1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zaopiekować się sobą? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Jak zaopiekować się sobą? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Nie zawsze wiemy jak mądrze o siebie zadbać. Wiele zgubnych nawyków pochodzi jeszcze z czasów dzieciństwa. (fot. iStock)
Kupujemy modne buty, bierzemy kredyt na dom i zapisujemy dzieci na kolejne zajęcia dodatkowe. Ale czasu na rozmowy z przyjaciółmi nie mamy. Czy opiekujemy się sobą? Co to właściwie znaczy? I dlaczego tak niewielu z nas to potrafi – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, twórca metody budowania odporności na stres „8 razy O”.

Może opiekowanie się sobą jest trudne, bo chcielibyśmy, żeby w życiu było jak w piosence i żeby to ktoś inny zaopiekował się nami?
Ale by cokolwiek z programu „8 razy O” sensownie zastosować w swoim życiu, trzeba opanować umiejętność opiekowania się sobą. Niestety, większość z nas ma do siebie stosunek niechętny, podejrzliwy, a nierzadko agresywny. Jesteśmy wobec samych siebie nadmiernie wymagający, stawiamy sobie bardzo wysoko poprzeczkę i wyznaczamy nierealistyczne zadania. A na dodatek jawnie sobie szkodzimy, wpadamy w różnorakie uzależnienia, udając przed sobą i przed światem, że czynimy tylko to, co chcemy i lubimy.

A chcemy napić się alkoholu codziennie wieczorem.
Albo wypalić 40 papierosów dziennie. Zapominamy, że jeśli stracimy umiar, to, co najbardziej lubimy, może stać się naszym największym wrogiem. A coś, co uznaliśmy za najlepsze lekarstwo na stres i poczucie zagrożenia, może przynieść więcej cierpienia niż stres i zagrożenie. A więc opiekowanie się sobą nie jest sprawą prostą. Czasem wymaga gruntownej zmiany nawykowych postaw wobec siebie. Uczymy się bowiem opiekować sobą od tych, którzy zajmowali się nami, gdy najbardziej tej opieki wymagaliśmy. Jakość tej opieki, jej klimat i praktyczny kształt decydują o tym, w jaki sposób sami będziemy zajmować się sobą jako dorośli. Przejmujemy to tak, jakbyśmy przerzucali program z jednego komputera na drugi.

A więc jeśli nie byliśmy zadbani w dzieciństwie, będziemy mieli problemy z właściwym odżywianiem, przestrzeganiem godzin snu czy ćwiczeniami?
Będziemy tkwili w złych nawykach i nie będziemy szukać alternatywy aż do chwili, gdy nasze zdrowie zostanie poważnie zagrożone. Doprowadzimy się na przykład do sytuacji wypalenia energetycznego. To brak tej wewnętrznej postawy, którą nazywamy zdolnością do opiekowania się sobą, jest najważniejszą przyczyną nasilającej się epidemii syndromu wypalenia.

Epidemii... – czyli niedbanie o siebie jest aż tak powszechne?
Zaskakująco powszechne jest traktowanie swojego ciała i jego potrzeb jako czegoś nieważnego. Uważamy, że jesteśmy stworzeni do tzw. wyższych celów, a ciało to tylko kłopotliwy balast, który nam w tym przeszkadza. W efekcie traktujemy samych siebie przedmiotowo – nadużywamy naszego ciała. Ale opiekowania się sobą nie da się sprowadzić wyłącznie do dbania o kondycję fizyczną. Trzeba też pamiętać o umiejętności odmawiania innym, gdy usiłują przekroczyć granice naszej psychofizycznej wydolności. I zachować uważny stosunek do tych potrzeb i wartości, które wykraczają poza materialne powodzenie i poczucie bezpieczeństwa. Należy do nich również podtrzymywanie dobrych relacji z ważnymi, bliskimi nam emocjonalnie ludźmi. Wszystko to wymaga całkowicie innego ustawienia życiowych priorytetów. Ale aby to pomieścić i zrealizować w naszym zabieganym życiu, niezbędne jest zdrowe, silne i sprawne ciało.

Znam ludzi, u których poświęcanie czasu samemu sobie budzi złość. Od czego mogą zacząć naukę dbania o siebie?
Od refleksji nad tym, czego w tym zakresie nauczono ich w dzieciństwie. Czyli w jaki sposób opiekowano się nimi. Najważniejszy jest stosunek wymagań do wsparcia i miłości. Każdy rodzic w wychowaniu uwzględnia te dwa aspekty, ale nasilenie zachowań autoagresywnych wskazuje, że większość dzieci, które w ostatnich latach weszły w dorosłe życie, została wychowana pod presją zbyt dużych oczekiwań. Dlatego też w dorosłym życiu wymagają od siebie zbyt wiele i nie potrafią dawać sami sobie wsparcia, miłości – czyli nie potrafią opiekować się sobą.

Dla rodziców podnoszenie dzieciom poprzeczki to często wyraz miłości. Nie ma nic złego w oczekiwaniu od dziecka, żeby się uczyło, rozwijało talenty. Ale nie powinniśmy wymagać za dużo ani poświęcać czasu, który można przeznaczyć na kontakt z dzieckiem, wyłącznie na przewożenie go z miejsca na miejsce na kolejne zajęcia dodatkowe. Nawet jeśli są tylko rekreacyjne, jak tenis czy gra na gitarze. Dziecko potrzebuje się ponudzić, bo tylko wtedy uruchamia swój twórczy potencjał. Rodzice nie tylko powinni dbać o jego wykształcenie, ale też bawić się z nim, wygłupiać, okazywać czułość i troskę. Warto się więc zastanowić, czy nasi rodzice przytulali nas, grali z nami w piłkę i gotowali budyń także wtedy, kiedy nie byliśmy chorzy?

 
A jeśli nie?
To może znaczyć, że zostaliśmy tak ukształtowani, że będziemy od siebie wymagać zbyt wiele, stale wątpić, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, żeby zasłużyć na wypoczynek, na pochwałę, na miłość. Aby to zmienić, trzeba uświadomić sobie ten mechanizm i postanowić, że będziemy dla siebie lepszymi opiekunami niż nasi wcześniejsi opiekunowie. Że zaczniemy odmawiać, kiedy inni będą chcieli nam dołożyć zbyt wiele roboty. Że będziemy uwzględniać swoje ważne potrzeby, również potrzeby ducha, i że zajmiemy się w mądry sposób naszym ciałem. Że nie wszystko, w co się angażujemy, musi być podporządkowane jakiemuś celowi: posiadaniu, karierze, pozycji, że będziemy robić różne rzeczy dla nich samych, dla przyjemności, satysfakcji.

Przyjemnością, z jaką najczęściej mamy dziś do czynienia, są chyba zakupy. Moje koleżanki kupują ubrania, koledzy sprzęt elektroniczny. I zgodnie nazywają to opiekowaniem się sobą.
Kupowanie jest formą opieki. Ale jeśli umiemy sprawiać sobie przyjemność wyłącznie zakupami, to prawdopodobnie w dzieciństwie prezenty były podstawową formą okazywania nam miłości. Rodzice nie mieli widocznie czasu ani pomysłu na nic innego. A jeśli okazujemy sobie troskę, przekarmiając się, to zapewne w dzieciństwie podstawową formą wyrażania miłości było karmienie.

Jak je zamienić na opiekowanie się sobą w zdrowy sposób?
To nie będzie łatwe, przypomina wychodzenie z nałogu. Najpierw trzeba być na odwyku, ograniczyć kupowanie, zmienić dietę. A potem nauczyć się zaspokajać swoje potrzeby w zdrowy sposób, czyli dać sobie miłość. Trzeba zapomnieć o iluzji, która mówi, że miłość można kupić. Trzeba zatrzymać się, posiedzieć w ciszy, ponudzić się, nie szukać dodatkowej roboty. Powstrzymać się przed paniką. Jeśli nam się uda, wkrótce odnajdziemy to, co nam potrzebne. Przypomnimy sobie na przykład, że kiedyś lubiliśmy pływać, i wtedy będziemy mogli do tego wrócić.

A może wyjechać z miasta, rzucić pracę w korporacji?
Katarzyna Grochola podobnie jak Małgorzata Kalicińska, autorka „Domu nad rozlewiskiem”, opisuje proces przemiany kobiety, która była korporacyjnym wojownikiem walczącym o dobra materialne, a potem nagle rzuciła wszystko, by wyjechać za miasto, palić ogień i chodzić boso po trawie. To życie skrajnościami – od ściany do ściany. Program „8 razy O” jest drogą środka. Nie ma powodu, aby rzucać pracę w korporacji, jeśli to nasza pasja, a nasze ambicje i talenty są tam realizowane. Rodzą się tylko pytania: jak godzić pracę z życiem poza nią? Jak dbać o siebie na co dzień?

Dlaczego warto zadbać o to, żeby dbać o siebie?
Najgorszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć, jest refleksja pod koniec życia, że przystawiliśmy drabinę do złej ściany. Kontakt ze sobą, przychylna postawa wobec siebie, czas na uświadomienie sobie swoich potrzeb, frustracji i radości są niezbędne, żeby w porę drabinę przestawić. Czasem w życiu trzeba to zrobić wiele razy, bo zmieniają się nasze potrzeby i priorytety.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Storytelling jest dziś ważnym trendem w edukacji i elementem marketingu, wykorzystywanym do budowania świadomości marki. Przede wszystkim jednak to doskonały sposób na powrót do korzeni, dobra metoda na stres, a nawet alternatywa dla psychoterapii. O tym, że słowa mają moc, z arteterapeutką Charlie Kesem rozmawia Julia Wollner.

Izrael jest przez wielu uważany za główne centrum storytellingu. W miejscowości Giwatajim pod Tel Awiwem każdej jesieni odbywa się głośny International Storytelling Festival, zaliczany do największych tego typu imprez na świecie; rozkwitają stacje radiowe, na antenie których przez całą dobę emitowane są tylko prawdziwe historie słuchaczy, a na małe i duże przyjęcia zaprasza się zawodowych opowiadaczy, którzy nie tylko dostarczą gościom rozrywki, ale też zainspirują i skłonią do refleksji. Izraelskie rodziny wynajmują pisarzy, którzy za opłatą spisują opowieści i wspomnienia najstarszych członków, a młodsze pokolenia tłumnie zapisują się na kursy zwane „retell your story”, mające – poprzez grupową pracę nad opowiadaniem swojej historii – pomóc spojrzeć na własną biografię z nowej perspektywy, docenić swoje mocne strony, a przeżyte trudności przekuć we wzbogacające doświadczenia. O moc prawdziwych historii pytam pochodzącą z Londynu, a mieszkającą w Tel Awiwie Charlie Kesem.

Etymologicznie rzecz biorąc, „storytelling” to po prostu opowiadanie historii. Kryje się w nim chyba jednak jakiś sekret, skoro przyciąga tak wielu ludzi, a niektórzy, jak ty, postanawiają zająć się nim zawodowo.
Zawsze uwielbiałam teatr, studiowałam arteterapię i szukałam sposobu na to, by połączyć działania kreatywne z pomaganiem ludziom. Nauka w szkole storytellingu oraz udział w licznych londyńskich wydarzeniach z nim związanych pokazały mi, że dzielenie się historią ma w sobie wielką moc, często pomaga w transformacji. Ważnym doświadczeniem było też dla mnie załamanie, które przeszłam – w takich momentach storytelling nierzadko daje podobne rezultaty jak sesja terapeutyczna, choć działa oczywiście na innej zasadzie. Sztuka opowiadania historii, jeszcze do niedawna trochę zapomniana, rozkwita na nowo, a powód wydaje mi się bardzo prosty: ludzie tego potrzebują.

Ale przecież rozmaite historie bombardują nas ze wszystkich stron. Słyszymy je w pracy, od znajomych, w mediach, w reklamach, czytamy je na Facebooku… Gdziekolwiek odwrócimy głowę, ktoś próbuje nam coś opowiedzieć, przekazać jakieś informacje o sobie…
Ja, mówiąc o storytellingu, nie mam na myśli marketingu ani mediów społecznościowych – odnoszę się do umiejętności słuchania i nawiązywania relacji. To ona jest tu kluczem. Za dowód niech posłużą nam badania, w których okazało się, że odtwarzanie nagrania, na którym ktoś opowiada swoją historię, nie daje tego samego rezultatu – właśnie dlatego, że w storytellingu najważniejsza jest bezpośrednia relacja, jaka tworzy się między dwoma osobami: słuchaczem i opowiadającym.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu samotni i potrzebujemy zbliżyć się do innych. Jak mawiała jedna z moich nauczycielek, opowiadanie historii pozwala znaleźć plemiennych towarzyszy. To bardzo prawdziwe stwierdzenie: gdy podzielisz się swoją historią, ludzie chcą o niej z tobą rozmawiać, zadają pytania. To, co ci się przydarzyło, zostaje w pewnym sensie powitane, przyjęte, zaakceptowane, a ty nie jesteś z tym już sam. Być może jeszcze ważniejszy jest proces słuchania, bo podczas niego dokonuje się w nas jakiś rodzaj wewnętrznego poruszenia, które może prowadzić do zmiany.

Jako artystka i jako człowiek szukam możliwości nawiązania nici prawdziwego, szczerego porozumienia – takiego, które pozwala odkryć się przed drugim człowiekiem, pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Ta nić bardzo pięknie przędzie się w storytellingu: zarówno w historiach prawdziwych, jak w tradycyjnych opowiadaniach takich jak podania i baśnie, które także są bardzo istotne w mojej pracy.

Ty, Angielka mieszkająca w Izraelu, podkreśliłaś, że mówiąc o storytellingu, nie odnosisz się do działań marketingowych, zaś ja, wpisawszy to hasło w polską wyszukiwarkę internetową, znajduję głównie rezultaty związane z brandingiem. Czy myślisz, że różne nacje są w różnym stopniu skłonne do dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami?
Nie, nie sądzę, aby tak było. Kiedy uczyłam się w International School of Storytelling w Forest Row, na zajęcia uczęszczałam z ludźmi z całego świata, z różnych grup wiekowych. Każdy z nich postanowił poświęcić trzy miesiące życia, aby przyjechać do tego zakątka Anglii i ukończyć kurs. Musi być ku temu jakiś powód. Moim zdaniem jest nim fakt, że każdy z nas, bez względu na kulturę i pochodzenie, potrzebuje spotkania z drugim człowiekiem. Oczywiście, powodów izraelskiej popularności storytellingu można szukać w tradycji żydowskiej, w jej związku z cyklicznością natury, z bliskowschodnim ukochaniem wspólnoty. Analogicznie zrobić można z kulturą celtycką i faktem, jak bardzo storytelling pokochali Anglicy. Tak naprawdę jednak to, co leży u podstaw storytellingu, obecne jest w każdej kulturze i właściwe wszystkim ludziom bez wyjątku. Zanim powstała telewizja i Internet, w każdym zakątku globu siadaliśmy przy ogniu, aby rozmawiać i słuchać mędrców, którzy dzielili się swoją wiedzą. Dziś po prostu na nowo odkrywamy radość tego rytuału.

Nie widzisz różnic związanych z pochodzeniem, a jak jest z wiekiem? Czy młode pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed telewizji i Internetu, ma do storytellingu inne podejście?
Odpowiedź znowu jest przecząca, bo, jak cały czas podkreślam, łączy nas wszystkich ta sama ludzka potrzeba. Ludzie starsi też bywają uzależnieni od technologii i im także bywa ciężko skoncentrować się i słuchać. Ten problem jest dziś niezależny od wieku.

A przecież w storytellingu podstawą jest właśnie słuchanie…
Jeden z moich nauczycieli mówił wręcz, że Bóg nie bez powodu dał nam jedną buzię, ale dwoje uszu!

Wieczory zwane True Stories Nights, które organizujesz, obejmują występy siedmiu osób – w tym zawodowców i ludzi zupełnie niezwiązanych ze storytellingiem – którzy przez siedem minut dzielą się swoją historią z publicznością. Za każdym razem inny jest temat przewodni spotkania, który służy za punkt wyjścia dla wszystkich opowieści.
Tak, i niezwykłe jest, że robią to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie musiałam nikogo namawiać do występu; informuję tylko o takiej możliwości. Jeśli poczują, że nadszedł dla nich właściwy moment, mogą przyjąć moje zaproszenie. Niektórych zresztą nawet nie zapraszałam – znaleźli mnie sami, z przekonaniem, że mają coś istotnego do wyjawienia światu. Wierzę, że każdy ma historię do opowiedzenia. Prostą lub zawiłą, smutną lub zabawną. Historie są w każdej komórce naszego ciała, w każdym wspomnieniu, w każdym kroku, który czynimy, w każdym mrugnięciu okiem.

Bez problemu wyobrażam sobie opowiedzenie jakiejś zabawnej anegdoty w siedem minut, ale nie jestem przekonana, czy w tak krótkim czasie można zrelacjonować załamanie nerwowe albo jakieś inne trudne lub przełomowe doświadczenie.
Zdziwiłabyś się, jak wiele powiedzieć można nawet w dwie minuty! Określenie ram czasowych opowieści jest ważne nie tylko ze względu na publiczność, szczególnie, jeśli jest to początek ich doświadczeń ze storytellingiem. Stanowi także bardzo ważne ćwiczenie dla opowiadającego. Ograniczenie czasowe, które sobie narzuca, pozwala skupić się na tym, co w historii było i jest najważniejsze; na tym, co chce się z niej pamiętać; na tym wreszcie, co dzięki nam mają z niej zapamiętać – i nauczyć się! – nasi słuchacze. Jest to przy tym bardzo twórczy proces, bo nad historią pracuje się jak nad dziełem sztuki, modelując ją i nadając jej formę.

Nie obawiasz się czasem, że praca z ludzkimi emocjami może być niebezpieczna? Nie jesteś przecież psychologiem ani psychiatrą, a podejrzewam, że ludzie niejednokrotnie przychodzą do ciebie z historiami pełnymi dramatów, bólu i łez.
Na pewno jest to dla mnie wyzwanie, jak również coś, co wymaga wielkiej wrażliwości i uważności. Bez wątpienia pomaga mi wiedza wyniesiona ze studiów arteterapeutycznych oraz doświadczenie pracy z grupami w ciągu wielu lat.

Jedną z umiejętności, którą staram się przekazać uczestnikom moich warsztatów, jest opowiadanie historii w sposób, który pozwala im nad nią zapanować. Nawet wówczas, gdy opowiadamy historię bardzo bolesną, nie musimy po raz kolejny przeżywać traumy. Pomocna jest świadomość, że znamy dokładnie zarówno początek tej historii, jak i zakończenie; mamy do dyspozycji wspomniane siedem minut, w ramach których możemy się wzruszać czy złościć, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ograniczają nas pewne ramy. Dzięki temu możemy poczuć się panami naszej historii. Skupienie się na wyborze odpowiednich środków wyrazu także pomaga przenieść punkt ciężkości – z emocjonalnego zaangażowania w historię na jej aspekt artystyczny. Myślę też, że każdy opowiadający zawsze doskonale wie, czy jest gotowy do podzielenia się swoją historią. Trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odnaleźć swój głos. Oczywiście istotne jest, by organizator spotkania, a więc w tym przypadku ja, klarownie wytyczył granice.

Taka jest właśnie twoja rola?
Zapraszając ludzi do udziału w moich wieczorach, zawsze dokładnie tłumaczę, jaką mają formę. Najpierw spotykamy się jeden na jeden, wysłuchuję ich historii w cztery oczy i podpowiadam, jak się nią podzielić z publicznością. Ostateczna decyzja leży po stronie opowiadającego. Daję jasno do zrozumienia, że nie jestem terapeutą, choć oczywiście, w razie konieczności staram się pomóc, jak tylko mogę. Jedna z moich koleżanek w Anglii, która organizuje podobne spotkania, rozdawała na zakończenie ulotki z numerami specjalistów mogących zaoferować pomoc. To jeden z przykładów drobnych gestów, które czasem robią wielką różnicę. Warto jednak podkreślić, że storytelling pozwala zetknąć się z historiami bardzo różnorodnymi, nie tylko smutnymi. Dotykamy całego wachlarza emocji. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy nie, zawsze, bez wyjątku, dziękuję opowiadającemu za podzielenie się historią. Nie jest to pusty frazes. Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie czuli się docenieni.

Czy masz jakieś sugestie dla polskich czytelników mających mniejszy dostęp do wydarzeń związanych ze storytellingiem, a pragnących przyjrzeć się bliżej temu procesowi?
Po prostu spotkajcie się w większym lub mniejszym gronie, usiądźcie i zacznijcie rozmawiać, utworzywszy krąg. Za jakiś czas powtórzcie to znów! Zwróćcie uwagę na to, jakie historie was poruszają, jaki przekaz jest dla was istotny, jaki rodzaj komunikacji sprawia wam najwięcej satysfakcji.

Storytelling daje radość, uzdrawia, bawi, pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości i na pewność siebie. Pozwala uczyć się od ludzi różnych od nas, ale jeszcze bardziej – pokazuje nam, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami.

Kilka faktów i badań na temat storytellingu

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Harvarda opowieści wykraczające poza suchą relację faktów powodują większe zaangażowanie słuchacza, ponieważ oddziałują na obie półkule mózgowe – lewą aktywujemy już poprzez samo omówienie wydarzeń, prawą dopiero poprzez wzbudzenie emocji. Dobrze opowiedziana historia zostaje przez odbiorcę lepiej zapamiętana. Ma to niebagatelne znaczenie w procesie nauczania – zarówno najmłodszych, którym opowiadamy bajki, by przekazać im podstawowe prawdy o życiu, jak i całkiem dorosłych – tzw. metoda narracyjna doskonale sprawdza się np. w nauce języków obcych. Z podobnych względów storytelling jest także doskonałym narzędziem marketingowym – specjaliści w tej dziedzinie doskonale wiedzą, że rozpoznawalność marki oraz prawdopodobieństwo utożsamienia się z nią przez klienta zależy właśnie od ciekawej historii, która za nią stoi.

W niektórych krajach, jak Wielka Brytania, USA oraz Izrael prężnie działają stacjonarne szkoły opowiadania historii; można znaleźć kursy o różnych stopniach intensywności i zaawansowania, zaś spotkania, podczas których słucha się nawzajem swoich opowieści, należą do najbardziej lubianych form spędzania czasu. Pozwalają pośmiać się i wzruszyć, porozmawiać i pomilczeć. W naszej obrazkowej cywilizacji stanowią prawdziwy powrót do kultury słowa – głównego narzędzia komunikacji, właściwego tylko i wyłącznie człowiekowi.

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. Jak mawia jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie, dr Gary Irwin-Kenyon, dzieje się tak dlatego, że każdy z nas jest jednocześnie narratorem, redaktorem, bohaterem i czytelnikiem swojej opowieści, a przy tym tylko jednym z autorów – na naszą opowieść wpływa przecież każde spotkanie, rozmowa, wymiana doświadczeń z innymi ludźmi, którzy tym samym współtworzą naszą historię. Dzięki interakcji z nimi poprawiamy zdolności komunikacyjne, a nasza kreatywność wzrasta. Wymiana historii pozwala nam budować tożsamość, stymuluje ciekawość i zapał do życia, poprawia pamięć, uspokaja. Pozwala doceniać to, co w życiu istotne i dobre, budząc tym samym wdzięczność oraz poczucie celu. Słuchając opowieści innych, przeżywamy zarówno ich bolączki, jak i radości, a więc poszerzamy wachlarz swoich życiowych doświadczeń, dzieląc się zaś swoją historią, rozliczamy się z przeszłością, wybieramy sposób myślenia o niej i robimy miejsce na nowe przeżycia. Czerpiemy z tego, co już było, otwierając się na to, co dopiero nadejdzie. Wybierając odpowiednie środki wyrazu, wpływamy na to, co już jest za nami, aby bardziej świadomie przeżyć przyszłość.

  1. Materiał partnera

Nie warto wyrzucać usuniętych zębów - mogą posłużyć do uzupełnienia ubytków kostnych

Katowicka klinika stomatologiczna Dłucik Dental Clinic postanowiła sięgnąć po innowacyjny sposób leczenia ubytków kostnych z wykorzystaniem własnego materiału organicznego. (Fot. materiały partnera)
Katowicka klinika stomatologiczna Dłucik Dental Clinic postanowiła sięgnąć po innowacyjny sposób leczenia ubytków kostnych z wykorzystaniem własnego materiału organicznego. (Fot. materiały partnera)
Ubytki kostne powstają niezauważalnie, m.in. w wyniku zaniedbań po wyrwaniu zębów lub noszeniu stałego aparatu ortodontycznego. Potrafią doprowadzić do poważnych dysfunkcji żuchwy, a także zmian w wyglądzie twarzy, upośledzając jej mimikę.

Katowicka klinika stomatologiczna Dłucik Dental Clinic postanowiła sięgnąć po innowacyjny sposób leczenia ubytków kostnych z wykorzystaniem własnego materiału organicznego. Metoda ta odniosła już sukces w Japonii oraz Europie Zachodniej, a teraz jest dostępna również w Polsce.

Odbudowa kości żuchwy za pomocą własnych zębów

Nauka zaskakuje nas po raz kolejny. Tym razem badania kliniczne, prowadzone od ponad 10 lat udowodniły, że nie warto wyrzucać własnych, usuniętych zębów. Przetworzone w sterylny granulat, stanowią idealne wypełnienie jam kostnych, dzięki czemu odbudowują kości żuchwy. Rozwiązania, które stosują lekarze oraz chirurdzy Dłucik Dental Clinic znacząco skracają leczenie i przede wszystkim nie powodują dodatkowych urazów, jak w przypadku pobierania materiału poprzez przeszczepy autogenne.

Wcześniejsze próby pozyskiwania materiału organicznego z talerza kości biodrowej lub pokrywy czaszki, przynosiły pacjentowi dodatkowy ból i osłabiały układ kostny. Nowoczesne technologie, tj. ATB (Auto-Tooth Bone) umożliwiają przetworzenie wyrwanego zęba stałego (lub mlecznego) w plastyczny, trwały i przede wszystkim w pełni przyswajalny materiał kościotwórczy.

Zalety technologii ATB to m.in:

  • Biokompatybilność;
  • Brak odrzutów materiału wypełniającego;
  • Minimalizacja infekcji;
  • Szybkie gojenie i brak dolegliwości bólowych;
  • Redukcja cięć chirurgicznych;
  • Wyeliminowanie błon zaporowych;
  • Skrócony czas uzyskania zadowalających efektów leczenia (2-3 miesiące);
  • Trwałość;
  • Całkowite odbudowanie tkanki kostnej;
  • Zminimalizowana resorpcja przeszczepu w trakcie przebudowy kostnej;
  • Brak dodatkowych urazów spowodowanych pobraniem materiału organicznego pacjenta.

Augmentacja zęba własnymi zębami może zatrzymać patologiczne zmiany w szczęce oraz żuchwie (torbiele, ubytki po urazach mechanicznych i usuniętych zębach pacjenta).

Wsparcie dla implantów

Wiele z pacjentów dotkniętych ubytkami kostnymi, decyduje się na implanty. W tym przypadku potrzeba stabilnej bazy dla wszczepów. Odpowiednia, trwała powierzchnia może zostać zbudowana z organicznego granulatu pozyskanego dzięki ATB. Materiał dosłownie wrasta w szczękę i utrzymuje nawet cięższe implanty.

Należy również pamiętać, że kość wokół usuniętego zęba sukcesywnie zmniejsza swoją objętość i po pół roku od zabiegu, może skurczyć się nawet o 40%. W celu jej uzupełnienia z powodzeniem można zastosować biomateriał. Dzięki temu „podnosi się” zatokę szczękową i odbudowuje kość, w której docelowo znajdzie się implant.

Ubytki kostne i brak własnego materiału organicznego w postaci zębów pacjenta

W Dłucik Dental Clinic przewidziano taki scenariusz. Niewątpliwie dobra wiadomość jest taka, że biomateriał użyty do wypełnienia ubytków kostnych może również pochodzić spoza organizmu pacjenta. Pozyskuje się go m.in:

  • Z banku kostnego;
  • Od zwierząt hodowlanych (wołów, koni);
  • Z materiałów organicznych (alg, koralowców);
  • Z surowców nieorganicznych (powstałych poprzez syntezę chemiczną).

Oprócz powyższych, istnieje także możliwość wykorzystania:

Kości autogennych zewnątrzustnych (kość biodrowa, kości długie, okolice trójkąta zatrzonowcowego, guz szczęki, bródka);

  • Komórek macierzystych;
  • Czynników wzrostu izolowanych z krwi.

Najbardziej pożądanym materiałem wypełniającym jamy kostne jest oczywiście ten pochodzący z zębów pacjenta. Biokompatybilność, zgodność genetyczna i odpowiednia struktura są gwarancją przemodelowania materiału w kość własną. Warto zatem zachować usunięte uzębienie, zwłaszcza że doświadczony chirurg z jednego zęba jest w stanie pozyskać do 1,5 cm³ biomateriału wypełniającego.

Klinika Dłucik Dental Clinic w Katowicach poza nowoczesnymi technologiami odbudowy kości szczęki i żuchwy pacjenta, stosuje także tradycyjną implantologię. Szeroki wachlarz zabiegów w połączeniu z wieloletnią praktyką personelu i lekarzy otwiera drogę do chirurgii stomatologicznej na światowym poziomie.

  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.

  1. Styl Życia

Jak odnaleźć w sobie właściwą motywację do diety?

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Jeśli ostatnio kupiłeś kolejny poradnik na temat odchudzania, właśnie zaczynasz stosować kolejną superdietę albo wierzysz, że ktoś podaruje ci magiczną tabletkę na schudnięcie – nie jesteś jeszcze gotowy, by schudnąć. Jeśli jednak chcesz odnaleźć w sobie właściwą motywację – czytaj dalej.

Kiedy w moim gabinecie pojawia się pacjentka, która już od progu mówi: „Jest pani moją ostatnią deską ratunku”, wiem, że powinnam odmówić jej pomocy, bo szkoda mojego czasu i jej pieniędzy. Zwykle jednak proponuję kilka sesji, na których wspólnie pracujemy nad jej motywacją. Efekty są różne. Czasami okazuje się, że pacjentka potrzebuje jeszcze kilkunastu kolejnych nadprogramowych kilogramów, by podjąć decyzję o świadomym odchudzaniu. Bywa, że w trakcie próby podjęcia terapii tyje, zamiast chudnąć – po to, by proces dojrzewania do decyzji: „Chcę zeszczupleć raz na zawsze” przyspieszył.

Wiara w terapeutkę cudotwórczynię, która odchudzi najbardziej opornego pacjenta, to kolejne rozpaczliwe wołanie o pomoc: „Uratuj mnie!”. Jeśli kiedyś jakiś „cudotwórca” sam obieca ci, że dzięki jego metodzie pozbędziesz się nadwagi – wiej, gdzie pieprz rośnie.

Z pełną świadomością

Stwórz listę strat wynikających z nadwagi. To są właśnie konsekwencje twojej choroby. Jeśli lista jest krótka albo wręcz masz poczucie, że chcesz schudnąć wyłącznie ze względów estetycznych – dostajesz dwóję, zrób pracę domową jeszcze raz. Mnie możesz oszukać, ale jak długo zamierzasz oszukiwać siebie?!

Przypomnij sobie ostatnią sytuację, kiedy nie zmieściłeś się w spodnie (te o dwa numery większe od poprzednich)… To jest jedna ze strat wynikających z twojej choroby. Albo zadyszka, która cię dopadła, kiedy podbiegałeś do autobusu, czy wstyd w sypialni, gdy nie chciałaś się kochać przy zapalonym świetle.

Gdy sumiennie wykonasz pracę domową, poczujesz silne emocje. Przede wszystkim uświadomisz sobie swoją bezsilność (ale nie bezradność) wobec choroby. Następnie zdasz sobie sprawę z bolesnej prawdy, że przestałeś kontrolować swoje życie. To bardzo trudny proces, ale w konsekwencji niezwykle ważny. Utrata złudzeń na temat tego, że w procesie odchudzania chodzi jedynie o superdietę, zestaw najlepszych ćwiczeń czy najbardziej skuteczną terapię – przyczyni się do odzyskania kontroli nad całym życiem. I o to właśnie chodzi w procesie świadomego odchudzania! Dieta jest ważna, ale ta dobrana indywidualnie do twoich potrzeb, podobnie jak ćwiczenia fizyczne – choć są tylko dopełnieniem terapii. Ma ona za zadanie przywrócić ci dobrostan psychiczny i pomóc w osiągnięciu dojrzałości emocjonalnej, aby nie powrócić do zgubnego objadania się. Proces świadomego odchudzania to odzyskanie woli wyboru, zdefiniowanie uczucia głodu i dostrzeżenie zysków z utrzymania prawidłowej wagi ciała. W dalszym etapie rozwój osobisty pozwoli ci odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Ciągła walka z tuszą, bez zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń i przekonań, to niebezpieczna gra, w której stawką jest twoje zdrowie, a nawet życie.

Nie sztuka zgubić wagę

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment terapii. Z pewnością nie raz przekonałeś się o tym, że zgubić parę kilogramów jest bardzo łatwo, udawało ci się to nawet wielokrotnie, ale prawdziwą sztuką jest dopiero utrzymanie właściwej wagi. Staje się jasne, dlaczego diety są tak nieskuteczne. Żadna z nich nie da ci gwarancji, że nie wrócisz do poprzedniego stanu. Oczywiście, w trakcie odchudzania zdarzają się wpadki, one są niejako wpisane w proces zdrowienia. Jednak jeśli twoja motywacja do podjęcia terapii jest silna i wynika ze zrozumienia sytuacji, w jakiej się znajdujesz – po każdej wpadce będzie ci łatwiej wrócić do świadomego odchudzania. Niestety, ani ja, ani nikt inny nie może dać ci recepty na obudzenie wewnętrznej motywacji. Ale ona jest w tobie.

Budzenie motywacji jest procesem, który wymaga czasu. Najlepiej rokujący pacjenci to ci, którzy pojawiają się w gabinecie terapeuty czy dietetyka z decyzją: „Wiem, że chcę przestać jeść tak jak do tej pory, ale nie wiem, jak to zrobić”, a ci, co do których wiem na pewno, że im się uda, mówią: „Znam wiele metod, dzięki którym mogę przestać jeść, ale nie wiem, co zrobić, żeby na nowo nie zacząć się objadać”.

Zanim więc znów udasz się do instruktora fitnessu, dietetyka czy terapeuty, zbadaj swoją motywację:

Zastanów się, dlaczego zdecydowałeś się odchudzać właśnie teraz

Co dzieje się w twoim życiu? Czy jesteś zadowolony z: pracy, związku, przyjaciół, dzieci? Czy ostatnio w twoim życiu wydarzyło się coś ważnego? Czy coś się zmieniło (na lepsze bądź na gorsze)? Decyzja o odchudzaniu nigdy nie pojawia się przypadkowo. Zdarza się, że jest podświadomym sposobem ukrycia jakiegoś poważniejszego problemu. Na przykład jedna z moich pacjentek pojawiła się w gabinecie, kiedy podczas indywidualnej terapii dojrzała do podjęcia trudnej decyzji o rozstaniu się z wieloletnim partnerem. Inna postanowiła się odchudzać po stracie pracy. Jeszcze inna – będąc w żałobie po śmierci matki. To nie są dobre momenty do zmierzenia się z nadwagą, bo bolesne tematy wymagają pierwszeństwa.

Czasami decyzja o odchudzaniu pojawia się w momencie, w którym powtarza się scenariusz z przeszłości. Na przykład jedna z pacjentek pojawiła się u mnie, kiedy w trakcie okresowych badań lekarskich wykryto u niej problemy zdrowotne. W trakcie terapii okazało się, że zaczęła się objadać 15 lat temu, kiedy jej ojciec umierał na raka. Po kilku miesiącach dotarłyśmy do przyczyny jej problemu – nowotwór wyniszczał organizm jej ojca, więc w głowie kilkunastoletniej wówczas dziewczynki pojawiła się myśl: „Objadanie się chroni przed chorobą i śmiercią”. Kiedy zgłosiła się na terapię, paradoksalnie, z lęku przed chorobą, wcale nie chciała schudnąć – tylko przytyć. Odkrycie tego skryptu było przełomowym momentem w naszej pracy.

Spisz historię swojego odchudzania

Wypisz na kartce wszystkie: diety, które do tej pory stosowałeś, nazwiska dietetyków i terapeutów, z pomocy których korzystałeś, wczasy odchudzające, na których dotychczas byłeś, itp. Podkreśl, które metody ci pomogły, choćby na krótko, a które były kolejnym sposobem na usprawiedliwienie samego siebie, że jednak czegoś próbowałeś. To nie metody były złe. Błąd polegał na tym, że sposobu na poradzenie sobie z kompulsywnym objadaniem szukałeś w zewnętrznym świecie, wewnętrznie nie będąc gotowym, by realnie spojrzeć na siebie, swoje zachowania i sposób życia.

Jeśli wszystkie nieudane inwestycje, jakie do tej pory poczyniłeś w sprawie odchudzania, nie przekonują cię, zadaj sobie pytanie: „Co musiałoby się wydarzyć, żeby udało mi się schudnąć?”. Jeśli oczekujesz, że ustawa sejmowa zakaże sprzedaży słodyczy, ktoś wymyśli wreszcie magiczną pigułkę na zrzucenie kilogramów albo cała twoja rodzina zacznie się odchudzać, żeby cię wesprzeć – przejrzyj wreszcie na oczy. Skoncentruj się na tym, z czego jesteś w stanie zrezygnować, by zacząć wreszcie kontrolować swoją wagę, a co za tym idzie – także swoje życie. Odchudzanie jest procesem trudnym, ale nie niemożliwym. To praca z ciałem i emocjami. Wymaga odłożenia, na przynajmniej osiem tygodni, wszystkich innych spraw i skoncentrowania się na jednym.

Spytaj siebie, po co chcesz schudnąć i dla kogo

Jak będzie wyglądało twoje życie, kiedy schudniesz raz na zawsze? Jeśli chcesz nosić mniejszy rozmiar ubrań dla: męża, żony, córki, szefa, przyjaciółek czy kochanka lub kochanki… – daj sobie spokój – to się nie uda. Gdy masz wizje, jakim rajem na ziemi będzie twoje życie, kiedy już schudniesz – odpuść sobie. Tak naprawdę czeka cię przejście przez prawdziwe piekło, spotkanie z najczarniejszymi demonami, które czają się w twojej podświadomości, skonfrontowanie się ze wszystkimi problemami, które do tej pory upychałeś pod dywan, zajadając z apetytem kolejne ciacho. Jesteś na to gotowy?

Zadanie domowe

Jeśli jesteś typowym jedzenioholikiem, na pewno masz swoją wysokokaloryczną słabostkę – ulubioną markę czekoladek, bez których nie wyobrażasz sobie życia, fast food, o którym myśl budzi cię w środku nocy, czy cokolwiek innego, bez jedzenia czego twoje życie traci smak. To teraz uważaj, będzie bolało: napisz swój list pożegnalny do: czekoladek, fast fooda czy pizzy z podwójnym serem. Podziękuj im jak najlepszemu przyjacielowi za wszystkie wspólne lata. List zakończ zdaniem: „Nadal mogę cię jeść, ale już nie muszę”.

I jeszcze jedno – na liście strat dopisz swoje postanowienie, np. napisałeś: „Z powodu nadwagi nie mogę uprawiać sportu” – dopisz: „Schudnę, żeby wrócić do mojej ulubionej dyscypliny”.