1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kłótnie między rodzeństwem - jak mądrze mediować w konfliktach dzieci?

Kłótnie między rodzeństwem - jak mądrze mediować w konfliktach dzieci?

Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. (fot. iStock)
Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. (fot. iStock)
Dzieci kłócą się nie tylko z powodu walki o uwagę rodzica. Kłócą się, bo są ludźmi. Rolą dorosłych nie jest niedopuszczanie do konfliktów między rodzeństwem, ale mądre mediowanie.

Jeśli sama masz rodzeństwo, z pewnością pamiętasz niejedną kłótnię z bratem czy siostrą, a może nawet poważniejszy konflikt. Dzieciństwo wypełnione sporami i bijatykami nie oznacza jednak, że tak też będzie wyglądało dorosłe życie. Janusz Korczak powiedział przełomowe w historii postrzegania psychiki dziecka zdanie: „Nie ma dzieci, są ludzie”. Dzieci się kłócą, bo są ludźmi. Wszelkiego rodzaju waśnie są nieodłączną formą ludzkiej aktywności. Rodzice mają jednak zwyczaj demonizowania ich znaczenia z obawy, że mogą negatywnie wpłynąć na relacje między rodzeństwem. Czasem wręcz odbierają najmłodszym prawo do konfliktów, jakby były zarezerwowane tylko dla dorosłych. Tymczasem kłótnie dzieci to najczęściej dowód na to, że dom, w którym się wychowują, jest szczęśliwy, ciepły i bezpieczny. Brak konfliktów to zwykle wynik przemocy fizycznej lub psychicznej, biedy, przewlekłej choroby jednego z członków rodziny albo wielopłaszczyznowego braku zainteresowania potrzebami najmłodszych. Wtedy dzieci się ze sobą nie kłócą, bo są zbyt skoncentrowane na walce o przetrwanie.

O co poszło?

Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. Rodzeństwo sprawdza, kogo rodzice bardziej kochają, a to bardzo łatwo poznać po tym, komu więcej wolno – tak w każdym razie widzą to dzieci.

Inną przyczyną jest zabieganie o uwagę dorosłych. Im mniej czasu poświęcasz dzieciom, tym bardziej będą ci się dawać we znaki. Możesz uważać, że niczego im nie brakuje, bo wozisz je na zajęcia, a w domu zawsze mają ciepły obiad. Ty jesteś umęczona problemami dnia codziennego, a twoje dzieci widzą to inaczej – że kompletnie nie masz dla nich czasu. Wtedy protestują, co często przybiera postać konfliktu z rodzeństwem. Dlatego im bardziej twoje dzieci się kłócą, tym bardziej przyjrzyj się sobie, a nie im.

Przy okazji możesz się też zastanowić, czyje zachowania powielają. Kłótnie dzieci często drażnią rodziców dlatego, że są odbiciem ich własnego, niedojrzałego stylu rozwiązywania problemów. Chcesz, żeby dzieci załatwiały między sobą sprawy pokojowo? Sama tak postępuj. I naucz się właściwego reagowania na ich konflikty.

Bardzo złe pomysły

Chronienie dzieci przed kłótnią. Albo takie zarządzanie ich rozkładem dnia, żeby nie miały okazji się pokłócić. Rola rodzica nie polega na tym, żeby za wszelką cenę zapobiegać konfliktom, tylko żeby na nie wychowawczo reagować.

Brak zainteresowania w imię świętego spokoju.
Rodzicom często się radzi, by pozwalali dzieciom załatwiać swoje sprawy na ich własny sposób. Wiele w tym prawdy, ale co innego dać wolną rękę, a co innego powiedzieć: „Nic mnie to nie obchodzi, radźcie sobie sami”. Taka postawa to po prostu unikanie problemu i informacja, że ty jesteś równie bezradna jak dzieci.

Karanie obydwojga:
„Magda nie idzie na basen, a Błażej – koniec z komputerem!”. Takie postawienie sprawy skutkuje tylko nagromadzeniem pretensji.

Wnikanie, kto zaczął i co powiedział.
Robiąc tak, uczysz dzieci, że ich konflikt jest dla ciebie bardzo ciekawy i że w ten prosty sposób mogą skupić na sobie twoją uwagę.

Wpędzanie dzieci w poczucie winy:
„Ja przez was zwariuję, już nie mam siły. Zobaczycie, ja wreszcie od tych waszych kłótni umrę i wtedy będziecie się mogli bić i szarpać, ile chcecie. Już mnie serce boli, muszę się położyć”. To pozbawianie ich poczucia bezpieczeństwa.

Zawstydzanie:
„Masz już jedenaście lat, a zachowujesz się gorzej niż dwulatek”. Dziecko czuje się tak upokorzone, że przestaje słuchać, co masz mu do powiedzenia, i skupia się na tym, jaka jesteś niesprawiedliwa.

Przyjmowanie roli sędziego:
„Magda zaczęła i ona jest winna”. „Zwycięskie” dziecko uzna, że tym razem udało się ciebie przeciągnąć do jego obozu, i poczuje niezdrowy triumf nad rodzeństwem.

Wymuszanie wzajemnych przeprosin i dopilnowanie, żeby zwaśnione strony szybko wymieniły uścisk dłoni.
To sygnał, że nie interesują cię ich emocje i uczucia.

Każda z tych metod jest wyłącznie zachowaniem interwencyjnym. Nie uczy dzieci, jak radzić sobie z konfliktem, a także skutecznie zniechęca do powierzania spraw rodzicowi, bo pokazuje, że ich kłótnie cię przerastają. Efekt będzie tylko taki, że przestaniesz się dowiadywać o ich waśniach.

Postaw na mediacje

Dzieci nie radzą sobie z konfliktami z tych samych powodów, z których nie radzą sobie z nimi dorośli. Długie pozostawanie w bardzo bliskiej relacji, jaką z pewnością są więzi, które łączą rodzeństwo, przeszkadza w jasnym widzeniu problemu. Konfliktom młodych ludzi towarzyszą niezwykle silne emocje, które przesłaniają prawdziwy obraz problemu ("Ona rusza moje rzeczy, nienawidzę jej").

Oczywiście, uświadamianie dzieciom, że trzeba być tolerancyjnym i zachowywać się spokojnie, jest bardzo ważnym elementem wychowania, ale raczej nie zadziała wtedy, gdy akurat się kłócą. Co robić? Opanować sztukę mediacji!

Mediacje mają wielowiekową tradycję, ale kojarzą się raczej z problemami dorosłych. Niesłusznie. Dzieci potrzebują mieć mediatora stale pod ręką, bo dokładnie tak samo jak wszyscy ludzie w sytuacjach konfliktu nie widzą racji drugiej strony. Mediacje między kłócącymi się dziećmi powinny opierać się na tych samych zasadach, co w przypadku zwaśnionych dorosłych:

Mediator (czyli ty)
- nie może być w obozie żadnej ze stron. Twoją rolą jest usprawnienie komunikacji między obrażonymi na siebie dziećmi.

Atmosfera
- musi być spokojna, dlatego warto opuścić miejsce, w którym doszło do konfliktu, zrobić wszystkim coś do picia i dać dzieciom czas na wyciszenie emocji.

Strony konfliktu
- każda z nich powinna się wypowiedzieć i przedstawić problem ze swojego punktu widzenia. Kolejność najlepiej wylosować.

Cel
- doprowadzenie do sytuacji, w której nastąpi wzajemne zrozumienie potrzeb drugiej strony. Dziecko nie dostrzega, że ktoś inny może mieć swoją wizję i swoją prawdę. Często wysłuchanie drugiej strony jest dla niego odkryciem, że inni też mają uczucia. Najczęściej - gdy dziecko zrozumie, że jego rodzeństwu też jest przykro, że też jest smutne albo złe - wcale nie będzie chciało być przyczyną takiego stanu.

Miejsce
- wyznacza zawsze mediatory, czyli ty. Wylosujcie, kto mówi pierwszy i każda strona niech opowiada. Ty słuchasz. Potem druga strona. Słuchasz. Potem zadajesz pytanie: "Co można zrobić w tej sytuacji?". Dzieci często nie wiedzą. Dlatego możesz im pomóc, zadając pytanie: "Dziewczynka zabrała bratu płytę bez pozwolenia, a on ją za to uderzył. Co teraz powinni zrobić?". To przenosi uwagę dziecka z własnej "krzywdy" na merytoryczne rozwiązanie problemu.

Pamiętaj, że mediator nie powinien sugerować rozwiązań, bo w ten sposób przejmowałby odpowiedzialność za cudzy konflikt. Każda ze stron powinna wypowiedzieć się w kwestii tego, jak załagodzić problem. To mają być rozwiązania dzieci, nie twoje!

Nie martw się, że nie posiadasz kwalifikacji. To wszystko na początku może brzmieć dość sztucznie, ale naprawdę działa. Jeśli sama boisz się tego rodzaju sytuacji i podświadomie dążysz do tego, żeby wyszło na twoje, mediacje między dziećmi mogą być dla ciebie bardzo trudne. Nauczysz się, tylko bądź konsekwentna. Zacznij rozwiązywać w ten sposób konflikty między dziećmi, a sama zobaczysz, co się sprawdza, a co nie. Już nigdy nie będziesz musiała posiłkować się stosowaniem żadnej z metod interwencyjnych.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pozwólmy dzieciom się kłócić

Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz, żeby dzieci zdrowo się rozwijały? Gdy one się kłócą – ty pogódź się z konfliktem. Choć bywa to trudne.

Wyobraź sobie: właśnie wysyłasz bardzo ważny SMS, gdy facet podchodzi i wyrywa ci telefon z ręki. Nie, chyba nie złodziej, bo nie odbiega, tylko bezczelnie zaczyna gapić się na twój tekst i międlić w dłoniach aparacik. Twój pierwszy odruch? Odbierasz mu swoją własność. Na to jednak on wyszarpuje ją bardziej stanowczo. Wydaje przy tym jakieś nieartykułowane dźwięki. „Hej, nie zabieraj mi telefonu” – chcesz powiedzieć, ale z ust wydobywa ci się gulgotanie podobne do tego, które przed chwilą usłyszałaś z ust intruza.

Zaczynacie walczyć o komórkę. Ty chwytasz ją i ciągniesz w swoją stronę, na co on odpycha twoją dłoń. Ty z kolei całą mocą odpychasz jego, wołając: „Oddaj moją komórkę!”. Tym razem jednak dźwięk, który z ciebie płynie, przypomina bardziej ten, na który w reakcji słyszysz zazwyczaj „Ciiiii, nie krzyczymy!”. Masz ochotę wgryźć się do krwi w tłuste łapsko, które capnęło twój telefon – a właściciel łapska odepchnięty leży na ziemi. Też wygląda na wściekłego i zrozpaczonego – i też wyje.

Sytuacja jest patowa i właśnie teraz należałoby coś z nią zrobić. W tym momencie wkracza twoja szefowa: – Co tu się stało? Nie wolno się bić! – mityguje. – Ten miły pan chciał zobaczyć twój telefon. Bądź dobrą pracownicą, pokaż mu aparacik.

– Robiłam właśnie coś ważnego! On zaczął mi go wyrywać! – komunikujesz, ale szefowa słyszy już tylko: „łeeee!”. – Nie krzycz i podziel się telefonikiem. Trzeba się dzielić.

Protestujesz. Umiesz już mówić „nie” w taki sposób, że brzmi jak „nie” – szefowa jednak przeszła ostatnio jakiś trening komunikacji i nauczyła się tak stawiać pytania, abyś nie mogła odpowiedzieć „nie”. – Zobaczmy, co masz w torebce – mówi. – Szminka, notesik, klucze. No i komórka. Co damy do zabawy temu miłemu panu? – pyta tonem, jakim wydaje się polecenia. A ty patrzysz na twojego adwersarza, który już nie ryczy, tylko łakomie lustruje potencjalne zdobycze, patrzysz na swoją nową pomadkę, ukochany notesik i ważne kluczyki, w uszach dźwięczy ci: „Bądź dobrą pracownicą”, a przecież nie chcesz zawieść szefowej – i czujesz się źle, źle, źle.

Jak właściwie powinna wyglądać ta sytuacja?

– Hej, widzę, że masz fajną komórkę. Myślałem o kupnie takiego modelu. Czy mógłbym obejrzeć?

– Za chwilę, kończę wysyłać SMS. Proszę bardzo.

– Wygląda świetnie. Jesteś z niej zadowolona?

– O tak, nie miałam z nią jeszcze problemów.

– Ja mam taką, ładna obudowa, ale często się zawiesza.

– Mogę zobaczyć? Fajna.

– Twoja też fajna. Dzięki.

Czy adwersarze scenki numer jeden też mieliby szansę tak sobie poradzić? Nie dowiemy się. Jej bohaterami są bowiem małe dzieci. A my, dorośli, zazwyczaj wkraczamy do akcji, gdy ich konflikt dopiero rozkwita. Ba, często najchętniej wyplenilibyśmy jego zarodki z dziecięcego życia jak chwasty. Czy słusznie? I czy to w ogóle możliwe?

Sokrates w przedszkolu

Konflikty między dziećmi są wszędzie tam, gdzie dwoje lub troje zbierze się w imię zabawy i wspólnego spędzania czasu. Kłótnie o przedmioty to tylko jeden z wielu scenariuszy, bo spory wybuchają najróżniejsze. Na tle frustracji z powodu przegranej w grze, porażki w rywalizacji, poczucia niesprawiedliwości w przydziale dóbr, niecierpliwości w czekaniu na swoją kolej, zazdrości o czyjąś uwagę, rozpaczy, że coś się nie udaje, z powodu czyjejś gorszej dyspozycji w danej chwili… Możemy starać się eliminować przyczyny, ale kłótnie i tak będą wybuchać. I choć czasem, gdy jesteśmy ich świadkami, mamy ochotę zatykać uszy, gdy we własnym domu czujemy się jak na polu bitwy, a na placu zabaw zataczamy się od sparingu do sparingu – konflikty są potrzebne. Branie w nich udziału to bowiem jedyna metoda, żeby przejść długą drogę od opisanej we wstępie scenki numer jeden do scenki numer dwa. – Dzieci uczą się przez doświadczenie – wyjaśnia Patrycja Rzepecka z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS. – Porażki, frustracje, konflikty to wszystko tak zwane sytuacje trudne, w życiu społecznym uczymy się, jak sobie z nimi radzić. I nie robi się tego przez analizy. Trzeba wziąć udział w iluś sytuacjach. Przekonać się, że słowo może być skuteczniejsze niż pięść i że jest się kompetentnym na tyle, aby poradzić sobie bez przemocy – wyjaśnia.

Cel zatem szczytny. Tylko czy aby na drodze ze scenki numer jeden do numeru dwa dzieci się przy okazji nie pozabijają?

– Ależ skąd – śmieje się Daniele Novara, włoski pedagog i psycholog, który zgłębia temat od lat. – W zdrowym środowisku konfliktów nie należy ucinać, bo pozbawiamy dzieci cennego doświadczenia. Nawet bójki nie trwają długo i nie prowadzą do poważnych uszkodzeń. To nie jest wiedza powszechna, bo gdy interweniujemy zbyt szybko, nie dajemy sobie szansy, aby się o tym przekonać. Taka interwencja zazwyczaj kończy się na ustalaniu, kto zawinił. A przecież nie o to chodzi. O co więc chodzi? O wyniesienie z konfliktu nauki. Daniele Novara wypracował metodę, jak to robić, i wdraża ją wraz z zespołem założonego przez siebie w Piacenzy Centrum Psychopedagogicznego Edukacji i Działania w Konflikcie. Napisał też wiele publikacji, które rozniosły się echem poza granicami Italii; a najważniejsza książka „La Grammatica dei Conflitti” [Gramatyka konfliktu] właśnie jest tłumaczona na angielski i może doczeka się też edycji polskiej. Stanowi ona podsumowanie 25 lat pracy naukowca, a jej główne tezy to: po pierwsze, dzieci dla dobra swojego rozwoju muszą się kłócić. Po drugie zaś, są w tym o wiele lepsze, niż to się nam, dorosłym, wydaje. Kluczowe jest przy tym rozróżnienie między pojęciami „konfliktu” i „przemocy”. Przepracować można tylko sytuację konfliktu: stanowi on istotę relacji, podczas gdy przemoc ma na celu wyeliminowanie przeciwnika, nie negocjacje. – Kłótnia pomaga poznać inny punkt widzenia, dostrzec, że istnieje perspektywa inna niż moje „ja” – przekonuje Novara w rozmowie ze „Zwierciadłem”. – My pomagamy dzieciom nazwać emocje, które towarzyszą kłótni, i zrozumieć, co się wydarzyło w konflikcie.

Jak to robią? Daniele i jego zespół stosują metodę majeutyczną, stworzoną jeszcze przez Sokratesa. Grecki filozof nie dawał odpowiedzi, tylko pomagał rodzić się prawdzie: rozmawiał z ludźmi, a jego sztuka polegała na umiejętnym zadawaniu pytań, powstrzymaniu się od sugerowania odpowiedzi. Był tylko „akuszerem”. – My też nie dajemy gotowych interpretacji. Nasz obraz tego, co się zdarzyło, jest zupełnie różny od wersji dziecka i trudno uznać, że któraś historia jest tą właściwą. Umożliwiamy dziecku przeżycie doświadczenia i patrzymy, co dziecko z niego wyciągnęło.

W praktyce wygląda to tak: gdy zaczyna się konflikt, Novara i ludzie z jego zespołu pozwalają uczestnikom samodzielnie przez niego przejść. Dzięki temu, że dorośli nie wkraczają do akcji, mają okazję przyjrzeć się kompetencjom dzieci. – A one mają naturalną umiejętność konstruktywnego działania w konflikcie – mówi Novara. – Sztandarowy przykład kłótni o zabawkę: po wymianie zdań „to moje”, „nie, to moje”, dość szybko jedno z dzieci zaczyna rozglądać się za inną zabawką. Samo dochodzi do wniosku, że warto zmienić obiekt zainteresowania – i nie jest to efekt porażki czy rezygnacji ani też poddanie się rozwiązaniu narzuconemu z zewnątrz. Gdy pracujemy potem ze stronami konfliktu, zaczynają rozumieć, że mają kompetencje działania w sporze tak, aby z sobą nie walczyć.

Ta praca odbywa się właśnie metodą majeutyczną. Psychologowie proszą dzieci, aby narysowały, co się stało, opisały to (te starsze) lub po prostu opowiedziały. – Nie chcemy rozwiązać konfliktu. Chcemy w nim pozostać i wyciągnąć wnioski – mówi Novara.

Ludzie z jego zespołu zachwycają się kreatywnością dzieci. Pokazują rysunki: na jednym mur przedziela pokój na pół. Na innym dwie smutne osoby stoją po dwóch końcach dywanu, a między nimi pusta kanapa. Na jeszcze innym głodni ludzie z wywalonymi językami patrzą na niedostępny garnek. Dzieci czasem rysują siebie z rodzicami i bywa, że z kłótni o zabawkę potrafi wyjść sprawa przemocy doświadczonej od kogoś z domowników. A psychologowie pytają tylko: „Co się stało? Czego się nauczyłeś? Czy masz pomysł, jak inaczej mogłeś się zachować?”. – Nie tylko wymyślają w odpowiedzi wspaniałe pomysły, ale zapamiętują je i potem potrafią wykorzystać przy następnej okazji. W ten sposób wzbogacają własne kompetencje – komentuje Daniele Novara. Stara się wręcz wzmocnić w dzieciach przekonanie, żeby nie bały się dyskusji, tylko wykorzystały ją jako coś wartościowego. To dlatego tworzy w klasach i grupach przedszkolnych „kącik konfliktu”, miejsce przeznaczone specjalnie na trudne sprawy. Czy takie podejście coś daje? Zespół Novary przeprowadził wieloletnie badanie opisane w „Litigare fa Bene” [Kłóć się dobrze], w którym obserwował dzieci w wybranych przedszkolach i szkołach. W jednej grupie trenerzy zespołu pracowali nad konfliktami metodą majeutyczną, w innej nie. W tej drugiej spory kończyły się zwykle interwencją nauczyciela. Nakazywał on: „Cicho, przestańcie!”, czy wręcz dysponował: „Dajcie sobie buziaka na zgodę”. Efekt? W tej pierwszej grupie klasy z czasem funkcjonowały lepiej, były bardziej zgrane, dzieci wykazywały wyższe umiejętności negocjacyjne i mediacyjne i rzadziej dochodziło do bójek. W drugiej grupie – hmm. Było normalnie. Pytanie tylko, co to za norma?

Porzucić tabu agresji

W tej normie agresja jest nowym tabu – taką tezę stawia inny psycholog i psychoterapeuta, autorytet z Danii: Jesper Juul. W swej książce „Agresja. Nowe tabu?” przekonuje, że tytułowa bohaterka to jedna z podstawowych emocji człowieka. Bez niej „nie potrafilibyśmy stawiać sobie celów ani dążyć do nich. Nie bylibyśmy w stanie robić kariery, spełniać swoich marzeń, słabo gralibyśmy w tenisa i piłkę nożną, nie potrafilibyśmy przebiec do końca maratonu, bronić własnych granic ani chronić swoich dzieci. Nie wspinalibyśmy się w górach, nie walczylibyśmy z nowotworami ani nie obalalibyśmy dyktatorów. Całkowite wytępienie agresji oznaczałoby […]zubożenie naszych związków, wszak miłość i agresja idą często ręka w rękę”.

Co się dzieje, gdy zabraniamy agresji w imię ukrócenia konfliktu? Po pierwsze, nie pozwalamy dzieciom wziąć odpowiedzialności za niego i samodzielnie wypracować rozwiązania – a jeśli wierzyć doświadczeniu Novary, są do tego zdolne. Po drugie, tworzymy fikcyjny świat, w którym panują tylko dobre emocje. Tymczasem konflikty to naturalna część składowa każdej mocnej, zdrowej relacji. Układ, w którym mówimy do siebie tylko miłe rzeczy, cały czas się uśmiechamy i wymieniamy się uprzejmościami, nie zamieni się w prawdziwy związek.Po trzecie wreszcie, i to Juula oburza najbardziej, ukrócanie agresji to piętnowanie jednej z podstawowych emocji. Dorośli, aby to osiągnąć, stosują często werbalną i psychiczną przemoc. A wówczas używania przemocy uczą się same dzieci. Dowiadują się, że aby rozwiązać konflikt, trzeba komuś coś kazać, kogoś do czegoś zmusić, zażądać posłuszeństwa.

No bo wyobraźmy sobie parę ze scenki we wstępie tego tekstu. Gdyby szefowa, chcąc zakończyć konflikt o komórkę, poleciła stanowczym i odpowiednio łagodnym tonem: „A teraz na zgodę daj temu miłemu panu buzi”. Czy nie miałabyś ochoty rąbnąć i jej, i tego miłego pana w ucho? A gdybyście mogli z tym panem sami się dogadać? Czy w końcu wymienilibyście się telefonami? A może jest jakaś szansa, że kiedyś sama uznałabyś, że pan jest miły?

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Nie wzdychaj do wolności, nie zamykaj jej w sferze marzeń. Zamiast tego zrób coś, by poznać jej smak…

Kto lub co ogranicza naszą wolność? Zwykle winowajcy szukamy na zewnątrz. Tymczasem on kryje się w samym środku, w naszych głowach i sercach. Sądzisz, że byłbyś wolny, gdyby wszyscy dali ci święty spokój i nikt niczego od ciebie nie chciał? To nieprawda. Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. I tylko ty sam możesz dać sobie na nią przyzwolenie.

Uwolnij się...

1. ...od negatywnych emocji! Najpierw naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w żołądku, lekki ból głowy… Postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? To proste. Skoro tylko poczujesz, że robisz się coraz bardziej rozdrażniony, powiedz o tym głośno: „Jestem lekko poddenerwowany” – i weź głęboki wdech, a potem zrób naprawdę długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej, niż się pojawiły.

2. ...od monologu wewnętrznego krytyka! W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne, takie, jak: „no i co zrobiłeś?!”, „musiałeś to powiedzieć?”, „do niczego się nie nadajesz”, „ale z ciebie frajer”, „nikt nie potraktuje cię poważnie”... Uprzykrzają nam tylko życie. Na szczęście można się ich pozbyć. Podobnie jak w poprzednim punkcie, najlepiej wypowiedzieć je na głos i natychmiast zakwestionować. Prosty przykład: rozlałeś mleko na świeżo umytą podłogę. Co mówi twój wewnętrzny głos? – „kretyn!”. „Czyżby?” – spytaj swojego krytyka. Przypomnij mu, że dziś usłyszałeś od szefa, że świetnie wykonałeś zadanie, a wczoraj doskonale poradziłeś sobie z pewnym problemem w bardzo stresującej sytuacji. W ten sposób wytrącisz mu argument z ręki i wreszcie będzie cicho.

3. ...od schematów, w których żyjesz! Weź kartkę i napisz na niej 5 swoich największych marzeń. Nie zastanawiaj się, dlaczego jeszcze się nie spełniły, tylko puść wodze fantazji. Niech od dzisiaj będzie to twoja lista rzeczy do zrobienia. Zacznij od pierwszej. Chcesz wyruszyć w podróż dookoła Europy? Usiądź do komputera i znajdź w sieci zdjęcie, które obrazuje to marzenie. Wydrukuj je i powieś w widocznym miejscu. Czego potrzebujesz do jego realizacji? Sporządź kolejną listę. Tak postąp z każdym z kolejnych punktów. A teraz pomyśl, jaki będzie twój pierwszy krok. Pamiętaj: wszystko jest możliwe!

4. ...od krzywego lustra! Nie jesteś zadowolony ze swojego wyglądu? Weź swoje ulubione zdjęcie sprzed, powiedzmy, 10 lat. Co czujesz, gdy na nie patrzysz? Myślisz: „jaką byłam piękną kobietą”, „ale ze mnie był przystojniak”… ? Teraz przypomnij sobie, co wtedy o sobie myślałeś? Coś zupełnie przeciwnego, po prostu masa kompleksów. Oto, jak łatwo nabijamy sobie głowę mylnymi przekonaniami. Czas zaakceptować swoje ciało! Zamiast się krytykować:

  • Codziennie rano popatrz na swoje odbicie, uśmiechnij się do niego i powiedz: „dobrze wyglądasz”,
  • Zamów sobie sesję fotograficzną. Poproś przyjaciela lub idź do profesjonalnego fotografa,
  • Zacznij uprawiać sport. Wybierz dyscyplinę, która sprawia ci największą przyjemność, nie musisz bić rekordów, wystarczy sama radość z ruchu,
  • Zrób sobie przyjemność, np. kup jakiś prezent. Nie stać cię na kabriolet? Na początek mogą być kolczyki.

5. ...od potrzeby otaczania się ludźmi! Naucz się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka. Uwolnij się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nie musisz tego robić. Nawet jeśli żyjesz w związku czy dużej rodzinie, znajdź czas, by pobyć ze swoimi myślami, we własnej przestrzeni. Nie planuj tego, co będziesz wtedy robić. Zdaj się na intuicję.

6. ...od chorobliwej zazdrości! W ten sposób podarujesz wolność innym. Jeśli ci na kimś zależy, pomyśl o tym, co go uszczęśliwi. Daj mu szansę, by cieszył się tym, co lubi... Gdy przyjaciółka odwoła spotkanie, bo przyjechał do niej przyjaciel z Madrytu, pożycz jej z serca: „Baw się cudownie".