1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moralna wyższość jest niebezpieczna. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę

Moralna wyższość jest niebezpieczna. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę

Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Jesteśmy niebezpieczni, gdy wierzymy, że nigdy nie krzywdzimy innych – mówi psychoterapeutka Bogna Szymkiewicz.

„Toksyczni rodzice”. „Toksyczni ludzie”. „Wredni ludzie”. „Wstrętni mężczyźni”. „Wstrętne kobiety”. „Toksyczni szefowie”. To są tytuły książek, które znakomicie się sprzedają. Jakbyśmy wierzyli w to, co mówił Sartre, że piekło to inni.
Nie ma ludzi wrednych, złych czy toksycznych. Są tacy, którzy w tym momencie swojego życia wybierają „ciemną stronę mocy” – mniej lub bardziej świadomie. I wtedy zaczynają zachowywać się w sposób wredny, niszczący czy manipulujący.

Twierdzą, że mają powody, żeby się tak zachowywać, po prostu muszą się bronić.
Oczywiście toksyczne zachowania mają swoje przyczyny. Wszyscy zbrodniarze świata doznali krzywd jako dzieci. Jeden z moich nauczycieli powiedział, że człowiek to zbyt delikatna istota, by znieść choćby jedno nadużycie. Nadużywani ludzie odpłacają potem innym, wyrównują krzywdy. Gdy jesteśmy zranieni, automatycznie zajmujemy miejsce ofiary. W środku jesteśmy obolałymi, słabymi istotami, ale na zewnątrz używamy ogromnej siły, niejako przeskakujemy z miejsca ofiary w miejsce prześladowcy, mściciela. Kontakt mamy jednak tylko z bólem ze środka, więc nie widzimy przemocy, którą fundujemy innym. Krzywdzimy siebie nawzajem w rolach, które odgrywamy w życiu. Wierzę jednak, że na najgłębszym poziomie jesteśmy połączeni miłością. Esencją naszego istnienia jest miłość.

Jeśli w to wierzymy, to z trudem przychodzi nam stawianie granic, bo widzimy pod toksycznym zachowaniem lęk i cierpienie.
Jeśli patrzymy na innych ludzi z moralną wyższością – bo przecież tacy biedni, więc trzeba im współczuć i ustępować – robimy im krzywdę. Jest w tym protekcjonalizm, a często też idealistyczna wiara, że oni się zmienią, gdy tylko zdobędziemy się na wybaczenie. Bo przecież „tak się nie robi” i „on się na pewno opamięta”.

Dziwimy się, że współczucie niczego nie zmienia. Mało tego – najczęściej rozwściecza prześladowcę, wzmacnia toksyczne zachowania.
Z miłości ustępujemy pola. A potem z niedowierzaniem patrzymy na spustoszenia dokonywane przez tych, którzy wybrali „ciemną stronę mocy”. Moralna wyższość jest niebezpieczna, bo rodzi się z takiego przekonania, że ja nigdy nie krzywdzę ludzi, a więc mam monopol na widzenie prawdy. Tymczasem – mówią o tym wszystkie tradycje duchowe – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, potencjał, żeby zabić. Uczestniczyłam kiedyś jako prowadząca w psychologicznych badaniach dotyczących moralnych zachowań. Pierwsza część testu polegała na rozwiązaniu zadania, które było skonstruowane tak, że aby je rozwiązać, nie można było nie oszukiwać. Potem uczestnicy wypełniali ankietę na temat własnych poglądów moralnych na życie. Wyniki były zaskakujące: ci, którzy uważali, że nigdy nie oszukują i zawsze są kryształowi, częściej oszukiwali w pierwszej części zadania. Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę, widzimy w innych mnóstwo zła. Im bardziej chcemy być doskonali i upieramy się, że czynimy samo dobro, tym bardziej jesteśmy głusi na krytyczne informacje na temat naszych zachowań.

Tylko miłość uzdrawia – tyle razy słyszymy to zdanie, że w chwili, gdy w sposób zdecydowany przeciwstawiamy się przemocy, możemy poczuć się kiepsko.
Duchowość to nie miękkość. To siła. Miłość, ale i moc. Nie chodzi o to, by kogoś zniszczyć, odpłacając mu pięknym za nadobne, ale by w zdrowy, mocny sposób postawić granice, nie zgadzać się na nadużycia, powiedzieć: dosyć, dalej ani kroku! Jeśli wycofuję swoją siłę, wtedy nie mówię, jaki jest mój punkt widzenia, nie daję więc drugiej osobie tych informacji, które są jej potrzebne, by mogła się rozwijać jako istota ludzka. Nie bądźmy bezbronni wobec ludzi, którzy nas niszczą. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się przed nimi bronić. Jeśli mamy do czynienia z szefem, który zachowuje się wrednie, nie unikajmy go, nie plotkujmy po kątach, ale skonfrontujmy się z nim, ujawnijmy jego niszczące strategie. Samemu trudno to zrobić, ale gdy dziesięć osób z zespołu przeciwstawi się, powie o tym zwierzchnikom szefa, jest szansa na zmianę. Potrzebny jest nacisk społeczny. Może nie powinniśmy podawać ręki takim ludziom? To byłby początek ruchu społecznego, potężna forma nacisku. Potrzebujemy wzrostu indywidualnej świadomości, ale potrzebujemy też nowych wzorców bycia ze sobą w grupie, nowych reguł współżycia, nowych praw i opartych na nich instytucji. Tak wielu z nas doświadcza wewnętrznego niepokoju, wierząc, że tylko dzięki władzy, kontroli i manipulacji możemy być kimś wartościowym i zyskać uznanie społeczne. Ale tak nie musi być, nie musimy ze sobą walczyć. Takie akcje społeczne, jak „Kocham, nie biję”, „Kocham, mam czas”, tworzą nowe pole świadomości, nowy wzorzec. Wierzę, że żyjemy w czasach głębokiej transformacji. Wierzę, że możliwy jest taki świat, w którym będzie się liczyło zdanie każdego człowieka; zrozumiemy, że porządek oparty na władzy i dominacji nikomu nie służy, niszczy wszystkich, także tych sprawujących nad nami toksyczną władzę.

W różnych duchowych naukach spotykamy taką pociągającą koncepcję, że drugi człowiek bez względu na to, jak byłby toksyczny czy wredny, jest aspektem nas samych. Że możemy się w sobie przeglądać jak w lustrach. I że ktoś dla nas najtrudniejszy w kontakcie jest naszym największym nauczycielem.
Opacznie to rozumiemy. Po pierwsze nawet jeśli ten drugi to też ja, w żadnym razie nie znaczy to, że zachowuję się tak samo wrednie czy toksycznie jak on. Przeglądam się w nim, żeby dokonać w sobie transformacji. Jeśli jestem otwarta i współczująca, a on zamknięty i silny, to być może potrzebuję „wziąć” od niego trochę jego siły, a w pewnych obszarach zamykać się – jak on – żeby siebie chronić. Przeglądam się w nim nie po to, żeby wpaść w poczucie winy i znów o coś siebie oskarżyć – „bo skoro nie akceptuję toksyczności, to znaczy, że mam problem” – ale żeby siebie wzmocnić. Ktoś, kto mnie krzywdzi, nie jest moim dobroczyńcą. Oczywiście mogę z czasem dojść do wniosku, że wiele nauczyłam się z tego, co mnie spotkało, ale to moja decyzja, by w ten sposób się uczyć. Mówienie komuś z góry: „to twój nauczyciel”, jest nadużyciem.

Najlepiej, gdybyśmy mieli w sobie i miłość, i współczucie, i mocne granice, i byśmy byli solidarni społecznie.
Zawsze warto próbować się porozumieć. Jednak jeśli czuję, że to, co mówię, jest wykorzystywane przeciwko mnie, rozbijam się o mur, jestem oskarżana, znowu manipulowana, nie będę długo się narażać, powiem: dosyć! Nie życzę sobie dalszych kontaktów. A jednocześnie życzę tej osobie jak najlepiej.

Bogna Szymkiewicz: dr psychologii, pracuje w Instytucie stosowanych Nauk Społecznych UW. Dyplomowana terapeutka i nauczycielka pracy z procesem. Autorka książek.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Zwierciadło

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Agresja i przemoc w związku – dlaczego kobiety nie reagują w porę?

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Prawdopodobnie każdy z nas zna osoby uwikłane w związek, w którym pojawia się przemoc mniej lub bardziej nasilona. Rodzina, znajomi, może ktoś w sąsiedztwie… widzimy powtarzające się przykre wydarzenia i niejednokrotnie krzywdę członków rodziny. „Dlaczego ona nie odejdzie?” – pojawia się często pytanie. „Po co w tym tkwi?!”. Agresja zaczyna się zwykle od drobnych sygnałów, a potem rozwija się i nasila, aż do rozmiarów zagrażających bezpośrednio zdrowiu i życiu. Jak to się dzieje?

Anna całe popołudnie czeka w napięciu na powrót męża, nasłuchuje jego kroków na schodach – czy dziś mocno stuka butami? Siedząc w kuchni, gdzie „powinna” być o tej porze, słucha dalej, jak on zamyka drzwi, jak wzdycha. Przez lata nauczyła się po tych szczegółach rozpoznawać, czy dziś będzie awantura. Najgorzej jest wtedy, kiedy mąż już w korytarzu klnie coś pod nosem, wtedy wiadomo, że obiad będzie kiepski, że bałagan w domu i to wieczne „a co ty niby zrobiłaś tutaj przez cały dzień?”. O docenieniu czegokolwiek nie ma mowy, no może czasem w łóżku powie „od razu mi lepiej”, ale to też rzadko, bo zwykle narzeka, że musi domagać się tego, „co mu się w nocy należy”, a nawet brać siłą. On jest z tych, którzy twierdzą, że gwałt w małżeństwie nie istnieje.

Pierwsze niepokojące sygnały

Często już na początku związku można zauważyć pewne oznaki skłonności do agresji u partnera, do kontrolowania innych, czy nieumiejętności panowania nad sobą. Takich sygnałów nie powinno się bagatelizować i warto reagować od razu, kiedy tylko się pojawiają. Niestety nasze normy kulturowe do pewnego momentu przesłaniają przytomne spojrzenie na sprawę. Często, kiedy partner próbuje nam wmówić, że wie lepiej co dla nas dobre, wyśmiewa nas czy przejawia tendencję do kontroli nad naszymi kontaktami z innymi ludźmi, to nie widzimy w tym nic złego. Zwykle z obu stron związku padają racjonalizacje typu: „bez zazdrości nie ma miłości”, „to tylko takie żarty, po prostu lubi się przedrzeźniać”. Czasami jednak te tendencje się nasilają. Jedna ze stron w związku nie radzi sobie z lękiem, frustracją, niską samooceną, nie wie, co to bezpieczna bliskość i w konsekwencji coraz częściej ucieka się do przemocy psychicznej. Ta zwykle pojawia się wcześniej niż fizyczne ataki.

Mechanizmy zniewolenia

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę. Często pojawiające się wyrzuty, awantury pod pretekstem braku podporządkowania, ciągłe docinki i krytyczne komentarze budują specyficzną atmosferę w domu. Nie wolno reagować, nie wolno mówić. Ofiara takiego traktowania nie ma śladów po biciu, często nawet sama nie wie, dlaczego coraz gorzej się czuje oraz jak o tym rozmawiać z bliskimi. Po prostu boi się „tego kogoś” w partnerze, jego „mrocznego pasażera”, który w każdej chwili może wkroczyć do akcji i zrobić coś nieprzewidywalnego, niebezpiecznego.

Z czasem wybuchy agresji mogą być coraz bardziej jawne, widoczne, dochodzi nawet do fizycznej przemocy. Jednak kolejną pułapką utrudniającą ocenę sytuacji są tzw. cykle przemocy. Po każdym wybuchu czy ataku jego sprawca staje się miły, przeprasza, przynosi kwiaty i obiecuje, że „nigdy więcej”. Kolejne dni lub tygodnie rodzinnej sielanki wzbudzają nadzieję, że się zmienił, dotarło do niego to, co zrobił. Czujność opada, a w międzyczasie w związku powoli narasta napięcie, z którym znów nie można sobie konstruktywnie poradzić. Po jakimś czasie następuje kolejny wybuch: sprawca sobie ulży, ofiara znajduje się w szoku, lęku i bezsilności. Powoli wykształca się syndrom wyuczonej bezradności, który nie pozwala na wydostanie się z tej psychologicznej sytuacji.

Można by opisywać wiele mechanizmów i zachowań, które wikłają osoby w przemocowym związku. Wszystkie one jednak sprawiają, że dwoje wolnych i dorosłych ludzi zmienia się w parę jak z okropnej bajki. Często jest tak, że po kilku latach podobnej relacji kobieta czuje się mała, bezsilna, zastraszona, podporządkowana – jakby była jakąś małą myszką. Partner staje się dla niej wszechmocnym potworem, któremu nie wolno się sprzeciwić, bo stanie się coś strasznego, będzie tylko gorzej, więc lepiej się nie stawiać, nie reagować. Takie wyobrażenie latami budowane przez „pranie mózgu” w czterech ścianach jest tak silne, że kobiety przychodzące do psychologa czy instytucji opisują swojego partnera jako wielkiego, wpływowego, silnego faceta, który wszystkich przegoni i nie ma na niego silnych. Przez całe tygodnie upierają się, że nic nie da się zrobić. Na koniec okazuje się jednak, że za tym obrazkiem kryje się mały sfrustrowany, skrzywdzony kiedyś człowiek, który nie zapanował nad swoją wściekłością. Właśnie ta iluzja, w której żyją oboje, czasami więzi bardziej niż realne fakty i zagrożenia, choć tym drugim też nie można zaprzeczać.

Co robić?

Jeśli jesteś świadkiem takich sytuacji, znasz kogoś uwikłanego w przemoc w rodzinie – zwróć na to uwagę, porozmawiaj. Zwykle zatrzymuje nas wstyd, niepewność, niechęć do wtrącania się, jednak wyrażenie swojego zaniepokojenia i oferta wsparcia nikomu na pewno nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie – może wytrącić taką osobę ze swoistego transu, izolacji, poczucia niezrozumienia. Może zachęcić do skorzystania z pomocy, podjęcia działań w swojej sprawie. Nie zniechęcaj się, kiedy taka osoba nie zachowuje się tak jakbyś oczekiwał, nie od razu chce działać, wycofuje się. Nie dawaj tylko dobrych rad, a staraj się towarzyszyć, bo wychodzenie z pola przemocy to długotrwały i trudny emocjonalnie proces. Jeżeli sytuacja się nie zmienia, a zagrożone jest czyjeś zdrowie (w tym równowaga psychiczna) lub życie – poinformuj instytucje, które mogą zareagować i zatroszczyć się o słabszych, np. policję, lokalny ośrodek pomocy społecznej.

Jeżeli ta historia dotyczy Ciebie, to na początek uwierz, że zawsze można coś zaradzić. Jeżeli sytuacja w relacji dopiero się zaczyna – zareaguj, postaw granice, powiedz o tym, co czujesz i myślisz o takim traktowaniu. Sprawdź, co na to odpowiada druga strona. Jeżeli nie wiesz jak, boisz się – skonsultuj się z psychologiem, to może Cię wzmocnić, pomóc znaleźć rozwiązania. Poszukaj wsparcia w bliskich osobach, choć może być tak, że i one poczują się bezradne. Każdy z nas ma doświadczenia, które mogą blokować możliwość reakcji i obrony, które sprawiają, że wchodzimy w tę bajkę o krzywdzie i nie wiemy nawet, kiedy to się dzieje. W związku z nimi czasami potrzebna może okazać się psychoterapia. Jeżeli sytuacja jest niebezpieczna dla Ciebie lub najbliższych i nie masz sił, by samemu zareagować, poproś o wsparcie instytucje – po to one są. Warto jak najszybciej zatrzymywać wciąż odtwarzającą się przemoc, bo niestety ona zwykle sama z siebie się nie kończy.

Adam Chojnacki: psycholog, psychoterapeuta, certyfikowany specjalista oraz superwizor w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadzi terapię dla osób doznających i stosujących przemoc oraz osób po traumie. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i szkoleniową.

  1. Psychologia

Wredni i toksyczni ludzie – dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

  1. Psychologia

„Nie chcę o tym rozmawiać” - o tajemnicach i ciemnych stronach związku mówi Wojciech Eichelberger

Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Byłam pewna, że Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta mówiący o wolności jako warunku miłości, powie, że trzeba uszanować „nie” partnera. Sama jednak nieraz odczułam, że przemilczanie nie zbliża do szczęścia. Jak więc zachować się, gdy partner czy partnerka niby Sinobrody mówi: „do tego pokoju w moim sercu nie wolno ci wchodzić!”?

Znajomy postanowił sam wyremontować nowe, duże mieszkanie, ale tego nie robi i stoi ono puste, a on z żoną nadal mieszkają w kawalerce. Żona z nim o tym nie próbuje rozmawiać, choć ją to frustruje, bo to tylko wywołałoby dziką awanturę.
Nic nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie, bo go nie znam. Ale na kanwie tej historii możemy pofantazjować na temat ewentualnej ukrytej przyczyny. Może ten mężczyzna nie chce lub nie może wyremontować nowego, wspólnego mieszkania, bo nieświadomie dąży do tego, aby ten związek nie trwał długo? Boi się zażyłości, dłuższej perspektywy we dwoje, bo chce być wierny mamie? Może obawia się rodzicielstwa (większa przestrzeń życiowa często wyzwala w kobietach pragnienie zapełniania jej potomstwem) albo ma uczulenie na farby i wstydzi się do tego przyznać? Cokolwiek jednak by to było, skoro ma moc wyzwalania z pozoru nieuzasadnionych wybuchów złości lub prowokuje do izolowania się, możemy być pewni, że głębokie przyczyny ukryte są w strefie cienia, czyli w nieświadomości. Wszyscy mieszkamy we wspaniałych pałacach umysłu, ale większość z nas używa tylko jednego pokoju. Do pozostałych boimy się nawet zbliżyć, a strych i piwnice budzą w nas paniczny lęk. Rezygnujemy więc z wiedzy i doświadczenia i zaludniamy nasz umysł demonicznymi tworami wyobraźni, skutecznie sami siebie strasząc.

Mówiąc metaforycznie: on nie chce remontować swojego mentalnego pałacu, bo wyobraża sobie, że coś strasznego się tam ukrywa?
To najogólniejsza, symboliczna interpretacja powodów jego zachowania. Ciąży na nas kulturowe tabu zabraniające zaglądania szczególnie do piwnic (cielesność, popędy, tj. seks, agresja, potrzeba indywidualnego przetrwania) i na strychy (miłość, duchowość, ekstaza, wolność). To kulturowe tabu każe nam siedzieć w ciasnym pokoju, wznosić oczy do nieba i modlić się, by ktoś nas stąd zabrał. To wielkie i zasmucające marnotrawstwo możliwości, jakie stwarza człowiecze życie. Na szczęście coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że warto wreszcie rozgościć się w swoim dziedzictwie. Odkrywa, że od zawsze mieszkamy w niewymownie pięknym, przebogatym pałacu bez ścian i okien. Przeczuwa, że nie wykorzystują swojego potencjału fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego - i pragnie to zmienić.

Czy jednak czasem trudności i lęki nie są zbyt duże, by warto było zdobywać się na remont?
Jeśli chcemy poczuć siebie, być u siebie w pokoju z samym sobą, wyjść z cienia na światło, to tylko ta droga nas tam doprowadzi. Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności. Wtedy często słyszą i mówią: „tylko nie dotykajmy tej sprawy”, „to zbyt bolesne”, „nie chcę o tym rozmawiać” itp. W ten sposób zawężona zostaje przestrzeń, w jakiej ich miłość może się rozwijać. Zamiast poczucia wolności, wsparcia, wspólnego i fascynującego penetrowania możliwości, jakie niesie życie, ich związek staje się polem minowym, po którym poruszamy się  napięciu i lęku. Są jednak tacy, których to kręci, bo dramat i napięcie były ich udziałem od zarania. Każdy jednak, kto chce odpowiedzialnie uczestniczyć w byciu z drugą osobą, ma obowiązek zaglądać do wszystkich nieużywanych komnat, a przede wszystkim do piwnic i na strychy. Bo jeśli na skutek kaprysu losu jakiś zamknięty pokój sam się otworzy, nagromadzona w nim energia cienia może okazać się tak wielka, że osoba, która nie odważyła się na remont, zostanie sama, gdy jej partner ucieknie w popłochu.

Nie rozumiem żony tego znajomego. Gdyby ta sprawa jej nie dotyczyła, to mogłaby odpuścić rozmowy, ale milcząc, mieszka wciąż jak studentka.
Najwidoczniej obawia się, że usłyszy: „Nie szanujesz moich granic i słabości, nie rozumiesz mnie, więc: do widzenia!”. A gdyby prawdziwa była nasza hipoteza, że on nie remontuje mieszkania, bo szuka pretekstu, by ten związek zerwać, to jej naciski są wodą na jego młyn. Na dłuższą metę jednak strategia przemilczania neurotycznych ograniczeń partnera jest destrukcyjna. Jeśli ludzie chcą spędzić życie we dwoje, to muszą być otwarci i zażarci w odzyskiwaniu, przewietrzaniu i remontowaniu nierozpoznanych obszarów umysłu. W przeciwnym razie – prędzej czy później – wpuszczą partnera na minę i zagrożą miłości.

A może ona dobrowolnie i szczerze zrezygnowała z większego mieszkania, doceniając uroki mieszkania z ukochanym w kawalerce?
Jeśli dobrowolnie dla związku zrezygnowała też z macierzyństwa – to szczęść Boże tej parze. Przyznam jednak, że mój psychoterapeutyczny sceptycyzm każe mi powątpiewać w taką możliwość. Szczególnie w dobrowolną i pogodną rezygnację z macierzyństwa. Ten rodzaj szlachetnego poświęcenia z reguły okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. I jeśli zostaną w kawalerce z nieprzepracowanym problemem, będzie on się potęgował, powodując kurczenie się przestrzeni szczerości, swobody i wolności w związku. Dlatego trzeba rozmawiać, pytać o przyczyny. Robić wszystko, co możliwe, by nie dać się zniewolić neurotycznym objawom, cieniowi partnera. To szkodzi zarówno zniewalanemu, jak i zniewalającemu, który żyje w nieustannym lęku i napięciu, bojąc się swojego cienia – czyli siebie samego.

Ale może to jednak wyraz szacunku dla partnera nie zmuszać go, by zajrzał w swój cień?
To raczej współuzależnienie, a nie szacunek. Stajemy się tak sojusznikiem w ukrywaniu drzwi do ciemnych pokoi. Jak żona alkoholika, która pomaga mężowi ukryć konsekwencje jego picia, co pozbawia go szansy na zbudowanie jakiejkolwiek motywacji, by się zmierzył z nałogiem i rozpoczął walkę o swoją wolność i godność. Osoba współuzależniona czerpie bowiem nieuświadomioną satysfakcję z roli nieustannie frustrowanej wybawicielki. Gra w: „Ja cię zbawiam, ale ty się nie dajesz zbawić. Bo jakbyś się dał, to ja bym cię już nie mogła zbawiać i poczułabym się bezużyteczna”.

Naciskać więc, by rozmawiać na trudne tematy i pytać o niezrealizowane plany. Tylko jak?
To niełatwe. Na początku związku każdy chce się pokazać z najlepszej strony, ukrywa więc nieposprzątane pokoje i związane z nimi lęki. Gdy po zakończeniu godowego tańca widać, że wnosimy w posagu sporo nierozwiązanych problemów, często wypychamy ze świadomości tę konstatację. Trudno w czas postąpić mądrze. Raczej zaklinamy rzeczywistość, odkładając sprawę w nieskończoność. Tymczasem im szybciej zaczniemy o tym rozmawiać, tym lepiej. Oczywiście w duchu zrozumienia: „Widzę, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów masz kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć ten remont. Zauważyłam, że gdy próbuję dowiedzieć się, czemu tak się dzieje, to się strasznie bronisz. Więc skoro to jest sprawa, której nie chcesz przede mną ujawnić, to idź do psychoterapeuty i spróbuj z nim o tym porozmawiać. To ułatwi nam życie. Przy okazji pokażesz, że nasz związek jest dla ciebie ważniejszy niż niechęć do zajęcia się swoim problemem. Wiedz, że dla mnie jest ważne, byśmy zamieszkali w dużym, wygodnym mieszkaniu i by mieć faceta, który gdy coś obiecuje, to tak robi”.

To mądre słowa, ale z doświadczenia wiem, że raczej trudno dotrzeć w spokoju nawet do połowy takiej wypowiedzi...
Nie ma co liczyć na to, że jej adresat przyjmie ją ze spokojem i wdzięcznością: „Jak dobrze, że mi to wreszcie powiedziałaś!”. Ale jeśli mu zależy na związku, to po rozmowie prawdopodobnie coś ze sobą zacznie robić.

W bajce o Sinobrodym żona sama wchodzi do zakazanego pokoju...
Ale ona odkrywa tajemnicę Sinobrodego, nie jego cień. Sinobrody był świadomy tego, co robi – zwodził swoje ofiary i z pewnością żadnej nie kochał. Strefa cienia jest z definicji nieuświadomiona, wymyka się kontroli i działa destruktywnie wbrew naszym najlepszym intencjom. Rozwala związek z ukrycia jak rdza albo w jednym potężnym wyładowaniu, jak grom. Wracając do Sinobrodego, zachował się jednak tak, jakby chciał, by kolejna żona poznała jego tajemnicę. Dał jej klucz do komnaty pełnej trupów poprzednich żon. Tym samym postawił ją przed wyborem. Po tym, co zobaczyła, mogła stać się jego kolejną odrętwiałą z przerażenia ofiarą albo zadufaną w sobie wybawicielką – samobójczynią, która wierzy, że jej miłość go odmieni. Najprawdopodobniej Sinobrody podobnie rozgrywał poprzednie małżeństwa i pozornie nie spodziewał się, że kolejna żona przejrzy jego grę. Lecz w głębi duszy nieświadomie marzył o takiej, która nie ulegnie hipnotycznemu działaniu przemocy ani obezwładniającej zdrowy rozsądek iluzji miłosnej omnipotencji. W ciemnych zakamarkach jego umysłu nie ma bowiem zła – zło jest jawne. Mieszka tam – z jego punktu widzenia przerażająca, bo otwierająca na dobro i miłość – potrzeba ekspiacji i kary. Ludzie zakażeni nienawiścią i chęcią zemsty w swoim cieniu mają dobro. Żyją z obolałym sumieniem, które prowokuje los, by zło się wydało, a cierpienie, które zadają innym, zostało powstrzymane i ukarane.

Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska) Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)

Jaki z tego morał?
Otóż los poprzednich ofiar Sinobrodego uczy, że zła nie da się udobruchać miłosnym oddaniem, nie da się go przeczekać i nie wolno zamykać na nie oczu. Zło trzeba zobaczyć takim, jakim jest, nazwać i ujawnić, a następnie pomóc człowiekowi, który zatracił ludzką zdolność empatii i współczucia, do uznania swojej odpowiedzialności i winy. Wtedy dopiero da on sobie prawo do tego, by przyjąć od kogoś dar miłości i zdobędzie się na symetryczną odpowiedź. W tej właśnie sprawie ostatnia żona Sinobrodego doświadczyła wglądu. Ujawnienie mężowskiej zbrodni trzeba uznać za wyraz jej najgłębszej, mądrej miłości, miłości ratującej jego duszę. Mit o Sinobrodym ostrzega, że jeśli nie odważymy się wkroczyć do mrocznych zakamarków umysłu partnera, to nie tylko pozbawiamy go szansy na przekroczenie jego ograniczeń, lecz staniemy się współodpowiedzialni za kolejne ofiary. Po to, by się tak nie stało, czasami trzeba zaryzykować związek z ukochaną osobą i nie oczekując jej wdzięczności, nie przestawać w głębi duszy kochać ją nadal.

W przypadku, o którym mówimy, wtargnięciem w strefę cienia byłoby powiedzenie: „Rozumiem, że nie chcesz mieć dzieci i nie planujesz być ze mną długo, i dlatego nie remontujesz tego mieszkania?!”.
To mocna prowokacja, ale kto wie, być może tylko taka okaże się pomocna. Bo w strefie cienia jesteśmy bezradni, nie potrafimy nazwać tego, co tam się kryje. Wiemy tylko, że nie chcemy tego dotykać. Część partnerów wytrzymuje sytuację konfrontacji z cieniem. Część ucieka i zmienia partnerów na mniej dociekliwych. Pewnej jest, że im później ujawniona jest strefa cienia, tym więcej nagromadzi toksycznej energii i tym trudniej uratować związek.

W bajce o Sinobrodym bracia ratują jego żonę i zabijają go. A wtedy ona dziedziczy majątek męża potwora i znajduje nowego kochającego partnera.
Zasłużyła na to. Podczas konfrontacji z Sinobrodym przekroczyła rolę bezradnej ofiary i naiwnej wybawicielki. Wzmocniła się i zmądrzała. Sinobrody reprezentuje agresywny, bezwzględny, wyrachowany, niezdolny do miłości aspekt mężczyzny. Bracia – pozytywny, szlachetny, mądry i opiekuńczy aspekt – potrafią nawiązać bratersko-siostrzaną, czyli bezinteresowną więź z kobietą. Optymistyczne jest to, że tych dobrych mężczyzn jest więcej. Jeśli więc kobieta odkryje groźną strefę cienia w umyśle partnera, poczuje lęk, odrazę, niechęć to powinna natychmiast wzywać braci na pomoc. Pamiętajmy też, że nic co ludzkie nie jest nam obce, że umysł każdego z nas – czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną – zawiera skrypty wszystkich postaci tego mitu. Sinobrody istnieje też w wersji kobiecej – pod postacią, którą można nazwać Sinoustą. Każdy z nas – mężczyźni i kobiety – ma coś nierozpoznanego za kołnierzem. Czasami strefy cienia partnerów dobrze się uzupełniają, jak w związkach sado-maso czy Narcyz – Kopciuszek, a wtedy przez ograniczony czas doświadczamy nawet poczucia przejrzystości i harmonii.

  1. Psychologia

Jak nauczyć dziecko reagować na przemoc ze strony rówieśników?

Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziecko samo z siebie nie wie, jak się prawidłowo reagować na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko, które doświadcza przemocy, rodzice instynktownie chronią. Przepełnione miłością i troską działania często przybierają formę spędzania z dzieckiem niemal całego dnia; jest ono odprowadzane do szkoły, zabierane zaraz po ostatniej lekcji, organizuje mu się różne atrakcje i tym samym jeszcze bardziej alienuje ze środowiska rówieśniczego. Nadopiekuńczość nie ma dobrych stron w żadnej sytuacji. Jeśli rodzice mają silną potrzebę ochrony dziecka, lepiej się wyprowadzić (nawet jeśli to naraża rodzinę na spore koszty i zamieszanie), ale nigdy nie zastępować sobą świata kolegów — niezbędnego do prawidłowego rozwoju.

Wszystko zależy od ciebie

Poniżej wskazówki, które warto mieć na względzie, mierząc się z problemem przemocy:
  • Nie zmienisz zachowania innych dzieci w klasie twojego dziecka, nie zapobiegniesz agresji. Jedyne, co możesz pokazać dziecku, to jak na nią reagować i wytłumaczyć skąd się bierze.
  • Zapytaj, co się stało i spokojnie wysłuchaj. Nie wierz we wszystko. Pamiętaj, o czym dziecko starsze już wie: nie warto od razu przyznawać się, że to była sprzeczka, a nie jednostronne pobicie.
  • Nie przesłuchuj dziecka („O której to było? Kto to widział? A gdzie była pani? Pokaż mi, jak on cię kopnął”). Pozwól mu spokojnie opowiedzieć to powoli, swoimi słowami, z uwzględnieniem tylko tych rzeczy, które dla niego były ważne.
  • Nie podsuwaj dziecku gotowego scenariusza: „Ty tylko stałeś, a on zaczął bez żadnego powodu, tak?”. Dziecko, zdając relację z takiego zdarzenia, jest wytrącone z równowagi. Żeby sprawę szybciej zamknąć, potwierdzi wszystko, co tylko ty chcesz usłyszeć!
  • Zapytaj, co chce teraz zrobić. Być może dziecko wzruszy ramionami i powie: „Nic, przecież bez przerwy ktoś się z kimś bije”. Nie pochwalaj tego, zrób pogadankę na temat szkodliwości wszelkich form agresji, ale zrozum, że jeden incydent nie zrobi dziecku krzywdy.
  • Jeśli dziecko doświadczyło poważnej szkody (jest na przykład ranne) idź do szkoły, ale nigdy w charakterze prokuratora. Zgłoś problem, a nie żądaj najwyższej możliwej kary. Uważaj na swoją postawę. Dość często okazuje się, że twoje dziecko nie było takie całkiem niewinne, a w połowie wypadków to ono wszczęło bójkę, sprzeczkę i jego zachowanie też pozostawia wiele do życzenia.
  • Jeśli rozbierasz włos na czworo, masz do dziecka pretensje, obarczysz je winą, że niepotrzebnie podeszło, powinno zareagować inaczej itd. — twoja agresywna reakcja wyrządzi więcej emocjonalnej szkody niż samo zajście, bo dziecko poczuje, że nie jesteś po jego stronie, że masz pretensje o coś, na co ono nie miało wpływu. Zrozumie, że nie sposób cię zadowolić.
  • Oskarżanie dziecka, ostra interwencja w szkole, pretensje wobec agresora i jego rodziców, a nawet samodzielne ukaranie sprawcy jest typowym zachowaniem człowieka wzburzonego. Gdy buzują w nas emocje, mamy silną potrzebę działania. Chcemy coś zrobić, mieć poczucie, że walczymy o dziecko, że go bronimy. Wielu rodziców idzie do szkoły z pretensjami, bo uważa, że jeśli tego nie zrobi, zyska sobie opinię niezainteresowanego, patologicznego, nieczułego rodzica.
  • Pamiętaj, żeby twoja reakcja nie obciążyła nadmiernie dziecka. Nie przynieś mu wstydu i nie skonfliktuj go z kolegami na dobre. Pamiętaj, że gdy ty — zadowolony, że „nie dasz swojemu dziecku zrobić krzywdy” — po ostrej interwencji wyjdziesz ze szkoły, ono będzie musiało nadal egzystować w swojej klasie.
  • Zawsze gdy chcesz pilnie interweniować w sprawie dziecka (zwłaszcza dziecka powyżej dziesiątego roku życia), pomyśl co by było, gdyby do ciebie do pracy przyszła twoja siostra i zrobiła koleżance awanturę, że jest dla ciebie niemiła albo popchnęła cię, biegnąc do bufetu.

Przemoc długoterminowa

Jeśli dziecko jest w szkole szykanowane i doświadcza przemocy długoterminowo, należy dać mu możliwie najsilniejsze wsparcie:
  • Miej dla dziecka czas, bądź do jego dyspozycji, zapewnij mu w domu obszar całkowitego bezpieczeństwa
  • Rozmawiaj o tym z dzieckiem, ale nie oskarżaj, że dopiero teraz ci mówi. Ono się bało ujawnić prawdę, ponieważ było zastraszone; agresor zawsze grozi, że najważniejsze to nikomu nic nie mówić. Ofiara, zwłaszcza małe dziecko, wierzy we wszystkie groźby, bardzo się nimi przejmuje i żyje w obawie, że jeśli się poskarży, to tylko pogorszy jego sytuację. Dlatego zamiast mówić:„Czemu mi nie powiedziałeś?”, daj dziecku nagrodę: „To bardzo mądrze, że mi o tym powiedziałeś”.
  • Zaproponuj jakieś możliwe do realizacji rozwiązanie, na przykład, żeby mijało agresora, żeby starało się nie przebywać samo.

Technika pozbawiania mocy

  • Małoletnia ofiara przemocy jest przekonana, że agresor jest znacznie silniejszy niż jest w rzeczywistości. Warto pokazać, że się myli, że agresor to takie samo dziecko jak wszystkie inne.
  • Mów o agresorze jego zwyczajnym imieniem. Wszyscy w rodzinie wymyślcie, co można zrobić, żeby nie traktować go jak kogoś niezwykłego.
  • Poproś dziecko, żeby stanęło przed lustrem i powiedziało: „Nie boję się nikogo”. Stań koło niego i postawą dawajcie do zrozumienia, że się nikogo nie boicie. Pokaż dziecku, że za pomocą odpowiedniego trzymania brody i odpowiedniej postawy ciała może się wydawać znacznie większe niż jest w rzeczywistości. Nawet siedmiolatek zobaczy różnicę w wyglądzie kogoś, kto się boi i tego, kto się nie boi.
  • Namów dziecko, żeby w razie kłopotów krzyczało wniebogłosy. Razem naróbcie sporego wrzasku i poćwiczcie okrzyki: „Odejdź! Puść mnie!”.
  • Możecie też subtelnie ponaśmiewać się z agresora: „Ale zbyt ładny to on nie jest”. Nie jest to zachowanie wychowawcze, ale przy takim problemie bardzo ofierze potrzebne.
  • Naucz dziecko nie odwracać wzroku. Patrzenie ludziom w oczy odbiera im część odwagi i jest najlepszym sposobem okazywania odwagi własnej. Proś dziecko, żeby patrzyło w oczy wszystkim osobom, z którymi ma kontakt. Nie nabędzie tego nawyku od razu, ale niech zacznie od dwóch osób dziennie, a z czasem patrzenie w oczy podświadomie przekuje się w pewność siebie.
  • Pokaż dziecku moc słów: „Nie zgadzam się! Puść mnie! Odejdź! Daj mi przejść! Mam na imię Michał!”.
  • Koniecznie zadbaj, aby dziecko miało jakiś inny punkt oceny samego siebie w postaci kolegów, które je lubią. Gdy jesteś nielubiany tylko w jednym środowisku, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się, gdy to twoje jedyne środowisko rówieśnicze. Dbaj więc, by dziecko w każdym wieku miało kolegów spoza szkoły: sąsiadów, kuzynów, dzieci waszych znajomych, kolegów z poprzedniej szkoły. To bardzo cenna odskocznia od trudnych szkolnych relacji.
  • Na pewno nie jest błędem zabranie dziecka z obszaru oddziaływania agresora. Jest to często znacznie lepszy pomysł niż zmuszanie osłabionego psychicznie doświadczaną przemocą człowieka, aby koniecznie „postawił się” agresorowi. Najważniejsze jest, żeby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa.

Dziecko może być zamieszane w przemoc w trzech rolach: agresora, ofiary i świadka przemocy. Każda z nich niesie za sobą możliwość obciążenia emocjonalnego i chociaż z punktu widzenia rodzica najbardziej martwimy się, gdy dzieci są ofiarami przemocy, warto zdawać sobie sprawę, że obciążenia wynikające z tego, że widziało się zło, a nic się nie zrobiło, mogą odbić się na przyszłym życiu dziecka nawet bardziej niekorzystnie niż bycie ofiarą.