1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość źle pojmowana – dlaczego niektóre kobiety kochają „za bardzo”?

Miłość źle pojmowana – dlaczego niektóre kobiety kochają „za bardzo”?

Kobiety „uzależnione od miłości” godzą się niemal na wszystko: zdrady, jego uzależnienie, przemoc… (fot. iStock)
Kobiety „uzależnione od miłości” godzą się niemal na wszystko: zdrady, jego uzależnienie, przemoc… (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
„Amor omnia vincit” z łaciny oznacza „Miłość wszystko zwycięża”. Tę zasadę wyznaje wiele kobiet „kochających za bardzo”. Wierzą, że niczym Piękna z bajki „Piękna i Bestia” są w stanie swoją miłością, cierpliwością i pełnym oddaniem, przemienić okrutnego potwora w prawdziwego księcia. A wtedy on, zapewni jej to, o czym tak skrycie marzy…

On starszy od niej około 15 lat, zamożny. Właściciel komisu samochodowego. Ona młoda, inteligentna, dwa fakultety, pracuje w korporacji. Poznają się u znajomych. On narzeka na żonę, musi się z nią koniecznie rozwieść, jest nieszczęśliwy, nie spełnia się jako mężczyzna, nie realizuje swoich marzeń. Przez to pije, ucieka do kolegów, gra w pokera i na automatach. Ona lubi porządek, domowe wypieki, mieszka z rodzicami, marzy, by się wyrwać z domu.

Po dwóch latach ona pogrążona jest w chaosie emocjonalnym, długach i bez pracy. Bierze leki na sen i na uspokojenie, chodzi do psychiatry, wygląda na wyczerpaną fizycznie i psychicznie. On pije, zdradza, nie wraca na noce. Rozwód jest wprawdzie w trakcie, ale dzieci i żona wciąż domagają się uwagi, pieniędzy, czasu.

Inna Ona; w małżeństwie 16 lat, jedno dziecko, duży dom. Inny On, dyrektor departamentu w banku, uzależniony od Internetu i alkoholu. Na pozór szczęśliwa rodzina. Mają pieniądze, dwa samochody, dziecko w prywatnej szkole, wakacje spędzają zawsze za granicą, zimą na narty, weekendy poza miastem. On zdradza ją od kilku lat, ona o tym wie, ale nie wie co zrobić. Chce mu pomóc w jego problemach w pracy i z uzależnieniem. Wierzy, że tylko dzięki niej on daje sobie radę. Ona nie może spać, wiecznie jest poddenerwowana, w stanie niepokoju. Nie ufa mu. Sprawdza telefon, pocztę, portfel. Nigdy nie wie gdzie jest jej mąż i co robi. Nie ma swojego życia, swoich pasji, zajęcia. Czeka. Gotowa do pomocy.

Obie panie trafiają na spotkania grupy samopomocowej dla kobiet „kochających za bardzo”. Tam, najpierw nieśmiało, później z coraz większą otwartością opowiadają o sobie i dowiadują się jak działa mechanizm uzależnienia od miłości.

Wszystkie te kobiety łączy wspólny mianownik – chęć pomocy, ratowania, troszczenia się o partnera. Warto jednak wiedzieć, że taki rodzaj pomocy może być też formą kontroli. Właśnie wtedy, kiedy w pełni zatroszczymy się o naszego partnera (czy ma on pracę, czy chodzi do psychoterapeuty, do lekarza, na spotkania AA, czy i co zje na obiad, czy ma nowy garnitur lub buty….) mamy jego i jego życie pod pełną kontrolą.

Sprawowanie kontroli nad otoczeniem, ma też funkcję ochronną dla nas samych. Pozwala nie zajmować się sobą, nie kierować uwagi na swoje wnętrze, swoje sprawy, uczucia i problemy. Pozwala odciąć się od siebie…, by nie zajmować się trudnymi sprawami dla nas samych. Stąd często kobiety wchodzą w związki zapewniające emocjonalny chaos, adrenalinę i w jakiś sposób, z góry, skazane na niepowodzenie.

Jednocześnie przestają wierzyć w swoją wartość. Stale odczuwają lęk, niepokój, a nawet panikę z obawy przed porzuceniem i - co za tym idzie – z samotnością. Samotność oznaczałaby bowiem skonfrontowanie się z sobą samą. Aby tego nie doświadczyć, kobiety „uzależnione od miłości” godzą się niemal na wszystko: zdrady, jego uzależnienie, przemoc… Wszystko wydaje się być lepsze od poczucia wewnętrznej pustki.

Jednak dopiero wtedy, gdy jej doświadczymy, mamy szansę na odzyskanie prawdziwej siebie. Przedzierając się przez trudne uczucia pustki, samotności, smutku, żalu, złości, rozczarowania i tęsknoty możemy zbudować zdrowy, pełny szacunku, miłości i troski związek z samą sobą. A dopiero wtedy będzie możliwe nawiązanie zdrowej, satysfakcjonującej relacji z partnerem.

Marta Wołowska-Ciaś: certyfikowana psychoterapeutka Gestalt; jest założycielką Domu Psychoterapii Gestalt; prowadzi treningi terapeutyczne, warsztaty i terapię indywidualną dorosłych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Wśród respondentów naszych badań jednym z najpowszechniejszych tematów rozpamiętywania były relacje prywatne – z partnerami, małżonkami czy sympatiami. To, że związki tego rodzaju są często obiektem zmartwień, jest logiczne. Relacje prywatne leżą w samym centrum naszego poczucia tożsamości. Patrzymy na siebie przynajmniej w części oczami naszych partnerów, a oni świadczą o nas. Można więc zrozumieć, dlaczego martwimy się, co o nas myślą, w jakiej kondycji jest nasz związek, dokąd zmierza, dlaczego nasi partnerzy zachowują się tak, jak się zachowują, jak ich uszczęśliwić i co inni o tym wszystkim myślą.

Analizowanie relacji prywatnych to dobry pomysł, jeżeli prowadzi do identyfikacji problemów i podejmowania działań naprawczych albo jeżeli po prostu cieszysz się świadomością, że w twoim związku dzieje się fantastycznie. Rozpamiętywanie może jednak sabotować związek na każdym kroku – kiedy próbujemy wybrać partnera, chodzimy na randki, składamy sobie obietnice, kiedy mamy dzieci. Trendy historyczne, które doprowadziły do epidemii rozpamiętywania u obecnych pokoleń, sprawiają, że jest ono szczególnie niebezpieczne w kontekście związków.

Jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy ani jakie są nasze fundamentalne przekonania, wybór dobrego partnera życiowego utrudniamy sobie już na początku. W powiedzeniu „przeciwieństwa się przyciągają” jest wprawdzie ziarno prawdy, w większości związków długoterminowych dwójka ludzi ma podobne przekonania i zainteresowania. Daje im to podstawę do podejmowania ważnych decyzji, na przykład na co wydawać pieniądze czy jak wychowywać dzieci. Dzięki temu mają też zrozumienie i szacunek dla swoich wzajemnych opinii i zainteresowań, a to ważne źródło zaufania i przyjaźni oraz podstawa dla wspólnych aktywności.

Kiedy jednak żyjemy w próżni wartości, zbyt łatwo dajemy się czasem przekonać opiniom innych (i mediów), jak poznać dobrego kandydata na partnera. Jeżeli poczucie uprzywilejowania wzięło nad nami górę – „Zasługuję na mnóstwo pieniędzy, przystojnego partnera i na to, by robić to, na co mam ochotę” – ograniczamy się do oceny potencjalnych partnerów na podstawie powierzchownych kryteriów, jak na przykład status społeczny, dochody, atrakcyjność albo to, jak bardzo irytuje naszych rodziców. Bez ustanku rozpamiętujemy, czy ta osoba spełnia nasze oczekiwania albo czy – jeżeli będziemy kontynuować związek – dostaniemy od życia to, czego chcemy.

Kiedy już wybierzemy partnera, możemy odkryć, że społeczna obsesja wywyższania się i doraźnych rozwiązań głębokich problemów emocjonalnych utrudnia budowę związku. W razie problemów łykamy antydepresanty, pijemy albo zaczynamy szybko rozważać separację czy rozwód. Jeżeli czujemy się w związku jak w pułapce albo seks nie do końca przynosi nam satysfakcję, zdrada wydaje się łatwym rozwiązaniem pragnienia zaspokojenia emocjonalnego i fizycznego. Jeżeli mamy za sobą rozpad kilku związków, przechodzimy z romansu w romans albo bezustannie kłócimy się z partnerem, to zaczynamy rozpamiętywać, co jest z nami nie tak, że nie udaje nam się utrzymać związku.

Nawet gdy nie mamy konfliktu z partnerem czy mężem, kultura zapatrzenia w siebie zachęca nas do nieustannego analizowania związku, weryfikowania jego stanu, rozważania zmian i odchyłów od normy i martwienia się o „spadek temperatury”. Kolorowe magazyny to źródło niekończących się quizów, które diagnozują stan naszych relacji, i nigdy jakoś nie udaje nam się w nich dostać najwyższej liczby punktów. Wyznacza się nam nieosiągalne standardy w każdej dziedzinie, począwszy od ilości i jakości uprawianego seksu po głębię relacji duchowej. Jeżeli brak nam silnych wartości, które pomogą w zrozumieniu relacji i docenieniu ich, jesteśmy szczególnie podatne na presję zewnętrzną i rozpamiętywanie, które jest jej skutkiem.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni rozpamiętują relacje prywatne

Kobiety są podatne na rozpamiętywanie wszelkiego rodzaju relacji, w tym relacji z rodzicami i innymi członkami rodziny oraz związku z dziećmi.
Relacje z mężami i partnerami są szczególnie powszechnym powodem zamartwiania się, bo kobiety są często zależne od nich zarówno pod względem finansowym, jak i psychologicznym.
Wprawdzie jako grupa kobiety są dziś w znacznie większym stopniu niezależne finansowo od partnerów niż parędziesiąt lat temu, byt wielu kobiet i ich dzieci w dalszym ciągu uzależniony jest od dochodu mężczyzny. Tego rodzaju zależność motywuje kobiety, by akceptować wiele negatywnych elementów związku – od zdystansowania emocjonalnego po przemoc fizyczną czy seksualną. Kobieta tkwi w takim związku jak w pułapce, ale chce chronić siebie i dzieci, jest więc hiperwyczulona na oznaki niezadowolenia partnera – czy to z niej, czy w sensie ogólnym. Nie może sobie pozwolić na porzucenie go, a chce uniknąć przemocy, miarkuje więc każde słowo i kontroluje własne zachowanie z nadzieją, że go zadowoli, a przynajmniej uspokoi. Między interakcjami z partnerem próbuje wymyśleć sposoby, jak go ugłaskać – a może i jak go porzucić. Jeżeli jednak brak jej wykształcenia, umiejętności zawodowych i wsparcia otoczenia, a szczególnie gdy boi się reakcji partnera na próbę odejścia, będzie trwać przy nim, trzęsąc się ze strachu w jego obecności i rozpamiętując pod jego nieobecność.

Nawet gdy kobieta nie jest finansowo uzależniona od partnera, może być uzależniona psychologicznie. Być może potrzebuje jego akceptacji lub trwałości związku, by mieć o sobie dobre zdanie. Być może nie wie, jak określić własną tożsamość poza związkiem. Takie uzależnienie sprawia, że kobieta monitoruje każdy aspekt relacji – dlaczego on był dziś rano taki zły? Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jest szczęśliwy w tym małżeństwie? Jak mogę sprawić, by był bardziej szczęśliwy? Naturalnie warto co pewien czas przyjrzeć się własnemu związkowi, ale gorączkowa analiza i chroniczne napady rozpamiętywania przynoszą więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim mogą partnera zniechęcić.

Psycholodzy Thomas Joiner z Uniwersytetu Stanowego Florydy i James Coyne z Uniwersytetu Pensylwanii opisali negatywne cykle interakcji, do których dochodzi, gdy jedno z partnerów nieustannie domaga się otuchy od drugiego. Niepewna siebie partnerka ciągle prosi o zapewnienia, że partner ją kocha i rozumie. Jej partner stara się dodać jej otuchy, ale to jej nie wystarcza, co może być dla niego źródłem frustracji i irytacji, a to z kolei napędza jej niepokój, więc w efekcie znowu pyta go w kółko, czy on ją na pewno kocha. On zaczyna się nad tym zastanawiać, ale może czuć się winny i przysięga, że ją kocha. Ona dostrzega jego irytację i ewentualne poczucie winy, martwi się jeszcze bardziej i wytyka mu, że jej zdaniem on jej jednak nie kocha. On irytuje się jeszcze bardziej i albo się wycofuje, albo wybucha. Cała rozmowa to dla niej doskonała pożywka do rozpamiętywania.

Nawet jeżeli zależność psychologiczna nie prowadzi do tak destrukcyjnych relacji z partnerem, może sprawić, że kobieta zacznie podejmować złe decyzje w sprawie związku. Podczas napadów rozpamiętywania może dostrzegać w relacji tylko problemy, a nie jasne strony, a przez to stracić motywację do pracy nad nią. To z kolei może sprawić, że zrezygnuje ze związku, który da się i warto ratować.

Rozpamiętywanie czasem też wiąże się z obwinianiem się i pogardą dla siebie samej. Kobieta może dojść do wniosku, że nie jest godna miłości albo niezdolna do stworzenia dobrego związku, a to prowadzi do różnorodnych zachowań autodestrukcyjnych, jak kompulsywne jedzenie, nadużywanie alkoholu, myśli samobójcze czy pozostawanie w złym dla niej związku, ponieważ jest przekonana, że nie stać jej na nic lepszego.

  1. Psychologia

Nałóg pociąga, bo przykrywa bolesne emocje. Od czego się uzależniamy, od doznań czy substancji?

Uzależnienia pojawiają się w życiu jako reakcja na określone emocje, zazwyczaj zbyt trudne do swobodnego przeżywania i wyrażania. (Fot. Getty Images)
Uzależnienia pojawiają się w życiu jako reakcja na określone emocje, zazwyczaj zbyt trudne do swobodnego przeżywania i wyrażania. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Osoba uzależniona zwykle zaprzecza problemowi, a przyczyn cierpienia poszukuje w świecie zewnętrznym. Nie sposób mówić prawdę innym, gdy nie mówi się jej samemu sobie. Nałóg dla wielu jest pociągający dlatego, że przykrywa bolesne emocje i wewnętrzną pustkę, zwalnia od konfrontacji z życiem. Zrozumienie tego jest podstawą skutecznej terapii.

Tak naprawdę uzależniamy się od doznań, a nie substancji. Już na wczesnym etapie życia stajemy się niewolnikami uznania, pochwał, akceptacji. Wrastamy w społeczeństwo napędzane podziałem na podziwianych i podziwiających, na tych, którzy odnieśli sukces, i tych, którzy oglądają sukces na billboardach, w telewizji, którzy czytają o nim w prasie.

Alkohol, morfina, amfetamina, kawa czy papierosy pojawiają się w życiu jako reakcja na określone emocje, zazwyczaj zbyt trudne do swobodnego przeżywania i wyrażania. Czasami używki są odpowiedzią na doznanie pustki, niskie poczucie własnej wartości, które zachęca do tego, by znaleźć uznanie w grupie rówieśniczej albo zawodowej. Zdarza się również, że pozbawieni świadomości, ale również pragnienia, by dokonać w siebie głębszego wglądu, idziemy wygodną drogą wybraną przez innych. Na zasadzie: skoro wszyscy piją, dlaczego i ja mam nie spróbować? Takie zwykle są początki uzależnienia, które obiecuje wyzwolenie, ale w praktyce zawsze ogranicza naszą wolność.

Zależni od lęku

– Uzależnienie to stan, w którym funkcjonowanie danej osoby jest zależne, ale też kontrolowane przez pozyskiwanie substancji, jej używanie i dochodzenie do siebie po użyciu owej substancji – wyjaśnia Natalia Jurys, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Podkreśla, że uzależnienie może również dotyczyć zachowań, a nie tylko substancji i wtedy mamy do czynienia z uzależnieniem behawioralnym. Hazard, pracoholizm, zakupoholizm, kompulsywne objadanie się – zaliczają się właśnie do tej grupy, do której można też wrzucić uzależnienie od pornografii, komputera, Internetu i telefonu komórkowego.

W przypadku uzależnienia fizycznego mechanizm leczenia jest dosyć prosty – po odstawieniu przyjmowanej substancji i odtruciu organizmu problem znika. – Jednak nie znika kwestia uzależnienia psychicznego, które stanowi kwintesencję problemu – dodaje Natalia Jurys.

Część osób po operacji otrzymuje morfinę, która łagodzi doznanie bólu, ale nie wszyscy się od niej uzależniają. Alkohol również pije sporo osób, które niekoniecznie stają się alkoholikami. Podstawowa różnica polega na tym, że osoba uzależniona używa Internetu, komputera, alkoholu albo narkotyków, by wejść w określony stan. Celem może być większa energia, otwartość i aktywność albo przeciwnie: odrętwienie, zamroczenie, wyciszenie, a nawet sen.

W obecnych czasach rozpowszechnione jest zwłaszcza uzależnienie od lęku, które często wywołuje inne uzależnienia, nałogi czy natręctwa. Lęk służy od wczesnego dzieciństwa do pseudomotywowania, dyscyplinuje i wywołuje poczucie winy. Emocja, która pierwotnie miała ostrzegać przed niebezpieczeństwem, wykorzystywana jest do kreowania niebezpieczeństwa, wiary w to, że należy gromadzić więcej niż potrzebujemy, osiągać więcej, niż naprawdę chcemy, zabezpieczać się przed urojeniami. Gdy poziom lęku staje się zbyt wysoki, z pomocą przychodzi nie tylko przemysł farmaceutyczny i szereg leków na uspokojenie, ale również galerie handlowe – wydawanie pieniędzy może na chwilę przywrócić poczucie kontroli. Do tego dochodzi kult jedzenia i określonej figury oraz szeroko rozbudowywany przemysł rozrywkowy. Powstaje absurdalna sytuacja, w której zarządzający owym przemysłem, oferujący leki nowej generacji na sen i lęki, oraz ci zachęcający do zmiany garderoby, zawartości talerza i określonych produktów – chcą, byśmy byli uzależnieni nie tylko od określonych rzeczy i substancji, ale również od ich głosów, które nazywają eksperckimi. Wszystko po to, by odrzucić prostą i logiczną myśl, że przecież nie ma dla ciebie lepszego eksperta od ciebie samego.

To tak jak z miażdżycą

Terapia uzależnień jest długotrwała i trudna. Opiera się na ogromnie zróżnicowanych oddziaływaniach, takich jak: reprogramming (szkolenia z zakresu nowych, zdrowych zachowań i postaw), psychoterapia (indywidualna i grupowa), treningi interpersonalne, komunikacyjne, umiejętności budowania relacji, wyrażania emocji, warsztaty ekonomiczne czy terapia skoncentrowana na rozwiązaniach. Czasami częścią terapii uzależnień jest farmakologia, zwłaszcza podczas epizodów depresyjnych – jednak za każdym razem leki pełnią funkcję pomocniczą.

Cały proces zazwyczaj trwa od półtora roku do dwóch lat – jeśli ma dojść do realnej i trwałej zmiany. Zdarzają się oczywiście i takie przypadki, że osoba uzależniona uporała się z nałogiem sama, takie, w których wystarczyła sześciotygodniowa terapia w ośrodku, ale również takie, w których po dwudziestu latach uzależnienia i spędzenia kolejnych lat na terapiach i treningach – nie widać efektów.

Co decyduje o skuteczności w leczeniu uzależnienia? – Kluczowa jest motywacja – mówi Natalia Jurys i wyjaśnia, że do leczenia często zgłaszają się ludzie z powodu lęku przed utratą określonej rzeczy, posady w pracy, ukochanej osoby grożącej rozwodem. Zdarza się, że nie jest to wystarczający impuls do trwałej zmiany, czasami chodzi wyłącznie o utrzymanie obecnego stanu rzeczy. Tacy uzależnieni mogą nawet chodzić na terapię, odpowiadać na pytania, spełniać formalne wymagania leczenia, ale wewnątrz siebie pozostają bierni i gotowi w każdej chwili wrócić do substancji lub nawyku, od którego są uzależnieni. Nie dokonują wglądu i najczęściej pytają siebie: „Co muszę zrobić, by życie wyglądało jak dawniej?”, zamiast zapytać siebie: „Co się przydarzyło w moim życiu, w mojej przeszłości, jak to się stało, że jestem uzależniona/uzależniony?”. Leczenie się z uzależnienia nie ma bowiem na celu powrotu do stanu sprzed, tylko postawienie na głowie całego dotychczasowego funkcjonowania. A to wymagający czasu, uwagi i szczerości proces. Męczący, a często i bolesny.

– Nie każdy, kto zaczyna, nawet z dużą motywacją, jest w stanie wytrwać, nie poddać się. Podobnie jest z innymi chorobami przewlekłymi, tylko może mniej się o tym mówi, a skutki odstępstw od leczenia nie są tak oczywiste i widoczne. Wystarczy pomyśleć o kimś, u kogo wykryto zaawansowaną miażdżycę – pracuje po 14 godzin dziennie, nie rusza się, jada w fast foodach, jest spięty i rozdrażniony. Grozi mu zawał. I dowiaduje się, że ma brać leki, mniej pracować, jeść zdrowo i uprawiać sport. Co robi? Bierze leki. I tyle. Reszty nie jest w stanie zmienić – tłumaczy Natalia Jurys.

Osoby uzależnione zamiast wnikliwej pracy nad sobą czasami chciałyby dostać gotową receptę, szybki przepis prowadzący do uratowania rozpadającego się życia, a najlepiej przyzwolenie na okazjonalne spożywanie zakazanych substancji lub powtarzanie szkodliwych zachowań.

Kłamstwa w służbie nałogu

W terapii uzależnień powtarzalny jest również mechanizm spirali kłamstw. Osoba uzależniona często oszukuje samą siebie, zaprzecza problemowi, a przyczyny cierpienia poszukuje w świecie zewnętrznym, a nie w sobie. W pewnym momencie zaczyna również oszukiwać znajomych, rodzinę i najbliższych – musi to robić, bo nie sposób mówić prawdę innym, gdy nie mówi się jej sobie, nawet w intymnych myślach, które pojawiają się w chwili trzeźwości. Gdyby osoba uzależniona się nie oszukiwała, musiałaby stale żyć w dysonansie poznawczym, tzn. wiedząc, jak bardzo szkodzi sobie i innym, nadal robiłaby to, co dotąd. A to psychicznie byłoby nie do wytrzymania. Nie na darmo w toku ewolucji wykształciliśmy mechanizmy obronne, takie jak racjonalizowanie, wypieranie i zaprzeczenia rzeczywistości, które pozwalają nam na destrukcyjne zachowania.

Jeśli odnajdujemy w sobie objawy uzależnienia, możemy po prostu zgłosić się do poradni leczenia uzależnień i poprosić o wizytę – terapia uzależnień jest w Polsce refundowana i nie potrzebujemy na nią skierowania. Jest ono wymagane jedynie przy terapii w ośrodku stacjonarnym – zazwyczaj trwającej minimum 4–6 tygodni. Wtedy może je wystawić lekarz rodzinny lub psychiatra. Taka intensywna praca z uzależnieniem potrafi przynieść zmotywowanym pacjentom olbrzymie korzyści, poza tym pozwala przyjrzeć się swojemu życiu z dystansu, zobaczyć tych, którzy zostali skrzywdzeni, oszukani.

– Leczą się ludzie, którzy mają szansę na pozytywny bilans, tzn. są w stanie uświadomić sobie straty, jakie uzależnienie spowodowało w ich życiu, pogodzić się z tym, co bezpowrotnie utracili, i pragną zrobić coś dobrego, niejako odpracować stracony czas, albo zacząć od nowa bez oszukiwania siebie, że przeszłość nie może się powtórzyć. Wsparcie i miłość najbliższych również pomaga – wyjaśnia Natalia Jurys, która zapamiętała ze swojej pracy w Monarze pewną scenę. Grupa uzależnionych, zima, wieczór. W połowie sesji pojawia się pijana pacjentka z trzyletnią córeczką. Tłumaczy się w bełkotliwy sposób, że ktoś ukradł jej portfel i uznała, że musi się napić. Pali nerwowo papierosa, wymachuje rękami, wyjaśniając cały czas, dlaczego musiała złamać abstynencję. – Patrzyłam na dziewczynkę, która próbowała przytulić się do pijanej matki, unikając jednocześnie poparzenia papierosem, który co chwila śmigał koło jej twarzy. Tak sprawnie się wyginała i uchylała, że papieros jej nie sięgał. Wyglądało to tak, jakby od dłuższego czasu trenowała te ruchy. Widok ten prześladuje mnie we wspomnieniach. Prawdą o uzależnieniu jest to dramatyczne przystosowanie trzyletniej dziewczynki do nietrzeźwego funkcjonowania rodzica, a nie to, co o powodach do picia ma do powiedzenia jej matka – mówi Natalia Jurys.

Historia ta może być podpowiedzią dla wszystkich tych, którzy pozostają w relacji z osobą uzależnioną i opanowali sztukę unikania ciosu, ale też złego słowa, krzyku czy rozczarowania z powodu zawalenia umówionego terminu. Owo przystosowanie nie służy zarówno osobie uzależnionej, jak i tym, którzy się przystosowali. Wspieranie ukochanej osoby oznacza czasami postawienie jej wyraźnych, nieprzekraczalnych granic, a czasami wymaga rozstania – również z szacunku do miłości. – W przypadku osób uzależnionych otoczenie, które chce im pomóc, musi robić rzeczy przeciwintuicyjne – wyjaśnia Natalia Jurys. Gdy osoba uzależniona płacze, cierpi, dzwoni z prośbą o pieniądze na chleb i obiecuje poprawę – trudno nie ulec, tym bardziej gdy ją kochamy. Jeśli jednak powtarza się to dwudziesty raz, największą pomocą będzie pozwolenie jej na wzięcie odpowiedzialności za swoje zachowanie i niechronienie jej przed konsekwencjami nałogu, czyli zaprzestanie (wspólnie z uzależnioną osobą) ukrywania bałaganu, który wokół siebie robi – zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni.

Mądre wsparcie polega na pomocy w podjęciu leczenia, zachowaniu abstynencji i wzięciu odpowiedzialności za swoje czyny. W przeciwnym wypadku wspieramy uzależnienie, nie osobę.

Natalia Jurys psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. 

  1. Psychologia

Wszyscy jesteśmy uzależnieni od iluzji miłości

Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość jest esencją życia. Jedni ją dostają, inni kupują jej iluzję. Hazard, alkohol to nałogi, bez których można żyć. Żyć bez miłości nie można – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. – Kobiety są bardziej bezradne wobec iluzji miłości. Mężczyźni wpadają w nałóg zakochiwania się. A to razem świadczy o głodzie miłości – dodaje Iwona Firmanty, coach. 

Logujesz się na zagranicznych portalach randkowych, a tam są oni, ci, którzy specjalnymi algorytmami odnajdują kobiety zamożne, ale niepewne siebie. I zaczynają z nimi grę w iluzję miłości. Konwersują: SMS-y, mejle. Rano pytają: „Czy już wstałaś, dziubku?”, a wieczorem: „Czy już się przygotowałaś na jutro, papużko?”. Dają fantastyczne dowody miłości, im bardziej ona ich potrzebuje. Skamerzy to zawodowcy – skanują kobiety pod kontem psychologicznym. Szukają tych z dorobkiem i nawijają im makaron na uszy, by potem zastosować jeden z systemów. Na przykład „na żołnierza”: „Chciałbym do ciebie przylecieć, ale armia nie przesłała mi pieniędzy. Przyślij mi na bilet, zwrócę, jak się zobaczymy”. Mają niby-zdjęcia i niby-historyjki o sobie, które szarpią serce: „Czemu jestem sam? Miałem żonę i dziecko, ale zginęli”. Mają opowieści uwiarygadniające: „Babcia mieszka w Berlinie, więc co to dla mnie za problem przylecieć do niej i odwiedzić Polskę”. I kobiety się nabierają. Albo nie: – Jedna z moich klientek – mówi Iwona Firmanty – podczas rozmowy z mężczyzną podała słuchawkę koleżance, która mieszka w USA, bo za nowojorczyka podawał się jej ukochany. Koleżanka powiedziała: „To nie jest biały z klasy średniej, to Afroamerykanin bez wykształcenia, który go udaje”. Zdarza się, że kobieta przytomnieje i myśli: „Zaraz, dlaczego on tak do mnie wydzwania? Właściwie mnie nie zna. Widział jedno zdjęcie i już mnie tak kocha?”. To jednak zdarza się rzadko.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni

Wojciech Eichelberger: – Miłość jest esencją życia. Jedni dostają ją w sposób naturalny, inni nie i ci właśnie są skłonni kupować jej iluzję nawet po bardzo wysokiej cenie. Nie mówmy więc o uzależnieniu od miłości, ale od iluzji miłości. To szczególnie niebezpieczne dla kobiet w czasie menopauzy. Do niedawna większość pań nie dożywała klimakterium, wycieńczona licznymi porodami. Nie ma więc jasnego przekazu kulturowego podpowiadającego kobietom, jak żyć po klimakterium. Jedyny, jaki istnieje, doradza wycofanie się, abstynencję seksualną i przygotowywanie do odejścia z tego świata. Ale współczesne kobiety słusznie odrzucają ten smutny model. Starają się żyć jak dotąd, jak zwykle, być aktywne zawodowo, życiowo i seksualnie. Tym bardziej że uwolnione od lęku przed ciążą przeżywają renesans seksualnej mocy. Ponieważ jednak nawet w oczach swoich żegnających się z libido męskich rówieśników stają się przezroczyste, często wchodzą w kiepsko rokujące związki z młodszymi mężczyznami. Ci najczęściej okazują się trutniami, którzy wyspecjalizowali się w tym, by urządzać się w życiu, dostarczając kobietom tego, czego najbardziej potrzebują: czyli złudzenia zachwytu, pożądania i bezpieczeństwa. Dla kobiet, które nie miały szczęśliwych związków, to miłosny Disneyland.

Czy to jest uzależnienie, jeśli ona mu uwierzy i da się wykorzystać? No i jak to się dzieje? – Kobiety przepisują majątek na męża, gdy ten twierdzi, że na przykład dzięki temu założy firmę albo wejdzie w spółkę z biznesmenami, których właśnie poznał, i przestanie być na utrzymaniu żony – mówi mecenas Tomasz Romanowski. – Zdarza się też, że zamożne kobiety niedawno poznanemu mężczyźnie, z którym łączy je relacja intymna, powierzają kilkaset tysięcy, bo ten obiecał zainwestować je z zyskiem. Pieniądze często pochodzą ze sprzedaży dorobku życia. W sądzie okazuje się, że na te sumy nie ma najmniejszego pokwitowania. Sposobów na wyłudzenie jest wiele, np. kobieta finansuje budowę domu na ziemi należącej do rodziny partnera. Zakłada, że będą tam razem żyć. Tak się nie dzieje, a w myśl prawa dom nie jest jej własnością. Problemy nawarstwiają się, gdy kobieta przyjmuje obywatelstwo egzotycznego kraju męża. Tam bywa bezradna wobec prawa, które decyduje w sposób dla niej niekorzystny o jej majątku.

– Popyt na zaślepienie iluzją świadczy o tym, jak bardzo sfrustrowana jest kobieca potrzeba romantycznej, zmysłowej miłości – mówi Eichelberger. – Kobiety są gotowe niemal świadomie kupować tę iluzję. Po szarym i trudnym życiu pragną choćby kilku rozkosznych nocy. Nie popieram życia iluzją, bo psychoterapia polega na jej porzucaniu. Ale świadomy wybór iluzji nie jest już życiem w iluzji. A deficyt czasu, uwagi i miłości, jaki panuje we współczesnym świecie, wytwarza ogromny popyt i na taką uświadomioną fikcję. Równie dobrze moglibyśmy się śmiać z ludzi, którzy płacą za bilet, by ulec iluzji kina. Ale jeśli taka kobieta przyjdzie do psychoterapeuty, to znaczy, że życie w uświadomionej iluzji nie zaspokoiło jej potrzeb. Wtedy może odkryje, że pozwoliła odebrać sobie nadzieję na prawdziwą miłość. To, że tak wielu myśli, że nie zasługują na miłość z prawdziwego zdarzenia, jest najgroźniejszą iluzją, która napędza wszystkie uzależnienia. Na szczęście wgląd psychologiczny, a jeszcze bardziej duchowy obalają tę fikcję.

Młode kobiety na uczuciowym głodzie

Iwona Firmanty: – Wydaje się, że ona się zakochała i jej nie wyszło, co w tym dziwnego? Potem znów się zakochała i znów pech. Nikogo to nie dziwi. Ale jeśli popatrzymy na to, co się w tym jej zakochaniu dzieje, zobaczymy, że to nie pech, ale uzależnienie.

Kobiety uzależniają się od mężczyzn, i to od tych zimnych emocjonalnie, z powodu tego, co wyniosły z domu. Matka skupiona na ojcu, który np. pił, zauważała córkę dopiero, kiedy ta przynosiła piątki. Nie dawała jej komplementów, bliskości i ważności. Dlatego Magda nauczyła się, że tylko jeśli będzie przynosiła jeszcze lepsze wyniki, to rodzice ją pokochają, a ona poczuje, że to dobrze, że jest na świecie. Do tej pory nie słyszała od nich nic, co by to potwierdziło. Wymyśliła więc, że narodziła się przez przypadek i dlatego nie odczuwała sensu życia. Poza tym, kiedy zaczęły jej rosnąć piersi, nałożyła workowate ciuchy, żeby nie pokazywać, że przestaje być dziewczynką. Rodzice z problemami z seksualnością zaszczepili je w rodzącej się kobiecości córki.

Uwagę takich dziewczyn zawsze zwracają faceci otwarci, którzy nie mają problemu z nawiązywaniem kontaktów. Oni adorują kobiety superatrakcyjne, które pokazują swoje walory. A te niekochane obserwują ich z daleka i fantazjują, że to one są tymi superkobietami. – Uzależniona od miłości wtapia się w oczekiwania mężczyzny: farbuje włosy, odchudza się, ubiera w stylu, którego nie lubi, ale który on lubi – mówi Firmanty. – Chodzi po domu w różowych pióreczkach tylko dlatego, że on tego chce. Dla mężczyzny idzie na inne studia, niż chciałaby, bo on musi pochwalić się w towarzystwie, że ma żonę z sensowym według niego wykształceniem.

Magda, kiedy zakochała się w Krzyśku, zmieniła się w laskę. On ją szybko zauważył, a że ona miała ogromny głód miłości, w pełni go zaakceptowała. Krzysztof więc się z nią ożenił. Ale ich szczęście nie trwało długo, bo wkrótce został bezrobotny, a potem brak sukcesu zawodowego sprawił, że zaczął pić. Magda, jak przed laty jej matka, uznała, że dobro mężczyzny jest najważniejsze i chodziła do pracy już nie na osiem, ale na 12 godzin. Zasada jest prosta – im bardziej on ma problemy z alkoholem, hazardem itp., tym bardziej ona zaciera ręce, że będzie mu potrzebna. A więc zagłuszy własny ból. Mimo takiego poświęcenia związek sypał się jak domek z kart. Zaczęli spać w dwóch oddzielnych łóżkach.

– Kobiety uzależnione biorą większą odpowiedzialność za związek niż faceci i w ten sposób kastrują partnera – mówi Firmanty. – Chcą też dosłownie kontrolować jego seksualność, bo seks to dla nich dowód miłości. Jeśli od kilku dni się nie kochają, stają się nachalne. A dla mężczyzny to niekobiece zachowanie, a więc o seksie tym bardziej nie ma mowy.

Magda poczuła, że Krzysiek oddala się od niej, i jak alkoholiczka, która wie, że za chwilę zamkną monopolowy, zaczęła szukać nowego mężczyzny. Poznała sprzedawcę, a sprzedawca potrafi się sprzedać, więc ta znajomość przerodziła się w płomienny romans. Też dlatego, że uzależnione od miłości zakochują się od pierwszego wejrzenia. Magda jednak szybko zepsuła i tę znajomość. Pisała do niego SMS-y – kilkanaście dziennie. Fantazjowała o nim, wyręczała we wszystkim, nie stawiała granic. Wkrótce więc i on miał jej dość. Tak straciła obu, gdyż uznali ją za bezwartościową.

– Kochająca obsesyjnie ma silną potrzebę spotkania, kontaktu, dotknięcia, już teraz! Ukochany działa na nią jak substancja uzależniająca. Jest nim naćpana – mówi Firmanty. – Mężczyźni, których kobiety uzależnione wybierają, też zazwyczaj nie zaznali w domu miłości. Ale męski sposób radzenia sobie z tym jest inny, to zamknięcie w sobie. Oni mają wewnątrz chłopca z pampersem, ten chłopiec płacze za miłością, ale na zewnątrz staje się wyrachowany, zalicza dziewczyny, szukając miłości, której nie otrzymał w domu. Kobieta uzależniona wie, jak dostać się do chłopca z pampersem. Na początku robi to, co trzeba: otwiera się na mężczyznę, w pełni go akceptuje. Daje mu totalną miłość, jest na każde skinienie. Ale w pewnym momencie przekracza granicę, nie wystawiając ręki po coś w zamian. A w miłości musi być wymiana, inaczej ten, kto dostał za dużo, myśli: „Pewnie to, co mi dała, jest bezwartościowe. A może to ona jest bezwartościowa?”. I koniec.

Męskie motyle w brzuchu

– Uzależnienie od zakochiwania się to uzależnienie od endorfin – mówi Iwona Firmanty – od podziwu, jaki daje druga osoba, od efektu pierwszego wrażenia. Częściej padają jego ofiarą mężczyźni.

Robert elektryzuje kobiety, tak dobrze wygląda i ma taką energię. Ale gdy siada na kanapie coacha, okazuje się, że tak jak Magda nie dostał w domu miłości. A że był trzecim z rodzeństwa, więc jego starsi bracia byli zajęci obowiązkami, mógł się pozastanawiać, jak pozyskiwać więcej uważności, bo też Bozia nie dała mu ani wzrostu, ani urody. Nauczył się jednak, co robić i w jaki sposób rozmawiać z kobietami. Dziś ma 38 lat, ale nie wyrywa się do związku. Za to jeśli co weekend nie znajdzie nowej kobiety, czuje się niekompletny. A każda kolejna, z którą się spotyka, jest dla niego zabawką. Jak każdy uzależniony od zakochania się ucieka przed budowaniem miłości, bo wie, że nie zbuduje zdrowej relacji. Bywa to nazywane anoreksją uczuciową, bo tego sobie właśnie odmawia: prawdziwego uczucia, czyli miłości.

Co robić, kochani?

Przepracować trudności z dzieciństwa. Oduczyć się nałogowych zachowań. Komunikować ze sobą, czyli z małą dziewczynką albo chłopcem, i zadbać o ich szczęście. Zrozumieć, jak społeczeństwo służy uzależnieniu od miłości. – To ogromne żniwo ludzkie, które terapeutyzujemy – mówi Iwona Firmanty. – Wzięło się z zimnego chowu, ze sfokusowania rodziców na wyniki, a nie na miłość. Inżynierowie, naukowcy, biznesmeni to nasi główni klienci. Skupieni na wynikach zapominają o tym, co nieuchwytne, ale najważniejsze. Jeśli nie zaczniemy wychowywać dzieci w duchu miłości, a nie sukcesu, to gotowych do niszczącej iluzji miłości będzie coraz więcej. – Żyjemy w świecie, w którym sprzedaje się coraz więcej iluzji. Już niedługo iluzje miłości i seksu będą sprzedawane masowo. Stymulatory i awatary zastąpią z wolna realny kontakt z realnym człowiekiem – mówi Wojciech Eichelberger. – Od wieków wielu mężczyzn i wiele kobiet korzysta z usług prostytutek, udając, że to nie jest transakcja, wypierając ze świadomości to, że wszystko jest w tej relacji udawane. Bo nawet iluzja, jeśli w nią bez reszty uwierzymy, potrafi zaspokajać nasze ważne potrzeby. Także potrzebę doświadczania zachwytu, pożądania, ufności i miłości. To smutne, ale skoro pomaga przeżyć, nie sposób tego potępiać. Wygląda więc na to, że iluzja miłości będzie towarem coraz bardziej poszukiwanym.

  1. Psychologia

"Kocham cię" i "odejdź". Współuzależnienie w związku

Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Życie we współuzależniającym związku jest bardzo trudne. Ale ma też swoje ukryte korzyści. Emocje przesłaniają wszystko – z rzeczywistością na czele. A osoby współuzależnione nie chcą się z nią konfrontować. Szukają celu w drugim człowieku, łudzą się, że wypełni pustkę w ich życiu i rozwiąże problemy. Taka wizja miłości prowadzi tylko do cierpienia.

Współuzależnienie z boku może wyglądać jak zabawa w kotka i myszkę. Tymczasem tak naprawdę związek, w którym uruchamia się tego rodzaju dynamika, przypomina pole bitwy. Owszem, bywają momenty zawieszenia broni – czasem nawet długie i przyjemne. A potem znów: zwarcie, starcie, pogoń, ucieczka... przyciąganie i odpychanie, gonienie króliczka, toksyczne tango. Niektórzy nazywają to miłością. To właśnie o takich doświadczeniach opowiadają ckliwe powieści, rozdzierające serce piosenki, melodramaty, które śledzimy z zapartym tchem. Blisko i daleko. Szczęście i rozpacz. „Kocham cię” i „odejdź”. Niezwykłe porozumienie. Nieoczekiwane przeszkody. Jedno jest pewne: intensywność uczuć jest ogromna.

Osoby, które podejmują tę grę, sprawiają wrażenie, jakby odnalazły się w korcu maku. I rzeczywiście, przyciągają się według określonego klucza-wzorca. Zdaniem amerykańskiej terapeutki Pii Mellody, autorki książek „Toksyczna miłość” i „Toksyczne związki”, dochodzi do polaryzacji ról. Jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji (często zaniedbując inne sprawy), podczas gdy druga stara się unikać bliskości, często oddając się jakiemuś uzależnieniu (choćby pracy). Pierwszą osobę Pia Mellody nazywa Nałogowcem Kochania, drugą – Nałogowcem Unikania Bliskości.

Dwoje nałogowców

Co sprawia, że ludzie wpadają w nałóg miłości? Nieuleczone rany. Nałogowcom Kochania zabrakło w dzieciństwie miłości i troski rodziców. Czuli się nieważni, porzuceni, zrozpaczeni. W dorosłym życiu żywią przekonanie, że nie można być bezpiecznym w świecie bez opieki drugiej osoby. Więc szukają jej rozpaczliwie, chcą do kogoś należeć. Ten wymarzony partner powinien spełniać określone warunki: ma być silny, ma ich wspierać i dopełniać. Bo Nałogowiec Kochania czuje pustkę, nienasycenie. Tęskni za zbawcą. Często nie jest świadomy tych dziecięcych fantazji. Tego, że nikt nie ma takiej mocy, by zbawić drugiego człowieka.

Nałogowcy Unikania Bliskości zwykle mają za sobą podobne doświadczenia. Też wychowali się w rodzinie, w której panowały dysfunkcjonalne układy, też noszą w sobie smutek i żal. Często byli nadużywani przez niedojrzałych rodziców, którzy wciągali ich do swojego związku. Traktowali jak powierników. Obciążali nadmierną odpowiedzialnością. Wykorzystywali na różne sposoby – jako pośrednika, monetę przetargową. To też forma porzucenia... Taka osoba czuła się przygnieciona intensywnością więzów, wyssana z energii. W dorosłym życiu bliskie relacje kojarzą się jej z usidleniem (albo omotaniem, wydrenowaniem, jak pisze Mellody). Tak, spragniona jest czułości, miłości. A jednocześnie przed nią ucieka...

Dwa cykle

Jak wygląda tango między Nałogowcem Kochania a Nałogowcem Unikania Bliskości? Wydają się dla siebie stworzeni! I w pewnym sensie są... Doskonale się uzupełniają – cykle emocjonalne, przez które przechodzą w związku, napędzają się wzajemnie. Spójrzmy najpierw na Nałogowca Kochania. Zaczyna się od fascynacji – zwykle pociąga go osoba silna (przynajmniej na pozór), zaangażowana w wiele spraw, świetnie sobie radząca. Więc euforia. Jest, jest wybawca! Jest szansa na miłość, bezpieczeństwo, na spełnienie dziecięcej fantazji – o rycerzu w złotej zbroi, o królowej. „Teraz już wszystko będzie dobrze” – ból, osamotnienie, pustka zostają złagodzone. Nałogowiec Kochania chce więcej – ujawnia kolejne potrzeby, próbuje je zaspokoić. Nie dostrzega, że osaczony partner tworzy dystans. Wreszcie dociera do niego bolesna prawda, jego fantazja blednie. Ale wciąż próbuje przekonać do siebie drugą osobę, zatrzymać ją. Wreszcie – gdy staje się to zbyt upokarzające – wycofuje się. I cierpi, jak po odstawieniu narkotyku. Ból, lęk, gniew... Emocje są potężne. Odzywają się pierwotne uczucia (towarzyszące porzuceniu w dzieciństwie), które w połączeniu ze świeżym rozczarowaniem, odtrąceniem, sprawiają, że Nałogowiec Kochania jest zdruzgotany. Bo bieżące emocje – twierdzi Mellody – nie są dla dorosłego człowieka tak trudne w obsłudze. Ale kiedy otwierają dawne rany... „Ten połączony ból jest naprawdę niezwykle intensywny i może wyzwolić przeżycia wahające się od depresji do chęci samobójstwa. Lęk może się wahać od niepokoju do paniki. Oburzenie – od poczucia zawodu do prawdziwej wściekłości. W tej fazie Nałogowiec Kochania myśli obsesyjnie o tym, jak zmusić partnera do powrotu albo jak się na nim zemścić. Cóż, zdarza się, że realizuje swoje plany. W pierwszym przypadku – jak łatwo się domyślić – cykl uruchamia się na nowo.

A ten drugi, unikający? Na początku pociągają go niedostatki i bezbronność Nałogowca Kochania, jego lęk przed porzuceniem. To daje mu przewagę, nadzieję na to, że będzie mógł kontrolować relację. Czuje się ważny, pożądany – jak wtedy, gdy po raz pierwszy okazało się, że może wspierać rodziców. Więc roztacza czar, uwodzi... I też wpada w euforię – w końcu stał się dla kogoś najwyższym autorytetem. Potem pojawia się dawny lęk przed omotaniem – emocje partnera są takie intensywne, potrzeby nienasycone... Nałogowiec Unikania Bliskości zaczyna go oceniać, bardzo krytycznie, spoglądać na niego z góry: jak można być takim nieporadnym, takim... zależnym! Żeby nie angażować się w związek, oddaje się jakiejś aktywności. Nie chce otworzyć się za bardzo, trzyma dystans. Jednocześnie czuje, że – z powodu narastających oczekiwań partnera – traci panowanie nad sytuacją. Dusi się. Do głosu dochodzą dawne rozdrażnienie i uraza, spowodowane obowiązkami wobec rodziców. To za dużo! Trzeba się ratować ucieczką... Więc wymyka się, wykręca, oddala – jest w tym naprawdę dobry. Tyle że po zaczerpnięciu oddechu zaczyna odczuwać tęsknotę, brak. Bo to jednak takie miłe być potrzebnym, adorowanym! Do tego to poczucie winy... Więc czasem wraca. A czasem nie. Jeśli wróci, można się spodziewać, że wcześniej czy później znów zacznie unikać, uciekać. Zdarza się też, że uczestnicy tej perwersyjnej gry na jakiś czas zamieniają się rolami... Tak czy inaczej ta dynamika jest fascynująca, porywająca. Również dla postronnego obserwatora...

Dwa lęki

Wiemy już, że „unikający” boją się bliskości – kojarzy im się ona z wykorzystaniem, wchłonięciem. Omotaniem. Uwieszeni na nich rodzice, ze swoimi potrzebami i frustracjami, odebrali im dzieciństwo. Czy można się dziwić, że dla takich osób bliski związek oznacza cierpienie? Że nie chcą brać odpowiedzialności za życie innych, za ich szczęście? Przecież nikt tego nie udźwignie... Ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, bo Nałogowiec Unikania Bliskości (którego potrzeby były lekceważone w dzieciństwie) boi się też porzucenia. I to ten (zwykle nieuświadomiony) strach sprawia, że szuka uwagi innych, że mimo oporów wchodzi w relacje... Tak naprawdę obie strony boją się tego samego – bliskości i porzucenia – tyle że odczuwają te lęki na innych poziomach. Świadomy lęk jednego partnera w przypadku drugiego pozostaje głęboko ukryty. Czego więc boi się podświadomie Nałogowiec Kochania? Bliskości! W przeciwnym razie po co miałby uparcie wybierać osoby, które nie chcą dopuścić do zbyt poufałych kontaktów? To się nazywa idealne zgranie intencji! „Ta sytuacja pozwala pozostawać obu na krawędzi związku, gdzie – przynajmniej przez pewien czas – mogą czuć się bezpiecznie, zaspokajając potrzeby partnera i unikając opanowania i wchłonięcia przez niego” – podsumowuje Mellody.

Chociaż na pozór różnią się bardzo – jeden namiętny, oddany, drugi zimny i zdystansowany – cierpią na tę samą chorobę. Współuzależnienie. Mają trudność w trafnym odczuwaniu własnej wartości (zwykle przejawia się to zaniżoną samooceną, ale może też przyjmować formy arogancji i megalomanii). Nie umieją zadbać o swoje granice (albo tworzą wokół siebie zasieki). Z trudem rozpoznają i wyrażają własną rzeczywistość, prawdę o sobie (nie wiedzą, kim naprawdę są, albo nie chcą się sobą dzielić). Nie potrafią więc też rozpoznać i zaspokoić swoich potrzeb i pragnień (mogą być zbyt zależni albo zbyt niezależni). I wreszcie: cechuje ich brak powściągliwości, umiaru – są tacy dramatyczni... Kiedy wchodzą w relację, bywają tak oszołomieni, że nie widzą naprawdę drugiej osoby. Podświadomie przypisują sobie nawzajem cechy rodziców. Przyciąga ich do siebie magnetyzm tego, co znajome, nadzieja na uleczenie dziecięcych ran. Inni ludzie (wolni od syndromu współuzależnienia) są dla nich po prostu nudni... Nie mają „tego czegoś”. Nie mają skłonności do autodestrukcji.

Destrukcja? Być może w tym momencie się zbuntujesz – przecież wiele par żyje w ten sposób. Może nawet większość. Czy to nie normalne? Nie – twierdzi Mellody. Nie daj się zwieść stereotypom – to nie miłość, to tylko intensywność emocji, powracających w pozytywnych i negatywnych cyklach. Są odmęty namiętności, chwile bliskości. A potem wymowna cisza. Albo zażarta walka. Obrazy, urazy, ośmieszanie, poniżanie. Uruchamiają się podstawowe lęki każdej ze stron. Zachowania jednego wywołują w drugim rozczarowanie i złość. Oboje pogrążają się w chaosie. I oboje – podkreśla terapeutka – są jednakowo odpowiedzialni za tę sytuację. Oboje się krzywdzą.

Dwie bomby

Wychodzenie ze współuzależnienia przypomina, zdaniem Mellody, proces dojrzewania. Uczysz się tego, czego nie nauczyli cię rodzice: jak właściwie odczuwać swoją wartość, jak wytyczać funkcjonalne granice, jak dbać o zaspokajanie potrzeb i pragnień, jak akceptować swoją rzeczywistość i przeżywać ją w sposób umiarkowany. Nie da się ukryć, nie są to łatwe procesy. Czasem trudno je przejść bez wsparcia terapeuty. Czasem wskazana jest tymczasowa separacja. A przynajmniej odstąpienie od pewnych zachowań – unikanie wszelkich kontaktów prowadzących do walki, krytyki, silnych emocji. Dobrze jest na jakiś czas poluzować więzi. Zejść partnerowi z drogi i zająć się swoim życiem.

Łatwo powiedzieć – zwłaszcza dla Nałogowca Kochania jest to wyzwanie na miarę rekordu olimpijskiego. W poszukiwaniu bliższego kontaktu z partnerem może próbować bombardować go intensywnymi emocjami czy zachowaniami. Pia Mellody wyróżnia dwa rodzaje bomb: „bomba gniewu” i „bomba uwodzicielskiego czaru”. Pierwsza polega na sprowokowaniu do walki, druga to prowokacja seksualna, ewentualnie manifestowanie bezradności. Oczywiście, w pewnych sytuacjach również Nałogowiec Unikania Bliskości sięga po tę broń. Jak powstrzymać się od takich zachowań? Jak nie dać się sprowokować? Tak samo jak unika się skutków wybuchu prawdziwej bomby – podpowiada autorka „Toksycznej miłości”. Po prostu zamknij usta i oddychaj głęboko przez nos!

Trudność w wychodzeniu ze współuzależnienia bierze się również stąd, że nie zawsze rozumiemy, na czym polega zdrowy, dojrzały związek. Że nie chodzi w nim o intensywność emocji i zachowań, raczej o poczucie bezpieczeństwa, spokój, pogodę. Zdaniem Mellody w zdrowym związku każdy widzi partnera realistycznie (nie stara się dopasować go do swoich marzeń). Każdy bierze odpowiedzialność za swój rozwój i emocje (starając się utrzymać je na poziomie dorosłego, nie dziecka). Każdy potrafi skupić się na rozwiązywaniu problemów. Negocjować i akceptować kompromisy. Komunikować się w prosty i bezpośredni sposób. Dużo? Tak. Dlatego osoby współuzależnione powinny też pamiętać o swojej skłonności do ekstremizmu. Być może, porzucając stare wzorce, będą oczekiwały więcej, niż to na dany moment możliwe. Więc znów – realizm. Wobec partnera, siebie, wobec życia...

Jak bliźniaki?

Przyglądając się dwóm nałogowcom, scharakteryzowanym przez autorkę „Toksycznej miłości”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że znam tę historię z innych opracowań. Tak, bliźniacze dusze, o których tyle rozprawia się w różnych kręgach rozwojowych i ezoterycznych. Ich spotkanie wygląda podobnie jak nałogowców. Lgną do siebie od pierwszego momentu, czują, że „to jest to”, zachłystują się sobą. Cierpią. Jeden „bliźniak” zwykle kocha bardziej – jest ciepły, czuły, szybko się przywiązuje. To goniący (Chaser). Drugi sprawia wrażenie bardziej wyważonego – żeby nie powiedzieć chłodnego. To uciekający (Runner). Reszta też wygląda podobnie. Jest pogoń i ucieczka. I nierzadko zamiana ról. Ale być może jest coś więcej. Podobno cała zabawa służy znalezieniu równowagi między dawaniem i przyjmowaniem miłości... Ale czy warta jest zachodu?

Kiedy nad tym rozmyślałam, wyświetlił mi się na portalu społecznościowym pewien post. Niech posłuży za puentę: „Buddyzm mówi, że jeśli kogoś poznasz i twoje serce zaczyna mocno bić, a kolana miękną, spotkana osoba nie jest tą jedyną. Kiedy poznasz swoją bratnią duszę, nie będziesz czuła żadnego podniecenia, żadnego zdenerwowania. Tylko spokój”.

  1. Psychologia

Uwikłani w dramat. Jak uniezależnić się psychicznie od innych?

"Od setek, a nawet tysięcy lat nauczyciele duchowi na Wschodzie i Zachodzie, a od dziesiątków lat także psychoterapeuci, dają nam tę ważną wskazówkę: uwolnij się od swoich nadmiernych przywiązań, pożegnaj uzależnioną osobowość, odkryj własną pełnię". (fot. iStock)
Już teraz, w tej chwili, możemy czuć się dobrze, pełni i szczęśliwi. To jest główny motyw duchowych nauk. Jednak nasz uzależniony, uwikłany w dramat i lęk umysł każe nam wierzyć, że tak nie jest. Trzymamy się fałszywego przekonania, że bez niektórych osób i rzeczy nie możemy być szczęśliwi. W jaki sposób porzucić to przekonanie, uwolnić się od uzależnienia i zacząć żyć?

Nikt z nas nie przychodzi na świat jako niekompletna układanka – pisze w swojej książce „Leczenie uzależnionej osobowości” Lee Jampolsky, międzynarodowy autorytet w dziedzinie uzależnień. Przez wiele lat był uzależniony od alkoholu i narkotyków. Odkrycie wewnętrznej pełni stało się celem jego życia. Rodzimy się jako pełne istoty, którym niczego nie brakuje, twierdzi. W procesie społecznej, kulturowej i religijnej edukacji zaczynamy jednak wierzyć, że jesteśmy wybrakowani. Z tego przekonania rodzi się właśnie uzależniona osobowość. „Ponowne odkrycie naszej wrodzonej wewnętrznej pełni może wymagać cierpliwości i wytrwałości, ale ona naprawdę w nas jest – pisze Jampolsky. – Staraj się żyć, pamiętając o tej wielkiej prawdzie, a zobaczysz, jak bardzo zmieni się twoje życie.

Nie ta droga

Uzależniona osobowość odgradza od miłości, kieruje w stronę lęku. Wierzymy, że nie możemy być szczęśliwi bez pieniędzy, władzy, sukcesu, bez miłości konkretnych osób, bez rzeczy, na których nam zależy. Jesteśmy przekonani, że nasz wewnętrzny dobrostan jest uzależniony od tego, co na zewnątrz. Jak dalej przebiega ten wewnętrzny proces uzależniania się? Staramy się zdobyć osobę czy rzecz, na której nam zależy. Gdy już zostanie zdobyta, przywiązujemy się do niej. Następnie przeciwdziałamy jakiejkolwiek możliwości utraty zdobytego skarbu, przez co stajemy się jego więźniami. Nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Sama myśl o stracie budzi lęk. Wtedy właśnie zaczynamy walczyć z całych sił: kontrolujemy ludzi i sytuacje. Manipulujemy, posuwamy się do przemocy, byle tylko utrzymać zdobycz. Walka jest wyczerpująca, pozostaje już niewiele czasu na prawdziwe przeżywanie pełni życia. Nie przyjmujemy do wiadomości, że nie jesteśmy w stanie kontrolować ani ludzi, ani zjawisk, ponieważ życie podlega nieustannej przemianie. Każde negatywne uczucie, jakiego doświadczamy, ma swoje bezpośrednie źródło w uzależnionej osobowości. Dochodzimy do absurdalnego stanu; ludzie i rzeczy, od których jesteśmy uzależnieni, do których się nadmiernie przywiązaliśmy, stają się dla nas zagrożeniem. Desperacko walczymy o osiągnięcie szczęścia, trzymając się ciężaru, który nas przygniata.

Dramat polega na tym, że jesteśmy przekonani, iż jest to jedyny sposób osiągnięcia szczęścia, a tymczasem ten sposób prowadzi nas prostą drogą do niepokoju, rozczarowania i smutku. To dlatego od setek, a nawet tysięcy lat nauczyciele duchowi na Wschodzie i Zachodzie, a od dziesiątków lat także psychoterapeuci, dają nam tę ważną wskazówkę: uwolnij się od swoich nadmiernych przywiązań, pożegnaj uzależnioną osobowość, odkryj własną pełnię. Dopiero wtedy będziemy w stanie cieszyć się, afirmować istnienie, kochać ludzi i wszystko inne bez lęku, walki, kontroli i bólu. Czym jest pełnia? Świadomością, że wszystko, za czym tęsknię, jest już we mnie.

Uwolnij się

„Oderwij się” – pisze Melody Beattie w książce „Koniec współuzależnienia” sprzedanej w kilkunastu milionach egzemplarzy na całym świecie. Ten z pasją napisany psychologiczny poradnik odniósł niebywały sukces dlatego, że jego autorka dokonała rzeczy – dla wielu z nas niemal niemożliwej – wyzwoliła się z uzależnienia od wszelkich możliwych chemicznych substancji i współuzależnienia od ludzi, których niosła na swoich barkach.

Współuzależnieniem nazywa przesadne zaangażowanie, które wytwarza stan chaosu zarówno wewnątrz nas, jak i wokół nas. Zamartwianie się i obsesyjne zajmowanie się kimś lub czymś tak pochłania nasze myśli, że nie czujemy siebie. Nie interesujemy się sobą. Przestajemy się o siebie troszczyć. Opuszczamy siebie.

Oderwanie nie jest chłodnym i wrogim zerwaniem więzów łączących nas z ludźmi, nie jest obojętnością na innych i ich problemy, nie jest bezmyślnym oddawaniem się przyjemnościom, nie jest wreszcie zrzuceniem ze swych barków prawdziwych obowiązków wobec innych. Nie jest także, oczywiście, rezygnacją z miłości. Oderwanie się, jak je rozumie Melody, jest uwolnieniem się od problemu lub osoby w duchu miłości. Odrywamy się od bólu, który sprawia nam obsesja, uzależnienie, pochłonięcie naszego „ja”. Uwalniamy się od niezdrowych i często bolesnych ingerencji i uwikłań w życie i obowiązki innej osoby oraz od problemów, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pozwalamy innym być sobą. Dajemy im swobodę decydowania o sobie i ponoszenia konsekwencji własnych wyborów. Tę samą swobodę dajemy także sobie.

Oderwanie się oznacza życie chwilą obecną. Pozwalamy, by nasze życie płynęło swobodnie. Nie staramy się wtłaczać go w żadne sztywne formy. Nie używamy siły, aby wpływać na bieg wydarzeń. Zapominamy o przykrych wspomnieniach i obawach o przyszłość. Staramy się jak najlepiej wykorzystać każdy dzień.

Oderwanie się wymaga wiary – w siebie, w ludzi, w naturalny porządek rzeczy i przeznaczenie. Wierzymy, że każda chwila jest odpowiednia i właściwa. Przyznajemy sobie prawo do cieszenia się życiem mimo nierozwiązanych problemów. Na przekór konfliktom ufamy, że wszystko będzie dobrze. Ufamy, że wszystkie sprawy, nawet te najbardziej bolesne, ułożą się z pożytkiem dla wszystkich. Gdy przestajemy się miotać i niepokoić, gdy wyzwalamy się spod przymusu ustawicznego martwienia się i kontrolowania, odzyskujemy zdolność rozwiązywania problemów i okazywania miłości bez ranienia siebie i innych.

Jak wyjść z zaklętego kręgu uwikłań?

Lee Jampolsky proponuje, abyśmy zadali sobie pytanie: W jaki sposób zmieni się moje postrzeganie świata i samego siebie, jeżeli dokładnie w tej chwili całą swoją energię skieruję na to, aby otworzyć się na miłość i okazać innym swoje współczucie i życzliwość? To ważne pytanie, bo w odpowiedzi na nie kryje się klucz do uzdrowienia naszej uzależnionej osobowości. W chwili gdy otwieramy się na miłość, zostają zasiane ziarna uzdrowienia. Rozwiązaniem jest zawsze miłość. Najpierw do siebie. Zmieniamy się, ucząc się kochać samych siebie. Nauczyciele duchowi proponują zazwyczaj uważne przyglądanie się, medytowanie nad źródłami uwikłania.

Filozof i mistyk Anthony de Mello w swoich słynnych książkach „Przebudzenie” i „Wezwanie do miłości” proponuje, aby wyobrazić sobie osobę, od której jesteśmy uzależnieni, i powiedzieć do niej: „Pozwalam ci być w pełni sobą, mieć własne myśli, zachowywać się w sposób odpowiadający twoim gustom. Nie chcę cię zmieniać. Jesteś wolny i ja jestem wolna”. Jeśli nasze serce oprze się tym słowom, to znaczy, że nadszedł czas, by poddać próbie fałszywe przekonanie, że bez tej osoby nie możemy żyć i nie możemy być szczęśliwi. Jeśli nasze serce szczerze wypowie te słowa, w tym samym momencie wszelka kontrola, manipulacja, poczucie bycia wyzyskiwanym, uczucie zależności i zazdrości przestanie istnieć. Staniemy się wolni i zdolni do miłości. Jesteśmy w stanie uwolnić się z najbardziej zależnej, toksycznej relacji, ponieważ naszym podstawowym ludzkim wyposażeniem jest potencjał przemiany. Siły życia, rozwoju i pełni w sposób naturalny kierują nas właśnie w tę stronę.