1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.

  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.

  1. Psychologia

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.