1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak podnieść energię życiową?

Jak podnieść energię życiową?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Jeśli energii pozbawia cię obecna praca, zmień ją, jeśli partner chce, żebyś dostosowała się do jego trybu życia, negocjuj – radzi psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk, komentując przypadki Basi, Agnieszki i Eweliny.

Jeśli energii pozbawia cię obecna praca, zmień ją, jeśli partner chce, żebyś dostosowała się do jego trybu życia, negocjuj – radzi psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czym właściwie jest energia, jaką mamy w sobie? Energia to życie. W szerokim tego słowa znaczeniu: fizycznym i emocjonalnym. Optymalny jej poziom daje poczucie dobrostanu. W miarę starzenia się, różnego rodzaju dysfunkcje odbierają nam tę energię życiową i ostatecznie umieramy. Jeżeli dobrze nią gospodarujemy i ją szanujemy, to może się odnawiać. Energia to ruch. Zbyt długi bezruch paradoksalnie nie magazynuje energii, tylko ją wyjaławia. Stąd na przykład osoby, które długo są bezrobotne, mają coraz mniej siły i energii, by znaleźć pracę. Z drugiej strony, nadmierne wydatkowanie energii na ruch czy pracę też może się źle skończyć, i doprowadzić do wyczerpania.

Co pozwala utrzymać energię na stałym poziomie? Ruch, ten czysto fizyczny, ale też psychiczny, czyli satysfakcjonujące życie emocjonalne, ciągle pracujący mózg, zdrowa dieta plus odpowiednie dawka odpoczynku, w tym snu.

Każdy z nas miewa jednak takie dni, gdy czuje się jak coś, co morze wyrzuciło na brzeg. I to często bez powodu… Jeśli odczuwamy zmęczenie i ospałość, których źródeł nie potrafimy ustalić, powinniśmy zacząć od podstawowych badań, jak morfologia. Powodem spadku energii może być bowiem anemia lub inna choroba. Kolejny krok to przeanalizowanie swojego trybu życia. Czy jest w nim harmonia, czy z czymś ostatnio nie przesadziliśmy. Jeśli już to ustalimy, należy robić odwrotnie niż do tej pory. Czyli jeśli za dużo pracowaliśmy, pracować mniej, jeśli za dużo odpoczywaliśmy, wziąć się do roboty.

Może się jednak zdarzyć, że wyniki są dobre, tryb życia higieniczny, a czujemy się bezsilni. Wtedy dobrze jest przyjrzeć się swojemu życiu wspólnie z coachem lub terapeutą. Może się okazać, że jesteśmy w głębokim wewnętrznym konflikcie, który jest na tyle destrukcyjny, że pozbawia nas siły, lub żyjemy z osobami, u boku których nie możemy realizować siebie, swoich potrzeb, do których za bardzo się dostrajamy. Może dla bycia w relacji zrezygnowaliśmy z siebie i trwamy w trudnych związkach z obawy przed zmianą.

Drugi obszar to praca zawodowa. Może przez dłuższy czas robimy rzeczy, które nie sprawiają nam radości, a dotychczasowa motywacja, dla której się tego podjęliśmy, jest już niewystarczająca. Wtedy należy dokonać jakichś zmian. Na przykład jeśli robimy coś, co nas nuży, a gratyfikacja finansowa, którą za to otrzymujemy, już nas nie satysfakcjonuje. Może lepiej za mniejsze pieniądze robić coś, co jest bardziej zgodne z naszym charakterem, a mniej frustrujące? Bo jeśli poświęcasz energię czemuś, co cię nie nakręca, to nie dostajesz jej z powrotem. A podstawą jest wymiana energii.

To się przekłada także na relacje. Tu też powinna być wymiana energii między partnerami. Jeśli jedno ciągle bierze, a drugie ciągle daje, powstaje nierównowaga i tak naprawdę energii nie ma ani osoba dająca, bo nie dostaje nic w zamian, ani ta, co bierze, bo ciągle jest jej mało. Dzieje się tak zwykle wtedy, gdy jesteśmy z partnerem, który oczekuje, że będziemy „jacyś”. Tak nam na nim zależy, że dopasowujemy się do jego oczekiwań.

Podobnie wyczerpujące mogą być relacje przyjacielskie. Z drugiej strony, bycie pomocną daje też dużą satysfakcję, trudno zauważyć, że jest się wykorzystywanym. Tak, i czasem nie obędzie się bez pomocy psychoterapeuty. Bo często jest tak, że inni dookoła to widzą, a nie dostrzega tego sama zainteresowana osoba. To prawie jak uzależnienie. Najczęściej taka podatność na wykorzystywanie ma swoje korzenie we wczesnodziecięcych zachowaniach, kiedy jako maluch musieliśmy się dostosować do potrzeb opiekuna, najczęściej matki, żeby ta była zadowolona. Bo lęk, złość czy smutek matki jest dla dziecka zagrażający. W ten sposób maluch uczy się, że musi być „dla kogoś”, żeby czuć się bezpiecznie. I powtarza to w dorosłym życiu, bo nie wierzy, że będąc sobą, może być kochany i akceptowany. Że odmowa nie będzie oznaczała końca relacji.

Wszyscy chcemy być z kimś w bliskości. I jesteśmy w stanie dla tego dużo poświęcić. I tak tkwimy w związkach, które ranią i stopniowo wysysają z nas energię. Często skrzętnie ukrywamy własne nieszczęście i smutek. Nie komunikujemy ich, a wtedy jest jeszcze gorzej, bo obraca się to przeciwko nam, w postaci autodestrukcji, czyli świadomego pozbawiania się sił, poprzez popadnięcie w alkoholizm, uzależnienie, nerwice czy choroby.

Jak rozpoznać, czy ktoś nie chce się doładować naszą energią? Są osoby, przy których czujemy, że coś się dzieje kosztem naszej energii. Niby się umawiamy na współpracę, ale tak naprawdę wszystko się odbywa naszym nakładem sił. Dzieje się tak wtedy, gdy ktoś, wprost lub nie, oczekuje, że to my będziemy odpowiedzialni za relację, za to, by dać drugiej stronie coś, co ona chce dostać. Na przykład koleżanka, która opowiada o swoim problemie i absorbuje nas tak bardzo, że nie możemy jej odmówić. Z drugiej strony, cokolwiek byśmy zrobili, i tak jej nie zadowolimy, bo ona ma ciągłą potrzebę uwagi. Takie manipulacje często odczuwamy na poziomie ciała, a symptomy to ból głowy, ochota na coś słodkiego, zmęczenie. To oznaka, że ktoś przejął nad nami kontrolę, że nie zadbaliśmy o siebie. Ale taki sprzeciw wymaga też ogromnej siły.

Zwłaszcza jeśli taką wiecznie niezadowoloną osobą jest ktoś bliski, na przykład rodzic. A szczególnie rodzic dorosłego dziecka. W tym wypadku zdrowym mechanizmem jest zbuntowanie się, powiedzenie: „Trudno, nigdy ciebie nie uszczęśliwię”. Czyli trzeba nazwać sytuację i odejść, by dać rodzicowi czas na zreflektowanie się, ale może też to się nigdy nie zdarzyć. Wtedy trzeba zaakceptować ten smutny fakt, że mama czy tata nigdy nie będą szczęśliwi i usatysfakcjonowani, i się z tym pogodzić. Przestać się dalej starać i zająć sobą, pracować na własny dobrostan.

Niestety, często też sami siebie pozbawiamy energii… Czego efektem są na przykład depresje. Może się tak dziać, kiedy jesteśmy na tyle niedojrzali, że nie potrafimy radzić sobie z porażkami i obwiniamy się za wydumane nieszczęścia. Uczucie porażki, bycia gorszym zaczyna nam podcinać skrzydła.

Jak zatem ochronić siebie? Jeśli stwierdzimy, że energii pozbawia nas obecna praca, zmieńmy ją, jeśli partner chce, byśmy dostosowali się do jego trybu życia, negocjujmy. Może bez żalu zostanie sam w domu, skoro nie chce iść na imprezę do znajomych. Wszelkie manipulacyjne opinie o nas, wygłaszane przez koleżanki, pracodawców czy rodziców, kwitujmy: „Naprawdę tak myślisz?”, po czym od razu zmieniajmy temat lub pomieszczenie. Jeśli jednak czujemy, że matka, partner czy szef są toksyczni – uciekajmy. Zakończmy związek, ograniczmy kontakt, wyjedźmy. Bywa, że rozstanie jest jedynym rozwiązaniem, by ratować siebie.

Ewa Chalimoniuk, certyfikowana psychoterapeutka i trener Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, prowadzi terapię w Laboratorium Psychoedukacji, www.ips.pl

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wredni i toksyczni ludzie – dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

  1. Zdrowie

Kinezjologia - leczenie bez leków

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Leczenie bez skutków ubocznych, bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarz medycyny, pediatra i specjalista rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei. Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów.

Leczenie bez skutków ubocznych? Bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarka medycyny, pediatra i specjalistka rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei.

Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów. Twórcy kinezjologii połączyli następnie zachodnią medycynę (anatomię, fizjologię, punkty neurolimfatyczne z naczyniowymi) z medycyną chińską (przepływ energii życiowej chi, meridiany, oddziaływania punktów akupunkturowych). Udowodnili, że oddziałując pozytywnie na stan energetyczny mięśni, a poprzez nie na pracę organów wewnętrznych, wpływamy na emocje i na duchowość.

Niemożliwe? A jednak: stres, lęk, zmęczenie - zmieniają naszą sylwetkę, bo powodują napięcie lub osłabienie mięśni. To widać. Gdy nagle otrzymujesz złą wiadomość – czujesz jak nogi się pod tobą uginają. Wspaniałą wiadomość – skaczesz  z radości. Czujesz skrzydła u ramion. Kinezjologia pokazuje jak poznać i wykorzystać dla naszego zdrowia połączenie myśli, emocji, ciała z otaczającym nas światem. Zmiany w mięśniach spowodowane stresem widać, ale są też inne, te niewidoczne, związane z zablokowaniem przepływu krwi, limfy, energii życiowej. Przywrócić prawidłowa sylwetkę, to też przywrócić prawidłowe krążenie oraz przepływ limfy i chi. A więc także poprawić nastrój, wzmocnić siły i chęć życia.

- Co mnie w tej metodzie zainteresowało? – mówi dr Dorota Kalwajt. – Test mięśniowy, chciałam się go nauczyć, gdyż widziałam, jak niemieccy lekarze dzięki niemu nie tylko zdiagnozowali chorobę i jej przyczyny, ale też sprawdzali, który z możliwych, czasem koniecznych, leków będzie dla tego chorego najodpowiedniejszy? A to istotny element pracy lekarza, gdyż każdy organizm jest inny, choćby z powodu nietolerancji pokarmowych itp.

Odblokuj punkty energetyczne

Codziennie rano, zanim jeszcze wstaniesz, możesz wykonać masaż punktów na twarzy i ciele oraz parę ruchów gałkami ocznymi, by poczuć przypływ energii życiowej. Łatwiej ci będzie wstać, a wówczas warto jeszcze postymulować punkty nazywane neurolimfatycznymi. To wystarczy, by energia, dobrze znana medycynie chińskiej, oraz krew i limfa zaczęły lepiej krążyć, a więc by ci nie zabrakło sił przez cały dzień.

Jeśli nauczymy się znajdować i pobudzać te miejsca, gdzie nasza energia na skutek stresu została zablokowana, co odczuwamy jako brak sił czy możliwości skupienia się przy pracy, a nawet jako ból, będziemy mogli sami sobie pomóc. Sens kinezjologii opiera się na tym, że zablokowanie energii w jakimś miejscu, zazwyczaj związane z długotrwałym stresem, staje się powodem choroby. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od zaburzeń pracy żołądka.

Kinezjologia, czyli ratunek dla żołądka

Jeśli żołądek boli i nie pracuje tak jak trzeba, to dokładanie mu chemicznych substancji, jakimi są leki, nie zawsze pomoże. Może nawet zaszkodzić, bo to co dzieje się z przewodem pokarmowym ma zazwyczaj źródło w emocjach – przecież obok żołądka mamy splot słoneczny, czyli ich siedlisko. Jeśli więc nie chcemy, żeby brzuch nas bolał, potrzebujemy metody, która pomoże nam pokonać stres, a więc ukoi emocje.

Jakie to są emocje? Możemy poznać je dzięki badaniu mięśni, gdyż w nich są one zapisane. Tam też możemy je „rozładować”, a dzięki temu wzmocnić organizm. Jeśli mamy problemy żołądkowe – jest to często efekt wyłączenia pracy całego systemu trawiennego. A to bywa efektem stresu, bo po co organizm ma tracić siły na trawienie, kiedy jest zagrożone jego istnienie? To mechanizm pierwotny – kształtował się, gdy stres był sygnałem realnego zagrożenia, bo oto na naszej ścieżce pojawił się tygrys. A więc cała energia kierowana jest do mięśni, by przed nim uciec, albo go pokonać. Problem polega na tym, że ten mechanizm działa nadal, choć stres ma inne źródło. Niestety, stał się też permanentny co niszczy pracę układu pokarmowego. Popatrz na swój dzień: stres za stresem. Nie masz chwili wypoczynku, czyli też czasu, by móc strawić pokarm.

Potrzebne ci sposoby, który pomogą ograniczyć niszczące skutki stresu na dany organ, sposoby, które naturalnie wzmocnią twój organizm, czyli poprawią przepływ krwi i odblokują przepływ limfy oraz energii. Dzięki medycynie chińskiej (teoria meridianów, czyli kanałów którymi płynie energia życiowa) i fizjoterapii zachodniej (połączenia między mięśniami a organami wewnętrznymi) wiemy, że  w tym celu warto wzmacniać i stymulować mięśnie.

  1. Seks

Energia seksualna pomoże ci pokonać lęk

Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Energia seksualna to źródło mocy i siły. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jesteśmy zamknięci na energię seksualną, nie potrafimy kochać. Jeśli się na nią otworzymy, wypełni nas pierwotna siła, dzięki której będziemy mieli odwagę skonfrontować się z lękiem.

Kultura, w której żyjemy, sprzyja odbieraniu nam wewnętrznej siły płynącej właśnie z energii seksualnej. Postrzeganie ciała jako grzesznego, wpajanie przekonań zamykających na swobodne bycie w kontakcie seksualnym z drugą osobą, tłumienie emocji, takich jak złość czy smutek – przyczyniło się do rozwoju cywilizacji ludzi zalęknionych i zamkniętych w sobie, coraz częściej doświadczających poczucia bezsensu i zagubienia. Drogą do wyzwolenia jest otworzenie się na prawdziwą bliskość z drugim człowiekiem.

Nazwij swoje ograniczenia

Seks ma swój początek w mózgu, dlatego nie dojdzie do stanu spełnienia, jeśli umysł na to nie zezwoli. Zatem pierwszym krokiem na drodze do wolności seksualnej jest przyjrzenie się naszym przekonaniom i temu, co dla nas jest wstydliwe, czyli tak naprawdę granicom, które przejęliśmy w spadku po rodzicach. Dobrze jest na nowo je nazwać i świadomie zracjonalizować, czyli zobaczyć, na ile są słuszne, aktualne, zdrowe i wspierające, a w jakim stopniu nas ograniczają i sprawiają, że życie traci blask – a my uznajemy to za coś naturalnego, szukając spełnienia na zewnątrz.

Zaakceptuj swoje lęki

Zawsze przyciągamy do siebie partnera, który odwzajemnia naszą gotowość do otwarcia się na seksualność. Jeśli masz zamknięte serce i spięte ciało, będziesz spotykała mężczyzn o podobnych problemach, często nieobecnych, odciętych od uczuć. Dlatego bardzo ważne jest zaakceptowanie siebie ze swoimi lękami i blokadami, z intencją otwarcia się – to drugi krok, który należy uczynić. Wyrażenie jasnej intencji – kierunku, w którym zmierzamy, spowoduje, że podświadomość otrzyma jasny komunikat. Wyjdźmy więc poza ramy aktualnych przekonań. Jeśli przeszłość dostarczyła nam wielu traum, jeśli miłość nas zraniła, nic dziwnego, że obawiamy się przyszłości. Jednak poprzez wyrażenie szczerego pragnienia doświadczenia prawdziwej bliskości, zamiast koncentrowania uwagi na poczuciu bycia ofiarą – sprawimy, że koleje losu powoli zaczną się zmieniać.

Przestań dążyć do ideału

Kiedy wkraczamy na drogę rozwoju osobistego, często dostrzegamy w sobie tyle niedoskonałości, że naprawiania siebie nie widać końca, tymczasem nie ma nic bardziej zamykającego na prawdziwą bliskość, jak maniakalna potrzeba udoskonalania siebie. Masz prawo odczuwać złość, masz prawo czuć się źle, masz prawo wyobrażać sobie, że jest wiele kobiet bardziej atrakcyjnych od ciebie. Usiądź spokojnie i obserwuj, jak powstają te ciągi myśli, jak dana teoria kiełkuje w świadomości i jak wpływa na twoje uczucia i wybory, bądź świadoma, że każde uczucie jest stwarzane przez myśl. Pozwól pojawić się emocji, pozwól na drżenie ciała. Otul się kocem i obserwuj.

Zacznij wyrażać uczucia

Co robi dziecko, kiedy jest przestraszone? Krzyczy, płacze. Co robią dorośli, kiedy się czegoś boją? Najczęściej udają, że nic nie czują. Jeśli udajesz, że się nie boisz, będziesz tak samo udawała, że jest ci dobrze – w konsekwencji stracisz odwagę do poszukiwania przyjemności dotyku i bliskiego kontaktu. Jeśli nie zdążysz przekształcić myśli we wspierające, i zawładnie tobą trudna emocja, przejdź do kroku czwartego, czyli do pozwolenia sobie na wyrażenie tego, co czujesz. Jeśli chce ci się płakać, to płacz naprawdę, jeśli czujesz złość, to znajdź sposób na szczere, ale bezpieczne dla otoczenia danie jej ujścia. Ten, kto poddał się takiemu doświadczeniu, wie, że na dnie każdej trudnej emocji czeka niespodzianka – pełne wyrażenie smutku sprawia, że możemy doświadczać czystej, niczym nieskrępowanej radości, a poddanie się złości jest kluczem do dzikiej, pozbawionej lęku seksualności, która otwiera serce na miłość.

Skieruj się ku ciału

Gdy zauważysz moment, w którym zaczynasz funkcjonować jak na automatycznym pilocie: jesteś spięta, boli cię głowa, zatrzymaj się i poszukaj spokojnego miejsca. Zacznij powoli oddychać, przypominając sobie miejsce i czas, w którym czułaś najgłębszy spokój. Teraz skieruj uwagę w stronę serca, potem połącz je z centrum twojej seksualności, czyli dolnymi partiami ciała, delikatnie oddychając. Uświadom sobie, że wszystko, co blokuje twoje ciało na swobodny przepływ energii, jest wynikiem twoich myśli. To spowoduje, że znowu się odprężysz i przestaniesz się wstydzić. Twoje ciało zaczyna żyć, a ty, bez względu na wiek, emanujesz kobiecością i seksualnością. Zadomowienie się w ciele jest podstawową zasadą atrakcyjności. Każdą komórką ciała czujesz, że żyjesz!

Dorota Hołówka: Prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Zdrowie

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  1. Psychologia

Puste relacje - zamiast miłości i wsparcia, ból i samotność. Czy taki związek ma szansę?

Puste relacje to takie, w których zamiast miłości, radości, bezinteresownej życzliwości i wsparcia doświadczamy emocjonalnego bólu, przemocy i braku intymności. (Fot. iStock)
Puste relacje to takie, w których zamiast miłości, radości, bezinteresownej życzliwości i wsparcia doświadczamy emocjonalnego bólu, przemocy i braku intymności. (Fot. iStock)
Doświadczamy w nich emocjonalnego bólu, braku intymności i satysfakcji, wszelkiego rodzaju przemocy. Zamiast miłości, radości, bezinteresownej życzliwości i wsparcia. Warto przyjrzeć się, w jakich relacjach żyjemy.

Susan Chapman w książce „Five Keys to Mindful Relationships” opisuje puste relacje i podaje alternatywę dla nich. Te pierwsze nazywa związkami kokonami, w których funkcjonujemy bez świadomości. Czyli, będąc w nich, poddajemy się w sposób nieświadomy rządzącymi nami schematami. Ulegając tym mechanizmom, wybieramy życie w smutku, niepokoju, niespełnieniu. W pustych relacjach doświadczamy braku troski, szacunku, uczuć. Cena, jaką za to płacimy, jest wysoka. Rezygnujemy z jakiejś części siebie, po prostu siebie zdradzamy. Aby zostać w takiej relacji, trzeba się znieczulić, zapomnieć o emocjonalnych i fizycznych potrzebach, o swoich marzeniach.

Champan porównuje to do życia w kokonie, ponieważ ukrywamy się, myląc ten stan z poczuciem bezpieczeństwa. To fałsz, w który wierzymy, bo tak bardzo lękamy się zmiany. Kryje się pod tym jeszcze głębiej schowany lęk, że nikt inny nas nie pokocha, albo że nie damy rady żyć w pojedynkę. Więc godzimy się na relację taką, jaka ona jest, chociaż w ten sposób sami się krzywdzimy. Skazujemy się na iluzję bliskości i intymności, by uniknąć tego, co budzi nasz strach. Najczęściej chodzi o bycie sobą.

Paradoksalnie tendencję do życia w „relacjach kokonach” mają ludzie wrażliwi, o dużej emocjonalności, ponieważ boją się siły swych uczuć. Miłość jest u nich mylona z głodem doświadczania uczuć, z ogromną potrzebą bliskości i przynależności. Ponieważ te uczucia podszyte są lękiem, lęk ten przyciąga partnerów, którzy są nieczuli. Łącząc się z nimi z tego gorącego pragnienia, wrażliwcy tracą swoje osobiste granice, tłumiąc swoje potrzeby. I zostają w krzywdzących relacjach z powodu fałszywego poczucia bezpieczeństwa, godząc się na rozczarowanie, zranienia, uczuciową pustkę. Pojawia się poczucie izolacji i wyobcowania, a wreszcie rozpacz.

Susan Chapman pisze też o prawdziwej, zdrowej relacji. Jest w niej bezwarunkowa miłość. Po czym rozpoznać ten stan? Po tym, że mamy otwarty umysł, świadomość i uważność na codzienne życie, na siebie i na partnera. Po tym, że nasze serce jest delikatne, bo otwarte, posiadamy zdolność do odczuwania radości, wiemy co to zachwyt chwilą. Mamy pełny dostęp do współczucia dla siebie i dlatego w każdej chwili możemy ofiarować ją partnerowi. Zyskujemy ją poprzez poznanie własnego lęku przed tym, że nie doświadczymy miłości. Potrafimy wejrzeć w niego, zaakceptować go i zaryzykować bliskość w prawdziwej relacji.