1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Piękno na co dzień

Piękno na co dzień

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, wzruszenie. (Fot. Getty Images)
Świat cały czas rozbrzmiewa dźwiękami, emanuje barwami i widokami, które mogłyby wprawić w błogi stan istnienia, gdybyśmy tylko pozwolili sobie na zatrzymanie zamiast ciągłego działania. Gdybyśmy zdecydowali się na bycie i odczuwanie tak po prostu, bez oceniania i kategoryzowania emocji, które blokują zmysły. Piękno podziwiamy, ale też tworzymy. I można się tego nauczyć.

W czasach, w których przyszło nam żyć, coraz częściej zadajemy sobie zasadnicze pytania o to, jak nasze życie ma wyglądać. Co jest ważne, a co nie? Na czym polega prawdziwe szczęście? Jak żyć w zgodzie z tym, co nas otacza? Jak sobie radzić z codziennością, by nie zaprzepaścić szansy na pełne życie i nie ulec pokusie szaleńczego pędu, do którego zachęca współczesny świat? Wszystkie te pytania pozwalają szerzej otworzyć umysł i zobaczyć to, co rzeczywiście dzieje się wokół nas. Pozwalają zdać sobie sprawę z tego, że piękne życie wymaga osobistego zaangażowania i odpowiedzialności. Warto tworzyć piękne rzeczy, ale warto je także podziwiać. I jedno, i drugie jest niezmiernie ważne.

W zachwycie

Są dzieła sztuki i dzieła przyrody, które wywołują w naszych sercach poruszenie, podziw, zachwyt, dreszcz… Ale też tysiące momentów, które czekają, abyśmy zwrócili na nie uwagę. Jednak zwykle jesteśmy ślepi, zabiegani, nieobecni, zagłębieni w świecie myśli. Żyjemy nawykowo i beznamiętnie, goniąc za kolejną chwilą, która ma przynieść więcej radości. Każdego dnia pokładamy nadzieje w przyszłości, nie zdając sobie sprawy, że prawdziwe piękno, do którego mamy dostęp cały czas, zawiera się w chwili obecnej.

Przypomnij sobie momenty, kiedy byłaś pełna energii, kiedy doświadczałaś w życiu harmonii, spokoju, pełnego relaksu lub radości, kiedy czułaś się wyjątkowo – w takich chwilach można dostrzec piękno w prawie każdej rzeczy, która nas otacza, czujemy się lekko, barwy wokół są żywsze, jasne, promienne, ludzie wydają się lepsi.

Jednak utrzymanie takiego stanu umysłu wymaga wewnętrznej pracy – zanim będziemy mogli osiągnąć tę wyjątkową otwartość zmysłów, musimy przebudzić się wewnętrznie, zmienić nawyk ciągłego działania w pełniejsze bycie.

Aby taką zdolność rozwinąć, należy znaleźć obiekt zachwytu i piękna w swoim otoczeniu. Zjednoczyć się z tym pięknem. Zobaczyć, że ono emanuje miłością. Poczuć miłość do tego obiektu, do świata, który nas otacza, do siebie. Jeśli nie masz takiego obiektu w pobliżu siebie, w zasięgu wzroku – przywołaj piękne wspomnienie i przyciągnij do siebie uczucie miłości, zachwytu. Napełniaj się nim, zwiększaj w sobie odczuwanie harmonii. W ten sposób budzi się nowa świadomość, twoje komórki zapamiętają to uczucie, a ono otwiera cię na nowe doznania, które nie mają granic, na nowe doświadczanie siebie i świata jako pięknego dzieła bez podziałów na piękno i brzydotę, na dobro i zło.

Ćwiczenie na dostrzeganie piękna

Proponuję zabawę w nicnierobienie. Chodzi o to, by naturalny stan bycia uruchomił proces budzenia się zmysłów. Niech wszystko wydarza się po prostu, nie manipuluj i nie steruj tym, co ci się przydarza. Nie rozmawiaj na ten temat z przyjaciółmi. Po prostu bądź. Pozwól sobie czuć, smakować, chłonąć chwilę. W momencie, kiedy zaczynasz o tym mówić, kiedy próbujesz analizować, wchodzisz do umysłu. Kiedy zaczynasz porównywać to z innym doświadczeniem albo zastanawiać się nad sensem – przestajesz czuć. Nicnierobienie jest bramą do pogłębionego odczuwania, do rozbudzenia wrażliwości wszystkich zmysłów.

Spróbuj chociaż przez pięć minut dziennie skupić się na teraźniejszości. Oddychaj świadomie, rozluźniając ciało oraz patrząc na otaczający świat z przestrzeni serca, bez oceniania. Zobaczysz wówczas mnóstwo niesamowitych rzeczy, szczegółów, sytuacji, których normalnie nie jesteś w stanie dostrzec. To właśnie jest niezwykłość wynikająca ze skupienia na chwili obecnej. Człowiek uważny dostrzega to, czego nie dostrzegają zabiegani ludzie, widzi wspaniałość życia, jego magię.

Kiedy rozwibrujesz zmysły dostatecznie mocno, powoli zniwelujesz podświadomy pęd za posiadaniem kolejnej nowszej, modniejszej, bardziej udoskonalonej rzeczy. Zaczniesz wreszcie odczuwać radość z powodu samego istnienia, bycia, a relacje z innymi ludźmi staną się celebracją chwili. Zablokowana energia zacznie płynąć, rozpuszczając napięcie w ciele, wprowadzi cię w doświadczanie piękna i harmonii, którymi jesteśmy my sami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Psychologia

W zadziwieniu - świat pełen cudów

Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. (Fot. Heritage)
Niektórym nie zdarzają się nigdy, inni – jak pisał Stephen King – widzą je wszędzie. Cuda wydają się pochodzić nie z tego świata, a jednak nasi rozmówcy przekonują, że codzienność aż od nich błyszczy.

Światło z semafora

Katarzyna Miller, psychoterapeutka, psycholożka, filozofka, autorka i współautorka poradników rozwojowych, najnowszy „Poznaj siebie. Karty emocji” ukazał się pod koniec listopada.

Po wszystkim, co przeżyłam i czego doświadczyłam, mogę z całą pewnością powiedzieć, że wierzę w cuda. Te małe i te wielkie. Wierzę, że kiedy ktoś robi coś prawdziwie, uczciwie i do głębi, całym sobą, sercem i wszystkim, czym dysponuje – dzieją się cuda. Przetestowałam to w życiu. Wielokrotnie. Nie chodzi o to, że drzewo w zimie wypuści liście, bo ja tak sobie życzę. Tylko że coś się mieści w życiu, a jednocześnie jest prawie ideałem. Cudem jest to, że idziesz jakąś ścieżką i ona raptem robi się niewidoczna, zamazana, a ty musisz gdzieś brnąć, szukać, utytłać się, aż wreszcie dochodzisz do jakiegoś miejsca i okazuje się, że tam właśnie miałaś dojść. To też stan harmonii – totalnej – i spełnienia. To rozpłynięcie się w zachwycie nad światem. To wreszcie moment, w którym coś się domyka, staje się doskonałe. Myślę, że zapracowałam sobie na pewne cuda, dostałam je za to, że byłam w czymś wytrwała, konsekwentna, wierna czemuś, a czasem i pokorna. Poza tym dostawałam od ludzi – dostaję i mam nadzieję, że jeszcze będę – rzeczy, które wydają mi się cudem. Ludzie czasem robią takie cuda, że aż nas zatyka, do czego są zdolni. Sami siebie nierzadko zatykamy, do czego jesteśmy zdolni – zarówno w dobrym, jak i złym. Na przykład podczas moich wypadków – a przeżyłam dwa groźne wypadki samochodowe, z których nikt nie miał prawa się uratować – za każdym razem żegnałam się z życiem, serdecznie i ciepło, dziękując za to, że się tyle nażyłam (nawet nie przypuszczałam, że będę tak spokojna).

Są też cuda natury, zupełnie nieoczekiwane i za darmo. Od razu przed oczami stają mi te wszystkie niesamowite miejsca, które podziwiałam. Na przykład jak płynęłam pierwszy raz nad rafą koralową – aż nie mogłam pomieścić w sobie tego cudu. Że oto tu, pod moim ciałkiem, w wodzie, w której płynę, dzieją się takie rzeczy. Kto to wymyślił i zrobił takie piękne? Kiedyś z Edkiem byliśmy w Śródborowie, szliśmy sobie lasem, była zima i właśnie zapadał zmrok. Puchaty śnieg leżał na wszystkim, a powietrze miało kolor szarawoniebieskawy, wchodzący w szafir. Wtedy nagle zapalił się semafor przy torach. Ogromny, okrągły, w kolorze malinowej landryny. Puszczał błyski na śnieg i na niebo. To było tak niesamowite, że oboje zamarliśmy. To nie był cud natury, ale techniki, który odbył się w naturze. Czasem cuda dzieją się w grupie terapeutycznej – kiedy na nowo rodzi się dorosły człowiek. To cud tak samo wielki jak ten, kiedy rodzi się dziecko. Zdarzają się tam też olśnienia, kiedy ktoś robi niemalże przewrót kopernikański i nagle widzi wzór swojego życia z zupełnie innej strony. Otworzył swój umysł, uważność, świadomość – już nie będzie nigdy ofiarą tego, co z nim robiono. Pięknie pisze o tym Katarzyna Nosowska w „Powrocie z Bambuko”. W pewnym momencie zrozumiałam, że cuda, o których czytamy w Biblii, są po prostu metaforą. Jezus nie zamienił wody w wino, ale sprawił, że była tak dobra jak wino. Albo przejście przez Morze Czerwone – szedł cały naród, wszyscy mieli jedno marzenie, jedno pragnienie i jedną myśl, by dojść do Ziemi Obiecanej, i byli w tym tak autentyczni, że mieli poczucie, jakby się przed nimi morze rozstąpiło. Ja też miewałam takie poczucie. Dochodziłam do jakiegoś miejsca, momentu, do jakiegoś brzegu – i nic, dalej nie pójdę. A potem wracałam i coś się zmieniało – ja, inni albo sytuacja – i nagle mogłam... Tak więc cuda nam się i zdarzają, i sami je tworzymy. Bo one wszystkie dzieją się dzięki przepływowi energii. Tak jak w medycynie chińskiej, która mówi, że kiedy dbasz o siebie i jesteś zdrowa, to energia w tobie płynie w taki sposób, że całe ciało czuje się żywe i radosne. A jak masz pozatykane różne miejsca, to energia się zatrzymuje. Cudem jest wtedy, że jak cię coś tak całkowicie zachwyci, to wszystko przestaje cię boleć. Co najłatwiej zrozumieć ludziom już trochę starszym, bo jak byłam młoda, to trzy noce nie spałam i też było okej, a teraz już wiem, jak to jest, kiedy coś mnie przestaje nagle boleć. Cud normalnie! Ale cudem wydaje mi się także coś takiego: leży babcia na łożu śmierci, pożegnała się ze wszystkimi bliskimi, obdarowała ich, czym mogła, przeżegnała się, zamknęła oczy i odeszła. Bez lęku, bez jęku, bez chwytania kogoś w panice za rękę. Bardzo to podziwiam.

Pierwszy oddech

Jeannette Kalyta, położna z ponad 30-letnim stażem, autorka książki „Położna. 3550 cudów narodzin”, prekursorka nowych trendów w położnictwie.

Mam wspaniały zawód, i to jest bezsprzeczny cud. Zostałam zainspirowana, zaszczepiona położniczą ideą jako mała dziewczynka, chociaż wtedy nie miałam pojęcia, że przelotne spotkanie może wpłynąć jakkolwiek na moje życie. Miałam około sześciu lat. Byłyśmy z mamą na zakupach, gdy nagle mama dość energicznie pociągnęła mnie za rękę, aż zabolało mnie całe ramię. Dzisiaj, patrząc na ten moment z perspektywy wielu lat, mogę śmiało powiedzieć, że pociągnęła mnie ku przeznaczeniu. Mama dostrzegła w tłumie przechodniów znajomą kobietę. Pamiętam jej granatowy, gruby, długi sweter i dość postawną sylwetkę. Powiedziała: „Jeannette, to pani Janina, położna. Ona pierwsza cię widziała i dotknęła. Zapamiętaj ją”. Mówiąc to, mama miała łzy w oczach. A kobieta uśmiechnęła się do mnie ciepło i czule. Miała w twarzy coś anielskiego. Już nigdy więcej jej nie spotkałam. Ale byłam pewna, że dla mamy była kimś bardzo ważnym, a zawód położnej musi być niezwykły. Przez całe lata, a szczególnie gdy stawałam się młodą kobietą, chodziło za mną pytanie: czym naprawdę jest poród? Czułam, że tkwi w nim jakaś tajemnica i cud. Po latach mogę już powiedzieć, że doświadczam tego cudu na co dzień. Nic się nie dzieje przez przypadek. Nawet na pierwszy rzut oka trudne sytuacje, jakie nas spotykają, okazują się dobre i kierują nasze życie na inne, lepsze tory. Przeznaczenie czy cud? Za każdym razem gdy sięgam po telefon i chcę zrobić zdjęcie, mam poczucie, że chcę utrwalić i zatrzymać jakiś cud. Piękny kwiat, krajobraz, uśmiech czy radość rodziców patrzących w oniemieniu na swoje nowo narodzone dziecko. Zbieramy takie chwile tworzące nasze wspaniałe życie. Cuda często nam umykają, bo jesteśmy zajęci praniem, gotowaniem, pracą czy zakupami. Zmęczenie zamazuje nam obraz. Ale warto zobaczyć cuda nawet w chwili wyczerpania, nierzadko ze łzami w oczach. Każda dobra, mała rzecz to cudowny moment, który warto świętować. Staram się mieć otwarte oczy. Jakiś czas temu szukałam tytułu do warsztatów dla położnych i nagle pierwsze litery słów: Ciało, Umysł, Duch, ułożyły mi się w CUD – wiedziałam, że to dobra droga. Kocham ten moment, gdy dziecko opuszcza łono matki i trzymam je przez chwilę na rękach. Uwielbiam tę niepowtarzalną energię, która wypełnia wtedy pokój. Noworodki nie zawsze płaczą, czasami wyglądają, jakby budziły się z cudownego snu. Gdy rodzi się dziecko w dobrym stanie, choć ostatnie minuty porodu na to nie wskazywały, czuję pokorę, radość i ogromną wdzięczność. Skoro zostaliśmy stworzeni z miłości i ekspresji ducha, dane jest nam nie tylko postrzegać świat fizyczny, lecz także doświadczać tego, co nazywamy cudem. Nie marnujmy tego daru. Cudu nie można wyczekiwać, on się po prostu zdarza i najważniejsze, żeby dostrzec choćby najmniejszą zmianę w sobie.

Sennie padający śnieg

Adam Robiński, pisarz, dziennikarz, fascynat przyrody, autor nagradzanych książek „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg” oraz „Kiczery. Podróż przez Bieszczady”.

Cud to pojęcie, którego zwykle używamy, by opisać coś wyjątkowego i niepospolitego, tymczasem zdaje mi się, że chodzi o rzeczy zwykłe i powszechne, niemające nic wspólnego z kościelno-religijną nomenklaturą. To zresztą uderzające, że współcześnie „cud” i „świętość” kojarzą się nam wyłącznie i jednoznacznie z człowiekiem. Święte są dziś wytwory człowieka – budynki, przedmioty, szczątki, prawa – lub sami ludzie. Niektórzy stają się święci jeszcze za życia. A co z resztą? Jakiś czas temu rozmawiałem z islandzkim pisarzem Andrim Magnasonem. Przekonywał mnie, że ludzkie podejście do świata pozaludzkiego jest tak wypaczone, że nie ma już dla nas świętych miejsc, świętej ziemi. Takiej, którą nawet chciwy inżynier zostawi w spokoju. Te słowa padły w kontekście islandzkiego interioru, ale możemy je oczywiście przenieść na polski grunt i wskazać choćby Puszczę Białowieską, jakiś czas temu również niszczoną bez żadnej głębszej refleksji, albo cięte na potęgę lasy bieszczadzkie. Potwornie to wszystko egoistyczne z naszej strony. Co za uzurpacja! Dlatego jeśli ktoś pyta mnie o świętość lub cud, przewrotnie szukam tych pojęć na antypodach ogólnie pojętego rozumienia – wszędzie tam, gdzie człowieka nie ma, a wszystko toczy się bez jego udziału. Jednym z takich cudów była dla mnie miniona wiosna, wiosna roku pandemii, którą wszyscy podziwialiśmy zamknięci w domach, przez szybkę. Z własnych kuchni i sypialni widzieliśmy gdzieś tam na niebie powracające z daleka gęsi czy zieleniące się drzewa. Tak wiele nas omijało! Człowiek zniknął z krajobrazu, a przyroda i tak wiedziała, co robić. Nie potrzebujemy zresztą pandemii, by zamiast się udzielać i gadać, po prostu patrzeć i słuchać. Kucnąć nad stawem i patrzeć na bobry. Stanąć na skraju łąki i słuchać jeleni. Gapiąc się w fale Bałtyku, dumać nad niezwykłością świata waleni. Albo po prostu wypatrywać gwiazd. Tak naprawdę świat przewija się nam przed oczami jak film przyrodniczy na jakimś Netflixie. Najbardziej niesamowite w tym wszystkim jest to, że jest za darmo, nie potrzebuje reklamy, nikt nam tego świata natury nachalnie nie wciska. To jest nasza wspólna bańka. Być może trochę przesadzam z tym wyjmowaniem z układanki człowieka. Bo przecież cudem jest też nawiązywanie międzygatunkowych interakcji. Z domowym kotem, ale i z dzikim zwierzęciem na jego terytorium. Trzeba mu spojrzeć w oczy, żeby zobaczyć inną inteligencję. Kilka tygodni temu nad Morzem Północnym obserwowałem, jak foki z podziwem patrzą na kitesurferów. Wystawiały głowy z wody wyraźnie zafascynowane tymi ogromnymi latawcami, które śmigały nieopodal. Wodziły za nimi wzrokiem. Niesamowite przeżycie. A więc ta niesamowitość jest często pospolita. Jak wschód słońca oglądany w wyjątkowym miejscu. Na przykład na środku morza. Z wielkiej czerni nagle zaczynają się wyłaniać kolory: najpierw wszystko robi się błękitne, a potem przechodzi w październikową szarość. Nadejście kolejnego dnia jest cudem. Być może świat sprowadza się właśnie do tych kolejnych wschodów słońca i nadchodzących wiosen, a nam nie pozostaje nic innego niż im świadkować. Podziwiać formujące się chmury albo sennie padający śnieg. Być może nic poza tym nie ma? Trudno być non stop otwartym na takie bodźce, kiedy na co dzień otaczają nas ściany, beton i szum zakorkowanych miast. Ale ktoś mi kiedyś opowiedział o zielonej godzinie – raz w tygodniu, nieważne, deszcz czy upał, jedzie z rodziną do lasu. Tylko po to, żeby w nim pobyć. Traktuje to jako obowiązkowe zajęcie pozalekcyjne, takie, z którego nie rezygnuje się, „bo mi się nie chce”. Chyba dobrze narzucić sobie taką dyscyplinę. Żeby nie było jak w wierszu Szymborskiej, w którym podmiot liryczny przyznaje się do złego sprawowania we wszechświecie: „Przeżyłam całą dobę nie pytając o nic, nie dziwiąc się niczemu”. No więc cuda i dziwy są wszędzie dookoła, a naszym obowiązkiem jest je podziwiać.

Nasz ptaszek

Beata Sadowska, dziennikarka z ponad 25-letnim doświadczeniem, biegaczka, twórczyni platformy Mentalist.pl.

Bardzo lubię słowo „cud” i często go używam. Podobnie jak słowo „marzenie”. Często mówię tak o ludziach – że są cudem. Ujmują mnie w nich proste gesty, jak ten naszego francuskiego sąsiada, który podczas pandemii za każdym razem kiedy smażył dla swoich wnuczek crêpes, czyli francuskie naleśniki, zostawiał kilka na parapecie – dla naszych dzieci. Najbardziej wierzę w małe wielkie cuda, drobnostki, które sprawiają, że życie staje się magiczne. Cudem jest dla mnie to, że się codziennie budzę, bo przecież nikt mi tego nie zagwarantował. Lubię sobie rano powiedzieć: „Dziękuję. Super, że znowu jestem”. Mam taki rytuał, że wstaję godzinę przed tym, zanim obudzi się cały dom. I tę godzinę poświęcam tylko sobie. Robię ćwiczenia oddechowe, rytuały tybetańskie i kawę – z kardamonem, cynamonem, goździkami, odrobiną kurkumy oraz oleju kokosowego (tłuszcz wspomaga przyswajanie kurkuminy i nie wypłukuje magnezu). To, że mogę się w tym czasie pogapić przez okno, że nikt niczego ode mnie nie chce ani ja nie chcę niczego od nikogo – to jest dla mnie właśnie cud. Zdarza mi się nazywać cudem lub magią to, że spotykam różnych ludzi na mojej drodze. W dorosłym życiu o wiele trudniej – przynajmniej z mojego punktu widzenia – się zaprzyjaźnić. Mam więc przyjaciół głównie z podwórka czy podstawówki, ale czasem pojawi się ktoś, z kim jest mi nieprawdopodobnie po drodze, bo podobnie myślimy albo coś mnie w nim ujmie. A zwykle ujmuje mnie to, że ktoś jest dobrym człowiekiem. Wrażliwym. Że mówi, a nie krzyczy. Dziś liczy się przebojowość, dla mnie równie wielką siłą jest delikatność. Tacy ludzie są cudem. Wierzę w to, że jak bardzo czegoś chcemy, to świat nam sprzyja. Oczywiście, marzeniom trzeba pomagać, a czasem pomaga właśnie cud. Zawsze marzyłam o tym, by mieszkać pośród natury. To się nie wydarzyło ot tak, ale się wydarzyło. W jakiejś części dzięki całej mojej rodzinie, ale też dzięki mnie samej. Musiałam się zmierzyć z moimi wewnętrznymi demonami, wiele planów i pragnień zawiesić na kołku. Dzisiaj mam dwa domy, jeden w Warszawie, drugi w Chamonix [więcej o nim w rubryce Kobieta we wnętrzu – przyp. red.] – gdzie nagrywam wykłady i prowadzę warsztaty, ale wiodę tam raczej życie na uboczu, z dala od wielkiego świata.

Pamiętam, jak którejś nocy obudziłam się z wielkim ciężarem na klatce piersiowej. Pomyślałam: „O co mi chodzi? Jestem zdrowa, nie mam większych zmartwień czy stresu, skąd te zaciskające się kleszcze?”. Dotarło do mnie, że to jest moje ego, które mówi rozkosznie: „Ciebie już nie ma, nikogo nie interesujesz. Nie pojawisz się już na żadnej okładce”. I tak jak mnie to przeraziło, tak mnie rozśmieszyło. Przecież ja już z nikim się nie ścigam, a jednak mam głęboko zaszczepiony jakiś określony model kariery i sukcesu. Pomyślałam sobie: „Jaki to jest wielki cud, że mogę to nazwać i powiedzieć: »do widzenia«”. I gdy wypowiedziałam to na głos, ego poszło precz. To my tworzymy najpiękniejsze cuda. Dowód? W naszym domu w górach mamy duże okno. Na początku się nie zorientowaliśmy, że dla ptaków to jest przestrzeń, której nie widzą – wydaje im się, że to nadal niebo. Teraz na szybie są odpowiednie naklejki, ale zanim to się stało, mieliśmy dwie bardzo przykre dla nas i dla dzieci sytuacje. Pierwszego ptaszka udało się odratować, ale dwa kolejne nie miały tyle szczęścia. Jeden z nich wieczorem jeszcze żył, ale rano znalazłam go martwego. Pomyślałam sobie, że mogę go albo wynieść i zakopać w lesie, mówiąc dzieciom, że nocą odleciał, albo dać im ważną lekcję tego, jak funkcjonuje natura. Chłopcy są jeszcze mali – jeden ma 4,5 roku, drugi – 7 lat, a to było prawie rok temu – ale coś mi podpowiadało, że są na to gotowi. Powiedziałam im więc, że ptaszek nie przeżył i że musimy zrobić mu pogrzeb i się z nim pożegnać. Kiedy już zasypaliśmy grób ziemią i ułożyliśmy na nim kamyki, powiedziałam chłopcom: „Zobaczycie, że jak będziemy wracać, to usłyszycie, że ptaki śpiewają. Jeden z nich będzie właśnie tym naszym ptaszkiem. I w ten sposób nam podziękuje. Bo taki jest krąg życia, że odchodzimy, a potem wracamy. I nasz ptaszek wróci jako piękny, silny ptak”. W drodze powrotnej rzeczywiście rozległ się świergot, a chłopcy wykrzyknęli: „Mamo, słyszymy go, to nasz ptaszek. Jest już młody i silny”. I wiecie co, ja też go usłyszałam.

Genialne ciało

Alexander Poraj-Żakiej, mistrz zen, dyrektor duchowy Centrum Uważności i Medytacji „Benediktushof” w Holzkirchen, współinicjator powołania niemieckiej Fundacji Mądrość Wschodu i Zachodu oraz Polsko-Niemieckiej Fundacji Willigisa Jägera.

Kwestia cudów nie sprowadza się do pytania o to, czy one się zdarzają, czy nie, tylko o to, co ja pod pojęciem cudu rozumiem. A faktem jest, że w moim życiu, ale też w życiu każdego z nas, zdarza się mnóstwo sytuacji, które są – w sposób zagrażający lub wspaniały – nieplanowane, niewyobrażalne i niewytłumaczalne. To może być na przykład spotkanie, które wszystko zmienia. I może ono dotyczyć sfery zawodowej, osobistej, zdrowotnej lub na przykład rozwiązania problemu, z którego wcześniej nie widziałem wyjścia. Kiedyś, kiedy byłem prezesem sieci szpitali, mieliśmy poważny kryzys finansowy, staliśmy właściwie na skraju bankructwa i nie było racjonalnie ani czasu, ani sposobów na to, by temu przeciwdziałać. Uważaliśmy, że wykorzystaliśmy już naprawdę wszystkie szanse. I nagle pewne spotkanie otworzyło nam oczy na zupełnie nowy sposób finansowania, którego nie braliśmy wcześniej pod uwagę, bo nie mieliśmy o nim zielonego pojęcia. I nie tylko uratowaliśmy się przed bankructwem, ale też dzięki okolicznościom, które nastąpiły potem i które też nie były do przewidzenia – staliśmy się nie tylko dobrą, ale i całkiem rentowną firmą. Mógłbym więc powiedzieć, że w moim życiu zdarzyły się w ciągu roku dwa cuda. Jak ja sobie je tłumaczę? Myślę, że jako ludzie nie jesteśmy w stanie ogarnąć kompleksowości i złożoności rzeczywistości, która nas otacza. Nasz sposób patrzenia, odczuwania tego, co się dzieje, ale i wynikającego z tego działania, jest tak ułomny wobec zaawansowania procesów, jakie zachodzą na świecie, że wpływ na ten świat mamy tak naprawdę marginalny. Weźmy taki przykład: nasz organizm, który nie komunikuje nam 99,99 proc. wszystkich reakcji, jakie w nim zachodzą. Nie informuje nas o tym, że likwiduje właśnie 100 tysięcy komórek i zastępuje je nowymi i może w związku z tym będzie kilka lepszych. Żadna komórka naszego organizmu nie wysyła nam komunikatów na temat tego, co robi lub co będzie robić. Całe bardzo skomplikowane systemy w naszym organizmie działają non stop, być może dzięki temu, że my nie wiemy, o co chodzi, bo gdybyśmy wiedzieli, to może byśmy to spieprzyli. A to przecież tylko nasz organizm, który rzekomo tak znamy. Życie jest na tyle mądre, że nie mówi nam większości rzeczy, ponieważ nasz sposób wkraczania i ingerowania w to, co się dzieje, kończy się przeważnie katastrofą. Ten promilek promila tego, co nam się wydaje, że możemy zrobić, na razie jako ludzkość wykorzystaliśmy i wykorzystujemy w tak tragiczny sposób przeciwko sobie i życiu, że nie możemy powiedzieć, iż to przynosi komukolwiek jakąś korzyść. Jesteśmy na najlepszej drodze do uświadomienia sobie, że od dłuższego czasu wykańczamy możliwości naszego istnienia, obchodząc się z naturą tak, jak się obchodzimy. O wojnach i pożogach już nie wspominając. Dlatego lubię mówić, że my jesteśmy cudem i żyjemy w cudzie, bo całe życie to jest jeden wielki cud. W takim znaczeniu, że jest tajemnicą, niezgłębioną, nie do ogarnięcia i nie do zrozumienia przez nasze umysły, łącznie ze wszystkimi maszynami. W obliczu tego cudu wszystkie inne tracą na znaczeniu. 

  1. Kultura

Magdalena Gross - rzeźbiarka zwierząt

Wielbłądek, lata 30 (Fot. materiały prasowe)
Wielbłądek, lata 30 (Fot. materiały prasowe)
W twórczości Magdaleny Gross zwierzęta stały się czymś więcej niż nośnym tematem. W jej niełatwej biografii ważną rolę odegrał warszawski ogród zoologiczny.

Czułość jest pierwszą rzeczą, która przychodzi do głowy na widok „Wielbłądka”. Odlana w brązie figurka jest niewielka, a jednak przykuwa uwagę bezbłędnym ujęciem tematu. Przed II wojną światową trudno było znaleźć w Polsce artystkę, która przedstawiałaby zwierzęta celniej niż Magdalena Gross (1891–1948). Jedna z najzdolniejszych uczennic modernistycznego rzeźbiarza Tadeusza Breyera w latach 20. z powodzeniem rozwijała karierę artystyczną w Polsce i za granicą. Z początku zdobyła uznanie jako portrecistka, wśród jej modeli nie brakowało prominentnych postaci życia publicznego II RP – pozowali jej między innymi Ignacy Dygas, Franciszek Fiszer czy Józef Beck. Około roku 1930 Gross doświadczyła jednak poważnego kryzysu twórczego. Zrezygnowana i wypalona szukała nowych źródeł artystycznej energii. Znalazła je w świeżo otwartym warszawskim ogrodzie zoologicznym. Dyrektor placówki, charyzmatyczny młody zoolog Jan Żabiński, zwrócił na rzeźbiarkę uwagę, kiedy przesiadywała przy wybiegach i szkicowała zwierzęta. Artystka zaprzyjaźniła się z Żabińskim i jego żoną Antoniną, pisarką i popularyzatorką nauki. Zoo stało się jej drugim domem i pracownią. Bez reszty poświęciła się rzeźbieniu zwierząt. Pracowała zazwyczaj w kameralnych formatach, ale każdą realizację poprzedzała długim, trwającym wiele miesięcy procesem poznawania zwierzęcia, obserwacji, rysunkowych i rzeźbiarskich szkiców. Zainwestowany czas i uwaga powracają w szczególnej ekspresji animalistycznych dzieł Gross. Artystka nie szukała dosłowności, raczej istoty i natury przedstawianego zwierzęcia. Nie miała temperamentu awangardzistki, ale zdobycze kubizmu i art déco nie były jej obce. Warszawskie zoo, które w latach 30. pchnęło na nowe tory artystyczną karierę Gross, w latach okupacji stało się dla niej azylem. Rzeźbiarka była Żydówką, a małżeństwo Żabińskich ukrywało ją na terenie ogrodu. Nie tylko ona znalazła tam schronienie. Zoo zostało zbombardowane jeszcze w roku 1939. Ocalałe zwierzęta okupanci wywieźli do Rzeszy. Obrabowany ogród, zmieniony przez nazistów w fermę hodowli świń, dzięki heroizmowi dyrektora i jego żony stał się kryjówką uciekających z getta Żydów. Historia Żabińskich została w 2007 roku spopularyzowana przez książkę Diane Ackerman, na kanwie której dziesięć lat później powstał hollywoodzki film „Azyl” . Ukrywając się przez pięć lat w ogrodzie zoologicznym, Magdalena Gross nigdy nie przerwała pracy. W jej twórczości zwierzęta stały się czymś więcej niż nośnym tematem. Miłość i szacunek dla innych istot splotły się z biografią artystki. Ta szczególna relacja ma wymiar symboliczny, ale odbija się też w widoczny sposób w wyrazie jej skromnych, ale głęboko poruszających prac.

  1. Styl Życia

Jesienna chandra? Proste sposoby na poprawę kondycji psychicznej

Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
Nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. (Fot. Getty Images)
W porze depresji sezonowej warto pamiętać, że nasz naturalny stan to wcale nie szczęście, euforia i samozadowolenie. Raczej umiarkowany pesymizm i niepewność siebie. Dlatego aby cieszyć się życiem, trzeba popracować nad kondycją psychiczną. Najlepiej codziennie.

Nasz mózg jest jak radar, który wyłapuje zagrożenia. Tak twierdzi między innymi dr Rick Hanson, autor „Umysłu Buddy”. Czuły radar był nam (a raczej naszym przodkom) potrzebny przez całe wieki życia jaskiniowego. Im szybciej wychwytywał niebezpieczeństwo, tym skuteczniej nasi „prapra” mogli się przed nim bronić. Ci, którzy dożyli wieku dorosłego, to byli ci umiarkowani pesymiści – szukający dziury w całym, a raczej wypatrujący mamuta w krzakach, nasłuchujący grzmotów burzy czy tętentu wrogiego plemienia. Dzięki temu, że usłyszeli/zobaczyli/przewidzieli na czas niebezpieczeństwo, uniknęli zagrożenia, mieli więc czas dorosnąć, urodzić albo spłodzić dzieci i przekazać im swoje geny oraz wiedzę o tym, jak świat funkcjonuje. A wraz z tą wiedzą – lęk i czujność.

Optymizm i radość życia oczywiście też się opłacały, skłaniały do prokreacji, wzmacniały system immunologiczny, nie były jednak kluczowe dla przetrwania gatunku. Dlatego nasz mózg raczej bagatelizuje miłe i przyjemne wiadomości, za to wyolbrzymia to, co potencjalnie groźne. Tylko to nie jest potrzebne w czasach, w których są piorunochrony, za to nie ma mamutów. Szare komórki jednak nie nadążają za ewolucją i jeśli chcemy je przechytrzyć, poczuć więcej radości z życia – musimy nad nimi trochę popracować. Znieczulić je na potencjalne zagrożenia i wyczulić na to, co piękne. Jak to zrobić? Sposobów, okazuje się, jest sporo.

Sto szczęśliwych dni

Hashtag #100happydays był kilka lat temu jednym z najpopularniejszych na Instagramie. Rozsławił go Dmitry Golubnichy. Ten mieszkający w Szwajcarii ukraiński chłopak był w dołku: jego kariera utknęła w miejscu, gnieździł się na 55 metrach kwadratowych mieszkania w Zurychu, tęsknił za podróżami, a w dodatku zimą 2013 roku śniegu w Alpach było za mało do jazdy na nartach. Dmitry poskarżył się na swój los ukraińskim kumplom, ale ci okazali się nieczuli na jego lamenty. Byli szczęśliwi, choć od skończenia szkoły wykonywali wciąż tę samą pracę, mieli tę samą dziewczynę i spotykali się co tydzień w tym samym miejscu na piwo, zamiast podróżować.

„Skoro oni mogą być szczęśliwi, mając to, co mają, to ja też mogę” – doszedł do wniosku Golubnichy i zaczął rozglądać się wokoło, szukając powodów do radości. To, co znalazł – fotografował i umieszczał na Instagramie. I tak przez 100 dni. Od tego czasu (mniej więcej od dwunastej fotografii…) niemal non stop się uśmiecha. Zaraził swoim pomysłem (i uśmiechem) innych, a potem jeszcze innych, jeszcze innych… W końcu zrobiło się z tego grono około 1,5 miliona osób z 220 krajów. Znalazł się wśród nich coach Mateusz Grzesiak, który swoje 100 zdjęć (wraz z opisami) opublikował w książce „100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. – Na początku było mi trudno znaleźć to jedno zdjęcie dziennie – przyznaje Dmitry. – Ale potem znajdowałem ich dziesięć.

Doktor Rick Hanson, jeśli zna historię Dmitry’ego, pewnie nie jest zdziwiony jego pozytywną przemianą. „Sposób, w jaki korzystasz z mózgu, zmienia go: na lepsze albo na gorsze” – pisał na kilka lat przed projektem #100happydays w książce „Rozwiń w sobie mózg Buddy”. „Jeżeli regularnie karmisz go zmartwieniami, samokrytyką i złością, twój mózg stopniowo przyjmie kształt, rozwinie nerwowe struktury i dynamikę niepokoju, niskiego poczucia własnej wartości i drażliwej reakcji wobec innych ludzi. Z drugiej strony, jeżeli regularnie opierasz umysł na, przykładowo, zauważaniu, że w chwili obecnej wszystko u ciebie w porządku, dostrzegając w sobie dobre strony oraz odpuszczając – twój mózg stopniowo przybierze kształt spokojnej siły, pewności siebie i wewnętrznego spokoju”.

Krótko mówiąc: trening przynosi efekt. Musi jednak być regularny, co jest tą gorszą wiadomością: jak wynika z informacji na stronie 100happydays.com, 71 proc. osób nie ukończyło programu, podając za powód: brak czasu.

Masz wszystko

„Kto chce, znajdzie powód, komu się nie chce, znajdzie pretekst…” – taka internetowa mądrość krążyła ostatnio po sieci. Eric Weiner, kolejny mężczyzna z depresją, doszedł do wniosku, że rzeczywiście prawie żadne obiektywne warunki do tego szczęścia nie są nam potrzebne; 55 metrów mieszkania w Zurychu absolutnie wystarczy. A nawet 15 metrów w Katmandu.

Weiner, amerykański dziennikarz, wybrał się w podróż w poszukiwaniu radości życia. Szukał odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że mamy dobrą kondycję psychiczną. Swoje obserwacje zapisał w „Geografii szczęścia”. A konkretnie? Ludzie w stosunkowo ubogim Bhutanie są szczęśliwsi od katarskich bogaczy, pławiących się w luksusie, ale także… od Mołdawian, którzy nie dość, że są biedni, to jeszcze nie mają zaufania nawet do swoich bliskich. Zdaniem Weinera, jeśli mamy co jeść, gdzie spać, nie grozi nam żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo i jesteśmy otoczeni przyjaznymi ludźmi – możemy być szczęśliwi. Wystarczy miska zupy, niezłe relacje z bliskimi i przyrodą oraz praca, która choćby w minimalnym stopniu daje nam poczucie sensu, żeby czuć radość.

Dobry humor jest więc w zasięgu praktycznie każdego z nas. Także twoim. Warunkiem jednak jest – jak to podkreślał i Hanson, i Golubnichy – systematyczność. Jeśli nie masz ochoty na fotografowanie rzeczywistości i wrzucanie zdjęć na Instagram, możesz skorzystać z innych metod. Na przykład prowadząc dzienniczek wdzięczności.

– Badania potwierdzają, że celebrowanie wdzięczności podnosi nastrój i zmienia strukturę mózgu – twierdzi dr Daniel Amen, autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”. Ale działa też notowanie w pamiętniku pozytywnych refleksji, przyklejanie post-itów ze wspierającymi komunikatami na lustro czy lodówkę, medytacja oraz codzienna modlitwa, jeśli zawiera element wdzięczności.

Praktyka uważności

Specjaliści od mindfulness, czyli uważności – a należą do nich Jon Kabat-Zinn (polecam jego książkę „Świadomą drogą przez depresję”) czy Thich Nhat Hanh (przeczytaj jego „Spokój umysłu”) – uważają, że zawsze, kiedy jesteśmy w pełni tu i teraz, jesteśmy szczęśliwi. Nie ma innej opcji. Nieszczęście jest zawsze w przeszłości (jeśli rozpamiętujemy nieprzyjemne wydarzenia i zadręczamy się wyrzutami sumienia) oraz w przyszłości (gdy wyobrażamy sobie mroczne scenariusze czy rzekome efekty naszych działań, które przecież nie muszą się zdarzyć). Za każdym razem, gdy sprowadzimy naszą uwagę do „tu i teraz”, mamy szanse ukoić lęk i poczuć się naprawdę dobrze. Nawet ból, cierpienie, rozczarowanie – kiedy je zauważymy, dostrzeżemy, przyjrzymy mu się z uwagą – w tej samej sekundzie, kiedy to zrobimy, zaczyna odchodzić. Medytacje mindfulness (choćby trzyminutowe skanowanie ciała) to jedna z terapii, którą Kabat-Zinn poleca przy depresji. Praktykowana regularnie pomaga uśmierzyć każdy ból duszy.

Sięgnij po wspomagacze

Kiedy już zrobisz postanowienie, że będziesz szczęśliwsza i rozpoczniesz trening, możesz wspomóc się pozytywnymi dopalaczami. Są nimi: światło, zdrowa dieta i ruch. Te trzy elementy wymieniają chyba wszyscy eksperci od zarządzania chandrą. Odpowiednia dawka światła (dla źrenic) i generowanej przez słońce witaminy D3 (dla skóry) działa antystresowo. – Według statystyk większą zachorowalność na depresję zanotowano jesienią i zimą – potwierdza Dorota Gromnicka, autorka książki „Depresja. Jak pomóc sobie i bliskim”. – Przyczyny SAD, depresji sezonowej (seasonal affective disorder) kojarzone są z funkcjonowaniem układu hormonalnego, na który ujemnie oddziałuje zmniejszona ilość światła. Kiedy ono dociera do oka, przetwarzane jest na impuls nerwowy, który, przekazywany do mózgu, stymuluje wydzielanie hormonów.

Także tych odpowiedzialnych za poczucie szczęścia: serotoninę, noradrenalinę i dopaminę. Dlatego jak najwięcej czasu spędzaj na dworze, gdy jeszcze jest jasno. A po zmroku – koniecznie zapalaj światło. Skandynawowie odkryli, że nawet sztuczne oświetlenie pomaga w eliminowaniu objawów SAD. Podobnie jak odpowiednia, czyli racjonalna i bogata w składniki odżywcze, dieta. Bogata w kwasy omega-3, białka i węglowodany złożone. Zapewnia nie tylko zdrowie (jego brak może być przyczyną potężnego stresu), ale też stabilny poziom cukru we krwi (chroniąc przed huśtawkami poziomu energii i nastroju) oraz białka (na pewno słyszałaś o szklance mleka na dobranoc – zawarty w nim tryptofan przynosi ukojenie skołatanym nerwom).

Trzeci element to ruch. Wiele badań wskazuje na to, że działa również antydepresyjnie. Tak zwana euforia biegacza pojawia się mniej więcej po pół godzinie intensywnego wysiłku. To z kolei przyjemny prezent, który przekazali nam przodkowie: nasz organizm produkuje potężną dawkę endorfin właśnie po 20–30 minutach, byśmy mogli biec dalej, uciekać przed mamutem. Skorzystaj z tego, nawet gdy nie musisz uciekać.

Doktor Amen, specjalista od mózgu i autor książki „Uwolnij moc kobiecego mózgu”, podkreśla jeszcze, że warto zrobić badania tarczycy i wziąć pod kontrolę hormony, tak żeby Hashimoto, PMS czy menopauza nie decydowały o naszym poczuciu szczęścia. Potwierdza to też Dorota Gromnicka: – Nadczynność tarczycy przyczynia się do zmienności nastrojów, braku koncentracji, bezsenności, rozdrażnienia – pisze. – Niedoczynność tego gruczołu objawia się między innymi zmęczeniem i przygnębieniem.

Jeśli cierpiałaś na którąś z tych chorób albo choć raz doświadczyłaś dotkliwego PMS – potraktuj to jako dodatkowy argument, by zrobić badania. Zaopatrzona w wyniki i wiedzę, jak działa mózg, możesz świadomie wyruszyć na poszukiwanie radości życia. I uniknąć w tym roku zimowej chandry, a także uodpornić się na rodzinne dyskusje przy świątecznym stole.

  1. Psychologia

Ty jako dzieło sztuki. Jak zmieniały się kanony piękna?

Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy ciało wyłamujące się z obowiązującego dziś kanonu piękna też może być piękne? Wystarczy spojrzeć na Wenus z Willendorfu i Wenus Botticellego… – W odróżnieniu od mody sztuka uwalnia nas od dążenia do ideału, bo udowadnia, że nie ma czegoś takiego jak ustandaryzowany wygląd i rozmiar – twierdzi historyczka sztuki Katarzyna Wąs.

Mam w domu reprodukcję „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci. Kiedy przyjrzałam się jej wczoraj, doszłam do wniosku, że choć jest pełna elegancji, to zważywszy na dzisiejsze standardy, ma zdecydowanie za wąskie usta i zbyt płaską klatkę piersiową. Potem przyjrzałam się „Narodzinom Wenus” Botticellego – jego Wenus jest proporcjonalna, ale też nie jest idealna. A mimo to obie są piękne. Czy piękno musi być idealne? Jest w nas głęboko zakorzenione pragnienie, by być idealnymi. To pragnienie podsyca współczesny świat mediów, propagując komputerowo obrobione zdjęcia i dyktując jeden obowiązujący rozmiar dla atrakcyjnej kobiety. W tym wszystkim nie ma miejsca na różnorodność. A przecież ustandaryzowane ciała nie istnieją – ktoś ma trochę więcej w biodrach, ktoś inny w talii, ktoś jest wysoki, ale grubokościsty, a ktoś inny niższy, ale bardzo drobny. Dla mnie rozmiar ciała nie ma wpływu na to, czy uważam kogoś za pięknego, ważne, by to ciało było zadbane i estetyczne. Świat mody, któremu w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia, jest jeszcze daleki od takiego myślenia.

Sztuka pełniła chyba kiedyś podobną rolę do tej, jaką dziś pełni moda – wyznaczała obowiązujący kanon kobiecej urody. Sztuka była czymś bardzo elitarnym, docierała więc do wąskiego grona odbiorców, które mogłoby ją traktować jako wzorzec. Wszechobecność zalewających nas z każdej strony wzorców w codziennym życiu jest dzisiaj dużo bardziej opresyjna. Media, a zwłaszcza telewizja oraz kolorowe magazyny pełne reklam, spowodowały, że zwłaszcza kobiece ciało postrzegane jest według kilku ustandaryzowanych kanonów. Jeśli nie mieścisz się w którymś z nich, to już się nie kwalifikujesz.

Celem sztuki było również pokazywanie ideału piękna, ale ten ideał był fasadą, za którą kryło się wiele znaczeń. Piękno symbolizowało piękno duszy, porządek, zwycięstwo harmonii nad chaosem. Kanon tego piękna zmieniał się w zależności od uwarunkowań historycznych.

Od czego zależał kanon? Od tego, jaką rolę miało pełnić ciało kobiety. Sięgając bardzo głęboko w historię sztuki, trafimy na Wenus z Willendorfu, pochodzącą z czasów prehistorycznych. Malutką kamienną rzeźbę, przedstawiającą kobietę, która nie wpisuje się w żaden znany nam kanon współczesny: ma krótkie nóżki, bardzo szerokie uda, jeszcze szersze biodra, wydatny brzuch i biust. Ta rzeźba pokazuje jednak to, co było najważniejsze dla ludzi w tamtych czasach – kobietę jako matkę, dającą początek życiu, czyli płodną, mogącą wykarmić swoje potomstwo. Zupełnie inny kanon prezentowały przedstawienia greckie i rzymskie – na przykład Wenus z Milo. Według ówczesnego kanonu ciało piękne było gładkie i wysportowane, co ciekawe, znacznie więcej uwagi poświęcano ciału męskiemu. Silne, nagie, atletyczne i proporcjonalne – było ideałem. Ciało prawie boskie, wyrażające doskonałość człowieka, wynikającą z pracy nad przymiotami ciała i duszy.

Było to ciało uwielbione i niczym nieskrępowane. Ale chyba nie na długo? Wraz z rozprzestrzenianiem się religii chrześcijańskiej w średniowieczu w Europie starożytny kult ciała odszedł na dalszy plan. Ciało stało się niechcianą, zbędną materią symbolizującą ułomność człowieka, więzienie duszy. Z czasem bardzo silnie rozwinął się kult maryjny, podkreślający czystość jej duszy. Przedstawiana była jako piękna, młoda i eteryczna, ale piękno jej ciała wynika z nieskalanego grzechem ducha. Najlepszym tego przykładem są tzw. Piękne Madonny, rzeźby z ok. 1400 roku ukazujące Matkę Boską jako niezwykle urodziwą kobietę w nienaturalnym wygięciu, ubraną w fantazyjnie upięte szaty. Trzeba przyznać, że sztuka średniowieczna tworzona w obrębie kultury dworskiej we Francji czy państwach niemieckich to był silnie narzucony ideał. Kobiety miały być szczupłe, o wysokich czołach i gładkiej, bladej skórze. W uzyskaniu takiego efektu – jeśli natura chciała inaczej – miały pomóc dziwaczne zabiegi, polegające na wyrywaniu sobie włosów nad czołem, żeby było wyższe, i wyskubywaniu brwi – niektóre te elementy zaskakująco przypominają dzisiejsze praktyki. Bardzo ciekawym zjawiskiem w chrześcijańskiej kulturze średniowiecza były praktyki ascetyczne polegające na umartwianiu ciała – ubieranie włosienicy, noszenie opasek z kolcami, biczowanie oraz praktyki tzw. świętej anoreksji, czyli doprowadzania postu do skrajności, np. odżywiania się jedynie eucharystią. Drastyczny post pozwalał nie tylko na odrzucenie ciała jako ziemskiego balastu, ale też wprowadzał w stan ekstaz i wizji. Eteryczność i delikatność miały świadczyć o wysokim uduchowieniu, ale też o słabości i bezbronności kobiety, w kontraście do męskiej siły.

Późniejsza sztuka na szczęście uwolniła nas od dążenia do anorektycznego ideału. Elementy wyglądu, których dziś się wstydzimy – jak cellulit, podwójny podbródek czy fałdki na brzuchu – zostały podniesione do rangi piękna. Pierwszym okresem uwolnienia kobiecego ciała w sztuce nowożytnej był barok. Kształty kobiet stały się pełne, a nawet rozbuchane, na co przykładem są ikoniczne już dzieła malarza Petera Rubensa. Sztuka odeszła od modelu szczuplutkiej, rachitycznej kobiety. Dużo skromniejsze są portrety z kręgu protestanckiego, w których podkreślano skromność i prostotę. W świeckiej sztuce obfitość oznaczała bogactwo, radość i zmysłowość.

Wiek XVIII drastycznie kończy francuska rewolucja przynosząca rozluźnienie, również widoczne w ubiorze. Początek XIX wieku i okres napoleoński to kobiecość romantyczna, zwiewna, delikatna. Sztuka sięga do antycznych wzorców greckich bogiń i rzymskich westalek. Natomiast kończy się obrazem kobiety wciśniętej w turniurę, wielki kapelusz i gorset zasad i obowiązków. Był to niewątpliwie wiek skrajności – początek walki o prawa kobiet, ale jednocześnie zamykania ich masowo w zakładach psychiatrycznych z powodu skłonności histerycznych.

W belle époque, czyli okresie przełomu wieków, sztuka poszukuje w kobiecie tajemnicy i łączności z naturą. Widać pierwsze zapowiedzi uwalniania się kobiecego ciała z opresji kostiumu i męskiej dominacji. Zmiana przyszła wraz z rozwojem mediów po II wojnie światowej. Chyba każdy z nas ma wryty w głowę portret idealnej żony z obrazka z lat 50., czekającej na męża z kolacją. Dziś w przedstawianiu ideału piękna sztukę zastąpiły reklamy i moda. Zwłaszcza ta ostatnia tworzy współczesny kanon piękna, często prowadzący do zaburzeń zdrowego trybu życia.

Na szczęście w dzisiejszych czasach oprócz reklam kosmetyków czy pokazów mody możemy oglądać też dzieła sztuki z ubiegłych epok i coraz bardziej odważną sztukę współczesną. Co dobrego robi ona dla kobiecego ciała? Po II wojnie światowej sztuka przestała być uniwersalnym i zdystansowanym komentarzem tego, co nas otacza, a stała się w wielu przypadkach bardzo zaangażowana i zyskała realny wpływ na rzeczywistość. Performens spowodował, że ciało artystów i artystek stało się żywym obiektem sztuki, rodzajem płótna, rzeźbą. Kobiety wreszcie przestały być jedynie „patrzone”, zaczęły być też tym, kto patrzy, czyli kto tworzy sztukę. Okazało się, że kobiece ciało w sztuce uprawianej przez mężczyzn jest znacznie bardziej wyidealizowane. Kobiety nie skupiają się na tym, jak ono ma wyglądać, ale co czuje i co mówi. A te, które skupiają się na wyglądzie, robią to w określonym celu.

Jedna z najsłynniejszych performerek, Marina Abramović przez wiele lat ze swoim partnerem Ulayem robiła projekty poruszające temat tożsamości, różnic płciowych, granic cielesności. Jednym z ciekawszych ich projektów był „Imponderabilia” z 1977 roku, podczas którego stali nago w wejściu do galerii, przodem do siebie. Między nimi było ok. 30 cm przestrzeni, a każda osoba, która wchodziła, musiała przecisnąć się między nimi, wybierając, do którego z nich ustawi się przodem. Okazało się, że kobietom łatwiej jest ustawić się przodem do mężczyzny, a mężczyznom do kobiety – tak jakby widok nagiego ciała osoby tej samej płci ich krępował.

Ekstremum eksperymentowania z własnym ciałem osiągnęła Orlan, artystka, która z własnego ciała uczyniła żywą rzeźbę poprzez serię operacji plastycznych, którym się regularnie poddaje, chcąc pokazać, pod jaką presją żyją dziś kobiety. Najświeższą ciekawostką jest też nurt selfie feminizmu, w Polsce reprezentuje go m.in. Zosia Krawiec, krytyczka sztuki. Dziewczyny, robiąc sobie zdjęcia, decydują o tym, jak reprezentowana jest ich erotyczność, na ile chcą się obnażyć nie tylko cieleśnie, ale przede wszystkim emocjonalnie. W ten sposób chcą podkreślić, że są świadome swojej seksualności i swojego ciała, a nie tylko postrzegane jako seksualne obiekty przez mężczyzn. Niezależnie od kontekstu są to jednak rozerotyzowane akty, ich działania spotykają się więc często z falą krytyki.

Innym przykładem jest para performerek: Eva & Adele. Wyglądają praktycznie tak samo, ubierają się identycznie, przy czym bajecznie kolorowo, i podróżują po całym świecie jako żywe dzieło sztuki. Jedna z nich, Eva, była wcześniej mężczyzną, dlatego w swoim performansie podkreślają, że tworzą sztukę ponad podziałami na płeć. To tylko kilka przykładów artystek, które swoim ciałem i pracą starają się walczyć ze stereotypem kobiety skromnej i uległej.

Sztuka współczesna nie zna i nie stosuje żadnych kanonów, jest bardzo bogata w swojej różnorodności. Dlatego osoby, które czują, że nie pasują do pewnych środowisk, często zyskują akceptację i odnajdują siebie właśnie w środowisku artystycznym, bo jest otwarte i tolerancyjne.

Sądzisz, że to dobry pomysł, by brać przykład z Evy i Adele i traktować siebie jako dzieło sztuki? Pewnie. Tylko czy te wszystkie dziewczyny, które poświęcają półtorej godziny dziennie na makijaż i stylizację, nie traktują siebie właśnie jak dzieło sztuki, obiekt, nad którym się pracuje? Ale podoba mi się myśl, by – jeśli uważasz, że twoje ciało jest nieidealne, niepasujące do jakiegoś wymyślonego wzorca atrakcyjności – sięgnąć do bogatych zbiorów sztuki. Gwarantuję, że każdy i każda odnajdzie w nich swoje ciało. Zarówno to szczupłe, jak i bardziej obfite, z nadwagą i pomarszczoną skórą, i to z ostrymi rysami twarzy czy jakimiś anomaliami. I zobaczy, że każde może być piękne, każde może być sztuką.

Katarzyna Wąs historyczka sztuki, kuratorka, prezeska Fundacji Zwierciadło, pełni opiekę kuratorską nad Jankilevitsch Collection