1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czym są tendencje do uzależnień?

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
„Tendencje do uzależnień” to termin opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. (Fot. iStock)
Uzależnienia to ogromny problem indywidualny, rodzinny i społeczny. Warto nauczyć się zauważać u siebie niepokojące sygnały. Pomocna w tym jest koncepcja „tendencji do uzależnień”, która pozwala dostrzec problem na długo przed tym, zanim rozwinie się w pełnoobjawowe uzależnienie.

Uzależnienia można dzielić na podstawie różnych kryteriów. Obecnie więcej mówi się o uzależnieniach behawioralnych, dotyczących rytuałów i zachowań, takich jak seksoholizm, hazard, zakupoholizm czy objadanie się. Wcześniej większość uwagi poświęcano uzależnieniom od substancji: lekom, narkotykom i alkoholowi. U podstawy tych procesów występują jednak wspólne zjawiska – kiedy czegoś potrzebujesz, ale nie wiesz, jak to w świadomy sposób osiągnąć, zaczynasz działać bezrefleksyjnie i destrukcyjnie. Wszyscy przecież wiemy o szkodliwości palenia dla zdrowia. Ale powiedzmy, że dla kogoś będzie to jedyny znany sposób, by czuć się bezpiecznie, więc pali i stara się nie myśleć o konsekwencjach.

Dwa spojrzenia na uzależniania

Uzależnienie można rozpatrywać z dwóch perspektyw: „przyczynowej” (dlaczego ktoś się uzależnił?) lub „celowej” (po co to robi?).

Traktując uzależnienie jak chorobę, przyjmujemy specyficzny sposób myślenia. Możemy więc „zarazić się” (systemem wartości, stylem życia), oglądając serial o ludziach, którzy kupują całe mnóstwo rzeczy i dzięki temu stają się szczęśliwi. Często też odnosimy się do biochemicznej nierównowagi w mózgu czy innych deficytów warunkujących taki lub inny rodzaj uzależniania. Ten sposób myślenia koncentruje się na pytaniu „dlaczego ktoś jest uzależniony?” w przekonaniu, że odnalezienie i usunięcie przyczyny pozwoli pozbyć się trudności. To dominujące podejście ma ograniczenia, bo nie uwzględnia doświadczenia, które przeżywa osoba dzięki substancji czy zachowaniu, nie poszukuje odpowiedzi na pytania „po co?”, czyli do czego służy uzależnienie, po jaki rodzaj przeżycia sięga osoba uzależniona albo w jaki stan umysłu go wprowadza? I jakiego doświadczenia stara się dzięki uzależnieniu uniknąć?

Czasami świadomość tego, po co na przykład ktoś zażywa substancję, zmienia sytuację i pomaga w podjęciu decyzji o zaprzestaniu. Albo jeszcze szerzej: może pomóc wyjść poza cały kontekst uzależnienia i zająć się innymi aspektami swojego życia. (Uzależnienia są atrakcyjne również dlatego, że zajmują uwagę, wypełniają życie, a inne ważne pytania schodzą na dalszy plan).

Czym są tendencje do uzależnień?

„Tendencje do uzależnień” to termin (stosowany w paradygmacie psychologii procesu) opisujący skłonności, które występują, zanim rozwinie się pełne uzależnienie. Tendencje są powszechne – dotyczą nas wszystkich. Ich charakter to kwestia indywidualna: ktoś może prowadzić uregulowane życie bez ekstatycznych, cielesnych przyjemności, o których zdarza mu się marzyć, i w tym sensie mieć tendencję do używania kokainy (która tę przyjemność miałaby przynieść), choć dotąd tego nie zrobił.

Wspólną cechą uzależnień jest przeżywanie intensywnych emocji oraz ograniczona świadomość. Staramy się nie myśleć i niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje. Czasami w stopniu, który uniemożliwia myślenie i podejmowanie decyzji. W tym kontekście poświęcenie uwagi tendencjom – zanim rozwinie się pełne uzależnienie – jest znacznie bardziej skuteczne w rozwiązaniu problemu i pełni funkcję prewencyjną. Poszukiwania mogą być trudne, zaskakujące i ciekawe. Informacje zawarte w uzależnieniach oraz w tendencjach do uzależnień są jedną z dróg poznawania siebie i swoich potrzeb. O wiele łatwiej i bezpieczniej to robić, poświęcając uwagę tendencjom niż rozwiniętym uzależnieniom.

Stosowanie kategorii tendencji do uzależnień jest bardzo przydatne w zmniejszaniu mentalnej „przepaści” dzielącej ludzi zdrowych od uzależnionych. Oczywiście kryteria uzależnienia i diagnoza są ostre: ktoś jest uzależniony albo nie. Ale doświadczenie pokazuje, że ta droga jest bardziej płynna. Wiele osób w różnych okresach życia jest bliżej bądź dalej od uzależnienia.

Myślenie w kategoriach tendencji do uzależnień destygmatyzuje osoby, które spełniają kryteria uzależnienia, oraz te, które tym zagadnieniem chcą się zajmować. Skoro tendencje są powszechne i ludzie widzą je u siebie, to mniej dziwią one u innych. Przestają być tematem tabu, więc można zacząć o nich myśleć, rozmawiać, badać je, poświęcać im uwagę.

Gdzie szukać pomocy?

  • Kiedy rozpoznajesz uzależnienie, obawiasz się o swoje zdrowie, życie, o swoją sytuację, o swoich najbliższych lub inni sygnalizują ci te problemy i chcesz przede wszystkim przestać –  wybierz terapię uzależnień.
  • Kiedy niepokoi cię twoja skłonność, martwisz się tym, że może będziesz uzależniony w przyszłości albo kiedyś byłeś i wciąż myślisz o sobie jako o byłym alkoholiku, byłym zakupoholiku, byłym narkomanie… i to jest ważna część twojej tożsamości, ale chcesz pójść dalej – wybierz psychoterapię.
Mikołaj Czyż jest warszawskim psychoterapeutą prowadzącym swoją praktykę w ramach Instytutu Psychologii Procesu. Poza zagadnieniami dotyczącymi uzależnień zajmuje się m.in. psychologicznymi aspektami kreatywności, nastrojami oraz konfliktami w relacjach. Jest współtwórcą ośrodka terapii par – Centrum Rozwoju dla Par oraz autorem bloga o psychologii związków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Syndrom DDA - bagaż na całe życie

Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.(Fot. iStock)
Uzależnienie rodzica i jego psychiczna nieobecność w życiu dziecka to problem na całe życie. Przeszłości się nie zmieni, ale można uporządkować uczucia. Pomaga w tym znalezienie „dobrego obiektu” – mówi terapeutka Jolanta Łagodzińska. 

Pojawiają się ostatnio głosy, by syndrom DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) potraktować szerzej i zacząć mówić o nim w kontekście problemu dzieci rodziców uzależnionych, bez względu na rodzaj nałogu. Co pani o tym sądzi? To słuszna koncepcja. Dziecko cierpi bowiem tak samo mocno, gdy rodzica nie ma przy nim z powodu alkoholu, narkotyków czy hazardu. Ale dysfunkcja w rodzinie może nastąpić także z innych przyczyn: zaburzeń psychicznych rodzica czy ciężkiej choroby któregoś z dzieci – bo jeśli spowoduje to, że wszyscy są zajęci jego ratowaniem, pozostałe rodzeństwo zostaje zaniedbane. Dlatego ja proponowałabym jeszcze bardziej rozszerzyć to spektrum i zacząć mówić o problemach dorosłych dzieci rodziców nieobecnych, zawodzących, krzywdzących. Bez względu na źródła tej nieobecności”.

Syndrom DDA zakreśla charakter problemów osób nim dotkniętych, ale przez to może trochę odizolowuje je od innych kwestii dorastania, co nie znaczy, że nie opisuje prawdy. Poza tym pełni ważną funkcję: pozwala nazwać problem. Opracowanie skutecznych metod terapii pomogło wielu osobom uporać się z traumą przeszłości. Umożliwiło nazwanie miotających nimi uczuć oraz uświadomiło, że nawet jeśli są one trudne, to mają do nich pełne prawo. Mogli też wreszcie pozbyć się irracjonalnego poczucia winy, że ojciec czy matka pili.

Wspólnym mianownikiem przeżyć dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest chyba to, że w rzeczywistości nigdy nie miały dzieciństwa? To prawda, często zamiast być dzieckiem musiały w jakiś sposób spełniać rolę opiekuna rodzica uzależnionego lub opiekuna drugiego rodzica, który miał z uzależnionym partnerem kłopoty. Taka sytuacja powoduje w głowie i sercu prawdziwy zamęt – duma miesza się z poczuciem krzywdy, pewność z niepewnością... Dziecko pozostaje zazwyczaj w tej plątaninie uczuć bardzo osamotnione.

Trzeba pamiętać, że rodzic uzależniony wpadł w nałóg z jakiegoś powodu. Zazwyczaj ma poważne problemy natury emocjonalnej i nie potrafi ich rozwiązać inaczej, niż zagłuszając nałogiem: hazardem, alkoholem, narkotykami, pracą czy seksem. Nie umie nazywać swoich stanów psychicznych – emocji, pragnień czy potrzeb, a co za tym idzie, rozmawiać o sprawach dla niego trudnych. Najprawdopodobniej jego rodzice również tego nie potrafili, więc go tego nie nauczyli. Teraz niemoc przekazuje swoim dzieciom. Te zaburzone relacje potrafią się ciągnąć przez całe pokolenia.

Dzieci uzależnionych, nieobecnych rodziców będą mieć problemy w relacjach z własnymi dziećmi? One w ogóle nie odnajdują się w relacjach – między innymi dlatego, że mają silną potrzebę kontrolowania uczuć nie tylko własnych, lecz także przyjaciół, partnera czy swoich dzieci. Takie osoby zazwyczaj nie potrafią się rozluźnić, pozwolić sobie na spontaniczność. Bliskość wzbudza w nich panikę, a brak bliskości – cierpienie. Utrata kontroli nad własnymi uczuciami powoduje lęk i stany depresyjne.

Rodzic jest dla dziecka alfą i omegą, więc jeśli zawodzi i porzuca, serwuje mu prawdziwy dramat. Po takim doświadczeniu synowi czy córce trudno w dorosłym życiu obdarzać zaufaniem zarówno ludzi, jak i świat.

Uderza to chyba także w ich podstawowe poczucie własnej wartości? Rodzic tkwiący w nałogu nie potrafi objaśnić swojemu dziecku świata, a nawet jeśli to robi – w chwilach trzeźwości – to potem zaprzecza wszystkiemu swoim postępowaniem i niekonsekwencją. Nie jest w stanie pomóc dziecku w nazwaniu tego, co ono przeżywa. Zresztą skąd ma to umieć, skoro sam nie wie, co się tak naprawdę z nim dzieje? Prędzej obarczy dziecko jeszcze swoimi emocjami.

Myślę, że zaniżone poczucie własnej wartości jest czymś wspólnym dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych. I nawet jeśli taka osoba odnosi znaczący sukces, jest podziwiana, to i tak często czai się w niej gdzieś głęboko ukryte zwątpienie we własne siły i możliwości. A temu towarzyszy strach, że lada chwila wyjdzie na jaw prawda i wszyscy dowiedzą się, że jest kimś bezwartościowym. Pod zewnętrzną maską powodzenia często kryje się depresja. Czarna dziura, jaką nosi w sobie dziecko, nie pozwala mu w pełni cieszyć się życiem. I jeśli się z nią w końcu nie upora, może – tak jak rodzic – popaść w jakiś rodzaj nałogu jako autodestrukcyjnej obrony, żeby zagłuszyć w sobie rozpacz.

Nie da się w nieskończoność udawać przed sobą i światem, że wszystko jest w porządku… Tłumiony ból psychiczny szczególnie mocno daje o sobie znać w chwilach przełomu, a więc: przejścia z dojrzewania w dorosłość, zakończenia studiów i rozpoczęcia pracy, małżeństwa, narodzin dziecka... Wówczas rozpacz może osiągnąć takie rozmiary, że dotknięta nią osoba kompletnie się pogubi.

Dorosłe dzieci rodziców uzależnionych, zawodzących często tkwią w nieustannym rozdarciu między jątrzącą się raną z przeszłości a mobilizowaniem się do jak najlepszego funkcjonowania w teraźniejszości. To tak jakby mieć spory garb, a ze wszystkich sił starać się trzymać prosto, jak struna.

Można ten ciężar zrzucić? Przeszłości nie da się ani wymazać, ani wymienić na inną. Jest jaka jest i zawsze nosimy ją w sobie. Można natomiast dokładnie ją rozpracować, zobaczyć, jak wpływa na teraźniejszość, i nauczyć się żyć tak, żeby jak najmniej ciążyła.

Jak to zrobić? Każdy przypadek jest odmienny, bo o sile traumy decyduje konkretny układ rodzinny. Z innym ciężarem boryka się kobieta, której ojciec był uzależniony, ale mogła liczyć na wsparcie matki, a z innym taka, która musi się zidentyfikować z matką tkwiącą w nałogu albo broni się przed tym tak bardzo, że nie może w pełni skorzystać z własnego potencjału, nie potrafi być sobą. Ważne też, który rodzic był uzależniony i jak zachowywał się drugi. Jaką postawę przyjmowała dalsza rodzina... Takie czynniki oraz wyposażenie genetyczne dziecka decydują o rodzaju i sile zaburzeń.

Na czym polega wpływ genetycznego wyposażenia? Chodzi tu głównie o odporność na stres – ona jest również zdeterminowana biologicznie. Można to zaobserwować już na etapie wczesnego dzieciństwa. Jedne noworodki zwyczajnie łatwiej znoszą dyskomfort spowodowany dźwiękiem, światłem czy brakiem matczynej piersi, inne w podobnych, niesprzyjających okolicznościach szybciej wpadają w rozpacz.

Jaki rodzaj terapii dla dorosłych dzieci rodziców uzależnionych jest najbardziej właściwy? Ważne, żeby to była terapia głęboka, pozwalająca dowiedzieć się: co czuję, co myślę, co się właściwie ze mną dzieje, co jest nie w porządku z moim życiem. Powinna to być terapia badająca nieświadome powody działania i powtarzania destrukcyjnych schematów.

Jednym pomoże terapia grupowa czy grupy wsparcia – ludzie o podobnych doświadczeniach stwarzają przestrzeń, w której można się odnaleźć, pomyśleć: inni mają tak samo, wypłakać się, wyżalić i być lepiej zrozumianym. Innym bardziej będzie odpowiadać terapia indywidualna, bo pozwoli skupić się im bardziej na sobie. Stwarza ona także szansę na odzyskanie tzw. dobrych obiektów, czyli takich postaci z przeszłości, które w dzieciństwie dawały chociaż trochę wsparcia, zrozumienia i opieki. To może być babcia, ktoś z rodzeństwa, dalsza kuzynka czy nauczyciel. Powrót do pozytywnego doświadczenia relacji z taką osobą pozwala dostrzec, że jednak był ktoś przewidywalny, wspierający, a więc nie cały świat zawodził i ranił.

Można powiedzieć, że dopóki dorosłe dziecko uzależnionego, zawodzącego rodzica nie przepracuje negatywnych doświadczeń w obecności neutralnej postaci terapeuty, który pomieści w sobie jego trudne uczucia: gniewu, wstydu, żalu, pretensji i straty po niespełnionym pragnieniu posiadania dobrego rodzica – tak długo nie odzyska dla siebie „dobrego obiektu”. Wówczas „zły obiekt”, a więc uzależniony rodzic, cały czas ma siłę negatywnego oddziaływania i powraca w każdej istotnej w późniejszym życiu osobie – przyjacielu, partnerze, szefie…

Niczym zarzucona kotwica, nie pozwala wypłynąć na pełne morze? Dorosłe dziecko uzależnionego rodzica dąży nieświadomie do tego, żeby spotykały je sytuacje powtarzające negatywne doświadczenie z dzieciństwa. Zdecyduje się na przykład na współpracę ze źle traktującym je zwierzchnikiem, na przyjaciół wybierze toksyczne osoby albo zwiąże się z nieodpowiedzialnym, raniącym partnerem. Zrobi tak, choćby świadomie deklarowało inne pragnienia, ponieważ w tych destrukcyjnych sytuacjach czuje się swojsko, dobrze je zna. Prowokując je, nie musi przeżywać napięcia związanego z lękiem, że za chwilę wydarzy się coś złego. Bo to złe ma na co dzień, jest do tego przyzwyczajone.

Przejście terapii jest tak ważne dlatego, że pomaga poznać i rozumieć siebie, a to podstawa wewnętrznej stabilności. Terapeuta tłumaczy, jak akceptować swoje emocje i jak lepiej siebie traktować. Dzięki takiej pracy nad sobą można przezwyciężyć podświadomy przymus powtarzania złego scenariusza z dzieciństwa i zacząć tak kierować swoim życiem, żeby doprowadzać do sytuacji, które budują, a nie niszczą.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Piję tak jak wszyscy - na czym polega współczesny alkoholizm?

Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Polska jest w grupie państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca (13,3 litra – raport WHO, 2011 rok; w kolejnych latach ta liczba spadła do 11.5 l. Niestety, w czasie pandemii znowu wzrosła do około 12.5). Fot. iStock
Jak wynika z badań TNS OBOP, Polacy ostro potępiają nadużywanie alkoholu (6 na 10 ankietowanych). Jednocześnie Polska jest w grupie kilkudziesięciu państw o najwyższym spożyciu alkoholu na dorosłego mieszkańca. Pijemy ,,inteligentnie”; dwa trzy drinki do kolacji, dwa piwa przed telewizorem, albo pół butelki wina na ,,dobry sen”. Tak jak wszyscy.

Jak często zdarza ci się po powrocie z pracy wypić kilka drinków ,,dla odprężenia”? Ile razy, kiedy miałaś wyjątkowo stresujący dzień sięgnęłaś po coś mocniejszego, żeby poprawić sobie nastrój? Czy w weekendy zwykle spotykasz się z przyjaciółmi, by po tygodniu pracy odpocząć i ,,naładować akumulatory” w miłym towarzystwie, przy butelce wybornego wina? A może czasami nawet masz wrażenie, że pijesz coraz częściej, więcej, za dużo, lub zbyt często?

Alkoholik ciągle jeszcze kojarzy nam się z człowiekiem z marginesu, który stracił pracę, rodzinę, pieniądze i leży pod ławką w parku. A tymczasem alkoholizm to choroba, która rozwija się stopniowo i dotknąć może każdego z nas, bez względu na wiek, płeć, poziom intelektualny czy zasobność portfela. Jej etiologia ciągle jest niewyjaśniona. Naukowcy od lat spierają się, czy to odpowiednia osobowość sprzyja wpadnięciu w nałóg, czy może uzależnienie zmienia osobowość. Wiadomo, że istnieją pewne czynniki osobowościowe skorelowane z uzależnieniem takie, jak: błędna hierarchia wartości, brak asertywności, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, obojętność na życie i nierealizowanie własnych potrzeb, nieumiejętność radzenia sobie z emocjami.

Sięganie po ,,coś mocniejszego” to często ucieczka od problemów, dążenie do natychmiastowej (ale krótkotrwałej) poprawy nastroju, chęć ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, odsunięcia od siebie niezałatwionych spraw, a w konsekwencji ucieczka od życia i siebie samego. Uzależnienie od alkoholu ma dwie charakterystyczne cechy. Po pierwsze jest to utrata kontroli nad wypijanym alkoholem, po drugie pewien intelektualny mechanizm, który cały czas przekonuje alkoholika, że nim nie jest. Osoba uzależniona wypracowuje sobie przez lata trwania w nałogu cały system mylnych przekonań na swój temat oraz otaczającego ją świata i ludzi, a także szereg racjonalizacji, kłamstw i zaprzeczeń, które są kołem zamachowym choroby.

W szponach nałogu

Podstawowe mechanizmy uzależnienia to:

A/ Złudne poczucie kontroli nad wypijanym alkoholem.

To, że alkoholicy piją codziennie jest mitem. Każdy alkoholik potrafi przestać pić, na bliżej nieokreślony okres. Czasami jest to kilka dni, kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Okresy niepicia są cechą charakterystyczną choroby i służą osobie uzależnionej do tego, aby mogła udowodnić sobie i otoczeniu, że alkoholikiem nie jest. Podobnie wygląda sprawa z „urwanym filmem”, jest to mechanizm obronny choroby alkoholowej. Czy alkoholik mógłby sięgnąć po alkohol następnego dnia, gdyby pamiętał co „zmajstrował” dnia poprzedniego? Pewnie nie pozwoliłyby mu na to wyrzuty sumienia. Okres abstynencji utwierdza alkoholika w przekonaniu, że może przestać pić kiedy chce, więc przerwa w piciu kończy się przeważnie alkoholowym ciągiem i upiciem do nieprzytomności.

B/ System iluzji i zaprzeczeń.

Osoba uzależniona zakłamuje, racjonalizuje i minimalizuje swój problem. Im wyższy poziom inteligencji posiada, tym system zaprzeczeń jest bardziej spójny  do tego stopnia, że zaczyna nie tylko sama wierzyć w to co mówi, ale również potrafi spowodować, że w te kłamstwa uwierzą ludzie z jej najbliższego otoczenia. Minimalizuje problem twierdząc, że „pije tak jak wszyscy”, pociesza się, że ma dobrą pracę, stać ją na gatunkowe trunki i żyje w mylnym przekonaniu, że inni niczego niepokojącego nie zauważają. Alkoholik o swojej chorobie dowiaduje się jako ostatni.

C/ Zaburzone relacje z ludźmi.

Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać relacji z innymi ludźmi. Nie traktuje ich jako cel sam w sobie, lecz w sposób instrumentalny, aby mieć z relacji osobiste korzyści. Alkoholik po prostu nie potrafi z ludźmi być, tylko stara się ich mieć. Wyznacza im pewne role; jedni zaopatrują go w alkohol, drudzy pożyczają pieniądze, jeszcze inni mile łechcą jego ego, przekonując, że jest duszą towarzystwa i podziwiają za „mocną głowę”. Nadzwyczajnym darem jaki posiadają osoby uzależnione od alkoholu jest umiejętność wprowadzania ciągłego stanu niepokoju wśród osób z najbliższego otoczenia. Wszyscy starają się odciążyć alkoholika z ponoszenia konsekwencji picia, tym samym nie dają mu szansy odczucia skutków własnych zachowań. Tymczasem dopóki alkoholik nie odczuje konsekwencji picia, nie będzie dostrzegał swojego problemu. Przypomina to rozmowę różnymi językami. Osoby z otoczenia alkoholika dostrzegają źródło jego problemów w alkoholu, natomiast problemem dla alkoholika są właśnie ci ludzie, którzy próbują odebrać mu komfort picia.

Droga w jedną stronę

Zgodnie z fazami rozwoju i pogłębiania się choroby (E. M. Jellinek) uzależnienie przebiega od fazy wstępnej (min. picie w celu uzyskania ulgi, wzrost tolerancji na alkohol), przez fazę ostrzegawczą (min. ukradkowe picie, myślenie o piciu, chwilowe utraty pamięci) następnie fazę krytyczną (utrata kontroli nad ilością wypijanego alkoholu, szukanie wymówek, wyrzuty sumienia, chowanie alkoholu) aż do fazy przewlekłej (ciągi alkoholowe, spadek tolerancji na alkohol, uszkodzenie myślenia i zdolności oceny, myśli samobójcze). Główną emocją, która narasta na kolejnych etapach uzależnienia jest wszechogarniający lęk (lęk przed śmiercią, ale jeszcze większy lęk przed życiem). Żaden alkoholik nie może sobie wyobrazić życia bez alkoholu. Nawet idąc na leczenie odwykowe, ma nadzieję, że nauczą go tam picia kontrolowanego, a nie sposobu na dawanie sobie rady ze swoimi emocjami na trzeźwo. Lęk paraliżuje go do tego stopnia, że nie umie postawić pierwszego kroku, aby przełamać wstyd, uzewnętrznić swoje zalety i pogodzić się z własnymi słabościami. Wartości, które wyznaje takie jak np. prawda, rodzina, praca, przyjaźń, a nawet Bóg, zastępuje innymi, które dają mu poczucie godności w jego iluzorycznym świecie. Życie według wartości innych niż te, które wyznaje, powoduje coraz większy przymus, czyli kompulsję, do sięgania po alkohol. Ulga po napiciu się staje się coraz krótsza, a pojawiające się napięcie coraz silniejsze. Alkoholikowi wydaje się, że pije bo ma problemy i nie dostrzega, że jest akurat odwrotnie. To jego picie powoduje problemy i coraz większe ponosi z tego tytułu straty. Punktem zwrotnym jest moment, kiedy dzięki innym ludziom dostrzeże konsekwencje swojego nałogu. Terapeuci uzależnień mówią o sięgnięciu tzw. dna, które często jest motywatorem do podjęcia leczenia.

Dziś, u osób pijących ,,inteligentnie” dno zwykle nie bywa tak spektakularne: strata pracy, wypadek czy ciężka choroba. Dotyczy ono bardziej odczuć wewnętrznych: poczucia pustki, samotności, braku sensu życia.

Alkohol często staje się atrakcyjny dla osób, które przeżywają życiowe kryzysy: rozpad związku, choroba kogoś bliskiego, niespełnienie marzeń czy niezrealizowanie celu. Ktoś, kto pije alkohol nawet codziennie, ale nie traci nad nim kontroli, czyli nie upija się i nie ponosi z tego tytułu bolesnych strat, prawdopodobnie nie jest uzależniony od alkoholu. Niebezpieczny moment nadchodzi wtedy, kiedy alkoholem starasz się złagodzić stany emocjonalne, głównie te nieprzyjemne i uniknąć konfrontacji z problemami. Wtedy alkohol staje się lekarstwem i od uzależnienia dzieli cię jeden krok.

Test – sprawdź czy masz problem z alkoholem

1. Czy jesteś przekonana, że kobiety, które piją są gorsze od mężczyzn?

2. Czy najwięcej pijesz przed miesiączką?

3. Czy masz poczucie, że kiedy pijesz jesteś: bardziej bystra, inteligentna, towarzyska, atrakcyjna?

4. Czy zdarzają ci się okresy świadomej abstynencji?

5. Czy szukasz wymówek, żeby sięgnąć po alkohol?

6. Czy ktoś z bliskich osób zwrócił  ci uwagę, że pijesz za dużo?

7. Czy zdarza ci się chować alkohol, albo pić w ukryciu?

8. Czy bywa, że na przyjęciu odmawiasz alkoholu, ale po powrocie do domu pijesz w samotności?

9. Czy uważasz, że pijesz, bo np.: masz więcej problemów niż inni, świat cię nie docenia, masz w życiu pecha itp.?

10. Czy zdarza ci się jechać w nocy na stację benzynową, bo w domu nie ma alkoholu, albo kupować alkohol na zapas?

Jeśli na więcej niż połowę pytań odpowiedziałaś twierdząco, warto odwiedzić terapeutę uzależnień, który zrobi ci profesjonalny test sprawdzający czy jesteś uzależniona od alkoholu.

  1. Kultura

Igor Brejdygant - książki pisarza i nowy serial "Rysa"

Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Ja się chyba długo bałem, że nic ze mnie nie będzie. Ale nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś – mówi pisarz i scenarzysta Igor Brejdygant.

Jeśli ktoś zajrzy do Internetu, żeby sprawdzić, kim jest Igor Brejdygant, przeczyta, że to: pisarz, scenarzysta, reżyser, producent reklam, fotograf, aktor. Dużo… A jeśli ktoś zapyta pana, to jaka będzie pańska odpowiedź? Co jest najbliższe pana sercu?
To zależy, kiedy zostanę o to zapytany. Dziś odpowiem pani: scenarzysta, bo pracuję nad adaptacjami serialowymi moich dwóch książek, „Rysy” i „Układu”. Chociaż nie, właśnie wczoraj skończyłem pisać kolejną książkę, „Wiatr”, więc na dziś odpowiedź brzmi: scenarzysta i pisarz. Moment wyznacza to, kim jestem. Ale rzeczywiście pytanie jest zasadne. Mam za sobą takie historie, kiedy zatrzymywała mnie drogówka i, nie wiem dlaczego, padało pytanie: „Czym pan się zajmuje?”. Zawsze miałem chwilę zawahania, która budzi w policjantach pewien niepokój, no bo jak człowiek nie wie, czym się zajmuje, to raczej nie jest z nim dobrze… A ja po prostu naprzemiennie zajmuję się różnymi rzeczami. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy oddają się jednej dziedzinie, tak jak na przykład mój brat Krzysiek [Zalewski – przyp. red.], który jest muzykiem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości! No ale cóż, jest, jak jest – dzięki jednej aktywności odpoczywam od drugiej. I jeszcze odkurzam. Najbardziej czekam właśnie na ten moment dnia, kiedy oddaję się sprzątaniu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że łapie pan zbyt wiele srok za ogon.
I że się w związku z tym rozwadniam. Ale nie mam poczucia, że działam po łebkach. Dostrzegam też zalety takiej wielozadaniowości – być może fakt, że zajmuję się wieloma rzeczami, sprawia, że szerzej patrzę na świat. Poza tym może wstyd mówić to głośno, ale nie do końca wiem, co jest najbliższe mojemu sercu. Teraz na przykład zaczyna mnie znosić dość mocno w stronę reżyserii serialowej, a może też kinowej. Od zawsze działam w trybie płodozmianu, bo od zawsze miałem problem z dookreśleniem się, zrozumieniem, kim jestem. Poszukiwania wciąż trwają.

Uciążliwy stan?
Nie znam innego, nie mam porównania. Myślę, że tu trudność dotyczy przede wszystkim komunikacji ze światem zewnętrznym, tego, że z marketingowego punktu widzenia nie odgrywam konkretnej roli, nie ma jak mnie określić dla odbiorcy. Nie bardzo umiem przybierać konkretną formę, chyba kiedyś Gombrowicz zraził mnie do wkładania się w takie sidła. Unikam tak zwanej gęby.

Czytelnicy bez wątpienia lubią pana w sidłach pisarza. Pana kryminały cieszą się ogromną popularnością. Kryminały w ogóle są od pewnego czasu jednym z najpopularniejszych wyborów. Skąd ten trend? Jaka jest pana diagnoza?
Widzę co najmniej trzy powody. Pierwszy jest taki, że lubimy się bać, ale mając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. To chyba atawizm, przez dziesiątki tysięcy lat, kiedy stawaliśmy się ludźmi, dużo było lęku, myślę, że jesteśmy od niego uzależnieni. A lepiej zażywać go w domowych pieleszach niż w ciemnej bramie, w realu. Drugi powód to też bardzo ludzka fascynacja – tajemnica. Nasza egzystencja, jakkolwiek bardzo byśmy pozbawiali ją duchowości, oświecali, i tak pozostaje tajemnicą. W kryminale też jest tajemnica, niewiadoma. Trzeci powód to według mnie możliwość oderwania się od rzeczywistości. Wniknięcie w kryminalną łamigłówkę na chwilę odpina nas od trosk.

Czyli funkcja terapeutyczna?
Psycholog powie na pewno, że żadna ucieczka nie ma terapeutycznej mocy, ale ja odpowiem, że oderwanie człowieka przeciążonego codziennością, stresem, problemami i zabranie go na wycieczkę krętą drogą jest, powiedzmy, taką quasi-hipnozą.

Mówi pan, że lubimy się bać, ale przecież my mamy, szczególnie dzisiaj, tyle lęku dookoła. Czy kryminał nie jest kolejnym zanurzaniem się w mrok, czy to nie jest trochę przeniesienie się z deszczu pod rynnę?
Rzeczywistość jest dziś tak zawikłana, że trudno się połapać, o co chodzi. Ludzie szturmują Kapitol, bo myślą, że światem rządzą gady, mamy dziwną i niezrozumiałą zarazę itd. Dzieją się rzeczy niestworzone. A w kryminale jest jednak wszystko ogarnięte. W końcu znajduje się ten zły, dobro przeważnie jednak zwycięża, jest więc katharsis.

Czyli to także wyraz tęsknoty za porządkiem świata?
Wciąż chyba jednak lubimy – mówię to z nadzieją – kiedy zło ponosi klęskę.

Podkreśla pan, że świat kryminału to fikcja, jednak coraz więcej jest pozycji, które właśnie mocno osadzone są w faktach, także tych politycznych. I w tym przypadku, czytając, można mieć wrażenie, że niemal ogląda się serwis informacyjny!
Rzeczywiście, mam wrażenie, że jest dziś coś takiego jak kryzys fikcji. Ale on wynika z popytu, ludzie tak chcą. Kiedy pisałem serial „Paradoks”, panie odpowiedzialne za marketing przy każdym kolejnym odcinku pytały mnie z nadzieją w oczach, czy będą mogły wreszcie napisać, że to jest oparte na prawdziwej historii. Czytelnicy i widzowie też często oczekują, że powiem: „Te wydarzenia naprawdę miały miejsce”. A moim zdaniem to pułapka. Po to wymyślono, zresztą już bardzo dawno, fikcję, żeby ludzi odrywać od rzeczywistości. Jeśli pójdziemy w weryzm, to prędzej czy później będziemy mieć odczucia, o których pani wspomniała, tak jakbyśmy włączyli serwis informacyjny. Z relaksem niewiele ma to wspólnego.

Sądzi pan, że ta moda wkrótce minie?
Myślę, że tak. Tym bardziej że ten rodzaj opowieści jest obciążający dla obu stron. Widza przygniata, a na autora nakłada, a przynajmniej powinien nakładać, bardzo dużą odpowiedzialność. Od dłuższego czasu biorę udział w cyklu „Opowiem ci o zbrodni” [program telewizyjny emitowany przez kanał Crime+Investigation Polsat – przyp. red.]. Lubię to, ale to dla mnie najcięższa praca. Bezpieczniej czuję się w fikcji, opowiadanie prawdziwych historii to stąpanie po bardzo cienkim lodzie, w sensie moralnym. Bo prawda – jak wiadomo – jest nieprawdopodobnie złożona, wielowątkowa. Zawężanie jej do wytyczonego nurtu, konieczne, by móc ją w ogóle zreferować, jest wyzwaniem. Można kogoś skrzywdzić, przyprawić komuś gębę, ofiara ma rodzinę, podobnie sprawca itd. Beletryzowanie rzeczywistości to duże ryzyko, potrzeba ogromnej pracy i ostrożności. I nie wierzę, że tworząc dokument, można być w stu procentach w zgodzie z prawdą, autor zawsze musi dokonać wyboru, kogoś polubi bardziej, a to determinuje kierunek dalszej pracy. Kiedy pisałem „Paradoks”, rozmawiałem z policjantem śledczym. Powiedział mi, że podoba mu się mój scenariusz, bo dotyka kwestii rzadko poruszanej. Chodziło mu o to, że śledczy jest niemal bogiem, bo tak wiele zależy od jego intuicji, przekonania. Od tego, za czym on pójdzie, zależą ludzkie losy, a zwykle przy jednej sprawie to losy wielu osób. Trochę podobnie jak z reżyserem dokumentu, tyle że w pracy śledczego odpowiedzialność jest większa. Tutaj błędne ukierunkowanie może kosztować bardzo wiele, najlepszym przykładem jest sprawa Tomasza Komendy.

Gigantyczne obciążenie…
No właśnie, akurat ja jakoś intuicyjnie zawsze byłem tego świadomy, jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że w zasadzie każdą prawdę można udowodnić, a już obecne czasy – czasy fake newsa – wybitnie to obnażają. Pójdziesz jakimś tropem, a potem… już wszystko musi się zgadzać. Bardzo na to uważam, kiedy przygotowuję się do programu „Opowiem ci o zbrodni”.

Rozumiem, że kiedy siada pan do pisania fikcji, odczuwa ulgę. A czy w fikcji można przesadzić, popłynąć?
Można odjechać, dlatego tu też nakładam sobie pewne ramy. Taką moją zasadniczą ramą jest zasada, że nigdy nie będę hołubił zła. Nie, i koniec. Mam kłopot nawet z takimi wybitnymi pozycjami kina, jak na przykład „Joker” czy niektóre filmy Tarantino. Dla mnie to jest już na granicy flirtu ze złem, za daleko. Poza moim dekalogiem. To oczywiście nie oznacza, że nie ciekawi mnie geneza zła. Zawsze się zastanawiam, dlaczego morderca jest, jaki jest, w niektórych książkach przyglądam się temu, próbuję zrozumieć, ale nigdy złem się nie rajcuję.

Psychologia postaci staje się dla pana coraz ważniejsza z każdą kolejną książką?
Zawsze mnie to intrygowało. To jest jakby osobny kryminał w kryminale – którędy podążają myśli i emocje moich bohaterów. I chyba trochę bardziej interesują mnie zawiłości kobiecej psychiki. Teraz napisałem powieść „Wiatr”, którą właśnie będę składał do wydawnictwa, tu mężczyzna jest głównym bohaterem i muszę przyznać, że jego psychika jest mniej złożona. Myślę, że po mamie, skądinąd śpiewaczce operetkowej, jestem introwertykiem, więcej życia spędzam na przyglądaniu się niż na referowaniu, częściej obserwuję, niż uczestniczę, i z czasem widzę w ludziach coraz więcej. Pewnie dlatego w każdej kolejnej książce jest rzeczywiście coraz więcej psychologii postaci.

A wtedy, kiedy się pan coraz dłużej ludziom przygląda, to robi się coraz smutniej czy jest w panu nadzieja?
Mam teraz problem z nadzieją, ale to raczej nie wynika z obserwacji jednostki, tylko trendów, które panują na świecie. Jak mówił Erich Fromm, ludzkość przemieszcza się po wahadle między koszmarem czy tragedią a nudą. Wydaje mi się, że chwilę temu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego „nudy” i teraz właśnie niestety się odbijamy… Widzę, jak budzą się w nas demony. Ale łatwiej zrazić się do ludzkości w ogóle niż do jednostki. Bo kiedy przyjrzeć się każdemu z osobna, widać niejednoznaczności, nikt nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły, na szczęście.

Jakie demony są dziś w panu?
Na przestrzeni lat poznałem siebie z różnych stron i powiem tak – bywało ze mną znacznie gorzej. Ale to sprawiło, że wiem, iż demony istnieją, i to jest cenna wiedza. Najgorszy jest chyba demon lęku, mnie długo pchał w nieciekawą stronę. Przez lata mówiłem, że najbardziej boję się siebie. Ale dziś już tak nie jest. I to mnie cieszy niewymownie.

Pisanie pomaga obłaskawić demona?
Pomaga. Różne rzeczy, które kotłują się w głowie, można przelać na papier. Swoje ciężkie przeżycia po kawałku wkładam w swoich bohaterów, to też forma terapii. To jedno. A drugie – to, że osiągnąłem jakiś sukces, sprawiło, że podbudowane zostało moje poczucie wartości. To dało mi także rodzaj spokoju. Ja się długo bałem, że nic ze mnie nie będzie.

Za późno przyszedł ten moment?
Nie, nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Poza tym z wora tamtych doświadczeń wciąż czerpię, pewnie między innymi dzięki temu mam coś do powiedzenia. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś, wszystko ma sens. Poza tym idę po swoje stopniowo, kawałek po kawałku. Gdyby bomba atomowa sukcesu wybuchała na początku drogi, to jak później miałbym podnosić sobie napięcie… Może dzięki temu uniknąłem wyścigu z samym sobą. No i Oscar za reżyserię wciąż przede mną!

Mówi pan o worku, z którego czerpie – jest w nim także choroba alkoholowa.
Tak, mówię o swoich doświadczeniach, bo tak zwany dwunasty krok na drodze wychodzenia z nałogu dotyczy tego, by dać nadzieję tym, „którzy jeszcze cierpią”. Nie mówię, że nie mam nałogu, bo ma się go już zawsze, ale dzięki sile wyższej, jak ją nazywamy, choroba mnie już nie topi. Do tego udało mi się coś osiągnąć, poczuć spełnienie – jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno. Swój pierwszy scenariusz kinowy pisałem wiele lat temu, będąc na terapii, wszystko jest możliwe. Naprawdę wszystko. Pamiętam, jak podczas spotkania z Ewą Woydyłło powiedziałem do niej z przerażeniem, że boję się, że jak rzucę nałóg, to przestanę być artystą. Na co ona, dość nawet, jak mi się wtedy wydało, brutalnie, zapytała: „A cóż pan jako artysta do tej pory osiągnął?”. Więc wtedy miałem poczucie bycia artystą, dziś nie czuję się przesadnie artystą, ale… dla odmiany coś tworzę!

A czy nie kusi pana czasem, żeby wydostać się choćby na chwilę z mroku kryminału?
Kusi, oczywiście! Kusi mnie komedia. Miłość mnie kusi… Zresztą w mojej kolejnej powieści już się trochę odkryłem. Mam tylko nadzieję, że dostrzegą i docenią to czytelnicy.

Igor Brejdygant
, scenarzysta, pisarz, reżyser, fotograf i aktor. Urodził się w 1971 roku w Poznaniu. Studiował na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest autorem powieści kryminalnych: „Szadź”, „Rysa”, „Paradoks”, „Układ”, a także twórcą scenariuszy filmowych i serialowych, między innymi: „Palimpsest”, „Zbrodnia”, „Prosta historia o morderstwie”

Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN. Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN.

  1. Psychologia

I że cię opuszczę, gdy będziesz się niszczyć. Broń się przed współuzależnieniem

Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. (Fot. iStock)
Współuzależnieni partnerzy są odpowiedzialni, perfekcjonistyczni i nadopiekuńczy. Ale przede wszystkim łączy ich wstyd i lęk. O to, co powie rodzina, znajomi, co będzie dalej. Wierzą, że może bliski pójdzie po rozum do głowy, nie chcą wstrząsu.

A wstrząs jest jedynym rozwiązaniem – mówi psycholożka Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Ludzie szybko orientują się, że są współuzależnieni?
Najczęściej zauważają to dopiero na terapii, po rozmowie z kimś bliskim albo gdy zaczynają szukać książek i artykułów na temat uzależnienia partnera. Bo z tym uświadomieniem sobie, że bliski choruje, różnie bywa.

To znaczy?
Ludzie miesiącami, czasem latami, potrafią nie zauważyć, że partner jest uzależniony. Bo przecież to fajnie lubić seks, wszyscy piją albo fajni ludzie palą haszysz. Ciężej jest to pewnie też dostrzec osobie, która nigdy nie miała podobnych doświadczeń. Jeżeli już kiedyś byliśmy w relacji, w której druga osoba czegoś nadużywała, albo doświadczyliśmy tego w dzieciństwie, będziemy czujniejsi. Zauważymy nalewanie sobie kolejnej szklanki whisky, pobudzenie poalkoholowe. Wiele też zależy od typu człowieka. Jesteśmy szczerzy wobec siebie czy wolimy problemy zamiatać pod dywan? Mamy odwagę konfrontować się z drugą osobą czy raczej uciekamy? Związek z uzależnionym bywa prawdziwym teatrem. Jedno z partnerów udaje, że nie ma ze sobą problemu, drugie udaje, że w to wierzy.

Chyba alkoholizm partnera najłatwiej dostrzec?
Niekoniecznie. Tak jak mówiłam, w naszej kulturze mnóstwo ludzi uważa, że alkohol jest wspaniały. Upijanie się też nie budzi kontrowersji. To normalny sposób odreagowania dla zmęczonych pracoholików, dla rodzin, które spędzają wspólnie święta, czy osób, które organizują imprezy. Na ilu była pani imprezach, gdzie nie było alkoholu? Szybciej czasem da się dostrzec uzależnienie od hazardu czy zakupoholizm. Mamy konkretne dowody – wypływy pieniędzy z konta.

Ale prędzej czy później zaczynamy widzieć, że coś jest nie tak?
Najczęściej wtedy, gdy bliska osoba zaczyna zawodzić. Mąż miał odebrać dzieci, ale nie odbierze, bo wypił. Rano miał gdzieś pojechać, a o czwartej rano skończył imprezę z kumplem. Nałóg wpływa na życie. Chemiczne używki powodują również to, że człowiek dłużej śpi, choruje, ma kaca. Powoli też zmniejsza się jego motywacja i zdolność konstruktywnego działania. Na to można przymykać oczy tylko do pewnego momentu. Przebudzeniem bywa wstrząs. Miałam pacjentkę, której mąż lubił sobie wypić wieczorem kilka piw. W pewnym momencie zachorowało dziecko, musieli jechać do szpitala. Ale on nie mógł prowadzić, w środku tygodnia był nieprzytomny, śmierdział. Ona wściekła się z powodu tego, że ją zawiódł. Dopiero potem zaczęła analizować i rozumieć, że to już długo trwa.

Dużo osób chyba też ukrywa swój nałóg?
Nałogowiec patrzy partnerce w oczy i mówi: „Ja piłem? Ty chyba zwariowałaś!”. Ciężko mu wziąć odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jeśliby przyznał, że na przykład pije, musiałby się leczyć, zrezygnować z tego, co to daje. A daje mnóstwo. Alkohol, haszysz, seks, zakupy – to dla niektórych jedyna deska ratunku, ucieczka przed smutkiem, nudą, samotnością, stresem. Dlatego tak trudno się przyznać.

Gdyby miała pani pomóc i powiedzieć, czym jest współuzależnienie – żebyśmy się już nie oszukiwali?
Współuzależnienie to branie odpowiedzialności za dorosłą osobę, otaczanie jej opieką, robienie rzeczy, które pozornie mają pomóc, ale w efekcie szkodzą. Bo tworzą warunki, w których nałogowiec żyje sobie jak pączek w maśle. On nie idzie na sanki z dziećmi, a potem na rodzinny obiad, choć obiecał, bo zapił. Ona mówi więc dzieciom i teściowej, że męża boli główka. Albo on nieustannie spłaca jej kartę kredytową, którą ona co chwilę czyści, choć sam ciężko pracuje. Współuzależniony nieustannie chroni partnera przed światem zewnętrznym. Jednocześnie w domu go kontroluje. Zagląda do barku, ile wypił. Każe mu robić testy antynarkotykowe, sprawdza, gdzie i po co chodzi. Uzależniony staje się bezwolny, złości go ta kontrola, ale ma też wygodnie. Ktoś inny zajmuje się całą tą męczącą codziennością.

Ale przecież mówi się, że tak ważne jest w związku wsparcie?
Wsparcie tak, ale przecież nie za wszelką cenę. Poza tym wsparcie dotyczy dwóch osób, a nałogowiec nie umie nic dać, choć oczywiście zdarzają się partnerzy, którzy mówią: „Na początku mi to nie przeszkadzało, był po alkoholu weselszy, była po alkoholu bardziej otwarta”.

Współuzależniony cierpi?
Bardzo. Ale często nie zdaje sobie z tego sprawy. On musi dać radę. Nie zauważa, że jego życie powoli zaczyna toczyć się tylko wokół tej drugiej osoby. O tym często mówią żony alkoholików. Czekanie w domu i sprawdzanie, w jakim stanie wróci mąż. Sięgnie na imprezie po alkohol czy nie? Usiądzie wieczorem bez piwa? To jest ogromne napięcie.

Dlaczego jedni od razu potrafią zostawić partnera nałogowca, inni tkwią z nim latami w związku?
Współuzależnienie jest ściśle związane z podejściem do miłości. Jeśli ktoś rozumie miłość jako stopienie się, będzie chciał być z kimś za wszelką cenę, bo potrzeba bycia jest ponad innymi potrzebami. I nawet jeśli ktoś widzi, że ta druga osoba się niszczy, przy okazji niszczy też jego – oszukuje się. I pozwala też siebie oszukiwać. Są natomiast osoby o zdrowych granicach, które kochają na zasadzie „Jestem z tobą, zależy mi, ale jeśli nie traktujesz mnie poważnie, pakuję się i odchodzę”.

Czy osoby współuzależnione – poza kochaniem za bardzo – mają jakieś wspólne cechy?
Mają dużo wspólnych cech. Często są bardzo odpowiedzialne, perfekcjonistyczne, nadopiekuńcze. Poza tym współuzależnienie to jest nie tylko uzależnienie od osoby, która ma problem, ale też uzależnienie od bardzo wielu rzeczy. Od ludzi, bo co powiedzą, od wyobrażeń o własnej przyszłości, od lęku, co będzie dalej. I te lęki nie zawsze są paranoją, do tej pory są w Polsce środowiska, gdzie po rozwodzie, który wynikał z jego problemu z alkoholem, ona przestaje być zapraszana, zostaje uznana za dziwaczkę, jej własne przyjaciółki ją odrzucają, bo co to za fanaberie, wszyscy przecież piją.

Zna pani takie kobiety?
Oczywiście. I to właśnie kobiety. Bo przecież to one głównie zostają z partnerem. Średnio dziewięciu na dziesięciu mężów alkoholiczek odejdzie, jeden zostanie. W przypadku współuzależnionych żon: jedna odejdzie, dziewięć zostanie. To wynika z naszej kultury. Mężczyźni nie są przygotowywani do tego, żeby się kimś opiekować. A uzależniony tej opieki potrzebuje, bo jego życie jest chaotyczne. Tu przyjedzie pijany taksówką, tam zapomni portfela. Który mąż zejdzie zapłacić kolejny raz za pijaną żonę? A kobieta to zrobi, jeszcze pójdzie od sąsiadki pożyczyć. Bo dla niej najważniejsze jest, żeby mąż wrócił do domu. Rodzina zresztą często wspiera tę nadopiekuńczość.

Miałam pacjentkę, której partner robił po alkoholu afery, zdarzyło się, że ją szturchał, wyzywał. Poradziłam jej, żeby powiedziała o tym mamie, teściowej, bratu męża. I co się okazało? Jej własna matka, która ją kocha i pomaga jej przy dzieciach, na hasło: „Musimy coś zrobić, chyba go zostawię”, zacisnęła usta i powiedziała: „No, moja droga, ty sobie wyobrażasz, że życie jest usłane różami. Ja 50 lat przeżyłam z twoim ojcem, dałam radę. Dlaczego ty masz nie dać? A dzieci? Pozbawisz ich ojca?”.

Dzieci cierpią chyba bardziej, gdy żyją w takiej rodzinie?
Oczywiście. Ile ja znam takich historii! Żona poszukuje męża, wyciąga go z baru, kasyna, śledzi. Dzieci siedzą same w domu. Współuzależniony nie chce tego widzieć. Zamiast oddać energię dzieciom, skupia ją na chorym człowieku. Czyli dzieci nie mają żadnego obecnego, uważnego rodzica. Argument „bo dzieci” jest absurdalny. One potrzebują przede wszystkim stabilnego domu, nawet jeśli jest w nim tylko samotna matka. Ale my, kobiety, byłyśmy uczone trwania za wszelką cenę. To się dopiero teraz zmienia. Jak żona ma się uwolnić od męża, gdy jej własna matka jest przeciwko?

Współuzależnienie u młodych osób zdarza się rzadziej. Kobiety koło trzydziestki, które były na studiach za granicą albo dużo podróżowały, znają swoją wartość i dużo szybciej reagują. One realizują plan swojego życia – jeśli po drodze trafi się człowiek uzależniony, szybko go usuwają. „Okej, podobał mi się ktoś, potem okazał się nieodpowiedzialny. Pali haszysz, bierze kokainę, cokolwiek, nie chce mu się pracować. Jest hultajem i wałkoniem, nie bawię się w to”.

Co robić, gdy, dajmy na to, mam dwoje dzieci i brak możliwości wyprowadzki z dnia na dzień?
Pierwsza rzecz: przestać robić z tego tabu. Zdarza się, że oferuję jako psycholog pomoc, bo rozumiem, że ktoś nie chce od razu odsłaniać się przed znajomymi. Na przykład umówiłam się z pewną dziewczyną, że zadzwonię do niej koło 20.00, gdy będzie z mężem. I ona będzie rozmawiać ze mną jak z kimś bliskim. Zaproszę ją na urodziny, spacer. A ona powie głośno: „Chętnie bym się spotkała, ale nie mogę, bo Jurek pije”. I dalej będziemy odgrywać rozmowę, w której ona pierwszy raz zacznie opowiadać o tym, co się w domu dzieje. Tak zrobiłyśmy. Mąż wpadł w szał: „Co ty wygadujesz?! Kto to był?”. „Moja przyjaciółka, zapraszała mnie, żebym z nią wyjechała” – odrzekła ona. „Ale jaka przyjaciółka?!”. „To nie ma znaczenia”. „Jak ty możesz o mnie tak mówić?!” – atakował ją. A ona, trzymając się faktów, spokojnie odpowiadała: „A co? Nieprawdę mówiłam? Nie pamiętasz, jak leżałeś na klatce schodowej, zwymiotowałeś na dywan, jechałeś po pijaku?”. On się wścieknie, trzaśnie drzwiami, ale już nigdy nie będzie mógł powiedzieć: „Wymyślasz, nie ma problemu”, bo już wie, że komuś o tym powiedziałyśmy.

Następnym razem już jest łatwiej. Przychodzi teściowa, zachwyca się mieszkaniem, a my mówimy: „Mama nie wie, co się dzieje, gdy nie ma gości. Przecież Jurek codziennie pije. Bez piwa nie spędzi wieczoru. Prawda, Jurek, powiedz mamie, pijesz co wieczór cztery piwa?”. Trzeba rozkłuć ten balon. Oczywiście teściowa się obrazi, Jurek się obrazi, ale już nikt nigdy nie powie: „Wymyślasz”. Następuje konfrontacja. Nałogowiec udaje też, że nie ma problemów. Trzeba mu więc pokazywać te problemy: wywalili cię z pracy z powodu picia, zasnąłeś na urodzinach naszej córki, przeleżałeś całą niedzielę. I nie dawać przerzucać na siebie winy. A nałogowcy mają do tego ogromne tendencje. Winny jest cały świat. Trzymajmy się faktów: „Czy to ja zapomniałam zapłacić rachunek za prąd i nam wyłączyli? Ja się upijam?”. To jest bardzo trudne, ale od tego zależy wszystko. Musimy zacząć głośno o tym mówić.

Współuzależniony mówi: „Robię awantury, to nie działa”.
Ale nie mamy robić awantur. Awantury eskalują problem, druga osoba ma powód, żeby uciec w nałóg. Trzeba tylko trzymać się faktów. My się nie kłócimy, wiemy, że mamy rację. Musimy też przestać cokolwiek załatwiać za partnera. Zrobić rozdzielność finansową, nie spłacać jego długów, nie wyciągać go z taksówki. Niech śpi na klatce schodowej, jego sprawa. Trzeba się uwolnić od tego strasznego wstydu. Sąsiadka mówi, że on leży na schodach? Odpowiadamy, że jest dorosły i co mamy zrobić. Koniec, kropka. Niech on skonfrontuje się ze sobą i sam zacznie się wstydzić.

Wiele osób boi się innego wstydu. Że w oczach ludzi przestaną być idealną rodziną.
Tylko że tu już nie ma idealnej rodziny. Hipokryzja niszczy przede wszystkim nas. Jeżeli nie zrobimy jakoś drastycznego ruchu, to będzie coraz gorzej. Bo uzależnienie partnera będzie postępować. A im dłużej w tym jesteśmy, im więcej rzeczy robimy, żeby przyklepać problem, tym bardziej się pogrążamy.

Mamy siłą zmusić partnera do pójścia do AA albo innej grupy gdzie zajmują się uzależnieniami?
Ależ my nie mamy go do niczego zmuszać! Możemy mu pomóc znaleźć kontakt, dopingować go, ale on sam musi chcieć. Naszym zadaniem jest zadbanie o siebie. Dużo dobrego dają spotkania z kobietami w podobnej sytuacji. Rozmowy z kimś, kto już jest dalej niż my, kto poradził sobie. Długie spacery, siłownia, spotkania z przyjaciółkami. Nie mamy siły? Zmuszajmy się. Osoba współuzależniona też ma ogromną lekcję do przerobienia – nie koncentrować się już na kimś innym, a na sobie.

Życie z kimś, kto wychodzi z nałogu, też jest ciężkie?
Tak, to tak naprawdę egzamin, trudny moment. Bo osoba, która na przykład odstawia używki chemiczne, jest w kiepskim stanie. Ma psychiczne i fizyczne dolegliwości. Jest zmęczona, rozdrażniona. Zaczynamy myśleć: „Już lepiej było, kiedy pił” albo robimy afery. Nie rozumiemy, dlaczego mamy teraz znosić kolejne stany. Potrzeba ogromnej cierpliwości, wyrozumiałości. Tylko wtedy związek ma szansę wrócić na normalne tory. Do tego musimy się liczyć z nawrotami.

Ja poznałam mojego męża (Wiktora Osiatyńskiego – przyp. red.), kiedy miał przerwę w piciu. On potrafił miesiącami nie sięgać po alkohol. Wtedy nie pił siedem miesięcy. Bo kiedy pisał książkę, nie pił. A potem nadrabiał. Gdy zorientowałam się, co się dzieje, powiedziałam wprost: „Kiedy pijesz, nie chcę cię widzieć”. Potrafiliśmy się na Nowym Świecie minąć i nie powiedzieć sobie „dzień dobry”. Ale może to wynikało z tego, że byłam przyzwyczajona do samotności? Moja mama wcześnie umarła, nie miałam rodzeństwa. My wzięliśmy ślub dopiero wtedy, kiedy nasza córka miała osiem lat. Wcześniej nawet nie mieszkaliśmy razem. Dopiero gdy on poszedł na leczenie w Stanach Zjednoczonych, to trzy lata później wzięliśmy ślub.

Udało się wrócić do normalności?
Mój mąż nie pił 32 lata, ale w domu zawsze był alkohol. Gdy wyjeżdżał, przywoził mi dobre wino, swojej mamie nalewkę. Niektórzy wpadają w inne uzależnienia, mój mąż zaczął jeść słodycze – o pierwszej w nocy zrywał się i szedł do lodówki. Trudno, coś za coś.

Czyli jest pani zwolenniczką radykalnych rozwiązań?
Tak. Innego wyjścia nie ma. Tylko wstrząs, a potem długa praca jest w stanie uratować rodzinę czy związek. Ale najpierw oboje musimy uratować siebie.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka, terapeutka uzależnień. Pracuje w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, związana z Fundacją im. Stefana Batorego, autorka wielu książek, w tym „Rak duszy. O alkoholizmie”.

  1. Psychologia

Życie w iluzji - kim jest kobieta współuzależniona?

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi (fot. iStock)
Twój wewnętrzny mikroskop nastawiony jest na niego: co robi, jaką ma minę, czy zjadł, czy wypił kawę, co czuje, czy załatwił sprawy, których sam powinien pilnować? Nie bawisz się na imprezie, kopiesz go pod stołem, żeby więcej nie pił. Myślisz: „Czemu siedzi z boku? Może już wypił? Gdzie schował butelkę?” Jeśli tak, to ten artykuł jest dla ciebie i o tobie.

Zawsze sobie radzisz. Jeśli on roztrwoni wszystko i nie masz na mleko dla dzieci, pożyczasz od matki emerytki, sprzedajesz biżuterię po babci, nie idziesz na dodatkowe studia, choć pomogłyby ci w karierze. Myślisz, że to ostatni raz, ostatnie twoje poświęcenie. Ale alkoholik, hazardzista, każdy uzależniony, wywoła kolejny kryzys. Będzie tak, dopóki się z nim nie rozstaniesz. Wmówił ci, że pije, ćpa, gra itd. przez ciebie. Jak będziesz milsza, gospodarna, szczuplejsza, przestanie! Chodzisz więc wokół niego na rzęsach, spełniasz nierealne wymagania, żeby tylko był zadowolony. Ulegasz jego manipulacji, bo tak jak wy teraz żyli też twoi rodzice.

No więc pilnujesz jego spraw, umawiasz do dentysty itd. Napisałaś za niego pracę dyplomową i prosiłaś tylko, żeby przeczytał. Masz czas, bo rezygnujesz z siebie: „Kiedy już go uzdrowię, zajmę się sobą”, ale to „uzdrawianie” nigdy się nie kończy i każdego dnia pochłania tyle sił, że zapominasz o swoich ambicjach. Wierzysz, że poradzisz sobie z jego nałogiem, choć jest coraz gorzej. Ty jednak tego nie widzisz, bo sama już zachorowałaś, jesteś współuzależniona, jesteś koalkoholiczką. I jeśli nawet zdarzy się cud i on przestanie, ty będziesz potrzebowała odwyku od bycia współuzależnioną.

Kiedy on przestaje, ona zaczyna

Kiedy Robert, 36-letni inżynier, przestał pić, w lodówce zaczął znajdować wino. To Ewa, jego żona, do czasu gdy pił abstynentka, zaczęła przynosić alkohol i zapraszać koleżanki.

„Nie pijcie przy mnie – prosił. – Mogę się nie powstrzymać, dla mnie to męka”. Ewa: „Jak piłeś, to byłeś porządnym człowiekiem. Teraz jesteś śmieć, lepiej, żebyś pił”, i potok pretensji: „Nie nadajesz się na męża ani na ojca, tylko do zapłodnienia, a potem wykastrować!” – z byle powodu wszczynała awantury. Robert zwykle wychodził, nie zawiązując nawet sznurówek. Ale ile można wychodzić? Ewa była jedyną kobieta, którą uderzył. Miał tak straszne poczucie winy, że mogła nim dyrygować: „Zrób to, zrób tamto…” .

– Myślałem, że gdy zrozumiem, jak ją skrzywdziłem, pijąc, zmienię się tak, że będzie nam dobrze. Poszedłem więc na AL-Alone, grupę dla współuzależnionych, tam chodzą żony alkoholików – mówi Robert. – Trudno mi było: mężczyzna alkoholik i kobiety ofiary pijaków, ale też ze zdumienia otwierałem oczy, jak bardzo krzywdziłem bliskich…

Po roku na jednym z mitingów wszystkie kobiety jak w transie zaczęły utyskiwać na mężczyzn, że to podłe ludzkie śmieci, a Robert zobaczył w nich Ewę. Żadna, jak i jego żona, nie widziała swojego współuzależnienia, tego, że nie tylko pijak był winny temu, jak wyglądało ich życie. Zaczął namawiać Ewę, żeby teraz ona poszła z nim na miting AA i poczuła jego ból. Wyśmiała go: „Ja jestem ofiarą, ty sprawcą! Ty się lecz, ja jestem zdrowa!”.

Wziął się jeszcze raz w garść i postanowił żyć jak prawdziwy mąż, razem z Ewą gospodarować, pomagać jej, dowiedzieć się, na co idzie pensja, którą jej oddawał. Awantura była straszna. Ewa odmówiła wspólnego gospodarowania i powiedziała, że nie będzie już z nim spać. „Nie zasługujesz na mnie!” – usłyszał.

Ostatnie dwa lata Robert był z nią tylko ze względu na syna, ale gdy Piotruś wykrzyczał mu w twarz: „Wypier….. z domu”, zrozumiał, że chłopak rośnie w atmosferze wrogości i pogardy. Spakował się z poczuciem, że jeśli jeszcze choćby jeden dzień zostanie w domu, to zacznie pić. Do sądu Ewa przyszła w sukience, na szpilkach, z makijażem, piękna. Chciała, żeby widział, co traci. Poczuł się jak śmieć. Ale nie poszedł się napić, zadzwonił do sponsora z AA…

Współuzależnienie to adaptacja do złej sytuacji

Zofia Ignatowicz, terapeutka z warszawskiej Poradni Odwykowej „Petra”: – Żona alkoholika marzy, żeby mąż przestał pić, ale jeśli zdarza się ten cud, nie potrafi odnaleźć się w normalnej relacji. Zdrowiejący alkoholik chce sam o sobie decydować, kontrolować siebie. A do tej pory to ona musiała radzić sobie ze wszystkim i z tego czerpała poczucie wartości. Jeśli pozwoli mu być partnerem i prawdziwym mężem, straci to poczucie. Co dostanie w zamian? Wreszcie będzie mogła zająć się sobą, swoimi marzeniami, karierą, urodą, tym, co jej tylko przyjdzie do głowy. Ale ona zawsze żyła sprawami partnera: czemu pije, jak to zrobić, by przestał? I kiedy teraz niczego nie musi i może odpocząć, wpada w panikę: dopada ją poczucie pustki. Tam, gdzie inni mają intymne myśli, marzenia, plany ona nie ma nic. A to tak jakby jej samej nie było... Z łatwością odganiała od siebie to przerażające poczucie, kiedy żyła na baczność, skupiona na pokonywaniu kolejnych kryzysów. Łatwo pozbywała się rozpaczy z powodu tracenia samej siebie, strachu przed tym, który ją krzywdził i złościł, bo miał kochać, a zdradza z butelką. Uciec przed tymi emocjami umie tylko w jeden sposób, dalej chce partnera kontrolować. Przeżyła z nim straszne chwile, pragnie zadośćuczynienia, a jeśli tego nie dostaje, prowokuje męża, aby się napił.

Mój tata pił jak mój mąż

Zofia Ignatowicz: – Istotą współuzależnienia jest adaptacja do życia w złych warunkach, w nieprawidłowej relacji z najbliższą osobą. Ta adaptacja zazwyczaj zaczyna się w dzieciństwie, bo osoby współuzależnione pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których jedno z rodziców piło, ćpało, stosowało przemoc lub chorowało psychicznie. Już więc w dzieciństwie nauczyły się uważać na każde słowo, bo byle co mogło spowodować wybuch. Nauczyły się nie liczyć na troskę bliskich, a raczej spodziewać złego traktowania. Ponieważ dobrych relacji nie poznały, kiedy dorosną, nie uciekają przed tym, kto się awanturuje, jest niegodny zaufania.

Kobiety wychowane w zdrowych rodzinach po dwóch, trzech latach, jeśli pijak nie zaczyna terapii, odchodzą. Nieważne, czy mają z nim dzieci, wspólne biznesy, czy nie. Wiedzą, że skrzywdziłyby dzieci, wychowując je w takim domu, i ile ryzykują, prowadząc interesy z kimś, kto nie panuje nad sobą, bo jest uzależniony.

– Mój tata pił, kiedy byłam mała – mówi Ewa. – Pamiętam, jak szarpie się z mamą na schodach, bo mama nie chce go puścić do kumpli. Albo jak wsiadał na motocykl, a mama na rowerze goniła go przez całe miasteczko… Mama była skupiona na ojcu, wszystko kręciło się wokół niego. Mówiła, że tatuś źle się czuje i dlatego krzyczał, że zgubił nasze pieniążki, bo jest chory. Zawsze go usprawiedliwiała. Miałam 20 lat, kiedy tato pijany wracał do domu i zginął w wypadku. Kiedy poznałam Roberta, nie przeszkadzało mi, że pił, bo pił jak wszyscy. Po ślubie, kiedy urodził się Piotr, chciałam, żeby więcej pomagał i wtedy zaczęły się awantury. Nie wierzę w żadne „współuzależnienie” – kręci głową Ewa. – To wymysły alkoholików, kolejne alibi. Faceci po prostu tacy są. Dlatego po rozwodzie nie szukałam kolejnego męża. Zajęłam się wychowaniem syna, żeby nie był jak jego ojciec, pijakiem, śmieciem.

Z pokolenia na pokolenie

Piotr, syn Roberta i Ewy, ma 24 lata, nie skończył studiów, nie zagrzał dłużej miejsca w żadnej pracy. Kiedy Robert się wyprowadził, cała uwaga Ewy skupiła się na synu. Kontrolowała każdy jego krok, pomagała, krytykowała, pouczała. Piotr uciekł od matki, ożenił się z pierwszą dziewczyną, jaką poznał. Matka nadal dawała mu pieniądze, starała się o przedłużenie urlopu dziekańskiego, załatwiała prace itp. Zażegnywała kryzysy, jakie syn wywoływał, podobnie jak robiła to w przypadku jego ojca.

Niedawno, pierwszy raz od rozwodu, Ewa zadzwoniła do Roberta: „Ratuj Piotra! Ty się na tym znasz, jak to zrobić, żeby przestać pić. Ukrywałam to przed tobą, ale on pije, a teraz jego żona odeszła. Boję się o naszego syna”. Robert miał  pretensje, czemu wcześniej mu nie powiedziała. Ewa broniła się, że chyba umarłaby ze wstydu, mówiąc komukolwiek, że jej syn pije. Była pewna, że sama mu pomoże, oduczy. Ale najwidoczniej złe geny Roberta przeważyły.

Zofia Ignatowska: – Kobieta współuzależniona buduje relacje na zasadach współuzależnienia ze wszystkimi, z dziećmi, z przyjaciółmi. Myśli za nich, radzi im, jest przekonana, że wie, co dla nich najlepsze. Dla dzieci to szczególnie szkodliwe, bo nie pozwala im się rozwijać i usamodzielniać, nie daje przestrzeni i swobody. Nawet gdy mają 30 lat, dyktuje, jaką kanapę kupić do ich mieszkania. Ta wieczna kontrola i krytyka sprzyja temu, by dzieci powieliły wzory dostarczone przez pijącego rodzica.

Uderzyłeś mnie pięścią

Marta, 28-letnia menedżerka, zorientowała się, że Patryk pije, dopiero w dniu ślubu. Spił się jak świnia, a po powrocie do domu nie poszedł z nią do sypialni, pił dalej z kuzynem. Czekała, czekała... Wyszła przez balkon, wsiadła do samochodu i pojechała przed siebie. Płakała: „To moja noc poślubna!”. Nie mogła wrócić do rodziców, było jej wstyd. Rano wróciła do Patryka. Zrobił jej awanturę, jak mogła, przecież w domu nocuje jego rodzina i on musiał się z nimi napić! Zaczęła go przepraszać…

Uderzył ją pierwszy raz miesiąc po ślubie. Jako jedyna trzeźwa wiozła do pracy jego i kuzyna. Poprosiła, żeby byli ciszej. Chciał uderzyć ją w twarz, ale trafił w szyję. Kuzyn kazał mu wysiąść i oddał cios: „Poczuj się jak Marta!”. Dalej pojechali we dwójkę. Kiedy Marta wróciła do domu, Patryka nie było. Przestraszyła się, że sobie coś zrobi. Już wcześniej straszył ją, że jest w rozpaczy i się zabije, bo ona jest dla niego niedobra, nie dba o dom, myśli tylko o pracy. Pojechała go szukać, bo czuła, jak musi być mu smutno i źle, przecież nie chciał nic złego, był pijany…

Kiedy wieczorem Patryk wrócił, pokazał jej podbite oko i wykrzyczał: „Zobacz, co mi się przez ciebie stało!”. „Masz przestać pić!” – powiedziała mu. I przez miesiąc nie pił. – Byłam szczęśliwa, zaczęłam myśleć o dziecku i o tym, że powinnam więcej uwagi poświęcać domowi – mówi Marta. – Praca pracą, ale przecież małżeństwo jest ważniejsze. Zaczęłam gotować i nie brałam dodatkowych zleceń. Ale Patryk zawsze miał jakieś „ale” i znów zaczął pić.

Po dwóch latach małżeństwa popchnął Martę tak, że stłukła szybę w drzwiach i pokaleczyła nogę. Uciekła zakrwawiona do koleżanki, a on krzyczał za nią, że to jej wina, bo z byle piwa robi problem, że jest jak jego matka. Wróciła po dwóch dniach, bo się o niego martwiła.

Jeszcze trzy razy wyprowadzała się i wracała. – Przecież Patryk to dobry człowiek, mówiłam sobie – wspomina Marta. – Kiedyś kupił mi wielki kosz kwiatów, grał dla mnie na gitarze, nazywał swoim cudem. Przecież to niemożliwe, żeby się tak zmienił!

Któregoś dnia, kiedy uciekła z domu, zanocowała u przyjaciela ze studiów. Przytulił ją, bo płakała, zaczął całować. – Zachwycał się moim ciałem, był taki delikatny, a ja czułam, jak mi tego brakuje: tej delikatności. Patryk śmierdział alkoholem nawet gdy twierdził, że nie pił, i jak kładłam się z nim do łóżka, to odwracałam głowę… Ale od ślubu z nikim się nie spotykałam: tylko Patryk i Patryk. Wtedy u Jaśka coś mi w głowie przeskoczyło i chyba dzięki temu poszłam do psychoterapeutki.

Koalkoholiczka trzeźwieje

Gdyby stłuczona szyba rozcięła tętnicę udową, a nie kolano, Marta mogłaby się wykrwawić na śmierć. Patryk by jej nie pomógł. Nie martwił się o nią. To ona martwiła się o niego. Terapeutka uświadomiła Marcie, że ryzykuje nie tylko szczęście, ale i życie.

Zofia Ignatowicz: – Kobieta współuzależniona ma zaburzoną ocenę rzeczywistości i myśli, że to tyran potrzebuje pomocy, że sam sobie nie poradzi. Głaszcze go więc po głowie, wierzy, że on się poprawi. Wie, że to mężczyzna, ale traktuje go jak dziecko. Tak zdejmuje z niego odpowiedzialność i wspiera nałóg. Myśli magicznie, nie pamięta, ile razy zdemolował mieszkanie, pamięta tylko, że na pierwszej randce był szarmancki i wierzy, że znów będzie taki cudowny jak wtedy. Nie będzie. Osobowość alkoholika, jego system wartości, zdolności intelektualne i wrażliwość – wszystko ulega degradacji i on staje się manipulantem i egoistą, dla którego alkohol jest najważniejszy. Mężczyzna, z którym ona sypia, nie jest tym, z którym chodziła na randki. Miłych chwil jest coraz mniej, ale ona żyje iluzjami. Jak obudzić się z tego złego snu?

– Terapeutka poleciła mi zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że stoję przed Patrykiem. Co czuję? Ścisk w żołądku, lęk… Czy takie emocje budzi w nas ten, kogo kochamy? No nie – wspomina Marta. – Podczas terapii zdałam sobie sprawę, że bagatelizuję chamstwo Patryka, usprawiedliwiam go, mówiąc, że pije, bo miał zimną jak butelka wódki matkę i ojca, który nigdy go nie przytulił. Analizuję jego zachowanie po to, by znaleźć uzasadnienie: w pracy ma ciężko i dlatego tak się złości. Ukrywam przed nim siniaki i łzy, żeby mu nie było smutno.

Zofia Ignatowicz: – Pierwszy krok ku ozdrowieniu to zrozumieć, że jest się uwikłaną w destrukcyjny układ. Kolejny to zmiana przekonań z: „kluczem do dobrego życia jest to, żeby on się zmienił” w: „kluczem do dobrego życia jest to, żebym ja się zmieniła i zadbała o siebie”.

Ku wolności

Podejrzliwość, brak nadziei, nerwice, fobie – to dotyka koalkoholiczki. Do tego natręctwa (np. przymus sprzątania, bo pomaga rozładować napięcie i stres), uzależnienie od leków uspokajających (pomagają pokonać poczucie krzywdy i winy) i depresja, bo rezygnując z realnego wpływu na życie, żyją iluzjami, że zmienią pijaka.

Marta poznała te statystki i to też ugruntowało ją w decyzji o rozwodzie. Musi tylko uniezależnić się finansowo od Patryka. Terapeutka pomogła jej skupić się na tym, jak to osiągnąć.

Zofia Ignatowicz: – Jeśli uda się jej całą energię, jaką wkładała w ratowanie męża, skierować na siebie, szybko zdobędzie to, co zaplanuje. Współuzależnione to silne i mądre kobiety, potrzeba im tylko tego, co daje terapia: zdjęcia z nich poczucia odpowiedzialności za picie męża. I przekonanie, że jeden człowiek nie jest odpowiedzialny za uczucia i zachowania drugiego. Mamy wolną wolę.