1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matki niepełnosprawnych dzieci

Matki niepełnosprawnych dzieci

fot.123rf
fot.123rf
One wiedzą, że nie da się wszystkiego zaplanować. Że czasem los wystawia na próbę i każe zmierzyć się z wyzwaniem ponad siły. Samotne matki chorych dzieci nie snują nierealnych wizji, żyją dniem dzisiejszym.

Dzisiaj Staś jest spokojny i mogę dzięki temu porozmawiać z jego mamą, Moniką. Chłopiec choruje na ASD – spektrum zaburzeń autystycznych z obustronnym spastycznym porażeniem dziecięcym. Monika jest otwartą osobą. Nie robi problemu ze swojej sytuacji. Raczej jest zdziwiona, że kogoś interesuje, jak żyją takie kobiety jak ona.

– Gdybym miała komuś krótko wyjaśnić, czym matka zdrowego dziecka różni się od matki dziecka niepełnosprawnego, to powiedziałabym, że rodzajem lęków. Matka zdrowego dziecka martwi się, żeby nie zachorowało, żeby nic mu się nie stało, żeby nie umarło. My martwimy się, żeby to nam się nic nie stało, żebyśmy nie umarły przed naszymi dziećmi. Bo bez nas… To są właśnie nasze lęki.

Plan na życie

Mieli oboje skończyć studia, pobrać się, popracować trzy, cztery lata, sprzedać małe mieszkanie po babci i zbudować dom, a potem postarać się o dziecko. Dziecko miało być śliczne, bystre, rozkoszne. Kłócili się między sobą i z rodzicami o imię. Bartek czy Damian? Hubert czy Jasiek? W końcu urodził się Staś. W tym punkcie plan na życie utknął. Monika ma dziś 31 lat, z wykształcenia jest weterynarzem. Pracowała zawodowo trzy lata, zaczęła pisać doktorat, którego nigdy nie dokończy, bo sześć lat temu przyszedł na świat jej chory syn.

– Na początku niczego nie podejrzewasz. Owszem, twój synek nie rozwija się zgodnie z podręcznikowym opisem, ale jesteś przecież wykształcona i wiesz, że każde dziecko jest inne. Potem dociera do ciebie, że twoje jest chore. Myślisz sobie: „Ojej, co tam, że jest chory. Zrobię wszystko, żeby był zdrowy”. Myślisz, że jak się postarasz, poświęcisz, to ci się uda. Początkowo lekarze też ci to wmawiają – że trzeba próbować tego i tamtego – i uchylają się od postawienia diagnozy. A ty latasz po wszystkich możliwych specjalistach, żeby tylko przypadkiem czegoś nie zaniedbać. Ja potrzebowałam czterech lat, żeby zrozumieć, że nikt i nic nie pomoże, bo uszkodzonego mózgu nie da się nareperować.

Mama Stasia

– Mój mąż chciał mieć syna. Wiedziałam o tym i ucieszyłam się, gdy na USG wyszło, że na pewno będzie chłopak. Przez pierwszych kilka miesięcy dziecko jest malutkie. Bez trudu je podnosisz, przewijasz, kąpiesz. Radzisz sobie jak wszyscy rodzice świata. Ale gdy zdrowe dzieci podrastają, stają się też bardziej samodzielne. Nie musisz ich nosić, bo poruszają się same.

Gdy Monikę czasem ktoś spyta, kiedy odszedł od niej mąż, mówi: „Paweł wyprowadził się z domu, gdy Staś ważył 26 kilogramów”.

– „To chyba normalne, że matka zostaje z dzieckiem” – tak powiedziała teściowa, gdy Paweł się ode mnie wyprowadził. Jest wykształconą kobietą, pracuje naukowo, wychowuje młodzież. W głowach naszego społeczeństwa nie ma żadnego równouprawnienia. „Nikt tak nie zajmie się dzieckiem, jak matka”. To podstępne zdanko daje facetom wolność, a nas przykuwa do foteli inwalidzkich naszych dzieci – mówi Monika.

Paweł nie jest w sumie taki zły – to znaczy w porównaniu z innymi ojcami niepełnosprawnych dzieci, którzy przepadli bez wieści. Zostawił Monice mieszkanie i spłaca kredyt. Oczywiście, żadnych alimentów już nie płaci. Bywa, że Monika je kluski z serem przez pięć kolejnych dni. – Daj spokój, chcesz go zamęczyć. On ma przecież też swoje dzieci – ze śmiechem parodiuje głos teściowej.

Paweł ma nową rodzinę – żonę i dwóch zdrowych synów. Odwiedza Stasia raz w miesiącu, ale nie ma mowy, żeby z nim został sam, bo przecież gdyby coś się wydarzyło, to nie wiedziałby, co ma robić. Gdy pół roku temu Monika powiedziała, żeby wziął Stasia na tydzień do siebie, bo inaczej zawiadomi sąd, że ojciec unika kontaktu z dzieckiem, Paweł zmotywował swoją matkę i teściowie wzięli Stasia. Zapytał: „Co będziesz przez tydzień robić bez niego?”. Kiedy usłyszał, że Monika chce posnuć się po Bieszczadach, był oburzony. To jego rodzice mają się opiekować jej dzieckiem, bo ona sobie gdzieś jedzie?! Tak! Matki chorych dzieci też czasem chcą połazić po górach.

W powszechnej opinii samotna matka niepełnosprawnego dziecka może zajmować się nim i domem, ale gdy robi coś tylko dla siebie, zaczyna być wyrodną matką.

– Kiedyś siostra cioteczna, chyba nakręcona przez moją mamę, że taka jestem biedna, zaoferowała się, że raz w tygodniu zostanie ze Stasiem na trzy godziny. Myślałam, że umrę ze szczęścia – opowiada Monika. – Umalowałam się wszystkimi kosmetykami, jakie miałam. Wystroiłam się jak na wesele. Chciałam iść wszędzie. W końcu zdecydowałam się na kino. Kupiłam największy popcorn, po którym potem mnie mdliło, i delektowałam się nawet reklamami. „Ile waży koń trojański” – do dziś wspominam ten seans. Moja kuzynka była oburzona. Powiedziała potem całej rodzinie, że ją wykorzystałam. Myślała, że będę prać, prasować, myć okna, lecieć do apteki po pieluchy dla Stasia, a ja poszłam do kina. Bezczelna! Nigdy więcej mi nie zaproponowała pomocy. Nawet inteligentni ludzie szybko degradują nas do roli matek niepełnosprawnych dzieci. I jeśli z tej roli wychodzimy, surowo się nas karci.

Znajome z sieci

Co takie kobiety jak Monika robią całymi dniami? – Ja nie mam całych dni – mówi Matka. Jeśli akurat moje dziecko jest spokojne, mogę wygospodarować 10 minut i wejść do sieci.

Internet, kontakty na forach, rozmowy przez Skype’a – to trzyma przy życiu wiele matek. Fora skupiają rodziców, którzy mają dzieci cierpiące na podobne schorzenia. Zwykle zaczyna się od poszukiwania informacji, czy może jest jeszcze jakiś lekarz cudotwórca. Potem nawiązują się normalne relacje towarzyskie, a potem – tak jak w przypadku Moniki – nawiązuje się wieloletnia przyjaźń. – Kiedyś jednej z dziewczyn podesłałam link do programu telewizyjnego – opowiada. – Bardzo wykształcona pani psycholog mówiła, że Internet uzależnia, że powinno się kontrolować dostęp do niego. To przez Internet mamy zanik kontaktów międzyludzkich. Świat się kończy, skoro zadajemy się z ludźmi, których nie widzieliśmy na oczy. Dostałyśmy ataku śmiechu. My się nie znamy i nigdy nie poznamy, a ta pani mówiła z godzinę, bo to był poważny program, ale ani słowa nie wspomniała o ludziach uwięzionych w domach, dla których Internet to jedyne okno na świat. Najpierw byłam na nią wściekła, a potem pomyślałam, że może po prostu nie wie o naszym istnieniu.

Mamy dzieci niepełnosprawnych potrzebują siebie, bo chcą pogadać o świecie innym niż lekarze, i opieka społeczna. Monika i jej przyjaciółki z forum gadają o tym, że trzeba pod podkładem mieć bazę, bo inaczej makijaż spłynie, o tym, jak księżna Kate poradzi sobie z rodzinką królewską, o tym, że kuzynka Ulki zrobiła sobie w domu szklaną podłogę na piętrze i teraz nie może chodzić w spódnicy, gdy są na dole goście. Mają też ulubiony temat: faceci. – To, że masz chore dziecko, nie oznacza, że nie jesteś kobietą – uśmiecha się Monika. – Nasz ulubiony temat ma taki motyw przewodni: żeby mieć dobre układy ze swoim facetem, trzeba go mieć. Żadna z nas nie ma. To znaczy każda ma ojca swojego dziecka, kochasia, który odszedł w siną dal, i co najwyżej czasem przyśle swoją matkę, żeby skontrolowała, czy dobrze wypełniamy rolę męczennicy. Ale my nie o nich gadamy. Gadamy o prawdziwych facetach, czyli takich, którzy nas nigdy nie będą chcieli.

Dziewczyny mają różne doświadczenia. Na przykład Dominika, której mąż wyjechał do Irlandii, podobno dla dobra jej i dziecka, i nawet przysyła pieniądze, ale gdy jest w Polsce, jego matka to przed nią ukrywa, żeby czasem się nie spotkali...

Jedno jest pewne – życia nie da się przewidzieć, nie da się niczego zaplanować. Wszystko może się zdarzyć – oczywiście poza tym, żeby jakiś mężczyzna chciał się związać z matką cudzego niepełnosprawnego dziecka. Co do tego są zgodne: historia nie zna takich przypadków.

Ulotne chwile

– Mam jeszcze taką refleksję – mówi Monika. – Mimo całej udręki, braku jakiejkolwiek satysfakcji z życia, skrajnego umordowania i tego powszechnego ohydnego udawania, że nas w społeczeństwie nie ma, chyba nie wyglądam najgorzej, bo jakieś dwa tygodnie temu na ulicy, byłam oczywiście bez Stasia, zaczepił mnie facet. To było boskie. Wreszcie ktoś dostrzegł we mnie kobietę. Byłam objuczona siatami, a on głębokim basem zagaił: „Czy mogę pani jakoś pomóc?”. Tak, drogi książę, może mnie pan uratować od rozpaczy. Tego typu egzaltacje mam na szczęście dawno za sobą. Na głos powiedziałam: „A ile ma pan czasu?”. „Ile potrzeba” – odparł i szarmancko przejął moje ciężkie torby. Powiedziałam, że to świetnie. Wejdźmy do mnie, bo potrzebuję znieść stół do piwnicy. Mam kotlety i wino też się znajdzie. Ja nie mam oporów w rodzaju: „Ojejku, co on sobie o mnie pomyśli?”. Niech sobie myśli, co chce, ja muszę znieść ten stół, bo zawadza o wózek. Stół znieśliśmy, na kotlety został. Siedział do wieczora, gadaliśmy, piliśmy wino. Bardzo elegancko mnie uwodził. O ósmej moja mama zadzwoniła z dołu, że już mogę zejść po Stasia. Mówiłam facetowi, że mam niepełnosprawnego syna, ale jak zobaczył Stasia, zmył się w pięć minut. Ja go nie winię, bo mnie samej trudno zrozumieć, jak ja to wytrzymuję.

Zapytana, co by najbardziej chciała dostać od życia, Monika dość długo się zastanawia. Najpierw się śmieje, że nowe życie, ale potem poważnieje: – Chciałabym raz na rok, no może, raz na dwa lata, wyjść gdzieś na jakiś koncert. Pamiętam, że jako młoda dziewczyna latałam na tak dużo imprez, że po tygodniu nie pamiętałam już, na czym byłam. Teraz noszę takie przeżycie w sobie miesiącami, karmię się tym, pamiętam najdrobniejsze szczegóły, i jeszcze dzielę się z innymi dziewczynami z forum. Wszystkie tak mamy. Chcesz pomóc matce niepełnosprawnego dziecka? Kup jej bilet na koncert. Tylko musisz podarować go ze swoim czasem w komplecie, bo ktoś przecież musi zostać z jej dzieckiem.

Nie daj się! Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, pamiętaj, że:

Zawsze warto rozmawiać z ludźmi, którzy mają podobne doświadczenia. Dlatego poszukaj forum dla osób z bliskimi ci problemami. Stawiaj zwłaszcza na osoby podchodzące z dystansem do swojej sytuacji i zbliżonym do twojego poczuciem humoru.

Śmiało proś o wszelkie, nawet dziwne, rodzaje wsparcia. Wokół ciebie jest wielu życzliwych ludzi, tylko często nie wiedzą, jak zaoferować swoją pomoc.

Świat się zmienia. To, co wczoraj było tematem tabu, dziś już nie musi nim być. Dlatego o swoich potrzebach i specyfice życia mów otwarcie i odważnie. Narzuć sobie misję prekursora: uświadamiaj ludziom, że można żyć na wiele różnych sposobów.

Nigdy nie myśl o sobie: „Jestem samotną mamą niepełnosprawnego dziecka”. Nie wdrukowuj sobie tego komunikatu. Jesteś kobietą – to twoja najważniejsza rola.

Prowadź zapiski dotyczące najśmieszniejszych rzeczy, jakie ci się ostatnio przydarzyły. Co pół roku wszystkie czytaj. Zobaczysz, że twoje życie wcale nie jest takie ponure.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Powstał Ogólnopolski Telefon Autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dzwonić można z różnymi sprawami. Zarówno formalno-prawnymi, jak i tymi dotyczącymi diagnostyki i terapii. Po drugiej stronie słuchawki jest osoba, która zrozumie – bo sama ma diagnozę spektrum autyzmu. Pomoc jest oczywiście anonimowa. I bezpłatna.

„Mam na imię Adam. Mam 25 lat. Kończę studia. Czeka mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Interesuję się muzyką i sportem. Mam psa, dwie ręce, dwie nogi i dar do robienia zamieszania. Interesuję się matematyką, psychologią, medycyną, genetyką i kosmologią. Dodam, że takie naukowe zainteresowania mam od szóstego roku życia, czytam od piątego i posługuję się w komunikatywnym stopniu trzema językami (nie licząc ojczystego), przy czym nie umiem jeździć na rowerze, a „setkę” biegnę w 16 sekund. Coś nie gra, prawda?”

Tak pisze o sobie Adam Wrzesiński. Trener umiejętności społecznych i pierwszy w Polsce Terapeuta Integracji Sensorycznej z diagnozą ze spektrum autyzmu. On i kilka innych osób z taką właśnie diagnozą będzie od poniedziałku do soboty pracować jako konsultanci w Ogólnopolskim Telefonie Autyzmu – bezpłatnej i anonimowej formie pomocy osobom autystycznym i ich rodzinom.

Dzwonić można ze wszystkimi pytaniami. Wątpliwościami dotyczącymi spraw prawnych, jak zasiłki, ale też z problemami z terapią czy pracą zawodową.

Korzyści odnoszą osoby po obu stronach słuchawki – ci, którzy telefony odbierają, mają w ten sposób pracę. A kłopoty z zatrudnieniem to w przypadku osób ze spektrum autyzmu poważny problem. Z badania „Ogólnopolski Spis Autyzmu” przeprowadzonego w latach 2013-2016 wynika, że spośród wysokofunkcjonujących osób dorosłych ze spektrum płatną pracę miała tylko połowa. Tymczasem ludzie ci mają często specyficzne – i wysokie – kompetencje, które mogą przynieść pracodawcom wiele korzyści.

A dzwoniący dostaną rzetelną poradę, w dodatku od osób jak mało kto rozumiejących ich problemy.

„Jesteśmy przekonani, że Ogólnopolski Telefon Autyzmu może być punktem informacyjnym dla osób, które nie wiedzą jak się odnaleźć w gąszczu formalności, chcą dowiedzieć się o przysługujących im świadczeniach socjalnych, szukają informacji na temat diagnostyki i terapii” – mówi Monika Kłeczek, psychoterapeutka oraz prezeska Stowarzyszenia AS, pod której przewodnictwem pracować będzie zespół Telefonu Autyzmu.

A Adam Wrzesiński dodaje: „Uruchomiliśmy Telefon po to, aby pokazywać świat osobom ze spektrum autyzmu jako miejsce dobre i przyjazne oraz wyposażać w umiejętności niezbędne do odnoszenia sukcesów w swoich misjach życiowych przy równoczesnym zachowaniu ich poczucia wolności”.

Telefon funkcjonuje dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG przez Stowarzyszenie AS, które od 2010 roku pomaga osobom ze spektrum autyzmu czuć się równoprawnymi członkami społeczeństwa. Telefon ma działać do końca roku, ale już teraz organizatorzy starają się zdobyć środki na przedłużenie tego projektu.

Dzwonić można od poniedziałku do soboty w godz. 10:00 – 18:00 pod numer 333 070 180.

  1. Psychologia

Żona w wieku córki – o różnicy wieku w związku mówi terapeuta Benedykt Peczko

- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą kobietą? Czy wybrałbym ją, gdyby była starsza? Jeśli to jest to spotkanie, wtedy nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Różnica wieku schodzi na dalszy plan – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Pan po pięćdziesiątce i jeszcze bez młodej żony…?
Człowiek taki zabiegany… [śmieje się]

Moja przyjaciółka tak tłumaczyła swojemu mężowi, gdy zaczął się oglądać za młodszymi: „Ty się, kochany, zastanów! Młode kobiety są wymagające, podróże, drogie restauracje, potem dzieci, jak ty na to wszystko zarobisz?!”. Dlaczego mężczyźni sobie to robią?
Pięćdziesiątka jest trudna. Widać już oznaki starzenia się, ubytku sił. Mężczyzna dokonuje bilansu życia i najczęściej jest zawiedziony tym, co osiągnął, być może nie zrealizował ważnych celów, być może nie czuje się spełniony w dotychczasowym związku. Nowy związek może być próbą naprawienia przeszłości, cofnięcia czasu. Podświadomie mężczyzna chce wrócić do tego momentu, w którym błąd został popełniony, i zacząć jeszcze raz. W ten sposób oszukuje czas, oddaje się iluzji.

Wybierając młodą kobietę, podłącza się do żywotności i świeżości, odzyskuje dostęp do czegoś, co wydawało mu się, że traci. Na jakiś czas odsuwa od siebie perspektywę starości i śmierci. Stan zakochania, fascynacji, wibracje miłości sprawiają, że budzi się w nim młodzieniec, otwarty, energiczny, chętny. Organizm wytwarza mnóstwo endorfin, które zmieniają metabolizm, poprawiają nastrój. To jak zastrzyk młodości.

Młode, około trzydziestoletnie kobiety sygnalizują, że znalezienie równolatka, który byłby gotowy na budowanie związku i na dzieci, graniczy z cudem. Pięćdziesięciolatek wydaje się bardzo atrakcyjny; dojrzały, doświadczony, stabilny materialnie i zawodowo.
Nieraz słyszałem takie sformułowanie, że „wychować sobie żonę to ciężka praca”. Taki sposób myślenia wyznacza mężczyźnie rolę rodzica, mentora. Być może właśnie dlatego zwraca się ku młodej kobiecie. Czterdziestolatka raczej nie dałaby się wychowywać, bo dojrzałe kobiety znają swoją wartość, mają własne zdanie. Czterdziestolatka przypominałaby mężczyźnie, że młodość minęła. To nie byłaby ta maseczka odmładzająca, o którą chodzi.

A młoda kobieta jest ufna, zachwycona, wpatrzona w „tatusia”, pyta, słucha, przytakuje. Jak się temu oprzeć?
Młoda kobieta też ma swój zysk, bo „przecież on wszystko wie, tyle przeżył, więc mi powie”. To zwalnia z konieczności dojrzewania, przedzierania się przez błędy, brania odpowiedzialności za własne decyzje. W partnerskim związku i kobieta,i mężczyzna mają własne opinie, przekonania, potrzeby i oczekiwania, wyrażają własne zdanie. Znałem taki związek, w którym młoda kobieta dojrzała i odeszła, bo już nie potrzebowała „tatusia”. „Żegnaj, ojcze, spełniłeś swoje zadanie!” – chciałoby się powiedzieć [śmieje się]. Gdyby ten mężczyzna od początku wspierał dorosłość młodej kobiety, traktował ją jak partnerkę, być może związek by przetrwał. My, mężczyźni, musimy uważać na swoje mentorskie zapędy.

Okres zakochania i fascynacji nieubłaganie mija…
W Polsce mężczyźni żyją średnio 71 lat. Jeżeli nowe dzieci pojawią się w okolicach, powiedzmy, 55. roku życia, mężczyzna może mieć poczucie, że znowu – tak jak w poprzednim związku – zawiódł, nie sprostał oczekiwaniom, bo być może nie zobaczy swoich dzieci wkraczających w dorosłe, a nawet w młodzieńcze życie, nie będzie im towarzyszył w ważnych etapach rozwoju. To może budzić kolejne obawy, frustracje i niespełnienia. Mężczyzna w tym wieku może też nie najlepiej się czuć, mieć problemy z ciśnieniem, z sercem, z kręgosłupem. Okres szaleństw, balowania do rana, podróży najczęściej ma już za sobą. Młoda kobieta tych szaleństw pragnie, chce doświadczać wszystkiego, żyć pełnią. A on jest zmęczony, potrzebuje więcej odpoczynku. Będzie w coraz mniejszym stopniu zdolny do dotrzymywania jej kroku. Oczekiwania i potrzeby jej i jego nie są takie same. Kobieta ma przed sobą te etapy życia, które mężczyzna ma już za sobą. W fazie zakochania ani mężczyzna, ani młoda kobieta nie są tego świadomi.

No ale przecież miłość! Skoro w tych związkach rodzą się dzieci, to tak ma być, życie wie najlepiej. A że jest trudno? Zawsze jest. Tak właśnie tłumaczył mi jeden z późnych ojców.
W żaden sposób nie pomniejszamy wspaniałości tych związków. Związki są nieocenione. Dobrze jednak, gdy wiemy, jakie siły nami kierują, i znamy ograniczenia wynikające z naszych wyborów. Gdy bierzemy pod uwagę różne aspekty doświadczenia, całość, zadajemy sobie pytania i odpowiadamy na nie, wtedy możemy w sposób pełniejszy angażować się we wspólne życie, pokonywać trudności. To oczywiście dotyczy wszystkich związków, nie tylko tych z różnicą wieku.

Jak rozpoznać, że ten konkretny związek może być udany mimo różnicy wieku?
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą osobą? Czy gdyby ona była starsza, też bym ją wybrał? Czy gdyby on był młodszy, też byłabym pewna, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chcę żyć? Ważne pytania. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco – to jest to spotkanie. Nie biorę sobie młodej kobiety, bo muszę, bo to ostatni moment; bo jeśli teraz nie nadrobię straconego czasu, to już koniec, z górki. Nie decyduję się na tego mężczyznę z lęku o swoją przyszłość, macierzyństwo; bo skoro do tej pory nie spotkałam rówieśnika dla siebie, to trzeba się spieszyć. Więc niech będzie; jest ustawiony życiowo, taki mądry, spokojny, więc czemu nie? W dodatku jak się tak zastanowię, to nawet go kocham.

Gdy wybieramy tę konkretną osobę ze względu na nią, a nie ze względu na swoje niezaspokojone potrzeby, wtedy problemy stają się wyzwaniami, z którymi będziemy sobie radzić najlepiej, jak potrafimy, bo podejmujemy świadomą decyzję, na dobre i na złe. Gdy pojawiają się konflikty czy rozbieżność zdań, tym lepiej, bo wtedy uczymy się bardziej rozumieć siebie nawzajem. Różnica wieku schodzi na dalszy plan. Podzielamy wspólne wartości. Cenimy nawzajem swoją indywidualność, niepowtarzalność, wspieramy się w rozwoju tej unikalnej jakości w nas.

Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Jesteśmy tu ze względu na siebie, wszystko inne jest drugorzędne. Jednak mimo że jest drugorzędne, warto o tym pomyśleć.

Gdy 85-letni Andrzej Łapicki poślubił młodą żonę, dziennikarze pisali o tym, że w dzień ta para da sobie radę, ale co w nocy?
Liczy się jakość bycia ze sobą. Nawet jeśli kontakt seksualny w takich związkach nie jest tak częsty jak między równolatkami, może być satysfakcjonujący. W tych sprawach nie ma reguł.

Pomówmy też o porzucanych żonach. Gdy on po 30 latach związku odchodzi, trudno o szacunek dla takiej decyzji. Sprawdzają się wtedy rady mądrych kobiet: dbaj o siebie, inwestuj w swój rozwój, żebyś zawsze mogła na siebie liczyć, bo z nim nigdy nie wiadomo. Kobiety rozpaczają, mają poczucie przegranej i oczywiście zastanawiają się, co zrobiły nie tak. A jednocześnie są wściekłe. Porzucenie boli okropnie.
Gdy on odchodzi do młodszej, najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zachować dystans wobec tego, co się dzieje. Łatwo powiedzieć, ale nie ma innej rady. W żadnym razie nie obarczać siebie winą. Mężczyzna podejmuje tę decyzję ze względu na to, co się z nim dzieje, często z powodu przedśmiertnej paniki. Taka świadomość nie ukoi od razu cierpienia, ale jest dobrym punktem wyjścia do przeżycia straty. Bez względu na to, co się stało, jestem. Żyję. Jestem dla siebie najlepszym przyjacielem. Mam siłę, żeby o siebie zadbać.

Gdy patrzę na mężczyzn, którzy desperacko chcą się odmładzać, myślę, że najważniejsze jest odnalezienie młodości w sobie mimo zmniejszających się możliwości fizycznych. Młodość ducha jest niezależna od przemijania i starzejącego się ciała. Sprawia, że przestajemy szukać wody na pustyni, bo znajdujemy ją w sobie.

Wcale nierzadko zdarza się, że ci mężczyźni, którzy tak odważnie wchodzą w nowe, po kilku latach żałują swojej decyzji i tęsknią za dawnymi żonami. Może by nawet wrócili. No ale jest już za późno.
Też się z tym spotkałem. Mężczyzna upojony nowością ma ograniczone pole świadomości. Twierdzi, że to, co było, wypaliło się, bo w dojrzałym związku nie ma już ekscytacji, skoków adrenaliny. Nie jest w stanie zaczerpnąć siły z tego, co już przeżył i czego doświadczył; nie rozumie, jaki to ogromny kapitał, skarb. Woli zachwycać się wyobrażeniami na temat szczęścia w nowym związku, raju, który ma nadejść, a który często zamienia się w piekło.

Zdarza się, że budzi się z tego snu przerażony: Gdzie ja jestem? Co się porobiło? Czuje się samotnie w nowym związku. Zaczyna wspominać dobre chwile z poprzednią partnerką. Bo nawet jeśli w dalszym ciągu cieszy go fizyczna fascynacja, urozmaicenie, to tęskni za porozumieniem, za więzią, którą można zbudować tylko w wieloletniej relacji. Docenia to, co stracił.

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna – trzeba wiedzieć co się czuje

– Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy – mówi Katarzyna Tallar, trenerka inteligencji emocjonalnej. (Fot. iStock)
– Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy – mówi Katarzyna Tallar, trenerka inteligencji emocjonalnej. (Fot. iStock)
Co sprawia, że jednym życie płynie gładko, mają przyjaciół, dobre związki, odnoszą sukcesy, a innym idzie jak po grudzie? To kwestia umiejętnego zarządzania emocjami, twierdzi Grażyna Tallar, trenerka ucząca inteligencji emocjonalnej.

Zacznijmy od podstaw: co to właściwie jest inteligencja emocjonalna?
Najprościej mówiąc, jest to umiejętność radzenia sobie z emocjami własnymi i innych ludzi. Czyli rozpoznawanie ich i właściwe odczytywanie, korzystanie z nich i zarządzanie nimi. Tylko dzięki inteligencji emocjonalnej możemy rozumieć, co się dzieje w naszych relacjach z innymi. Np. dlaczego się właśnie z kimś pokłóciliśmy albo dlaczego kolega w pracy zareagował tak czy inaczej. Mamy możliwość aktywnego wpływania na własne życie: rozwiązywania konfliktów, wygrywania negocjacji, zdobycia dobrej pracy, zatrudniania właściwych ludzi...

Jedni potrafią to robić lepiej, inni gorzej. Ta zdolność nie jest wrodzona, możemy się jej nauczyć?
Pewien poziom inteligencji emocjonalnej mamy wrodzony, ale nie tylko można, wręcz trzeba ją ćwiczyć, rozwijać, podobnie jak ćwiczymy intelekt, pamięć. Niestety, mamy tendencję do deprecjonowania roli emocji w naszym życiu. To wielki błąd. To wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, nie intelekt, decyduje o tym, czy czujemy się szczęśliwi. Również, jak udowadniają najnowsze badania, w sferze zawodowej, w biznesie. Emocje mają wpływ na wszystko, a zwłaszcza na podejmowanie decyzji.

Dlaczego pani się tym zajęła? Nie jest pani psychologiem...
Studiowałam biznes. Odnosiłam przez wiele lat sukcesy w Kanadzie i Stanach, pracując w branży samolotowej. Doskonale się wpisywałam w ten niesłychanie zmaskulinizowany, autokratyczny świat. Jednak gdy zmieniłam branżę, poniosłam klęskę emocjonalną oraz jako menedżer. Nie mogłam zrozumieć, co tu nie działa. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ludzie mogą inaczej myśleć, inaczej działać, inaczej widzieć te same sprawy. Byłam zbyt arogancka, ostra, wymagająca. Widziałam błędy we wszystkich, tylko nie w sobie. Dopiero kiedy poszłam na szkolenie z inteligencji emocjonalnej, wszystko się zmieniło. Już po pierwszym teście pomyślałam, że jestem u wróżki. Wszystko się zgadzało. Choć niektóre stwierdzenia mi się bardzo nie podobały. Na przykład to, że jestem agresywna, a nie asertywna, jak lubiłam o sobie myśleć. Ale pierwszy stopień pracy nad sobą to akceptacja tego, co jest, bez owijania w bawełnę i upiększania, ale też oczerniania siebie. Dopiero kiedy naprawdę poznamy siebie, swoje talenty, ograniczenia i motywacje, mamy szansę znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce w życiu, aktywnie zmieniać świat wokół, by jak najlepiej w nim funkcjonować.

Podoba mi się to podejście: nie chodzi o to, by zmieniać siebie, dostosowywać się do wymagań, lecz o to, by uświadomić sobie, kim jestem, i do tego dostosować resztę.
Jeszcze niedawno psychologowie głównie radzili, by zmieniać siebie. Ale po co, kiedy możemy wykorzystać tę samą energię do odkrywania własnych talentów? Każda cecha, gdy jest uświadomiona, może być silną stroną. Odkrycia naukowców pokazują, że wykorzystując wrodzone cechy, będąc w zgodzie z naszym naturalnym sposobem przyswajania wiedzy, uczymy się szybciej. Nie musimy się tak bardzo wysilać, by coś zapamiętać, jeśli robimy to tak, jak lubimy, i gdy temat nas fascynuje. Każda nowa informacja tworzy nowe połączenia neuronowe. Emocje wzmacniają je. Czasem nie pamiętamy, co robiliśmy parę dni temu, a pamiętamy emocjonalne sytuacje sprzed lat. Stają nam przed oczami, czujemy je w ciele. Zapachy, dźwięki – wszystkie zmysły, które były zaangażowane, pomagają nam pamiętać. A to części składowe emocji.

Zdanie, które mi utkwiło z pani książki „ABC inteligencji emocjonalnej w praktyce”: zupełnie czym innym jest myśleć o emocjach, niż je przeżywać.
W uczuciach jesteśmy świetnymi teoretykami. Gorzej z praktyką. Ludzie nie wiedzą, co się w nich dzieje, nie potrafią wyrażać uczuć. Podobno zaledwie 20 procent ludzi może się poszczycić tak zwaną równowagą emocjonalną: są świadomi tego, co czują, i reagują z odpowiednim natężeniem emocjonalnym. Bo co prawda nie należy ukrywać emocji, ale też nie należy nimi epatować. Emocje trzeba wyrażać w sposób odpowiedni do sytuacji i z pełnym szacunkiem dla drugiego człowieka. Inteligencji emocjonalnej nie da się nauczyć z książek. Tak samo jak pływać czy jeździć na nartach. Możemy siedzieć i dyskutować, ale w końcu trzeba założyć te narty i zjechać. Tylko my sami możemy odkryć, jacy jesteśmy, jak widzą nas inni, jakie mamy prawdziwe motywacje, jak manipulujemy innymi. Ja naprawdę nie podejrzewałam, że jestem tak krytyczna w stosunku do ludzi, nawet kiedy nic nie mówiłam. Dopiero na ćwiczeniach to do mnie dotarło.

Emocje wyrażamy nie tylko słowami, ale również ciałem.
Wyraża je nasza postawa, twarz, ruchy, gesty. Wchodząc do pokoju, wnosimy nasze emocje. I ludzie je odbierają. To się dzieje poza naszą świadomością. My nic nie robimy, tymczasem nasze ciała, mózgi prowadzą ze sobą dialog. Możemy być nieświadomymi ofiarami tego dialogu. Np. myślimy, że chcemy pogadać, ale jesteśmy spięci i zdenerwowani, z czego nawet nie zdajemy sobie sprawy – nasz rozmówca wyczuje to już, zanim się odezwiemy, i zareaguje na ten nasz stres, a nie na to, co mówimy. I np. będzie chciał jak najszybciej skończyć rozmowę, bo uzna, że zachowujemy się agresywnie. My z kolei zinterpretujemy to pewnie tak, że on nas z jakiegoś powodu nie lubi. I nieporozumienie gotowe. Tak z grubsza wygląda emocjonalny model rozmowy – to jest rodzaj wiru, jedna emocja nakręca drugą często zupełnie wbrew naszym intencjom.

Mamy na to wpływ?
Nie mamy wpływu na to, co czujemy. Ale możemy się uczyć rozróżniać to, co czujemy, i decydować, co z tym zrobimy. Przede wszystkim zaś tego, że udawanie nie ma sensu. Często myślimy: „Niby wszystko poszło dobrze, ale jakaś dziwna była ta rozmowa”. Intuicja? Tak, czyli nic innego jak wysoka inteligencja emocjonalna. Udawana serdeczność jest wyczuwalna, nieprzekonująca. Nie ma sensu tracić na coś takiego energii. Nasze emocje i tak się rozpoznają. Podstawą dobrej komunikacji jest otwartość na drugiego człowieka i szczerość. Trzeba wiedzieć, co się czuje i jaką mamy motywację. Oraz jaki jest nasz prawdziwy cel. Często wydaje się nam, że próbujemy do czegoś przekonać partnera, że chodzi nam o konkretną sprawę. Tymczasem chodzi nam o to, by mieć rację, by wygrać. Po prostu. Albo żeby nie wyjść na kogoś głupiego. Ważną częścią składową inteligencji emocjonalnej jest samoocena. Im niższa, tym bardziej jesteśmy depresyjni i skłonni do krytyki. W rozmowie chcemy mieć rację, bo chcemy się dowartościować, sami sobie udowodnić, że jesteśmy lepsi. A to utrudnia komunikację, odcina od ludzi, więc pogłębia tylko ową niską samoocenę. Żeby podnieść swój poziom inteligencji emocjonalnej, czasem trzeba zmienić system wartości. Ja musiałam przyznać, że choć jestem osobą inteligentną, co uważałam za najważniejsze, w wielu sprawach sobie nie radzę. Bo inteligencja nie jest gwarancją sukcesu życiowego.

W jaki sposób możemy lepiej poznać siebie?
Na zajęciach proponuję testy i ćwiczenia, które to umożliwiają. Osobowości jest tyle, ilu ludzi, ale wystarczy wiedzieć, który typ w nas dominuje. Każdy z typów osobowości ma inne potrzeby. Nie ma ludzi gorszych i lepszych czy osobowości złych i lepszych. Natomiast są źle obsadzone stanowiska, źle dobrane związki. Ekstrawertyk, niezależny wizjoner będzie kiepsko pracował w samotności, podliczając liczby i wkładając do segregatorów papiery. Dla takich osób to więzienie. Tymczasem ktoś introwertyczny, znajdujący poczucie bezpieczeństwa w powtarzalności, sprawdzi się w takiej pracy i będzie spełniony. Gdyby miał być konferansjerem, żyłby w ciągłym stresie. Wbrew pozorom wiele osób tak żyje. Nie w zgodzie ze sobą, tylko spełniając czyjeś ambicje albo po prostu: bo taka im się trafiła praca.

Podstawą jest wzięcie odpowiedzialności za siebie, swoje zachowanie i swoje szczęście, nieobwinianie świata i innych ludzi za niepowodzenia. Wychowują nas w takiej wyuczonej bezradności: ktoś mi coś zrobił, mam pecha, coś się na mnie uwzięło. Inni ludzie nie są wystarczająco mądrzy, by zrozumieć, co mam na myśli. Ale gdy uznam, że to moim zadaniem jest tak przedstawić sytuację, aby ktoś inny mnie zrozumiał, wszystko się zmienia. W momencie, gdy przejmujemy kontrolę, stajemy się panami swojego losu. To klucz do szczęścia.

Grażyna Tallar, strateg biznesowy, międzynarodowa konsultantka w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi (HR), pionierka szkoleń inteligencji emocjonalnej w Polsce i w Kanadzie. Autorka wielu książek z tej dziedziny, m.in. popularnego podręcznika „ABC inteligencji emocjonalnej w praktyce”. Stworzyła i promuje system zatrudniania pracowników 3D Recruitment. Prowadzi warsztaty dla biznesu i kadry zarządzającej, współpracuje z wieloma firmami, m.in. Business Training Group z Torunia.