomite narzędzie do wtłaczania dziewczynek w rolę opiekunek – jest nim poczucie winy.

Psycholog, gospodarz telewizyjnego show „Dr Phil” mówi, że chłopców wychowuje się łatwo, wystarczy w garażu na podłodze postawić miskę z jedzeniem i parę nowych trampek.
To oczywiście stereotyp. Dodam, że jeśli tak wychowywany chłopiec będzie refleksyjny, to jako dorosły trafi na terapię z depresją. Powie, że był zaniedbywany i dlatego czuje się nieważny. Będzie miał problemy w związkach, w pracy, z braniem na siebie odpowiedzialności. Będzie mu brak poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zakorzenienie w rodzinie, i umiejętności unikania problemów – no bo jak nie wyrzucił śmieci, to siostra wyrzuciła. A jak mama powiedziała, że mu nie wolno iść na imprezę, to i tak się nie gniewała, jak poszedł.

Dlatego syn potrafi powiedzieć rodzicom: „nie obchodzi mnie, że się martwicie, robię swoje!”?
Dziewczynka została wtłoczona w rolę kogoś odpowiedzialnego, jak więc ma wyjść z domu, kiedy mamę boli głowa? Nie może, choć bardzo chce. Bo ją nauczono, że jej wartość zależy od zadowolenia mamy. (Potem od zadowolenia innych ważnych dla niej osób). Ale jej brat pójdzie, bo skutkiem takiego antywychowania, równie często jak depresyjne obniżenie wiary w siebie, o którym już mówiłem, bywa jego przeciwieństwo, czyli narcyzm. Łatwo poczuć się lepszym, uznać, że potrzeby innych są nieważne, gdy nie ponosiło się konsekwencji swojego zachowania. A to siostrze się dostawało, gdy brat nie wyniósł śmieci. Kiedy więc matka powie, żeby syn nie szedł, on wzruszy tylko ramionami. Matki to też nie zdziwi: „no tak, chłopak, wiadomo…”. Ale to nie jest sprawa płci, tylko wychowania.

Jak więc sprawiedliwie wychowywać?
Najlepiej, gdy każdy rodzic napisze sobie na koszulce: „Zapomnę, że chciałem, żeby moje dzieci były jakieś”. Każda ideologia szkodzi. Chcesz, żeby twoja córka była świetną gospodynią i dlatego każesz jej zmywać? Ona zinterpretuje to tak: „Jestem nieważna. Mój brat jest ważniejszy, bo nie musi zmywać”. Lepiej daj jej dobry przykład – sama dbaj o dom z radością, nauczy się tego od ciebie, a nie straci poczucia bycia istotną.

No ale mleko się wylało, wtłoczona w rolę starsza siostra nie może pojechać do narzeczonego do Londynu, bo jak tu zostawić rodziców?
Także jedynakom zdarza się takie uwikłanie w patologiczną odpowiedzialność za rodziców. Mówię „patologiczną”, bo ona taka jest zawsze, kiedy filtrujemy swoje działania i decyzje przez sito dobrego samopoczucia rodziców. Jeśli czujemy się za nich odpowiedzialni, zmuszani do dbania o ich nastrój czy relacje – żyjemy w pomieszaniu ról. To przecież dorośli. Mają swoje życie, a my go nie będziemy mieć, jeśli zrezygnujemy z wyjazdu do narzeczonego. Jedź do niego, starsza siostro, bo to twoje życie....

I ono bywa smutne, bo mama nie zapyta: co u ciebie, córeczko? Tylko poskarży się na syna. Nawet gdy córka straci pracę, mama tylko ją zbeszta: „weź się w garść” i dalej mówi o synu…
Bo to nie matka dzwoni do córki, tylko matka dzwoni do matki. I one się mają wspólnie zastanowić, co zrobić z tym chłopakiem. Jeśli matka matce powie, że straciła pracę, to też usłyszy: „musisz się wziąć w garść”, bo rolą matki jest brać się w garść. Dlaczego rodzice wciąż i wciąż wtłaczają córkę w rolę zastępczej matki? Bo dzięki temu, że martwi się, pomaga – trzymają ją przy sobie...

Jak się bronić, gdy matka mówi o bracie i domaga się, by córka na przykład znalazła mu pracę?
Powiedzieć: „Mamo, nie chcę wciąż słuchać o nim. Nie zajmę się też szukaniem mu pracy... ”. Tylko tyle. Ale to trudne, bo podważa sens jej istnienia – pomaganie. Pewnie też usłyszy od matki: „nie na taką egoistkę cię wychowałam…”.  Niech się jednak nie da tej grze na poczuciu winy. Jest takie ćwiczenie, a jednocześnie sposób na proste wyznaczanie granic: na kartce papieru narysować koło i wpisać w nie to, na co się zgadzam w relacjach z rodzicami, np.: „Będę im składać życzenia, co jakiś czas odwiedzać. Gdy będą w trudnej sytuacji finansowej, to im pomogę, zadbam o to, żeby mieli opiekę na starość”. Napisać, zapamiętać i stosować.

Moja znajoma czuje się niekochana, bo rodzice powiedzieli, że to brat ma dostać cały majątek. Ona już się urządziła, a on nie ma pracy, mieszkania... Co powinna zrobić?
Rodzice ładują pieniądze w syna, by nie zadać sobie pytania, dlaczego on sobie nie radzi? Odpowiedź może być bolesna. Dlatego swojego postępowania nie zmienią. I tylko jeśli córka wyjdzie z roli ofiarnicy, mówiąc: „ja się na taki testament nie zgadzam” – w tej rodzinie może się coś zmienić. To, czego się naprawdę najbardziej boimy, to utrata miłości rodziców. Ale to prawie niemożliwe. Oni będą mówić, że jest złą córką i tyle. Niemiło będzie tylko do czasu, aż powstanie nowy układ rodzinny, w którym córka nie będzie już matkować bratu i wreszcie zajmie się sobą. Starsze siostry często pozostają singielkami, bo czują się tak, jakby już były w związku, a nawet miały dziecko – brata. Jeśli nie wyjdą z roli opiekunki, założenie własnej rodziny będzie dla nich dowodem na to, że są złe, że porzucają brata i rodziców.

Co się stanie w rodzinie, kiedy siostra przestanie grać rolę pseudomamy?
 Jeśli zdobędzie się na odwagę i nie powie „nie”, w jej rodzinie zostaną wreszcie wyznaczone granice, które już dawno powinny być. Rodzice będą musieli sami zająć się synem. To nie będzie dla nich lekki czas. Przekonają się, że ile by mu nie dali, ile by nie pomagali, to wciąż za mało. Może dopiero właśnie wtedy zadadzą sobie pytanie, czy to, co robią, jest dobre dla ich syna i dla nich? Może powiedzą mu: „miarka się przebrała”. A to jedyna szansa, żeby on mógł się uwolnić z roli kogoś, kto stwarzając problemy scala rodzinę.

Jak siostra ma się zachować wobec brata?
Czuje gniew, bo musiała się nim zajmować. I miłość, ale nie siostrzaną – tej musi się dopiero nauczyć, zbudować zdrową relację siostra–brat. Ale najpierw przeciąć pępowinę, powiedzieć: „Kocham cię, ale nie pożyczę ci pieniędzy", "Jesteś pijany? Z pijanymi nie rozmawiam, pogadamy jak będziesz trzeźwy”. Mądrzy ludzie szukają podpowiedzi w książkach czy czasopismach. Warto więc zadać sobie pytanie: „Po co mam zmieniać swoje życie, relacje?”. I jeśli uznamy, że warto – zrobić to.

  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.

  1. Psychologia

Dziadkowie - mogą dać wnukom to, czego nie dają rodzice

Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Dziadkowie nie są wnukom niezbędni do życia. Ale mogą dać im to, czego nie dają rodzice: spokój, czas. Pod warunkiem, że i rodzice, i dziadkowie nie potraktują dzieci instrumentalnie, czyli nie wykorzystają ich do swoich rozgrywek.

Hanna, lat 59, emerytowana nauczycielka, sama wychowuje wnuka, trzyletniego Błażejka. Jej córka Justyna uznała, że dla samotnej matki to optymalne rozwiązanie. Babcia ma domek, dużo czasu i przygotowanie pedagogiczne. Justyna – ciekawą pracę, do której szybko po porodzie wróciła. Odwiedza syna w weekendy. Błażejek za mamą specjalnie nie tęskni, raczej za prezentami, którymi hojnie go obdarowuje. Babcia Hania radzi sobie nieźle, choć coraz częściej przebąkuje o oddaniu wnuczka córce. A córka właśnie awansowała i próbuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem.

Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, zauważa, że model, w którym dziadkowie przejmują funkcję rodzicielską, nie jest wcale nowy. – W latach 70. i 80. studenci oddawali dzieci do swoich rodziców na wsi na czas potrzebny do ukończenia studiów, czyli na kilka lat. To było dość powszechne zjawisko. Jej zdaniem z relacji pacjentów, którzy byli na dłuższy czas przekazani dziadkom, wynika, że rodzice nie zawsze biorą pod uwagę uczucia dziecka. W jakimś momencie odbierają je jak bagaż z przechowalni.

– Z jednej strony to zrozumiałe, że rodzice wspierają swoje dzieci, zajmując się wnukami, ale z drugiej – warto zadbać, by nie powodowało to u dziecka dodatkowych kosztów psychicznych. Dlatego ani powierzenie, ani odebranie dziecka dziadkom nie może być nagłe. Dziecko powinno, stosownie do swoich możliwości wiekowych, rozumieć przyczyny tych wędrówek i wiedzieć, że jest dzieckiem rodziców, a nie dziadków, no i oczywiście rodzice powinni utrzymywać z nim stały kontakt.

Krystyna i Jan (60-latkowie) mają dwie córki i pięcioro wnuków, najstarszy kończy studia, najmłodszy ma półtora roku. Nigdy – ani wtedy, gdy pracowali, ani teraz, gdy są na emeryturze – się nimi nie zajmowali. Krystyna jasno zakomunikowała córkom: „Nam nikt nie pomagał, wy też sobie radźcie same”. Pamięta o urodzinach i to wszystko. Córki w końcu zaakceptowały postawę rodziców, choć z zazdrością patrzą na innych dziadków zakochanych w swoich wnukach. Natomiast zięciowie, ich rodzice i większość członków rodziny nie kryją oburzenia.

Młodzi na starość

W Polsce taka postawa jest rzadka i szokująca. Zdaniem Zofii Milskiej-Wrzosińskiej zupełnie odwrotnie niż w wielkomiejskich społeczeństwach zachodnich, gdzie szokuje pomysł, że dziadkowie mieliby poświęcić się wnukom. Tam bardziej niż u nas starszym ludziom daje się prawo do swojego życia.

– Współcześni dziadkowie są nie tyle metrykalnie, ile biologicznie młodsi – mówi psychoterapeutka. – Kiedyś w wieku pięćdziesięciu kilku lat byli staruszkami, teraz są w pełni sił, mogą pracować, realizować zainteresowania, wchodzić w nowe związki. Nie muszą nikomu dowodzić swojej przydatności, biorąc sobie na głowę pełnoetatową opiekę nad wnukiem. Bywają dziadkowie, którzy wyraźnie mówią: „Traktuj mnie jak pogotowie ratunkowe w sytuacjach skrajnych, ale nie licz na mnie na co dzień”. Młodym czasem wydaje się to bezduszne i egoistyczne. Inni dziadkowie godzą się na nadmierne obciążenia, przyjmując argumenty, że córka musi pracować, żeby zarobić na spłatę kredytu, bo „przecież obcej osobie dziecka nie powierzymy”. W rezultacie mają poczucie krzywdy i przeciążenia.

Zofia Milska-Wrzosińska zwraca uwagę na inny błąd popełniany wobec babci i dziadka – traktowanie ich jak płatnych opiekunów. Na przykład mówienie do babci: „Pamiętaj, Kasia nie je cukru w żadnej postaci, nie opowiadaj jej bajek o czarownicach, bo się boi, codziennie wyjdź z nią na dwugodzinny spacer”.

– Proszę bardzo, jeżeli zawiera się kontrakt z opiekunką, to można od niej wymagać. Ale babcia to babcia. Ona kocha wnuka, a nie świadczy płatnej usługi. Jeśli prosimy o pomoc, to nie możemy oczekiwać, że ktoś zgodzi się na relacje przełożony – podwładny. Oczywiście, ustalenia dotyczące zdrowia – np. dieta przy uczuleniach – powinny być respektowane. Ale ubezwłasnowolnienie dziadków jest bezzasadne. Jeżeli babcia najlepiej swą miłość wyrazi tym, że upiecze szarlotkę, to nie można jej tego zabraniać. Jeśli matka nie chce szarlotki w jadłospisie dziecka, niech sama się nim zajmie albo zapłaci opiekunce.

Rodzinne potyczki

Basia i Jan przeszli na emeryturę tylko dlatego, żeby zająć się wnukiem Kacprem. Ich córka Kinga jest samotną matką, więc ustalili, że ona wraca do pracy (w korporacji, gdzie świetnie zarabia), a oni przychodzą do wnuka codziennie, a czasem i w weekendy, bo Kinga często wyjeżdża w delegacje. Świata nie widzą poza wnukiem, ale Kinga do końca im nie ufa. Przeszła kilka warsztatów świadomego rodzicielstwa, dużo czyta na temat wychowania. Dzwoni więc kilka razy dziennie, sprawdzając, czy rodzice robią wszystko, co powinni. A im to przeszkadza. Kinga jak wielu współczesnych rodziców powierza dziecko dziadkom, ale ma z tego powodu poczucie winy. Egzekwuje od nich to, co jej się nie udało.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie można wmawiać dziadkom, że ich doświadczenie się przedawniło. Dziadek strugał łuk ze swoim synem, teraz chce zrobić to z wnuczkiem, a synowa krzyczy: „Ależ tato, dajesz mu nóż do ręki, on jest za mały, skaleczy się”. Trzeba pamiętać, że dziadkowie mają swoje zasoby, coś wiedzą o życiu. Jeśli im ufamy na tyle, by powierzyć dzieci, to nie możemy wciąż podważać ich doświadczenia.

Jak obie strony mogą ułożyć swoje relacje? Psychoterapeutka proponuje: – Przekaz dziadków do rodziców może być taki: „Pozwólcie, że my będziemy kierowali się tym, co nam się wydaje słuszne. Chcemy wiedzieć, co dla was jest nie do przyjęcia, a my powiemy, z czego my nie możemy zrezygnować. Ale nie może być tak, że wy nam całkowicie ustawiacie życie, bo opiekowanie się wnukami to też nasze życie”. Rodzice z kolei mogą powiedzieć, co dla nich jest ważne.

Zdaniem Milskiej-Wrzosińskiej relacja dziadkowie – wnuki nie jest niezbędna do przeżycia. Wnukom szkodzi nie brak kontaktów z dziadkami, tylko to, że dokoła nich jest jakiś konflikt. Bo często wnuki są używane do rozgrywki. Na przykład teściowa na różne sposoby próbuje udowodnić synowej, że ona jest lepszą opiekunką. Często pyta wnuka: „Dobrze ci u babusi, prawda?”. I nęci propozycjami: „Usmażylibyśmy placki, pooglądali filmy, poczytałabym ci, nigdzie byśmy się nie śpieszyli, nie tak jak w domu”. Po czym matka słyszy od dziecka, że ono woli być u babci, więc zagrożona w swojej roli ogranicza te kontakty.

Ale rozgrywki toczone są też przez rodziców. Na przykład syn próbuje ukarać dziadków: „Jeżeli tak się odezwaliście do mojej żony, to my wam dzieci więcej nie damy”. Na skutek takich rozgrywek, niestety, obrywają dzieci. Często traktuje się je instrumentalnie – mówi psychoterapeutka.

– Na przykład matka po rozwodzie w złości utrudnia kontakty dzieci z dziadkami ze strony rozwiedzionego ojca, nawet jeśli ci dziadkowie są dla dzieci bardzo ważni.

Co dziadkowie mogą dać wnukom? Spokój i czas. Zapracowani rodzice są pełni napięć, stresów, mają na głowie wiele spraw. A dziadkowie widzą życie we właściwych proporcjach. Wiedzą, jakie błędy popełnili z własnymi dziećmi, mają inną perspektywę i więcej cierpliwości. A poza tym wnuki to nie własne dzieci, o które trzeba nieustannie się troszczyć: karmić, przewijać, wstawać do nich w nocy. Dziadkowie nie muszą ich wychowywać. Mogą dla nich odłożyć wszystkie swoje zajęcia, być uważni, zaangażowani, bo potem dzieci wracają do domu i oni znów mają czas dla siebie.

Atrakcyjni dziadkowie

Zofia Milska-Wrzosińska uważa, że rodzice, którzy boją się, że ich wpływ na dzieci będzie mniejszy niż wpływ dziadków, tak naprawdę są niepewni swej roli. Bywają jednak sytuacje, które upoważniają do obaw. Choćby gdy młodzi wiedzą o swoich rodzicach coś takiego, co powinno powstrzymać ich przed decyzją o oddaniu w ich ręce dziecka, np. że cierpią na chorobę alkoholową czy wulgarnie się zachowują.

– Pamiętajmy, że rodzice mają swoje nawyki. Jeśli dziadek często klnie, możemy oddać mu dziecko pod opiekę, ale powinniśmy liczyć się z tym, że ono zacznie po nim powtarzać. Tłumaczenie, żeby dziadka nie naśladowało, poskutkuje albo nie. A dziadek na nasze prośby może odrzec, że całe życie tak mówił i na starość nie da rady się zmienić. Możemy mimo to skorzystać z jego pomocy, jednak nie zadręczajmy go potem pretensjami. Wnuki są często dla dziadków jedynym sensem ich życia. Dzięki nim na nowo czują się potrzebni, nabierają sił i odwagi.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Dziadkowie czasem nie pamiętają, że ich dzieci mają swoją oddzielną rodzinę i siedzenie im na głowie do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli chcemy mieć udane kontakty z wnukami i dziećmi, to nie narzucajmy się. Im więcej mamy swojego życia, tym jesteśmy atrakcyjniejsi. Jeżeli nas nie chcą, to zamiast użalać się i narzekać, zastanówmy się dlaczego. Powinniśmy znaleźć swoje obszary kontaktu z wnukami, żeby nie wchodzić w rolę rodziców, tylko proponować coś własnego, co ich trochę odciąży. Z kolei jeżeli rodzice widzą, że dziadkowie nie chcą pomagać, choć mogliby, to niech się zastanowią, czy część winy nie leży po ich stronie. Może sami niszczymy kontakt dziadków z wnukami? Może podkpiwamy z nich przy dzieciach, mówiąc: „Dziadek znowu nie pamięta, no tak, dzieci, starość nie radość” albo „oj, babciu, już nie wygłaszaj nam tu tych swoich mądrości”. Nic dziwnego, że dziadek czy babcia mówią: „Dziękuję, pójdę tam, gdzie mnie szanują”.

Psychoterapeutka uważa, że jeśli relacje między wnukami a dziadkami bywają złe, to niemożliwe, żeby to działo się bez udziału rodziców. To nie znaczy, że rodzice są winni, tylko że ich relacja ze swoimi matkami i ojcami jest utrudnieniem w kontaktach ich dzieci z dziadkami. Bo – z drugiej strony – bywa, że dziadkowie traktują swoje dorosłe dzieci jak smarkaczy. Uważają, że wiedzą lepiej.

– Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. Dorośli powinni zachować zdrowy rozsądek, otwarcie komunikować swoje oczekiwania i słuchać oczekiwań drugiej strony, a także wykazać się sporą wrażliwością. Bo relacje dziadków z wnukami tak naprawdę zależą od relacji między dorosłymi.

  1. Psychologia

Świąteczny bunt przeciwko rodzinnej lojalności. Jak przejść przez ten proces?

Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Przy wigilijnym stole często ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, aby przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. (Fot. iStock)
Boże Narodzenie to najbardziej rodzinne święto, ale też przy wigilijnym stole ożywają różne „trupy z szafy”. Czas pandemii to dobry pretekst, by w fantazji bądź w realu przeżyć bunt przeciwko rodzinnej lojalności i skonfrontować się z nim. Jak przejść przez ten proces jak najmniejszym kosztem – proponuje Ewa Klepacka-Gryz.

Z badań socjologów wynika, że święta Bożego Narodzenia są jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w roku. Wiem o tym doskonale i jako dziennikarka od lat pisząca o tym, jak bez stresu przeżyć wigilię, i jako terapeutka, do gabinetu której trafiają potem „ofiary” rodzinnej lojalności. Dla wielu osób to naprawdę bardzo trudny okres.

Krok 1. Odkrywamy problem rodem z bajki

Kiedy do mnie zadzwoniła z prośbą o sesję w związku z powtarzającym się snem i powiedziała, że ma na imię Gerda, natychmiast przypomniała mi się bajka o Królowej Śniegu. Ten trop okazał się trafny.

– Znasz bajkę, w której twoja imienniczka ratuje przyjaciela z rąk okrutnej królowej? – zadałam pytanie i usłyszałam, że ona swojego imienia nie lubi i do dziś nie wie, kto je dla niej wymyślił.

– Moje siostry mają normalne imiona: najstarsza jest Kasia, potem Marysia, a ja… chyba rodzicom zabrakło pomysłu. No i nikt się mnie nie spodziewał – dodała. – Jesteś dzieckiem niespodzianką? – I to chyba niezbyt miłą, bardziej dziełem przypadku niż owocem miłości – odpowiedziała. – Dlaczego tak myślisz? – Między mną a siostrami jest ponad 10 lat różnicy. Mama wiele razy mówiła, że kiedy Marysia wreszcie polubiła szkołę, ona miała zamiar wrócić do pracy, a przeze mnie musiała zatrudnić się w firmie ojca i już nigdy nie wróciła do swojego zawodu. – Ale to nie twoja wina. Rodzice byli dorośli, kiedy podjęli taką decyzję – zaoponowałam. – Może i nie moja, ale wiele razy słyszałam, że nie mieli już siły na zajmowanie się kolejnym małym dzieckiem. – Pewnie musiałaś być dzielna, żeby szybko dorosnąć? – Niestety, w dzieciństwie sporo chorowałam, jeszcze w szkole średniej co miesiąc miałam anginę, więc głównie dostarczałam im problemów. – Kto się o ciebie troszczył, kiedy byłaś chora? – Ten, kto nie zdążył uciec. Czasami rodzice dzwonili po ratunek do babci potwora.

„Babcia potwór” brzmi bajkowo, a w rzeczywistości była to prababcia Gerdy, babcia taty. Wszyscy się jej bali, potrafiła podejść do wnuczka, trzepnąć go w głowę i powiedzieć: „Ty nigdy nie przestaniesz być idiotą”. Albo warknąć na jego żonę, że musi nie mieć rozumu, skoro zrezygnowała z kariery dla firmy swojego męża. Gerda jako jedyna nie czuła przed nią strachu.

– Miałam wrażenie, że ona naprawdę mnie lubi – wyjaśniła. – Pamiętam, miałam wtedy chyba pięć lat i kiedy leżałam w łóżku chora, babcia przyniosła mi wielką kolorową księgę z bajkami. Przez cały dzień czytała, a kiedy usłyszałyśmy, że rodzice wracają do domu, kazała mi schować książkę pod łóżko i nie pokazywać siostrom. Trochę mi było smutno, bo chciałam się pochwalić, ale czułam, że to z jakiegoś powodu jest ważne. Wiesz, że mam tę książkę do dziś?

Pisałam już kiedyś, że podczas sesji przez Skype'a terapeuta musi być bardzo skupiony, by wyłapać każdą podpowiedź z tzw. pola relacyjnego, czyli tego, co się dzieje pomiędzy nim i pacjentem. Tym razem tą podpowiedzią okazała się książka z bajkami. Poprosiłam Gerdę, żeby przyniosła książkę i położyła się na kanapie tak jak wtedy, kiedy leżała chora, a babcia czytała jej bajki. Ja w tym czasie przyniosłam swój egzemplarz i przez chwilę czytałyśmy na zmianę.

– To prababcia po raz pierwszy przeczytała mi bajkę o Królowej Śniegu. Choć jej nigdy o to nie spytałam, czasami myślę, że to ona wymyśliła mi imię. – Jeśli tak czujesz, to tak właśnie jest – przyznałam. – Wiele razy powtarzała mi, żebym nigdy nie walczyła o żadnego „kretyna”, który ma zamrożone serce, i… chyba nie chodziło jedynie o mężczyzn, ale generalnie o ludzi. – Posłuchałaś jej rady? – Chyba właśnie chcę to zrobić. Mam już bilet na samolot do Polski na święta (Gerda mieszka teraz w Norwegii), ale od kilku nocy mam ten sam sen, że z powodu pandemii odwołują lot…

Krok 2. Dajemy się prowadzić procesowi

Poprosiłam, żeby Gerda, dalej leżąc na kanapie, opowiedziała swój sen. Musiało ją to poruszyć, bo poderwała się i usiadła w taki sposób, że przez chwilę widziałam na monitorze komputera jedynie brzuch i fragment klatki piersiowej. Dostrzegłam wtedy jej napięcie i szybki, płytki oddech. Zachęciłam, żeby przez chwilę została w takiej pozycji i położyła lewą dłoń na klatce piersiowej,  a drugą na brzuchu i pozwoliła, by ciało oddychało w swoim rytmie.  Zrobiłam to samo i poczułam, że we mnie również ożywił się ważny obraz rodzinnych relacji, a potem innych, też znaczących.

Ile razy stawiamy się w roli małej Gerdy, która próbuje odmrozić serce kogoś bliskiego? I ile razy się nam to udaje? Ile osób będzie miało pokusę wykorzystać czas pandemii, by choć raz stanąć po swojej stronie i tegoroczne święta spędzić z dala od rodziny? Miałam niezły mętlik – nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zaufać procesowi relacyjnemu oraz duchowi sesji i dać się poprowadzić. Spokojny oddech uciszył nasze ciała i głowy. Poprosiłam, żeby Gerda usiadła w taki sposób, by oprzeć plecy i głowę o oparcie krzesła, a stopy mocno postawiła na podłodze. Sama również poprawiłam się w fotelu.

– Jeśli chcesz, weź kartkę i narysuj wigilijny stół w twoim rodzinnym domu – zaproponowałam. – Fajnie… ale mam też narysować rodzinę przy stole? – Jeśli chcesz. – Ale tak jak zwykle siedzimy? – dopytywała, a ja potrzebowałam chwili do namysłu i wreszcie powiedziałam, żeby zrobiła dwa rysunki – na początek taki, że nie odwołują lotu, Gerda wraca do domu na święta i jest cudownie.

Długo zastanawiała się, zanim zaczęła rysować i przy okazji snuć opowieść. – Kiedyś, kiedy byłam jeszcze w szkole średniej, jak zwykle przed świętami zaczął boleć mnie brzuch. Lekarka powiedziała, że to zapalenie śluzówki żołądka na tle nerwowym i żebym się nie stresowała. Postanowiłam pójść do psychologa. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam te wszystkie rady, jak odpowiadać na zaczepki rodziny przy wigilijnym stole. Od dziecka byłam tą, która nie chciała mówić wierszyków i śpiewać piosenek na zawołanie. Moje siostry zachowywały się jak wytresowane małpki, mnie w końcu przestali już o cokolwiek prosić. Jakby mnie tam przy tym stole nie było, a skoro nie było, to te rady na nic się zdały. – Problemy ze śluzówkami są symbolem naszych problemów ze stawianiem granic. Możesz sobie wyobrazić taką sytuację, że przy tym stole siedzą osoby, z którymi czujesz się dobrze: szczęśliwa, bezpieczna, kochana? – poprosiłam. W odpowiedzi Gerda narysowała duży okrągły stół i dwie osoby siedzące naprzeciwko.

– To ty i babcia? – zgaduję. – Tak – uśmiecha się. – O czym rozmawiacie? – Opowiadam jej, dlaczego wyjechałam na studia do Norwegii… – Czy mogę wcielić się w rolę twojej babci? – Spróbujmy… Wyjechałam, bo chciałam studiować w języku angielskim… Uciekłam, bo chciałam, żeby za mną tęsknili. Za każdym razem, kiedy wracałam, liczyłam, że mnie zauważą, że się ucieszą. Nawet pytania, czy mam chłopaka Norwega, były OK, ale oni najczęściej traktowali mnie jak gościa, który wprosił się w ostatniej chwili, bo nie miał z kim spędzić świąt. Przyjeżdżałam zwykle kilka dni wcześniej, żeby pomóc mamie w przygotowaniu, zwłaszcza że moje siostry mają małe dzieci i są zajęte. Ale mama zawsze wyganiała mnie z kuchni: „Ty nie gotujesz, jesz tam byle co w tej Norwegii, to co ty mi pomożesz”. – To bardzo smutne – mówię, wcielając się w rolę babci.

W tym momencie Gerda zaczyna płakać, jej płacz powoli przechodzi w głęboki szloch.

Krok 3. Opowiadam o sile rodzinnej lojalności

Czuję, że to odpowiedni moment, żeby opowiedzieć o sile rodzinnej lojalności. To więź łącząca nas z rodziną pochodzenia. Sprawia, że nieświadomie podążamy za rodzinnym przekazem, często wbrew własnym chęciom i potrzebom. Kiedy to robimy, bo czujemy, że krewni tego oczekują – odczuwamy poczucie krzywdy. Gdy się przeciwstawiamy – odczuwamy poczucie winy. Bywa, że jedynym rozwiązaniem staje się ucieczka do podstępu. Czasami pomysł na to, jak uniknąć winy i krzywdy, przychodzi w snach – jak w tym przypadku. Wiele moich pacjentek mieszkających za granicą, wyjechało (uciekło) z domu rodzinnego tuż po osiemnastce, czując, że to ostatni moment, żeby, nie zrywając relacji rodzinnych, ocalić poczucie własnej tożsamości. Święta często są sprawdzianem, czy to się udało.

Rodzinna lojalność opiera się nie tylko na życiu zgodnym z określonymi wartościami, ale przede wszystkim na zasługach. Każda rodzina prowadzi własną księgę rachunkową: chodzi przede wszystkim o równowagę w dawaniu i braniu. Zwyczaj świątecznych prezentów jest jedną z form obdarowywania najbliższych, ale… niestety nawet najbardziej wymyślny prezent może nie zrównoważyć największego daru, jaki dostaliśmy od rodziców – daru życia. Rodzice, w dużej części nieświadomie, oczekują od dzieci szacunku, wdzięczności, posłuszeństwa, a często też  realizowania ich marzeń. Bywa, że dzieci „nie w porę” – a takim dzieckiem prawdopodobnie była

Gerda – nigdy nie są w stanie spłacić długu daru życia.

Staram się mówić o tym wszystkim w taki sposób, by jej nie zranić. Gerda przez cały czas płacze. Kiedy mówię, że jej łzy rozpuściłyby serce z najtwardszego lodu, uśmiecha się przez łzy. – Wiesz, że prababcia podobno nigdy nie płakała? – mówi. – Może twoje rodowe zadanie to „odpłakać” za nią i za siebie, i za wszystkich, którzy pragną żyć swoim życiem? – Kiedy byłam dzieckiem, tylko mnie wolno było płakać. Gdy Marysia albo Kasia płakały, mama mówiła, że są za duże, żeby się mazać. Mnie przytulała i głaskała po głowie. Ale kiedy raz popłakałam się przez telefon, już w Norwegii, to na mnie nawrzeszczała. – Pewnie poczuła się bezradna, że nie może cię przytulić. – Myślisz, że powinnam jechać do nich na święta? – pyta, ale nie mogę już odpowiedzieć, bo nagle połączenie się urywa i mimo prób nie udaje nam się usłyszeć przed końcem sesji.

Krok 4. Dostaję rysunek

Wieczorem Gerda przysłała mi mail z rysunkiem wigilijnego stołu. Przy stole siedziała cała rodzina, a każda osoba była podpisana i opisana. Obok mamy widniał dymek: „Jak zwykle za lekko się ubrałaś i teraz kaszlesz”, a obok taty: „Jedzmy już zamiast gadać, bo nie zdążymy na pasterkę”. Kiedy spytałam, co czuła, rysując rodzinę i opisując dymki, odpisała: ,,To mnie nawet rozczuliło. Trochę za nimi zatęskniłam”.

Gerdy na rysunku nie było. Nie napisała, co zdecydowała w sprawie świąt. Wiedziałam, że wkrótce poczuje, co chce zrobić, a jeśli nie – to poprosi o kolejną sesję. Po dwóch tygodniach przysłała nowy rysunek, na którym była ona sama i dymek z napisem: „Kocham was, jesteście moją rodziną, nie mam innej. Wiem, że wy też mnie kochacie”. Nadal nie wiem, gdzie spędzi święta, ale czy to ma jakieś znaczenie?

Autoterapia dla spędzających święta w rodzinnym gronie

  • Zaakceptuj fakt, że święta bardzo często budzą w nas ambiwalentne uczucia – z jednej strony je idealizujemy, zwłaszcza jeśli w ciągu roku mamy mało okazji do spotkań, a poza tym kojarzą nam się z dzieciństwem i prezentami; z drugiej, to czas, kiedy silnie przenikają się potrzeby najbliższych członków rodziny i pojawiają się sprzeczne oczekiwania.
  • Spisz na kartce wszystkie oczekiwania, pretensje i gierki, które najbardziej cię ranią, nazwij je i pamiętaj, że: - stwierdzenia w stylu: „Musisz być na wigilii, może to moje ostatnie święta” – to typowy szantaż. Zdaj sobie z tego sprawę, zanim dasz się wpędzić w poczucie winy; obrażanie się jest formą manipulacji; - jeśli ktoś grozi, że na skutek twojej decyzji się rozchoruje – to jest to szantaż emocjonalny, chęć wywołania w tobie poczucia winy i lęku; - jeśli ktoś chce wzbudzić w tobie litość – to jest to forma presji, mająca na celu wywołanie współczucia.
  • Sprawdź, czy rozpoznajesz swoje potrzeby w stosunku do tego, w jaki sposób chciałbyś spędzić święta? Zawsze masz prawo odmówić – nie obarczaj się problemami i emocjami innych, nawet bliskich ci ludzi; nie możesz brać odpowiedzialności za ich sposób przeżywania i reagowania.
  • Uświadom sobie wszystkie swoje emocje związane z gierkami przy stole. Masz prawo czuć: złość, smutek, lęk, żal i wszystkie inne uczucia. To nie przekreśla twojej miłości do rodziny i nie niszczy więzi między wami.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.