1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?  

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci. Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach. Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka. Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która  pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Ewa, lat 32, mama trzech córek: 12-letniej Ani, 8-letniej Oli i 4-letniej Mai, niepracująca. Wstaje codziennie o piątej. Razem z mężem, który jedzie na szóstą otworzyć osiedlowy sklep (wzięli we franczyzę). Wstaje nie po to, żeby zrobić mu śniadanie (mąż o tej porze nie jada), tylko żeby zanim wstaną córki, spokojnie sprawdzić, co na Facebooku. Dziś na przykład Kaśka zamieszcza selfie w objęciach nowego chłopaka. A najlepsza przyjaciółka Wiktoria pokazuje się na parkiecie nocnego klubu z całkiem fajnym kolesiem. Ewa ogląda koleżanki z zazdrością: „One to mają życie, nie to co ja, mnie omija wszystko, co najlepsze”. Tak myśli, kiedy otwiera laptopa rano, zanim wstaną córki, i wieczorem, kiedy już śpią.

To prawda, ma dzieci. Wspaniałe królewny, kocha je nad życie. Rozczulają ją do łez. Na ostatnie urodziny Ola wręczyła jej rysunek własnego autorstwa przedstawiający całą rodzinę na plaży. I kto był na nim największy? Mama, oczywiście. Ania urządziła z kolei z siostrami teatrzyk, w którym odegrała mamę z marzeń – starannie umalowaną pożyczonymi od koleżanki mamy kosmetykami, w jej butach na obcasach. Swoją drogą to wymowne, że Ania chciałaby, żeby mama wyglądała właśnie tak. Najmłodsza córeczka Maja codziennie bez okazji obejmuje ją pulchnymi rączkami i wyznaje: „Kocham cię, mamusiu”. To są chwile, dla których warto żyć. Ale tylko chwile. Reszta życia to monotonna rutyna: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy. Odrabianie lekcji ze starszymi. Po raz enty czytanie tych samych bajek. Kąpanie młodszej, zapędzanie do mycia starszych. Spacery tymi samymi alejkami. Godzenie córek, gdy się kłócą i biją. Szpital w domu raz na dwa miesiące, bo gdy jedna zachoruje, zaraz rozkładają się wszystkie.

Ewa (wysoka, korpulentna, o oryginalnej południowej urodzie) opowiada o sobie beznamiętnym tonem. Czuje się stara, sterana, umęczona. Nic nie osiągnęła. Od dziecka marzyła, żeby być nauczycielką. Ale zakwitły kasztany, ciąża, matura, ślub. Znają się z Robertem pół swojego życia, byli klasową parą. Przeszli razem trudne próby: pojawienie się dziecka w młodym wieku, a potem, co cztery lata, kolejne dzieci, nie do końca planowane. Walkę o to, żeby się utrzymać, żeby kupić mieszkanie, urządzić je. Czy to wszystko scementowało ich związek? Raczej cementują go dzieci. Ale Ewa dostrzega, że coraz mniej w ich relacji radości, spontaniczności. Coraz więcej natomiast zmęczenia, irytacji, wzajemnych pretensji.

Ewa mówi: – Lata lecą, a ja nic nie mam naprawdę swojego. Omijają mnie niesamowite przeżycia, uciekają sprzed nosa różne możliwości. Obserwuję to wszystko, co mogłabym mieć, przeżyć, czego mogłabym zasmakować, przez ekran tabletu. Dobre i to. Walczą we mnie dwie Ewy: matka, która chce stworzyć dzieciom prawdziwy, pachnący szarlotką dom, i Ewa, którą odgrywa Ania – malująca usta, zakładająca szpilki i ruszająca na podbój świata. Coś mam i to coś (dzieci) jest wartością trudną do przecenienia. Ale czegoś innego, bardzo ważnego (wykształcenia, niezależności), nie mam i już mieć nie będę. Męczy mnie nie to, że może kiedyś źle wybrałam, ale to, że się z tego powodu zadręczam. Bo to oznaczałoby: żałuję, że jestem matką. A przecież nie żałuję. Żałuję tylko, że nic mi się poza tym nie udało. Ale proszę powiedzieć, czy jak się człowiek decyduje na trójkę dzieci w młodym wieku, a nie ma znikąd pomocy, to może osiągnąć sukces zawodowy? Byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym miała i jedno, i drugie.

Pytania do zadania sobie (zanim wybierzesz):

  1. Jakie wartości i cele są dla mnie ważne?
  2. Co konkretnie chciałabym zmienić?
  3. Jak ta decyzja wpłynie na moje życie?
  4. Jakie mam możliwości wyboru?
  5. Czy znam konsekwencje każdego z nich (za i przeciw)?
  6. Która z decyzji (i jej konsekwencji) jest dla mnie wystarczająco dobra?
  7. Jak ją wcielić w życie?
  8. Co zrobić, żeby w niej wytrwać?

Co pomaga podjąć dobrą decyzję:

  • Stan jasności umysłu.
  • Odprężenie na poziomie fizycznym.
  • Koncentracja, skupienie, bycie tu i teraz.
  • Spojrzenie na problem z szerszej perspektywy.
  • Pozytywne emocje.
  • Minimalny poziom wątpliwości.
Rezygnacja z decyzji to też decyzja. (na podstawie książki Ludy Kopeikiny „Same słuszne decyzje”, Rebis, Poznań 2011)

  1. Psychologia

Czemu wybrałam właśnie ciebie, czyli jak biologia wpływa na to, w kim się zakochujemy

Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. (Fot. iStock)
Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. (Fot. iStock)
Miłość od pierwszego wejrzenia? Nie. Będzie mniej romantycznie. Motywy wyboru ukochanego są bliżej biologii niż romansu!

Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. A przynajmniej tak podpowiadają nam hormony. Według badań przeprowadzonych przez prof. Grażynę Jasieńską i prof. Bogusława Pawłowskiego, kobieta w płodnej fazie cyklu, która poszukuje partnera, ale nie chce się wiązać z nim na dłużej, podświadomie wybiera mężczyznę z dobrymi genami – a wyższy wzrost jest ich gwarancją. Natomiast przy wyborze kogoś na całe życie kieruje się cechami, które zapewnią bezpieczeństwo jej i potomstwu: statusem majątkowym, zaradnością czy opiekuńczością.

Odkąd prof. Bogdan Wojciszke, psycholog i autor książki „Psychologia miłości”, stwierdził, że kobiece wybory są silnie związane z fazą cyklu miesiączkowego, wielu naukowców zaczęło analizować tę zależność i dochodzić do ciekawych wniosków. Z licznych badań wynika, że w czasie owulacji panie preferują mężczyzn o typowo męskich cechach antropologicznych: ostro zarysowanej i szerokiej szczęce, wypukłych łukach brwiowych czy niskim, głębokim głosie. Biologiczny pociąg jest tak silny, że dwukrotnie częściej zdradzają swoich stałych partnerów właśnie w dni płodne.

Mężczyźni najwyraźniej podświadomie to wyczuwają, bo w czasie owulacji partnerek otaczają je większą opieką, stają się bardziej czuli, a nawet bardziej ich pilnują: częściej do nich dzwonią, mniej chętnie patrzą na wyjście z domu. Zagrożenie widzą jednak tylko ci, którzy nie czują się atrakcyjni dla swoich dam serca.

Sama nie wiem, czemu to robię

Nie bez powodu. Według naukowców rozbudzone hormonalnie kobiety podświadomie starają się przyciągać wzrok mężczyzn. Udowodniono to na prostym eksperymencie. Grupę kobiet poproszono, by przychodziły do laboratorium w różnych fazach cyklu i wskazywały stroje, jakie założyłyby na imprezę tego wieczora. Badacze zwracali też uwagę na ubiory, w jakich się zjawiały. Wnioski były jednoznaczne – w dni płodne panie odkrywają więcej ciała. Nic dziwnego, ich skóra staje się w tym czasie jaśniejsza, twarz płonie zdrowym rumieńcem i maleje współczynnik proporcji między obwodem talii i bioder. A to panowie lubią najbardziej!

W innym eksperymencie analizowano reakcje mężczyzn na słowa wypowiadane przez tę samą kobietę, nagrane w czterech różnych fazach jej cyklu. Panowie twierdzili, że słyszą głos… czterech różnych pań, bo tak bardzo różnił się w poszczególnych nagraniach, natomiast za najbardziej atrakcyjny uznali zarejestrowany w czasie owulacji.

O tym, że płeć brzydka odbiera sygnały wysyłane przez piękniejszą, potwierdza też fakt, że striptizerki podczas owulacji dostają napiwki aż o 80 proc. wyższe niż podczas menstruacji. Podobnej reguły nie stwierdzono w przypadku kobiet, które przyjmowały tabletki antykoncepcyjne. Dr Geoffrey Miller, psycholog ewolucyjny, tłumaczy to tym, że antykoncepcja osłabia naturalne instynkty kobiet. Panie, które nie sterują swoim cyklem za pomocą tabletek, nieświadomie wysyłają o wiele silniejsze sygnały, instynktownie odbierane przez mężczyzn.

Fe jak feromony

Na pozornie niedorzeczny pomysł wpadli amerykańscy badacze, którzy dokonali pomiarów symetryczności twarzy i ciał grupy studentów, a następnie wręczyli im T-shirty do noszenia przez dwa dni. Przesiąknięte męskim zapachem zaprezentowali kobietom w różnych fazach cyklu. Okazało się, że panie w czasie owulacji uznawały za atrakcyjnych tych symetrycznych, asymetryczni nie cieszyli się powodzeniem.

Wnioski podobne – symetria ciała rokuje zdrowe geny, asymetria zaś problemy zdrowotne. Dlatego, jak tłumaczy prof. David M. Buss w swojej książce „Psychologia ewolucyjna”, wybór mężczyzny o takiej budowie zmniejsza ryzyko dziedziczenia chorób przez potomstwo. Dlatego mężczyźni  o symetrycznych twarzach zwykle są uważani za przystojnych, mają więcej partnerek, stosunków pozamałżeńskich i wcześniej przechodzą seksualną inicjację.

Pomysł z T-shirtami tak bardzo spodobał się naukowcom, że stały się ich ulubionym rekwizytem. W eksperymencie przeprowadzonym na uniwersytecie w Lozannie stwierdzono, że kobiety wybierają koszulki tych mężczyzn, których ponad 100 genów MHC (tzw. układu zgodności tkankowej) różni się od ich własnych. Wszystko się zgadza, bo im bardziej zróżnicowane są geny MHC u rodziców, tym sprawniej działa układ immunologiczny dziecka. Wynikałoby z tego, że panie zmysłem powonienia wyłapują partnerów, którzy zapewnią potomstwu długie i zdrowe życie.

Przeciwieństwa się przyciągają? Niekoniecznie. Jak się okazało, wielu kobiet wcale nie zniewala zapach mężczyzn, z którymi nie mają wspólnych genów MHC.

– Wystrzegają się osobników zarówno zbyt do nich podobnych, jak i zbyt różnych. Akceptowany poziom jest gdzieś pośrodku – tłumaczy autorka badań prof. Martha McClintock.

Pigułka rozwodu?

Najciekawszym wnioskiem, do jakiego doszli naukowcy, jest to, że winnymi większości rozwodów są… tabletki antykoncepcyjne i dezodoranty. Albowiem jedne i drugie zupełnie fałszują nasz naturalny osąd partnera. Panie, które zażywają tabletki, za atrakcyjne uznają zapachy panów o bardzo podobnym MHC. Dlatego Rachel Herz, światowej sławy ekspert psychologii zapachu, autorka książki „Zapach pożądania”, mówi wręcz: „Jeśli chcesz znaleźć mężczyznę, który miałby być ojcem twojego dziecka, odłóż pigułki zanim zaczniesz poszukiwania”. Christine Garver-Apgar, psycholożka z Uniwersytetu Nowego Meksyku dowiodła bowiem, że im większe u partnerów podobieństwo genów MHC, tym bardziej prawdopodobne, że partnerka zdradzi w przyszłości swojego mężczyznę.

Natomiast kobieta, która zakochała się w trakcie stosowania hormonalnych środków antykoncepcyjnych, może mieć problemy po ich odstawieniu, bo nagle na przykład poczuje, że jest w związku z niewłaściwym mężczyzną. Prof. Carole Ober, genetyk z uniwersytetu w Chicago, twierdzi z kolei, że niebezpieczne jest stosowanie perfum i dezodorantów, które zabijają naturalne wonie. Jej zdaniem, odurzeni syntetycznym zapachem decydujemy się na zupełnie niewłaściwych partnerów, co sprawia, że potem nie układa się nam w związkach. Oto powód wzrastającego wskaźnika rozwodów w krajach wysoko rozwiniętych! Wspomniany już dr Goeffrey Miller uważa wręcz, że to przemysł perfumiarski doprowadził do rozluźnienia obyczajów. Obecnie bardzo szybko przechodzimy do fizycznego kontaktu, bo dopiero całując się i uprawiając seks wyczuwamy prawdziwą woń kochanka. – Współczesne kobiety nie doceniają wpływu, jaki na atrakcyjność partnera ma jego zapach – mówi dr Kamila Bargiel-Matusiewicz, psycholożka z Uniwersytetu Warszawskiego. Rachel Herz pisze, że panie, które trafiają do poradni małżeńskich, najczęściej twierdzą: „Nie mogę znieść jego zapachu!”. Co ciekawe, w czasie trwania związku ponad 90 proc. kobiet obwąchuje rzeczy swoich mężczyzn, zwłaszcza gdy są nieobecni.

Z kim się wiązać?

Z pewnością większe szanse na stworzenie trwałego związku mają osoby o podobnej atrakcyjności fizycznej, pochodzące z tej samej grupy społecznej czy o zbliżonych usposobieniach (np. radośni przyciągają radosnych). Ale czy przy tak dużej liczbie badań naukowcom udało się napisać wzór, który określałby warunki, jakie musieliby spełnić potencjalni partnerzy, by stworzyć trwały związek?

– Nie – mówi prof. Wojciszke. – Wykonanie tego zadania uniemożliwia bardzo wysoki stopień przypadkowości uwikłany w ów ważny wybór. Dr Bargiel-Matusiewicz w nieco inny sposób tłumaczy brak takiego naukowego wzorca: „Miłość to sztuka, której trzeba się uczyć, a tworzenie udanego związku wymaga otwartości, zrozumienia, wysiłku i czasu. Błędne jest oczekiwanie, że po spotkaniu właściwej osoby, wszystko samo się ułoży. Nic nie dzieje się samo”.

Istotne 3 minuty

Szybkie randki, czyli tzw. speed dating, są dość skutecznym sposobem na znalezienie właściwego partnera, być może właśnie dzięki informacjom na temat genów zawartym w zapachu człowieka.

Na tych spotkaniach nowo poznani potencjalni partnerzy mają zaledwie 3 do 5 minut, by stwierdzić, czy chcą kontynuować znajomość z osobą, z którą w tym czasie rozmawiali. – To bardzo rozsądny pomysł, bo człowiek dowie się o drugim tyle samo w ciągu trzech minut, ile przez dwie godziny – uważa prof. Bogdan Wojciszke.

Niebieskie do niebieskiego

Ciekawe badania na temat preferencji mężczyzn przeprowadzono w Norwegii – sprawdzono, czy kolor oczu panów wpływa na ich decyzję o wyborze partnerki. Okazało się, że niebieskoocy mężczyźni wolą kobiety o tym samym kolorze oczu. Ciemnoocy nie byli tak konsekwentni. Naukowcy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje, ale snują swoje przypuszczenia. Jedna z teorii mówi, że ponieważ niebieskie oczy są zanikającą w społeczeństwie cechą, mężczyźni podświadomie wybierają kobiety o tym samym kolorze tęczówki, by zachować tę cechę u dzieci.

  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Psychologia

Problem z podjęciem decyzji? Najlepszym doradcą jest intuicja

W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
Serce czy rozum? Rady znajomych czy lista „za” i „przeciw”? Czym się kierować w podejmowaniu drobnych i większych decyzji? Dr Anna Mazur stawia na połączenie intuicji z analizą.

Przede mną konieczność podjęcia decyzji. Analizuję plusy i minusy różnych rozwiązań i coś postanawiam. To słuszna droga?
Według teorii racjonalnej – jak najbardziej, ale w życiu niekoniecznie (śmiech). Podobnie w biznesie. Ważne, ile masz czasu na podjęcie decyzji. Jeśli niewiele, to by postanowić, czy wziąć kredyt mieszkaniowy, nie przeanalizujesz przecież wszystkich danych, bo nie masz do nich dostępu. Rozważysz tylko parę podstawowych opcji.

Nadal obraz jest niepełny.
Klasyczna teoria decyzji tego nie przewidywała, dopiero współczesne o tym mówią, że rynek może w krótkim czasie zachować się na nieskończoną ilość sposobów. Świat za dwa dni będzie wyglądał tak jak dziś, ale za tydzień wszystko może się zmienić.

Czyli analiza słabych i mocnych punktów nic nie daje. Załóżmy, że zastanawiam się nad rozwodem. Wiele kobiet przegaduje taki problem z przyjaciółką...
No tak, ale w jaki sposób przyjaciółka spojrzy na sprawę? Zdecydowanie pod swoim kątem, przez własne filtry, a nawet sympatię (lub jej brak) do twojego męża. Udzieli porad, które niekoniecznie muszą być dla ciebie dobre. Załóżmy, że sama wyszła za mąż z powodów ekonomicznych i dojdzie do wniosku, że skoro nie opływasz w bogactwo, lepiej się rozwieść. A dla ciebie inne wartości są ważne.

Może więc szukać innych sposobów?
Przede wszystkim trzeba mieć dobry wgląd w siebie, bo nie zawsze dobrze wiemy, czego chcemy od życia. Jeśli znamy siebie, to podjęcie decyzji o rozwodzie nie powinno być trudne, choć i tak nie przewidzimy, co się wydarzy później.

Co pozostaje? Intuicja?
Ludzie zwykle myślą schematami, w podejściu intuicyjnym chodzi o to, by się od nich oderwać. Potocznie się mówi, by kierować się sercem. Jednak nasze odczucia również mogą być nafaszerowane wartościami społecznymi. To, co mówiła matka i babcia, bierzemy za swoje.

Gdzie więc szukać odpowiedzi?
W sobie! Jeśli masz uruchomiony mechanizm samorefleksji, wtedy uzyskasz dla siebie jasne odpowiedzi. Pewnie, że warto słuchać ludzi, bo czasami mogą pokazać rozwiązanie, którego nie wzięłaś pod uwagę. Nie należy go jednak bezkrytycznie przyjmować! Raczej obserwować siebie, jak reagujesz. Załóżmy, że w konkretnej sytuacji pojawia się u ciebie lęk i nie jesteś w stanie go pokonać, więc kierowanie się intuicją okaże się zawodne, bo zwycięży strach.

Reakcja jest szyta na moją miarę?
Ona zależy od typu osobowości, ale pozostaje pytanie, czy od dziecka uczymy się konkretnych reakcji, jak chociażby ucieczki, czy reagujemy automatycznie, z poziomu podświadomości.

A reakcji wyuczonych łatwiej się pozbyć?
Jeśli zdajesz sobie sprawę, jak reagujesz, i wiesz, że przekazała ci to matka albo ojciec, łatwiej się przeprogramować. Jeżeli reakcja wychodzi z podświadomości, to informacja nie przebija się do świadomości i nie możesz nic z tym zrobić. Pozostaje ci tylko wypytać otoczenie o to, jak się zachowujesz. Załóżmy, że boisz się ryzyka finansowego, a masz podjąć decyzję o kredycie. Obawiasz się, że nie spłacisz, bo możesz stracić pracę. A może warto zaryzykować i pożyczyć pieniądze, mimo lęku?

No właśnie, głos lęku a intuicji, jak je odróżnić?
To nie takie łatwe. Jeśli podświadomość masz oczyszczoną i nie widać u ciebie reakcji automatycznych...

To sytuacja idealna!
Ale załóżmy, że możliwa. Wtedy możesz świadomie podejmować decyzje. Gdy decyduje osoba lękowa, to intuicja bywa zawodna. Może też nie być czystą intuicją! Bo pytanie, czy zawsze szybka ocena z poziomu podświadomości jest intuicją? Wyobraźmy sobie, że głos wewnętrzny podpowiada mi, żeby nie iść na spotkanie. A może to być zwykły opór i lęk, że na przykład kogoś spotkam? By to rozróżnić, wchodzę w stan relaksu, wyciszam się. Wtedy zadaję sobie jeszcze raz pytanie: iść czy nie iść? Gdy jestem spokojna i pozytywnie nastawiona do życia, reakcje lękowe znikają. Jeśli głos wewnętrzny nadal mi szepcze, żebym została w domu, słucham go. Inną metodą odróżniania lęku od intuicji jest poznanie języka tejże intuicji. W jaki sposób ona do mnie przemawia, jak reaguje ciało, co mi przychodzi do głowy, jakie myśli i emocje. Wtedy od razu wiem, czy to intuicja, czy lęk albo wygodnictwo.

A gdyby zdefiniować intuicję?
Niektórzy badacze mówią, że jest to instynkt albo że ona idzie z umysłu podświadomego, ale dzisiejszy rozwój nauki jest ekspresowy i nie postawiłabym znaku równości między informacją płynącą z podświadomości a intuicją. Raczej chodzi o kontakt z nadświadomością, którego na razie nauka nie rozważa. Noblista z dziedziny ekonomii Herbert A. Simon mówił, że intuicja to umiejętność racjonalna, ale tak szybka, że nie rejestrujemy poszczególnych kroków analizy. Tradycyjnie intuicja była związana z poznawaniem świata i angażowano ją do poznawania tego, czego nie dało się zbadać w sposób racjonalny. Dzięki rozwojowi nauki i wprowadzeniu intuicji do zarządzania nieco zmieniła status. Teraz jest uważana za umiejętność praktyczną. Można powiedzieć, że to zdolność błyskawicznego osądu bez racjonalnego analizowania krok po kroku. My wiemy, którą drogą pójść, ale nie wiemy, skąd to wiemy! Zresztą, coraz więcej mówi się o intuicji, bo wiedza racjonalna nie wystarcza, kiedy rzeczywistość jest nieprzewidywalna, brakuje informacji lub jest ich za dużo, a my mamy szybko zadecydować. Logiczna analiza może doprowadzić do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie wybrać żadnego wyjścia, bo np. wszystkie rozwiązania są równie dobre.

I co wtedy?
To sytuacja, w której musimy sięgnąć do innych sposobów, jak intuicja właśnie. Możemy patrzeć na nią z różnych punktów widzenia. Często się podkreśla, że intuicja bywa omylna. A czy metoda racjonalna nie bywa omylna? Pewność daje tylko droga dedukcji, lecz na starcie możemy mieć błędne założenia. Coraz częściej okazuje się, że właśnie baza danych nie jest prawdziwa. Można na przykład przyjąć fałszywe założenia o naszej rzeczywistości.

To będzie nasze spojrzenie na rzeczywistość...
No tak, a jak zestawimy choćby fizykę klasyczną z kwantową, to mamy dwa inne światy, nieprzystające do siebie rzeczywistości. Posługujemy się cały czas metodami racjonalnymi i dochodzimy do innych wniosków. Fizyka klasyczna mówi, że świat będzie istniał z nami i bez nas, jesteśmy tylko zewnętrznymi obserwatorami. Fizyka kwantowa mówi, że tworzymy ten świat w procesie życia, jesteśmy kreatorami, i zależnie od tego, co stworzymy, tak widzimy świat. Dlatego tak znaczącą rolę odgrywają nasze filtry, wartości. Każda osoba może podjąć inną decyzję, zobaczyć inne rozwiązania.

Chociaż analiza słabo się sprawdza, w naszym świecie wciąż króluje logiczna lewa półkula mózgowa, racjonalizm...
Intuicja jest często przeciwstawiana logicznemu myśleniu, tak jak analiza syntezie. Synteza to kojarzenie informacji z różnych dziedzin i łączenie ich w całość. Często stawia się wręcz znak równości między nią a intuicją. Analiza to logiczne wyciąganie wniosków punkt po punkcie. Osoby, które potrafią myśleć syntetycznie, często mają dominującą prawą półkulę, osoby analityczne – lewą. Warto tu dodać, że podział na funkcje prawej i lewej półkuli jest bardziej skomplikowany, niż się do tej pory wydawało naukowcom! Cokolwiek robimy, wymaga to współdziałania obu półkul. Filipiński mistyk Jaime Licauco mówi, że osoby podejmujące decyzje głównie intuicyjnie potrafią w pewnym sensie zawiesić działanie lewej części mózgu i dopuścić do głosu prawą półkulę. Istnieje też hipoteza, że potrzebna jest równowaga obu półkul. Dopiero wtedy możemy w pełni wykorzystać możliwości umysłu. Licauco opublikował test sprawdzający, którą półkulę mamy dominującą. Gdy sam się przetestował, okazało się, że ma równowagę między półkulami. Kiedy zajmował się rynkiem nieruchomości, wchodził do mieszkania i odczuwał energię miejsca. Decydował się na transakcję zależnie od swoich odczuć. Jeśli czuł negatywne emocje, nie kupował.

Tu miał decyzję prostą, a sytuacje złożone?
Taka zdolność może nie wystarczyć. Weźmy pod uwagę ludzkie zachowanie, sposób reagowania w określonych sytuacjach, tu potrzebna jest większa baza danych. Myślę, że skuteczniejsze będzie połączenie decyzji intuicyjnych z analitycznymi.

Słyszałam, że osoby intuicyjne zwracają uwagę na reakcje ciała?
Jak najbardziej! Wyobrażają sobie, że decyzje są daniami w restauracji, i obserwują reakcje ciała. Jeśli ich odrzuca, to odpowiedź brzmi „nie”, a jeśli czują, że to danie było smaczne, odpowiedź jest na „tak”.

Biznesmeni niechętnie się przyznają do korzystania z intuicji....
Tak, ale to dlatego, że nie ma aprobaty społecznej dla intuicji, dużo się mówi i publikuje na temat tego, że bywa omylna.

A co mówią prywatnie?
Twierdzą, że byli przekonani o podejmowaniu decyzji racjonalnych, teoretycznie działali według schematu. Ale na podstawie racjonalnych danych często nie sposób podjąć dobrej decyzji. Zwłaszcza gdy staje się przed nową, niepowtarzalną decyzją, a dostęp do informacji albo czas jest ograniczony. Wtedy ujawnia się intuicja. Biznesmeni nie chcą się jednak przyznawać do zawierzenia intuicji, bo osiągnęli sukces. Wciąż chcemy opierać się na twardych danych, wierząc, że to nam da wiedzę pewną albo chociaż prawdopodobną. Naszą kulturę zdominował rozum, a nie przeczucia. Intuicja kojarzy się z czymś irracjonalnym, szalonym, dlatego menedżerowie boją się, że mogą zostać posądzeni o niekompetencję.

Mówi się, że intuicja to bardziej kobiece narzędzie...
To wynika w dużym stopniu z wychowania i tradycji. Kobiety w naszej kulturze częściej rozwijają zdolności prawej półkuli, mężczyźni – lewej, i w efekcie kobiety mają bardziej rozwiniętą intuicję. Dziewczynki częściej uczą się rysować, tańczyć, śpiewać. Tak sytuacja wygląda u przeciętnych ludzi, bo według amerykańskich badań im wyższe stanowisko, tym częstsze korzystanie z intuicji, a na samej górze wciąż jest więcej mężczyzn. Dlatego wydaje mi się, że ideałem będzie zsynchronizowanie obu półkul.

Jak do tego doprowadzić?
Są specjalne nagrania muzyczne, są też ćwiczenia oddechowe. Jeśli chodzi o rozwój intuicji, powstało wiele nowych technik, zestawy ćwiczeń jogi, które powodują wejście w odmienny stan świadomości, medytacje, techniki relaksacyjne, także Theta Healing albo Matryca Energetyczna dr. Bartletta. Najnowsze badania, m.in. Richarda Davidsona, potwierdzają w pełni skuteczność takich sposobów. Jeśli kogoś to nie pociąga, może uprawiać sport, on też wyzwala korzystne stany umysłu. Bardzo polecam.

Anna Mazur, doktor nauk ekonomicznych w dziedzinie zarządzania, socjolog i filozof. Specjalizuje się w zarządzaniu wiedzą i intuicją w podejmowaniu decyzji.