1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Syndrom wypalenia zawodowego - jakie są objawy?

Syndrom wypalenia zawodowego - jakie są objawy?

Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to syndrom, który dotyka coraz więcej osób. Jest wynikiem chronicznego stresu i przepracowania. W przeszłości uważano, że dotyka głównie pielęgniarki, nauczycieli, lekarzy i osoby z branży psychologicznej. Teraz już jest jasne, że może dotknąć wszystkich. Warto mieć świadomość, że syndrom wypalenia zawodowego pojawia się niemal niezauważony.

Coraz młodsze osoby, nawet przed 30 rokiem życia, skarżą się na ogromne zmęczenie, przepracowanie, są niezadowolone z wykonywanej pracy, narzekają na brak satysfakcji. Są to często osoby zdolne, wykształcone, pracujące w tzw. korporacjach.

Trzeba być czujnym, aby w porę zauważyć pierwsze symptomy i zapobiec rozwojowi silnych i gwałtownych objawów. Pierwszymi sygnałami wypalenia zawodowego dla nas samych, dla naszych współpracowników i przełożonych, powinny być: subiektywne poczucie przepracowania, brak chęci do pracy; niechęć wychodzenia do pracy, poczucie izolacji, osamotnienia, negatywne postawy wobec współpracowników i klientów, uczucie zawodu wobec samego siebie. W sferze myślenia, pojawiają się takie oto zdania: „kiedy wreszcie będzie weekend”, „znowu to samo”, „ile godzin muszę tu jeszcze siedzieć”, „nic mi nie wychodzi”, „jestem do niczego”, „oszukuję mojego szefa i współpracowników"… Taka postawa nie jest jednak mobilizująca i nie prowadzi do zmiany.

W tym momencie mogą towarzyszyć nam głównie takie uczucia, jak: irytacja, brak cierpliwości, złość i niechęć, obojętność, poczucie winy. Może pojawić się w nas chęć izolacji, wycofania, negatywizm, częste „spoglądanie na zegarek”. Charakterystyczne jest też nieadekwatnie duże - do wykonanej pracy -  zmęczenie po wyjściu z pracy, czasem czujemy się jak po wyjściu z pracy „przy taśmie” podczas, gdy cały dzień przesiedzieliśmy np. przy biurku. Warto zaobserwować czy pojawia się w nas chęć do przekładania ważnych spotkań czy spraw na później. Możemy też stać się na tym etapie bardziej cyniczni w stosunku do współpracowników. Sygnałem alarmowym powinna być częsta nieobecność w miejscu pracy (zwolnienia, urlop „na żądanie”).

Nie można bagatelizować dolegliwości somatycznych, które mogą się pojawić lub nasilić. Są to najczęściej: zakłócenia snu, częste przeziębienia i grypy, częste bóle głowy i dolegliwości przewodu pokarmowego, napięcie i bóle mięśniowe.

Zatrzymanie procesu wypalenia zawodowego na tym etapie, jest jak najbardziej możliwe. Zazwyczaj wystarczy:

  • zmniejszenie obciążenia pracą,
  • próba odwrócenia uwagi od pracy jako głównego zajęcia w naszym życiu,
  • próba znalezienia nowego hobby czy zajęcia, które sprawia nam radość.
Być może wskazany byłby też, około dwu-, a raczej trzytygodniowy urlop, spędzony z dala od obowiązków zawodowych. Wszystko po to, aby móc zapanować nad rozwojem dolegliwości, zamiast pozwolić, żeby one zapanowały nad nami.

Ważnym, jak nie najważniejszym czynnikiem, jest świadomość występowania zjawiska i jego skutków. Może warto, jako pracownik lub manager, pomyśleć o rozwoju osobistym i szkoleniach zapobiegających wypaleniu zamiast ponosić wysokie koszty skutków tego zjawiska.

Ostatnio w literaturze pojawia się także termin „wypalenia rodzicielskiego" o podobnej symptomatyce i konsekwencjach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wypalenie zawodowe - jakie mogą być objawy?

Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Po czym poznać, że przewlekłe zmęczenie i brak zapału to już nie tylko zwykłe zmęczenie pracą, ale symptomy wypalenia zawodowego? (fot. iStock)
Zmęczenie, brak energii, częste przeziębienia mogą być krzykiem organizmu o ochronę przed wypaleniem zawodowym. Trzeba tylko połączyć kilka faktów, by układanka złożyła się w całość.

Robert tłumaczy żonie, że wieczorne drinki i okazjonalne „resetowanie się” alkoholem w trakcie większych imprez to konieczność w jego pełnej napięcia pracy. Joanna ma w kuchni półkę zastawioną suplementami diety podnoszącymi odporność, ale każda zima przynosi coraz więcej przewlekłych przeziębień. Krzysztof zasięgał niedawno porady prawnika, by sprawdzić, czy sposób, w jaki potraktował pracownika w chwili irytacji, może być uznany za mobbing. Nie zmniejszyło to jego problemów ze snem, które trapią go – jak sobie uświadomił – już rok.

O wypaleniu zawodowym każdy kiedyś słyszał. Ale przecież to problem innych. Głównie Japończyków. To oni swój pracoholizm przypłacają karoshi – śmiercią z przepracowania lub karojisatsu – samobójstwem z powodu nadmiaru pracy. Ale czy na pewno nam ten problem jest obcy?

Symptomy wypalenia zawodowego

Robert, Joanna i Krzysztof nie zwracają uwagi na symptomy wypalenia zawodowego, bo nie rozpoznają ich jako części procesu. Każdy czasem miewa katar, każdy czasem wypije za dużo, każdemu zdarza się zdenerwować. Zresztą, kto w dzisiejszych czasach nie bywa trochę przepracowany? Jeśli uda się rozpoznać iluzyjność takiego podejścia, zanim brutalnie pozbawią nas złudzeń poważne kłopoty zdrowotne, mamy szansę uniknąć trudnych do odwrócenia stanów, takich jak poważne kłopoty z sercem, krążeniem, układem pokarmowym czy depresja. Co ważne, symptomy wypalenia występują nie pojedynczo, ale w pewnym charakterystycznym zestawie. I właśnie ten zestaw powinien wzbudzić czujność.

Po pierwsze: przewlekłe zmęczenie

Joanna nie przypomina sobie, kiedy ostatni raz czuła przypływ energii i radość działania. Zaczyna podejrzewać nawet, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i filmach. Choćby nie wiem jak długo spała, ciągle jest niewyspana. A właściwie trudno mówić o spaniu, kiedy budzisz się o czwartej i przypominasz sobie wszystkie problemy, którym będziesz musiała stawić czoła w dzień. A kiedy w weekendy starasz się pospać dłużej, żeby wstać wypoczęta, i tak budzisz się z bólem pleców i poczuciem zmęczenia i rozbicia. Może dobrze byłoby pójść na masaż, na basen albo poćwiczyć na świeżym powietrzu? Tylko kiedy i jak? Najpierw trzeba to wszystko jakoś poogarniać, a to nie jest proste, kiedy lecisz na jednym silniku. Mąż żartuje, że ma w łóżku śpiącą królewnę, ale coraz bardziej irytuje go, że zawsze wieczorem boli ją głowa. Joanna powtarza wszystkim, że jest zmęczona, ale do nikogo to nie dociera. Ma poczucie, że ciągle ktoś czegoś od niej chce – w pracy współpracownicy i szefowa, w domu mąż i dzieci, nie wspominając już o mamie, zadręczającej pomysłami wspólnych zakupów – i że te „chcenia” zdecydowanie przekraczają jej możliwości. Ktoś mógłby to wreszcie zauważyć. Tak jak fakt, że od dwóch miesięcy nie może się skutecznie pozbyć nawracającego kataru. Na chwilę poprawia jej nastrój miętowa czekolada, ale słodycze plus obfitsze kolacje powodują, że ubrania przestają dopinać się w pasie, co również nie czyni ją szczęśliwszą.

Joanna próbuje coś zmienić, oddzielnie skupiając się na każdym z przejawów dyskomfortu. Tymczasem uświadomione i połączone w całość problemy dają obraz stanu, który można określić jako właśnie psychiczne i fizyczne wyczerpanie.

Po drugie: brak empatii

Krzysztof zdaje sobie sprawę, że ostatnio stał się bardziej szorstki i wymagający dla swoich pracowników. Bo ile czasu można „ojcować” dorosłym ludziom? Tyle lat już u niego pracują, mogliby się czegoś nauczyć, a nie przybiegać z każdym „bzdetem”. No i te ich ciągłe problemy rodzinne: ojciec w szpitalu onkologicznym, córka miała wypadek i potrzebuje protezy, kredyt na kupno mieszkania. A co go to w końcu obchodzi, szczególnie teraz, gdy sprawy firmy nie idą najlepiej. Ale jak mogą iść dobrze, skoro wszyscy pracują na pół gwizdka, bo ciągle mają te swoje ważne sprawy. Czy jego ktoś pyta o problemy osobiste? Tak dłużej nie może być – dość cackania się z niezorganizowanymi pracownikami. Tak, dał ogłoszenia o naborze nowych ludzi. Tak, weźmie takich, którzy przystaną na gorsze warunki zatrudnienia. I nic nikomu do tego. A już najmniej jego siostrze, której się wydaje, że jak jest psychologiem, to pozjadała wszystkie rozumy. Wymyśliła ostatnio, że niby Krzysztof jest mało empatyczny dla innych, bo jest przepracowany, wypalony i nie radzi sobie sam ze sobą.

Krzysztof broni się przed uwagami bliskich, atakując. Trudno mu uwierzyć i zaakceptować fakt, że depersonalizacja, czyli „odczłowieczanie” relacji z innymi, może być spowodowana przeciążeniem i nieudanymi próbami radzenia sobie z własnym stanem psychicznym.

Po trzecie: samoocena leci w dół

Robert doszedł do wniosku, że czas się wyzbyć złudzeń co do swoich możliwości. Jeszcze niedawno wierzył, że jest niezastąpiony w pracy. Teraz przybyło nowych ludzi, lepiej wykształconych, sprawniej posługujących się angielskim. Dawniej lubił napięcie towarzyszące negocjacjom i uczucie triumfu, gdy sprawy szły po jego myśli – czuł się niezbędny dla firmy. Teraz sukcesy rozkładają się na więcej osób. Robert ma wrażenie, że lada moment podziękują mu za dotychczasową współpracę – już nie jest niezastąpiony, a na nowicjuszy wydają mniej pieniędzy. Takie myśli kołaczą mu się po głowie nieustannie. Wieczorne drinki pozwalają na chwilę się wyluzować, ale rano znowu rzeczywistość skrzeczy.

Na ostatniej firmowej imprezie „zresetował się” kompletnie i wdał w kłótnię z prezesem, o czym plotkowano później przez tydzień. Robert poszedł wtedy na zwolnienie lekarskie. Po raz kolejny, bo ostatnio coraz częściej mu się to zdarza. Żeby jeszcze można było wziąć zwolnienie lekarskie od żony, która ciągle marudzi, że on za mało wierzy w siebie, że niby ma zaniżoną samoocenę i niepotrzebnie deprecjonuje własne dokonania.

Zanim będzie za późno

Christina Maslach – twórczyni najbardziej znanej koncepcji wypalenia – podkreśla trójskładnikowość tego zjawiska: obok poczucia ogólnego psychicznego i fizycznego wyczerpania, pojawiają się dodatkowo: depersonalizacja jako reakcja na innych oraz obniżone poczucie własnych dokonań jako reakcja na siebie.

Jeżeli te symptomy zostaną rozpoznane w porę, można skutecznie pracować nad poprawą stanu zdrowia i powrotem do równowagi psychicznej – ważne jest wtedy równoległe działanie na kilku płaszczyznach jednocześnie: zadbanie o zdrowie fizyczne, ruch, dietę oraz praca nad zmianą szkodliwych nawyków i przekonań dotyczących pracy. W przypadku niewielkiego nasilenia objawów można poradzić sobie z problemem przy wsparciu rodziny lub przyjaciół. W bardziej zaawansowanym stanie przydadzą się porady lekarza rodzinnego (z takiej pomocy skorzystała Joanna), coachingu (praca nad zmianą nawyków pomogła Krzysztofowi) czy terapii (co okazało się skutecznym rozwiązaniem dla Roberta). Ważne, by uznać fakt, że potrzebujemy pomocy, i z niej skorzystać. W przeciwnym razie proces autodestrukcji może nasilać się do stanów, w których niezbędna będzie nawet hospitalizacja.

Warto przeczytać: „Wypalenie zawodowe: przyczyny i zapobieganie”, Helena Sęk, Wydawnictwo Naukowe PWN;„Panowanie nad stresem”, Mirella Kamińska, Bogdan Siewierski, Aleksandra Skwara, Andrzej Szóstak, wyd. One Press.

  1. Psychologia

Dziecięce lęki często przenosimy na grunt zawodowy

Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Praca odtwarza mnóstwo podświadomych mechanizmów psychicznych. To pole, gdzie rozgrywają się nasze dziecięce lęki. Kiedy jakiś służbowy lęk nas zalewa, dobrze jest go dokładnie zbadać. Bo czasem strach jest „zamiast”, maskuje nasze dawne uczucia – twierdzi Tomasz Tuszewski, psycholog i psychoterapeuta

Ludzi można podzielić na dwie grupy: wewnątrz i zewnątrz sterownych. Pierwsi, źródeł sukcesów i niepowodzeń upatrują w sobie, drudzy poza sobą. A jeśli zewnętrznym czynnikom przypisują decydującą moc, czują, że nic od nich nie zależy, nad niczym nie panują – są bardziej lękowi. Gdy ktoś zdaje sobie sprawę, jak wiele zależy od niego, ma większe bazowe poczucie bezpieczeństwa, wie, że nawet jak będzie się źle działo, poradzi sobie. Stąd ci zewnątrz sterowni są bierni i boją się nowego, wewnątrz sterowni są aktywni i biorą byka za rogi.

Pewne czynniki zmniejszają lęk, np. świadomość, że mam fach, który jest poszukiwany; ogólne zaufanie do życia dyktujące, że nawet gdy ma się gorszy okres, to przy odrobinie wysiłku można poprawić swój los. – Ale gdy ktoś mówi, że zupełnie się nie boi straty pracy, przyglądam mu się uważniej – mówi psycholog Tomasz Tuszewski. To są ludzie, którzy boją się zależności, długiego zaangażowania. Takie osoby często zmieniają pracę z lęku, że ominie je coś lepszego. – W życiu prywatnym wybierają z reguły seryjną monogamię, a nie małżeństwo na całe życie – mówi psycholog. – To typowe dla osób, które w dzieciństwie doświadczyły nadmiernej zależności od rodziców, która naruszała ich bezpieczeństwo czy hamowała możliwość rozwoju.

Strach przed rywalizacją

– Zdarza się, że ktoś zupełnie sobie nie uświadamia własnej rywalizacyjnej postawy, albo czasem ją sobie uświadamia, ale nie akceptuje. W efekcie większość swoich impulsów projektuje na innych. Wtedy własna postawa wraca jako przekonanie, że w tej firmie jest ogólny wyścig szczurów. Budzi się lęk, że wszyscy chcą nas wygryźć – mówi psycholog.

Dlaczego wypieramy rywalizację i obarczamy taką intencją innych? Być może w dzieciństwie rodzice w ogóle nie uznawali rywalizowania. Prezentowali postawy typu „kiedy ludzie się kochają, nigdy nie jest im ciasno”, „nie pchaj się przed brata”. Taki model wychowania uczy dziecko, że trzeba wszystko oddać, nie pragnąć za dużo, nie starać się wyprzedzić innych.

Uświadomienie sobie, że rywalizujemy, choć nie mieści się to w naszym systemie wartości, generuje w nas lęk bycia zdemaskowanym. Skoro innym pokazujemy, że nam na awansie nie zależy, a jednocześnie chcemy mieć więcej, zdystansować innych – zaczynamy się bać kary. Bo co innego mogłoby nas spotkać, gdy zdemaskowana zostanie nasza np. chciwość?

I zaczynamy rozgrywać to na zewnątrz: to inni mają problem z rywalizacją, nie my. Korzenie zjawiska znów sięgają dzieciństwa: prawdopodobnie rodzice „krzywili” się, gdy chcieliśmy za dużo. Czuli się zagrożeni przez nasze osiągnięcia. Oczywiście, każdy rodzic powie, że chce, by jego dzieci odnosiły same sukcesy. To na świadomym poziomie. Na podświadomym czasem kryje się lęk, że dzieci go prześcigną. Kiedy to się zdarza, dziecko czuje się winne. W dorosłym życiu fakt, że przerasta zespół, wywołuje u niego poczucie winy, a impuls, by mieć coś więcej niż inni – wstyd.

Na szczyt? Za nic!

Co widzisz, kiedy patrzysz na szefa? Władzę, sukces, kompetencje? To dobrze. Bo niektórzy widzą głównie samotność. Badania nad wpływem stresu na zdrowie wykazały, że największy jego poziom to zmora menadżerów. Dlaczego? Bo brak im wsparcia społecznego. Nikt ich nie poklepie po plecach i nie powie „stary, jutro będzie lepiej”. Nie mogą się nikomu poskarżyć. Z tego powodu wiele osób się boi awansować.

– Ludzie boją się wykluczenia z grupy – tłumaczy Tuszewski. – Lęk budzi nie tylko konkretny awans, ale jakikolwiek większy sukces: boją się, że spotka ich zawiść kolegów. Sukces może izolować i każdy impuls, by chcieć czegoś więcej, powoduje lęk. To może prowadzić do postawy bierności.

Strach przed sukcesem paraliżuje jeszcze z innych powodów: możemy się obawiać, że jeśli już odniesiemy jeden sukces, trzeba będzie go powtarzać. To zmusza do ciągłej walki o pozycję – a przecież nikt nie może być najlepszy cały czas.

– To zależy od temperamentu: niektórych „kręcą” wysokie wymagania, fakt, że są wyraźniejsi, że inni myślą, iż stać ich na więcej – uważa psycholog. – Ale to niewielki odsetek. Sukcesu boją się osoby wysoko reaktywne. Silnie reagują na bodźce i raczej starają się je sobie ograniczać. Mogą marzyć o osiągnięciach, ale jednocześnie cenią sobie święty spokój i boją się wychylić, by tego spokoju nie stracić.

Taka osoba nie przyzna się do sukcesu, nawet jeśli go odniesie. Gdy na zebraniu koledzy zechcą oklaskać autora, powie „to nie ja, to zespół”. I więcej nie wychyli się z żadnym projektem. Może też tak zaprezentować swój pomysł, że nie zostanie przyjęty. Przecież próbowała, ale nie wyszło. To środowisko jest takie niedobre i nie ceni jej pomysłów… A święty spokój? Nic mu nie zagraża…

Jedni przystają, drudzy odstają

Pod jednym względem wszystkie grupy są do siebie podobne: ten, kto myśli inaczej, jest odrzucany. Pewien stopień konformizmu jest pożądany. Nie chodzimy w końcu do pracy, by odgrywać monodram ze sobą w roli głównej. Ale bywa, że boimy się „wychylić”, potakujemy...

Dostosowujemy się. Niektórzy za bardzo.

– Gdy dziecko wraca ze szkoły i zastaje pokłóconych rodziców i powietrze gęste od pretensji, a rodzice nie potrafią go od tego oddzielić, bierze na siebie poprawienie atmosfery. Odkłada swoje problemy i potrzeby, stara się pocieszyć, stanąć po czyjejś stronie. Jako dorosły czuje, że harmonia i bezpieczeństwo całego zespołu zależą od jego dostosowania się. Musi więc zrezygnować z tego, czego sam chce.

 
Czasem jednak chcemy odstawać. Czujemy się inni niż reszta i chcemy to zaznaczyć. – Pielęgnowanie w sobie przekonania o tym, że bardzo różnimy się od grupy, tworzenie nieadekwatnych obrazów, podkreślanie rozbieżności też może wypływać z lęku – podkreśla psycholog. – To może być strach przed tym, że jeśli spróbuję wejść do grupy, odrzucą mnie – więc dystansuję się z góry. Wchodzenie do grupy generuje sporo lęku, bo nigdy nie wiemy, co stanie się dalej… Przyjęcie przez grupę oznacza, że trzeba zaakceptować reguły, jakie w niej panują.

– Są zespoły ludzi, w których zaprzecza się pewnym emocjom. To tworzy niezwykle napiętą atmosferę. W niektórych środowiskach nacisk na dbanie o pozory jest szczególnie silny – mówi Tuszewski. – Kiedyś pracowałem z nauczycielami. W szkole narastała fala agresji wśród uczniów i wielu pedagogów źle sobie z tym radziło, nie tylko dlatego, że uczniowie byli trudni. W tej grupie nie można było powiedzieć „nie radzę sobie”, głośno przyznać się do słabości.

– Gdy nie można z nikim pogadać ani się przyznać do lęku, nie wiemy, jak z tego wybrnąć. Narasta presja, która się może skończyć nerwicą, zobojętnieniem na drugiego człowieka. Dobrze jest znaleźć w pracy kogoś, z kim można pogadać. Jest wtedy szansa, że zaczniemy odczarowywać niezdrowe zaprzeczenia, bo koledzy mogą przyznać, że też się czegoś boją – radzi Tuszewski.

Życie wśród wilków

Pod służbowym graniem może kryć się też wiele cech i uczuć, których w sobie nie akceptujemy. Przykład? Agresja. Są ludzie, którzy nawet na torturach nie przyznają, że odczuwają złość lub chęć, by komuś zrobić coś złego. Wtedy projektują: przypisują innym swoje emocje. To inni są agresywni, to środowisko jest wrogie – ale przecież nie ja. – Ktoś zwrócił nam uwagę, a nam się wydaje, że źle nas potraktował, że żyjemy wśród wilków – uważa Tuszewski.

Kiedy dopuścimy do siebie myśl, że agresywne impulsy są ludzkie, zaczynamy oswajać tę część naszej natury. Terapeutyzujące jest samo uświadamianie sobie, że różne zachowania nas złoszczą, że nie tylko padamy ofiarami czyjejś agresji, ale też czasem irytują nas inni. To zmniejsza lęk, sprawia, że nie jest tak obezwładniający.

Strach przed agresją często się łączy z lękiem przed krytyką. Jest on charakterystyczny dla osób nie tolerujących poczucia winy. I znów musimy się cofnąć do dzieciństwa. – W rodzinie nie było miejsca na błędy – mówi Tuszewski. – Kiedy błędy są dopuszczalne, dziecko to czuje, nawet jeżeli czasem jest karane. Jeśli błędy tolerowane nie są, nie można sobie pozwolić na żadne potknięcia – także w dorosłym życiu.

Poczucie winy jest całkowicie wypierane, ponieważ budzi nieznośny lęk. Tak silny, że w umyśle takiego człowieka nie ma miejsca na przyznanie się do jakiegokolwiek błędu. Rozgrywamy swoje problemy na zewnątrz, widząc siebie zawsze jako ofiarę sytuacji. Kiedy popełnimy błąd, uznajemy, że to wina kogoś lub czegoś. Im bardziej nam nie wychodzi, tym bardziej ustawiamy się w roli ofiary. – Takiej osoby nie można skrytykować nawet w koleżeńskich warunkach, bo zaraz poczuje się atakowana – tłumaczy Tuszewski. – Ponieważ zupełnie nie jest w stanie uznać, że coś zostało zawalone przez nią, nie przyjmie krytyki, powie najwyżej „znowu wszystko na mnie”.

Chętnie bym wam pokazał, ale…

Każdy, kto pisząc CV kiedyś nieco w nim przesadził, wie, jak nieprzyjemny jest lęk przed zdemaskowaniem. A że podoba się nam szacunek otoczenia, podtrzymujemy fałszywy wizerunek.

– Częściej tylko wyobrażamy sobie, że inni widzą nas jako lepszych – uważa Tuszewski. – Ale otoczenie wcale nie „kupuje” naszej wersji. Zauważa nasze ograniczenia, ale mimo to przyjmuje, akceptuje.

Są jednak osoby naprawdę kompetentne, które nie cenią same siebie i tylko czekają, aż ktoś je rozszyfruje. Skąd ten lęk? Może w dzieciństwie rodzice wciąż nas porównywali z rodzeństwem, które – oczywiście – zawsze wypadało lepiej? Może nigdy nie byli z nas zadowoleni i nigdy nie pochwalili, nawet, jeśli odnosiliśmy sukcesy? Może w dorosłym życiu widzimy, że osiągnęliśmy więcej niż rodzice i czujemy się z tego powodu winni, bo zgarnęliśmy dla siebie więcej niż ta najważniejsza osoba? Możliwy jest każdy z tych wariantów – i każdy z nich prowadzi do obniżonego poczucia wartości.

Na zakończenie: niezależnie od tego, z jakim problemem borykasz się w pracy i jakie prześladują cię lęki – nie pozwól sobie wmówić, że to „tylko praca”, że powinniśmy mieć w życiu ważniejsze rzeczy. Jeśli czujesz, że ci w niej nie idzie albo jest ona obarczona wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. Masz prawo traktować ten problem poważnie.

Tomasz Tuszewski: psycholog, psychoterapeuta. Ukończył m.in. Studium Psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji i Studium Psychoterapii Analitycznej. Prowadzi praktykę psychologiczną od 1995 roku, aktualnie zajmuje się długoterminową psychoterapią indywidualną i grupową. Prowadzi również zajęcia w Studium Psychoterapii.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Zdrowie

Główne rodzaje i skutki stresu – jak zwalczać jego skutki?

Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Najbardziej typową i odczuwalną reakcją ciała na stres jest silne spięcie mięśni, gotowych do wysiłku. W poszczególnych organach zachodzą błyskawicznie reakcje: serce i oddech przyspieszają, ciśnienie rośnie, wyostrzają się zmysły, obniża się odporność i maleje wrażliwość na ból. Ciało jest w pełnej gotowości, aby „się ratować”. 

Jednak pamiętajmy, że stres niejedno ma imię. Sprawdź, jakie są rodzaje stresu i których z nich doświadczasz!


Eustress – towarzyszy ekscytującym wydarzeniom. To pozytywny, a nawet niezbędny rodzaj stresu.

Under-stress – stres spowodowany niedociążeniem, bezruchem, znudzeniem, poczuciem beznadziei; przeciwieństwo eustresu.

Over-stress – nadmierny stres, pojawiający się wtedy, kiedy przekraczamy swoje możliwości (to ten z typów stresu, który towarzyszy np. biznesmenom, ale też maratończykom).

Dystres – czyli najbardziej typowy, długotrwały, objawiający się różnego rodzaju cierpieniem: frustracją, obawą, złością, zamartwianiem się, rozpaczą. Częste są też objawy fizyczne (psychosomatyczne).

Co powodują w organizmie wymienione główne rodzaje stresu?

Serce i układ krwionośny – stres wywołuje przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia krwi i jej odpływ do mięśni z organów, co powoduje ich niedokrwienie;

Mózg – osłabia pamięć i koncentrację, zdolność do uczenia się, ponadto pod wpływem negatywnych typów stresu zwiększa się poziom beta-amyloidu peptydu, którego złogi uszkadzają tkankę mózgu i są przyczyną choroby Alzheimera;

Płuca i oskrzela – nasila objawy astmy, przewlekłe zapalenie oskrzeli oraz kaszel;

Układ trawienny – kortyzol pobudza komórki tłuszczowe do gromadzenia zapasów oraz zwiększa wydzielanie insuliny, co sprawia, że szybciej robimy się głodni;

Żołądek – następuje silne zwężenie naczyń krwionośnych, stąd wrażenie skurczu. Częsty stres powoduje uszkodzenia błon śluzowych żołądka;

Trzustka – wyrzut kortyzolu powoduje podwyższenie poziomu cukru we krwi, a to prowadzi do rozwoju cukrzycy;

Układ odpornościowy – stres hamuje aktywność limfocytów T, dlatego łatwiej wtedy o infekcje;

Włosy – zarówno rodzaje stresu fizycznego, jak i psychicznego mogą doprowadzić do nadmiernego wypadania włosów, a nawet łysienia plackowatego;

Mięśnie – kumulują napięcie, usztywniają się wskutek odczuwania jednego z wymienionych typów stresu, a to z kolei może osłabiać kręgosłup.

Czytaj więcej na temat stresu i skutków dla ciała w artykule:

  1. Psychologia

Zwolnienie z pracy – i co dalej?

Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Strata pracy zawsze łączy się z lękiem przed nieznanym. Co zrobić, by z optymizmem spojrzeć w przyszłość? Trzymać się zasady siedmiu kroków, opracowanej przez coach Małgorzatę Kniaź.

Krok pierwszy: odżałowanie straconej pracy

Utrata pracy kojarzy mi się z żałobą – mówi Małgorzata Kniaź, trener biznesu i coach. – Coś miałam i tego nie mam. Straciłam poczucie bezpieczeństwa, które dawała mi praca. Straciłam też kontakt z ludźmi, z którymi już się nie będę tak często spotykać. Może straciłam też insygnia władzy. Jeżeli praca budowała moją pewność siebie, poczucie wartości, to również zostało zachwiane. Jest to na pewno duża strata, którą trzeba się zająć.

Dlatego w momencie utraty pracy najpierw trzeba zaakceptować lęk i pozwolić sobie na przeżycie żałoby. Dać sobie prawo do smutku, obaw, żalu, nie walczyć z nimi. Konieczna jest akceptacja tego, co się właśnie stało poprzez kontakt z bolesnymi uczuciami. Potrzebny jest czas, żeby pożegnać się z jakimś etapem, który wiązał się z tą pracą. Zgodzić się, że życie się zmienia, i to jest dobre. Lepiej też porzucić pretensje do byłego szefa, firmy, losu czy sytuacji gospodarczej, bo to blokuje naszą energię. Żeby myśleć o tym, co jest tu i teraz oraz o przyszłości, trzeba odciąć się od tego, co było. Dopóki będziesz tkwić w przeszłości, nie znajdziesz w sobie siły, żeby efektywnie zająć się szukaniem nowej pracy.

Krok drugi: uwolnienie lęku

Nie jesteś w stanie skutecznie działać, jeśli znajdujesz się pod wpływem paraliżującego lęku, którego możesz doświadczać przy stracie pracy. – Często w takich sytuacjach w procesie coachingu pozwalam klientowi przejść przez czarny scenariusz – mówi Małgorzata Kniaź. – Wspólnie zastanawiamy się, co się stanie, jeśli nie znajdzie on nowej pracy przez dłuższy czas. Odpowiadamy na pytania, kto mu może pomóc, z czego może teraz zrezygnować, jaki ma plan B. Czy na przykład jest możliwa renegocjacja spłaty kredytu z bankiem. Gdy dotkniemy dna, łatwiej wtedy skoncentrować się na szukaniu nowych rozwiązań. Warto jest taki scenariusz przepracować, bo uwalnia on nas od stałego blokującego myślenia: „Boże, co będzie, jeśli nie znajdę pracy?!”. Jeśli już to wiesz, nie musisz się tym więcej zajmować.

Krok trzeci: przywitanie zmiany

Możesz konstruktywnie zastanowić się, co dalej, i pokusić się o głębszą refleksję. Po co tak naprawdę straciłam pracę? Jaka zmiana ma zajść w moim życiu? Jest ona przecież jedynym jego stałym elementem i jeśli tak zdecydujesz, może być powodem do radości. – Ze straty pracy może naprawdę wyniknąć coś dobrego – uważa Małgorzata Kniaź. – Na co dzień zwykle brakuje nam czasu, żeby zastanowić się, czy idziemy w tym kierunku, w którym chcielibyśmy iść.

Przerwa w pracy może stać się wielką szansą, żeby zrobić mały „stop” i pomyśleć, w jaki sposób chcemy się rozwijać. Bo może straconą pracę wykonywałaś trochę siłą rozpędu, ale od dawna nie byłaś już w niej sercem. Być może w skrytości marzysz, żeby zrobić jakiś kurs, spróbować sił w nowej sferze. Może potrzebujesz zadbać o siebie na głębszym poziomie. – W procesie coachingu jedno z trudniejszych pytań brzmi: „Co chciałabyś robić?” – mówi Małgorzata Kniaź. – Jeśli nie masz o tym pojęcia, warto zadać sobie pytania pomocnicze: „Co robiłabym, gdybym nie miała obowiązków, gdybym nie musiała od razu zarabiać pieniędzy, gdyby wszystko było możliwe?”. Wtedy łatwiej jest dotrzeć do pasji, która może być drogowskazem, w jakim kierunku dalej rozwijać karierę. Idealnie jest łączyć pracę z pasją. Dobrze, kiedy nie jest jedynie trudem zarabiania na chleb, tylko nadaje sens życiu i byciu. Zazwyczaj, kiedy władzę nad nami ma lęk, w panice szukamy zajęcia, które szybko przyniesie nam określoną sumę na koncie. Tymczasem można sięgnąć po pasję, która też przyniesie nam pieniądze.

Krok czwarty: inwentaryzacja zasobów

Głębsze refleksje na temat tego, co chciałabyś w życiu robić, powinny być równoległe z bardziej przyziemnymi zabiegami. Lęku o przetrwanie nie pozbędziesz się tak zupełnie, materia rządzi się swoimi prawami. Dlatego w momencie straty pracy zadbaj o zawartość konta, zastanów się, na jaką pomoc możesz liczyć. Może będziesz musiała na jakiś czas zrezygnować z dotychczasowego standardu życia, zredukować wydatki, zmienić przyzwyczajenia. Zamiast chodzić do kina, oglądać telewizję? Zamiast jeść na mieście, stołować się w domu? Kiedy dokładnie zaplanujesz sobie swoje finanse, uzyskasz wewnętrzny spokój, który da ci siłę, żeby działać.

Krok piąty: poinformowanie świata o szukaniu pracy

Działanie to podstawa – mówi Małgorzata Kniaź. –  Wiadomością o tym, że szukasz pracy, podziel się ze wszystkimi możliwymi znajomymi i poproś, żeby oni przekazali ją dalej. Siej ziarna. Nie wiadomo, które z nich upadnie na żyzną glebę. Pracodawcy poszukiwanie pracownika najczęściej zaczynają od rozpytywania wśród znajomych, czy ktoś może polecić zaufaną, sprawdzoną osobę. Najchętniej przyjmowani do pracy są ludzie właśnie z polecenia. Dlatego sieć kontaktów jest tak cenna w momencie utraty pracy. Ta droga może nam przynieść zupełnie niespodziewane propozycje. A jest dość mała szansa, że bierne odpowiadanie na ogłoszenia przyniesie oczekiwane efekty.

Krok szósty: plan B

Kiedy czas poszukiwania pracy przedłuża się, odnajdź w sobie pokłady elastyczności. – Z moich kontaktów z coachami z Australii czy zachodniej Europy wynika, że tamtejsi ludzie nie boją się tak bardzo jak my różnych kierunków działania – mówi Małgorzata Kniaź. – Tam inżynier czy finansista, jeśli nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie, staje się na jakiś czas kierowcą taksówki, kurierem lub oprowadza wycieczki po zabytkach. Żadna praca nie hańbi. Każde wyjście na zewnątrz to kolejne doświadczenia i kontakty, które mogą doprowadzić nas do pracy marzeń. Warto zgodzić się na tymczasowe rozwiązanie, nie rezygnując ze swojej wizji. Gdy nie możesz znaleźć stałego zatrudnienia, pomyśl na przykład o założeniu własnej działalności. Przy pewnej dozie przedsiębiorczości i samodyscypliny możesz liczyć na sukces. W obecnych czasach jest to dobry kierunek rozwoju. Jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej usługowym i można uruchomić jakiś rodzaj usługi naprawdę za niewielkie pieniądze. Chociażby lepić pierogi i założyć firmę cateringową czy wstawiać na Allegro robione na drutach poszewki na poduszki. A może właśnie tym sposobem uda się połączyć pasję z pracą?

Krok siódmy: skuteczne działanie

Odnośnie do działań – trzymaj się planów, najlepiej dziennych i tygodniowych. Dokładnie planuj, jakie ruchy w danym dniu wykonasz – do kogo zadzwonisz, z kim się spotkasz, gdzie złożysz swoje CV. Przeszukuj Internet, nawiąż kontakt z head hunterami – warto uruchomić wszystkie kanały dotarcia. Bywaj na konferencjach branżowych, forach networkingowych, zwróć się o pomoc do różnych stowarzyszeń czy organizacji. I nie trać kontaktu z firmą, z której zostałaś zwolniona, palenie za sobą mostów nie jest korzystne. Może teraz jest tam właśnie restrukturyzacja i cięcie kosztów, ale niewykluczone, że za jakiś czas firma będzie potrzebowała pracowników. Wtedy osoba już znana i doświadczona ma większe szanse, żeby otrzymać posadę. Koncentruj się na mniejszych krokach i trenuj uważność – to uspokaja.

– Ścisły plan szukania pracy może być bardzo przydatny dla osób, które długo pracowały w jakiejś strukturze dającej oparcie w postaci codziennej rutyny – mówi Małgorzata Kniaź. – Tę strukturę w kryzysowej sytuacji trzeba zastąpić inną. Potrzebna jest tu praca z konkretnymi celami. Niektórzy nie są przyzwyczajeni do dużej ilości wolnego czasu i odpoczynek może ich męczyć. Potrzebujemy pewnej dozy stresorów, żeby być wydajnymi. Musimy mieć bodźce, żeby wstać, zadbać o siebie i wziąć się do działania. Dużym zagrożeniem dla osób dłużej pozostających bez pracy jest apatia prowadząca do depresji.

Ekspert: Małgorzata Kniaź, certyfikowany trener biznesu i coach, specjalistka w dziedzinie zarządzania, menedżer.