1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Problem z podjęciem decyzji? Najlepszym doradcą jest intuicja

Problem z podjęciem decyzji? Najlepszym doradcą jest intuicja

W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
W podejmowaniu decyzji najlepiej sprawdza się połączenie intuicji z analizą. (Fot. iStock)
Serce czy rozum? Rady znajomych czy lista „za” i „przeciw”? Czym się kierować w podejmowaniu drobnych i większych decyzji? Dr Anna Mazur stawia na połączenie intuicji z analizą.

Przede mną konieczność podjęcia decyzji. Analizuję plusy i minusy różnych rozwiązań i coś postanawiam. To słuszna droga?
Według teorii racjonalnej – jak najbardziej, ale w życiu niekoniecznie (śmiech). Podobnie w biznesie. Ważne, ile masz czasu na podjęcie decyzji. Jeśli niewiele, to by postanowić, czy wziąć kredyt mieszkaniowy, nie przeanalizujesz przecież wszystkich danych, bo nie masz do nich dostępu. Rozważysz tylko parę podstawowych opcji.

Nadal obraz jest niepełny.
Klasyczna teoria decyzji tego nie przewidywała, dopiero współczesne o tym mówią, że rynek może w krótkim czasie zachować się na nieskończoną ilość sposobów. Świat za dwa dni będzie wyglądał tak jak dziś, ale za tydzień wszystko może się zmienić.

Czyli analiza słabych i mocnych punktów nic nie daje. Załóżmy, że zastanawiam się nad rozwodem. Wiele kobiet przegaduje taki problem z przyjaciółką...
No tak, ale w jaki sposób przyjaciółka spojrzy na sprawę? Zdecydowanie pod swoim kątem, przez własne filtry, a nawet sympatię (lub jej brak) do twojego męża. Udzieli porad, które niekoniecznie muszą być dla ciebie dobre. Załóżmy, że sama wyszła za mąż z powodów ekonomicznych i dojdzie do wniosku, że skoro nie opływasz w bogactwo, lepiej się rozwieść. A dla ciebie inne wartości są ważne.

Może więc szukać innych sposobów?
Przede wszystkim trzeba mieć dobry wgląd w siebie, bo nie zawsze dobrze wiemy, czego chcemy od życia. Jeśli znamy siebie, to podjęcie decyzji o rozwodzie nie powinno być trudne, choć i tak nie przewidzimy, co się wydarzy później.

Co pozostaje? Intuicja?
Ludzie zwykle myślą schematami, w podejściu intuicyjnym chodzi o to, by się od nich oderwać. Potocznie się mówi, by kierować się sercem. Jednak nasze odczucia również mogą być nafaszerowane wartościami społecznymi. To, co mówiła matka i babcia, bierzemy za swoje.

Gdzie więc szukać odpowiedzi?
W sobie! Jeśli masz uruchomiony mechanizm samorefleksji, wtedy uzyskasz dla siebie jasne odpowiedzi. Pewnie, że warto słuchać ludzi, bo czasami mogą pokazać rozwiązanie, którego nie wzięłaś pod uwagę. Nie należy go jednak bezkrytycznie przyjmować! Raczej obserwować siebie, jak reagujesz. Załóżmy, że w konkretnej sytuacji pojawia się u ciebie lęk i nie jesteś w stanie go pokonać, więc kierowanie się intuicją okaże się zawodne, bo zwycięży strach.

Reakcja jest szyta na moją miarę?
Ona zależy od typu osobowości, ale pozostaje pytanie, czy od dziecka uczymy się konkretnych reakcji, jak chociażby ucieczki, czy reagujemy automatycznie, z poziomu podświadomości.

A reakcji wyuczonych łatwiej się pozbyć?
Jeśli zdajesz sobie sprawę, jak reagujesz, i wiesz, że przekazała ci to matka albo ojciec, łatwiej się przeprogramować. Jeżeli reakcja wychodzi z podświadomości, to informacja nie przebija się do świadomości i nie możesz nic z tym zrobić. Pozostaje ci tylko wypytać otoczenie o to, jak się zachowujesz. Załóżmy, że boisz się ryzyka finansowego, a masz podjąć decyzję o kredycie. Obawiasz się, że nie spłacisz, bo możesz stracić pracę. A może warto zaryzykować i pożyczyć pieniądze, mimo lęku?

No właśnie, głos lęku a intuicji, jak je odróżnić?
To nie takie łatwe. Jeśli podświadomość masz oczyszczoną i nie widać u ciebie reakcji automatycznych...

To sytuacja idealna!
Ale załóżmy, że możliwa. Wtedy możesz świadomie podejmować decyzje. Gdy decyduje osoba lękowa, to intuicja bywa zawodna. Może też nie być czystą intuicją! Bo pytanie, czy zawsze szybka ocena z poziomu podświadomości jest intuicją? Wyobraźmy sobie, że głos wewnętrzny podpowiada mi, żeby nie iść na spotkanie. A może to być zwykły opór i lęk, że na przykład kogoś spotkam? By to rozróżnić, wchodzę w stan relaksu, wyciszam się. Wtedy zadaję sobie jeszcze raz pytanie: iść czy nie iść? Gdy jestem spokojna i pozytywnie nastawiona do życia, reakcje lękowe znikają. Jeśli głos wewnętrzny nadal mi szepcze, żebym została w domu, słucham go. Inną metodą odróżniania lęku od intuicji jest poznanie języka tejże intuicji. W jaki sposób ona do mnie przemawia, jak reaguje ciało, co mi przychodzi do głowy, jakie myśli i emocje. Wtedy od razu wiem, czy to intuicja, czy lęk albo wygodnictwo.

A gdyby zdefiniować intuicję?
Niektórzy badacze mówią, że jest to instynkt albo że ona idzie z umysłu podświadomego, ale dzisiejszy rozwój nauki jest ekspresowy i nie postawiłabym znaku równości między informacją płynącą z podświadomości a intuicją. Raczej chodzi o kontakt z nadświadomością, którego na razie nauka nie rozważa. Noblista z dziedziny ekonomii Herbert A. Simon mówił, że intuicja to umiejętność racjonalna, ale tak szybka, że nie rejestrujemy poszczególnych kroków analizy. Tradycyjnie intuicja była związana z poznawaniem świata i angażowano ją do poznawania tego, czego nie dało się zbadać w sposób racjonalny. Dzięki rozwojowi nauki i wprowadzeniu intuicji do zarządzania nieco zmieniła status. Teraz jest uważana za umiejętność praktyczną. Można powiedzieć, że to zdolność błyskawicznego osądu bez racjonalnego analizowania krok po kroku. My wiemy, którą drogą pójść, ale nie wiemy, skąd to wiemy! Zresztą, coraz więcej mówi się o intuicji, bo wiedza racjonalna nie wystarcza, kiedy rzeczywistość jest nieprzewidywalna, brakuje informacji lub jest ich za dużo, a my mamy szybko zadecydować. Logiczna analiza może doprowadzić do sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie wybrać żadnego wyjścia, bo np. wszystkie rozwiązania są równie dobre.

I co wtedy?
To sytuacja, w której musimy sięgnąć do innych sposobów, jak intuicja właśnie. Możemy patrzeć na nią z różnych punktów widzenia. Często się podkreśla, że intuicja bywa omylna. A czy metoda racjonalna nie bywa omylna? Pewność daje tylko droga dedukcji, lecz na starcie możemy mieć błędne założenia. Coraz częściej okazuje się, że właśnie baza danych nie jest prawdziwa. Można na przykład przyjąć fałszywe założenia o naszej rzeczywistości.

To będzie nasze spojrzenie na rzeczywistość...
No tak, a jak zestawimy choćby fizykę klasyczną z kwantową, to mamy dwa inne światy, nieprzystające do siebie rzeczywistości. Posługujemy się cały czas metodami racjonalnymi i dochodzimy do innych wniosków. Fizyka klasyczna mówi, że świat będzie istniał z nami i bez nas, jesteśmy tylko zewnętrznymi obserwatorami. Fizyka kwantowa mówi, że tworzymy ten świat w procesie życia, jesteśmy kreatorami, i zależnie od tego, co stworzymy, tak widzimy świat. Dlatego tak znaczącą rolę odgrywają nasze filtry, wartości. Każda osoba może podjąć inną decyzję, zobaczyć inne rozwiązania.

Chociaż analiza słabo się sprawdza, w naszym świecie wciąż króluje logiczna lewa półkula mózgowa, racjonalizm...
Intuicja jest często przeciwstawiana logicznemu myśleniu, tak jak analiza syntezie. Synteza to kojarzenie informacji z różnych dziedzin i łączenie ich w całość. Często stawia się wręcz znak równości między nią a intuicją. Analiza to logiczne wyciąganie wniosków punkt po punkcie. Osoby, które potrafią myśleć syntetycznie, często mają dominującą prawą półkulę, osoby analityczne – lewą. Warto tu dodać, że podział na funkcje prawej i lewej półkuli jest bardziej skomplikowany, niż się do tej pory wydawało naukowcom! Cokolwiek robimy, wymaga to współdziałania obu półkul. Filipiński mistyk Jaime Licauco mówi, że osoby podejmujące decyzje głównie intuicyjnie potrafią w pewnym sensie zawiesić działanie lewej części mózgu i dopuścić do głosu prawą półkulę. Istnieje też hipoteza, że potrzebna jest równowaga obu półkul. Dopiero wtedy możemy w pełni wykorzystać możliwości umysłu. Licauco opublikował test sprawdzający, którą półkulę mamy dominującą. Gdy sam się przetestował, okazało się, że ma równowagę między półkulami. Kiedy zajmował się rynkiem nieruchomości, wchodził do mieszkania i odczuwał energię miejsca. Decydował się na transakcję zależnie od swoich odczuć. Jeśli czuł negatywne emocje, nie kupował.

Tu miał decyzję prostą, a sytuacje złożone?
Taka zdolność może nie wystarczyć. Weźmy pod uwagę ludzkie zachowanie, sposób reagowania w określonych sytuacjach, tu potrzebna jest większa baza danych. Myślę, że skuteczniejsze będzie połączenie decyzji intuicyjnych z analitycznymi.

Słyszałam, że osoby intuicyjne zwracają uwagę na reakcje ciała?
Jak najbardziej! Wyobrażają sobie, że decyzje są daniami w restauracji, i obserwują reakcje ciała. Jeśli ich odrzuca, to odpowiedź brzmi „nie”, a jeśli czują, że to danie było smaczne, odpowiedź jest na „tak”.

Biznesmeni niechętnie się przyznają do korzystania z intuicji....
Tak, ale to dlatego, że nie ma aprobaty społecznej dla intuicji, dużo się mówi i publikuje na temat tego, że bywa omylna.

A co mówią prywatnie?
Twierdzą, że byli przekonani o podejmowaniu decyzji racjonalnych, teoretycznie działali według schematu. Ale na podstawie racjonalnych danych często nie sposób podjąć dobrej decyzji. Zwłaszcza gdy staje się przed nową, niepowtarzalną decyzją, a dostęp do informacji albo czas jest ograniczony. Wtedy ujawnia się intuicja. Biznesmeni nie chcą się jednak przyznawać do zawierzenia intuicji, bo osiągnęli sukces. Wciąż chcemy opierać się na twardych danych, wierząc, że to nam da wiedzę pewną albo chociaż prawdopodobną. Naszą kulturę zdominował rozum, a nie przeczucia. Intuicja kojarzy się z czymś irracjonalnym, szalonym, dlatego menedżerowie boją się, że mogą zostać posądzeni o niekompetencję.

Mówi się, że intuicja to bardziej kobiece narzędzie...
To wynika w dużym stopniu z wychowania i tradycji. Kobiety w naszej kulturze częściej rozwijają zdolności prawej półkuli, mężczyźni – lewej, i w efekcie kobiety mają bardziej rozwiniętą intuicję. Dziewczynki częściej uczą się rysować, tańczyć, śpiewać. Tak sytuacja wygląda u przeciętnych ludzi, bo według amerykańskich badań im wyższe stanowisko, tym częstsze korzystanie z intuicji, a na samej górze wciąż jest więcej mężczyzn. Dlatego wydaje mi się, że ideałem będzie zsynchronizowanie obu półkul.

Jak do tego doprowadzić?
Są specjalne nagrania muzyczne, są też ćwiczenia oddechowe. Jeśli chodzi o rozwój intuicji, powstało wiele nowych technik, zestawy ćwiczeń jogi, które powodują wejście w odmienny stan świadomości, medytacje, techniki relaksacyjne, także Theta Healing albo Matryca Energetyczna dr. Bartletta. Najnowsze badania, m.in. Richarda Davidsona, potwierdzają w pełni skuteczność takich sposobów. Jeśli kogoś to nie pociąga, może uprawiać sport, on też wyzwala korzystne stany umysłu. Bardzo polecam.

Anna Mazur, doktor nauk ekonomicznych w dziedzinie zarządzania, socjolog i filozof. Specjalizuje się w zarządzaniu wiedzą i intuicją w podejmowaniu decyzji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

  1. Kuchnia

Gotowanie intuicyjne - gotuj dla siebie tak, jak dla ukochanej osoby

Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe. (Fot. Getty Images)
Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe. (Fot. Getty Images)
Intuicja to stan, w którym kocham siebie i chcę dla siebie jak najlepiej. Jak wykorzystać go w kuchni, opowiada kucharz Maciek Szaciłło.

„Gotowanie intuicyjne” brzmi równie podejrzanie jak „buddyzm hedonistyczny”!
Widziałaś dokument „Na surowo”?

Tak. Główna bohaterka wraz z synem od kilkunastu lat są na surowej diecie. Chłopak dzień zaczyna od zielonego koktajlu i banana, a kończy na zawijasach z sałaty oraz buraka. Lekarze uważają, że cierpi na zaburzenia wzrostu. Sąd ma rozstrzygnąć, czy dieta wpływa negatywnie na jego rozwój. Matka w obronie swoich przekonań ryzykuje ograniczenie praw rodzicielskich – to mnie najbardziej uderzyło. Choć sama coraz częściej trzymam się założeń diety raw…
Sam jestem laktowegetarianinem – od 20 lat nie jem jajek, ryb i mięsa. W tym czasie zdarzało mi się być na diecie wegańskiej. Obecnie nie używam cukru, nie jem glutenu, nie piję alkoholu. Przez ostatnie cztery lata w moim menu nie pojawiała się również kawa. Ostatnio pijam dwie dziennie. Dlaczego? Bo tak mi podpowiada mój organizm. W okresach stosowania diety raw jadałem kaszę. Będąc weganinem, sięgałem po twaróg, bo czułem, że go potrzebuję. Intuicja w kuchni podpowiada, co w danym momencie jest dla naszego ciała najlepsze. Muszą być jednak spełnione pewne warunki...

Jakie?
Intuicja jest wewnętrznym głosem, który podpowiada, co jest dobre, ale czy byłabyś w stanie opiekować się z oddaniem kimś, kogo nie lubisz?

Byłoby to trudne...
Podstawowym kryterium jest więc pokochanie i zaakceptowanie siebie. Dopiero wówczas pojawia się chęć dbania o osobę, która jest nam bliska, czyli o siebie. Ja gotuję tak, aby zaspokoić potrzeby własne i swoich najbliższych. Nie trzymam się kurczowo nakazów lub zakazów jakiejś diety.

Latami walczyłam z nadwagą, która wynikała z braku akceptacji siebie, własnego ciała. W momencie, kiedy zaczęłam się lubić, kilogramy zaczęły spadać.
Mnóstwo kobiet wpada w pułapkę diet beztłuszczowych, sproszkowanych, redukujących kalorie. Nie kochają siebie, własnego wnętrza, więc swojej wartości upatrują w czymś tak zewnętrznym jak ciało. Nie jedzą tłuszczu, białka, węglowodanów, a waga ani drgnie. W efekcie zatrzymują sobie metabolizm. Intuicyjne działanie w kuchni to taki stan, kiedy w przestrzeni miłości i szacunku do samego siebie gotuję jednoosobową kolację. Zjadam ją z radością, nie w biegu – świadomie. Oczywiście wiedza, jak łączyć produkty, żeby były zdrowe i pomagały redukować wagę, jest bardzo przydatna.

Jaki jest drugi warunek?
Oczyszczenie organizmu. W tym pomagają techniki oddechowe i medytacja. Dlatego w trakcie warsztatów na początku usuwamy toksyny za pomocą oddechu i relaksacji.

A co z osobami, które twierdzą, że są kulinarnymi beztalenciami, potrafiącymi przypalić nawet wodę? One też mogą obudzić swoją kuchenną intuicję?
Oczywiście. Na warsztatach gotujemy bez przepisu. Uczestnicy ze zdrowych produktów i przypraw wybierają to, na co mają w danym momencie ochotę. Następnie dowiadują się, że np. kurkuma działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, a awokado zawiera tłuszcze nasycone, omega-3, witaminę E i kwas foliowy, świetny dla kobiet w ciąży. Zaczynają zestawiać wiedzę z doświadczeniem, z obecną sytuacją. Słyszą potrzeby własnego organizmu.

Kiedy okazuje się, że potrafią przygotować prosty, zdrowy i przede wszystkim smaczny posiłek, automatycznie przenoszą tę intuicyjność na inne obszary życia, np. pracę czy związek. Pojawia się entuzjazm. Zaczynają być trochę jak dzieci. Podchodzą do smaków, zapachów, konsystencji tak, jakby poznawali je po raz pierwszy.

Dzieci też kierują się intuicją. Idą za tym, co czują, a nie za tym, co wiedzą...
Mam dwie córki, wegetarianki z wyboru, więc obserwuję to na co dzień. Maluchy mają tendencję do wpadania w monodiety. Przez pół roku są w stanie jeść tylko makaron. Jeżeli odpowiednio je pokierujemy i nie będziemy zaśmiecać ich organizmu, wybiorą produkty najkorzystniejsze na danym etapie rozwoju. Powstała cała filozofia intuicyjnego żywienia dzieci, która nazywa się: Baby Led Weaning. Kładziemy przed maluchem kilka zdrowych produktów i pozwalamy mu samodzielnie dokonać wyboru. Nim to się stanie, dotyka, wącha, przeżuwa, ogląda – słowem uruchamia wszystkie zmysły.

Każdy ma w sobie Wewnętrzne Dziecko, spontaniczne, szczęśliwe. Ale w wyniku różnych doświadczeń życiowych ono zaczyna się bać. Obudowuje się zbroją...
Techniki oddechowe, medytacja pomagają je rozbroić. Potem, w takiej „bezbronnej” przestrzeni, trafiamy do kuchni. Zaczynamy wąchać, oglądać, dotykać. W momencie kontaktu z pożywieniem przekazujemy mu energię. Hindusi i Arabowie właśnie z tego powodu jedzą rękami. Korzystają z całej palety informacji, jakich dostarczają zmysły. Heston Blumenthal, guru gotowania molekularnego, przeprowadził doświadczenie związane ze zmysłami i jedzeniem. Okazało się, że jabłko smakuje bardziej, kiedy słyszymy odgłos chrupania. Wrażenia smakowe osłabiają się, gdy wyłączymy efekty dźwiękowe. Podobnie jest ze smakiem i zapachem. Zakatarzeni często nawet nie mamy apetytu. Bo nie czujemy zapachu potraw. Nawet ulubione danie smakuje wtedy mniej...

Oddech oczyszcza, uspokaja i usuwa nadmiar stresu. Połączony z medytacją rozbudza intuicję, którą następnie wykorzystujesz w kuchni... Mógłbyś wrócić do kwestii oczyszczania i jedzenia?
To teraz ja spytam: po ostrym przepiciu alkoholowym, na kacu, na co mamy ochotę?

Na tłuste, ciężkostrawne jedzenie...
Tłuszcz pomaga strawić nadmiar alkoholu. I rzeczywiście intuicja podpowiada na dany moment dobrze. Co nie oznacza, że frytki i hamburger będą nam służyły długoterminowo. Kiedy pozbędziemy się nadmiaru toksyn z organizmu (pochodzących z zanieczyszczonego powietrza, konserwantów w jedzeniu itp.), pokochamy się i będziemy dla swojego ciała dobrzy – zacznie nam ono podpowiadać, czego naprawdę potrzebuje.

Miałam candidę (grzybicę), a mój organizm krzyczał: „cukier!”. Dlaczego? Bo jej głównym materiałem budulcowym jest właśnie cukier. To się idealnie pokrywa z tym, co powiedziałeś...
Takich przykładów intuicyjności lub jej braku w kuchni jest bardzo dużo. Spójrzmy na kobiety w ciąży. Legendarne ogórki kiszone, po które mąż jedzie w nocy do sklepu, zawierają kwas mlekowy. Ten z kolei powoduje, że w jelitach rozwijają się pożyteczne bakterie probiotyczne, polepszające trawienie i zwiększające wchłanialność związków odżywczych z jedzenia. Brzemienne są fascynującym przypadkiem, bo w okresie ciąży są wyposażone w podwójną intuicję – swoją i dziecka. Dlatego tak często zmieniają im się nie tylko smaki, ale nawet cechy charakteru. Ciąża jest tym momentem, kiedy kobieta jest bardzo wyczulona na swój wewnętrzny głos. Później niestety o nim zapomina, choć to on powoduje, że dąży do równowagi energetycznej.

Na pustyni Beduini czy Berberowie piją słodką, mocną herbatę. Cukier wychładza, podobnie jak kofeina czy teina...
W ciepłych krajach jest dużo energii jang – męskiej, rozgrzewającej, krzykliwej, dominującej. Dlatego cała ich kuchnia oparta jest na produktach, które w naturalny sposób wychładzają. Owoce i warzywa dojrzewające w słońcu mają właściwości obniżające temperaturę – wszystkie cytrusy na przykład. W Indiach czy w Afryce je się dużo ostrego. Dlaczego? Bo ostry przyspiesza pocenie, a pot tonizuje nasze ciało.

Mam wrażenie, że im cieplejszy klimat, tym większa otwartość, radość życia, a tym samym zwiększona intuicja. Wystarczy pójść na bazar w Hiszpanii czy we Włoszech. Tam się próbuje, targuje, dotyka... Kontakt z jedzeniem jest sensualny.
Tak, i zauważ, że to są narody, które rzadko miewają problemy z nadwagą. Choć niejednokrotnie jedzą dość tłusto, nie brakuje na ich talerzach węglowodanów. Ich dieta bazuje jednak na świeżych, wysokogatunkowych produktach. Siadają do posiłku, kiedy mają na to ochotę – często wieczorem, bo robi się chłodno. Nie „katują się” przekąską co trzy godziny, pięć razy dziennie, z zegarkiem w ręku.

Polacy też zmieniają się, gdy robi się ciepło. Wychodzimy do parków, ogródków, pełnych zieleni przestrzeni publicznych. Uśmiechamy się, jesteśmy bardziej otwarci. Czerpiemy energię ze słońca...
Jemy też dużo warzyw i owoców. Zimą zazwyczaj przerzucamy się na rzeczy rozgrzewające, np. na kaszę, płatki owsiane. Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe.

Dziś w erze globalizacji te wypracowane, piękne tradycje się zacierają...
Myślę, że bliższe prawdy jest stwierdzenie: zacierały się. Zaczynamy do nich wracać. Świadczy o tym cały ruch slow food, promowanie małych producentów, regionalności. Jest taka wspaniała książka „Zdrowi stulatkowie”. Opisuje najstarsze, długowieczne kultury. Ludzi, którzy żyją ponad 100 lat. Jedną z najlepiej zbadanych społeczności jest ludność Okinawy (japońskie ministerstwo zdrowia prowadzi badania od 1975 roku). Ich dieta składa się głównie z tofu, surowych warzyw i ryb. Kolejną – Hunzowie, tragarze wybierani najczęściej przez himalaistów. W wysokogórskie wyprawy zabierają raw foodowe kulki z suszonych moreli i ich pestek – bogatych w witaminę B17 – działa m.in. antynowotworowo. Mieszkańcy wioski Vilcabamba w Ekwadorze żywią się w znakomitej przewadze surowymi produktami. Listę zamykają Abhazi z gór Kaukazu.

Domyślam się, że cechą wspólną tych wszystkich diet jest ich sezonowość...
Tak, matka natura idealnie współgra z naszą intuicją. Latem dostarcza wychładzających warzyw i owoców, a zimą roślin korzeniowych, posiadających właściwości rozgrzewające. Zimą chętniej sięgamy też po węglowodany złożone, takie jak kasza gryczana czy płatki owsiane. Wolniej uwalniają energię, dzięki czemu jest nam cieplej.

Dziś wieczorem chciałabym intuicyjnie coś dla siebie ugotować – co mam zrobić?
Pójść na bazar. Bez zastanawiania zatrzymać się przy stoisku. Wziąć do ręki soczystego pomidora, powąchać go i zobaczyć, czy uruchamiają się twoje kubki smakowe. Wybrać tylko te produkty, na które dosłownie „cieknie ślinka”. Wrócić do domu i nie korzystając z żadnego przepisu (można się jakimś zainspirować), zacząć improwizować. Gotować z intencją sprawienia sobie przyjemności. Tak, jakbyś przygotowywała posiłek dla ukochanej osoby...

Maciej Szaciłło kucharz, współautor książek kulinarnych. Wraz z Karoliną Kopocz, nauczycielką technik oddechowych i medytacji, stworzył warsztaty kulinarno–oddechowe MEDYtuJEMY (www.medytujemy.pl). 

  1. Psychologia

Jaką rolę społeczną odgrywasz na co dzień?

Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę?
To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić.
To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć?
To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić?
Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa.
Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są.
Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne.
Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły?
Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli
. Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko?
Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?

  1. Psychologia

Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Fot. iStock
Fot. iStock
Za finezyjną i elastyczną konstrukcją z żeber bije serce. Dzięki niemu jesteśmy skłonni do wzniosłych, wielkich i skomplikowanych uczuć oraz silnych wzruszeń. Kochamy poezję, zachwycamy się i współczujemy. Zdobywamy się na odwagę, bezinteresowność, wierność, troskę i tkliwość. Ale uwaga – nie wtedy gdy nasze serce jest zranione...

Czy serce ma naprawdę takie znaczenie, czy to tylko pogłos po romantycznym micie, że jest siedliskiem uczuć?
Precyzyjne pomiary fal elektromagnetycznych emitowanych przez różne organy ludzkiego ciała wykazują, że sygnał emitowany przez serce jest najsilniejszy. Silniejszy niż sygnał mózgu. Pewnie dlatego, gdy zapytamy ludzi, z jaką częścią ciała się najbardziej utożsamiają, to najczęściej kładą ręce na sercu. Tak więc również w subiektywnym odbiorze uznajemy serce za szczególny obszar ciała. To oczywiste, że jest niezmordowaną pompą krwi, od której zależy nasze życie. Ale ma inne, jeszcze ważniejsze, funkcje emocjonalne i symboliczne. Jest przecież organem miłości, współodczuwania i różnych wyższych uczuć, a co najważniejsze, siedliskiem ducha albo duszy, a inaczej mówiąc – miejscem, w którym to, co ludzkie, spotyka się z tym, co boskie. Stąd bierze się owa zasadnicza diagnoza dotycząca naszych ludzkich kwalifikacji, którą czasami możemy usłyszeć: „Ty nie masz Boga w sercu” albo: „Ty masz Boga w sercu”.

Mówimy także: „Miej serce i patrz w serce” , „to człowiek o wielkim sercu” albo „ona serce ma z lodu”. Czy to tylko metafory?
Formalnie rzecz biorąc, to są metafory, które widocznie najlepiej opisują różne właściwości i stany ludzkich serc. Wskazują też na to, że serce jest organem kontaktu z ludźmi i ze światem, zdolnym albo zjednoczyć nas z nimi, wprowadzić w stan komunii, albo odciąć od ludzi i od świata. W obu sytuacjach potrzebuje solidnej ochrony, więc jak największego skarbu broni go mocna i sprężysta klatka piersiowa. Ale to nie zranienia fizyczne zagrażają mu najbardziej, lecz emocjonalne. Te goją się trudniej i dłużej niż prawdziwe rany. Czujemy wówczas, że nasze serce pękło, że ktoś nam złamał serce, że niesiemy na sercu ciężar albo że ktoś nam zamroził serce lub że nasze serce się zatrzasnęło. Widać wyraźnie, że wszystkie te odczucia wskazują na negatywny stan naszych relacji z innymi i ze światem.

Mam wrażenie, że wielu ludzi, których spotykam, jest w którymś z tych negatywnych stanów serca.
Ja też mam takie wrażenie. Bo, niestety, wiele serc, myślę, że wręcz większość, zostało w jakiś sposób zranionych. Gdy lądujemy na tym świecie i nic nam nie dolega ani nie boli, to jesteśmy jednym wielkim, otwartym sercem. Sercem zachwyconym światem, każdym kwiatkiem, każdym zwierzątkiem, każdą pogodą, każdym – także złym – człowiekiem, jedzeniem i kupą, tym, co brudne, i tym, co czyste – wszystko jest wtedy jednym wielkim cudem. Lecz to niewinne, bezinteresownie kochające serce dziecka prędzej czy później zostaje zranione przez ludzi, których wcześniej uszkodzone serca nie potrafią ochronić i wzmocnić jego bezbrzeżnej miłości. Bo jej zazdroszczą albo nie czują się jej godni, albo z obawy o źle pojęte bezpieczeństwo dziecka czy z innych jeszcze powodów. W każdym razie gdy otwarte serce dziecka trafi do kręgu serc zranionych, to wcześniej czy później upodobni się do nich, zarazi się nieufnością, zawiścią, nienawiścią lub pogardą. Niestety, starsze poranione serca nie zawsze potrafią skorzystać z szansy uleczenia, jaką stwarza bliskość dziecięcego serca. I potrafią znacząco zmodyfikować rozwijającą się konstrukcję i sylwetkę jego ciała.

Kształt klatki piersiowej się zmienia, a ciało dziecka  próbuje obolałe serce ukryć w zagłębieniu skorupy pleców, które zwijają się i garbią. Zapada się klatka piersiowa, barki wysuwają się do przodu, pochyla się głowa. Ręce często krzyżują się na piersiach. Sylwetka sygnalizuje otoczeniu: „Mam zranione serce, boję się i bronię przed prawdopodobnym, kolejnym ciosem”.

Inni ludzie domyślają się tej postawy ciała, że oto spotkali zranione serce?
Tak, a jeśli są wrażliwi, empatyczni, to inaczej się do kogoś takiego odnoszą – łagodnie, wspierająco i z szacunkiem dla granic takiej osoby. Bo ona czuje się jak rekonwalescent po operacji serca. Obolałe serce pochłania całą energie i uwagę, której potem brakuje do otwartego kontaktowania się ze światem. W tej sytuacji najbezpieczniej jest się wycofać.

Wiele razy słyszałam od ludzi, którzy jak mi się wydaje, mieli skrzywdzone serce, że najlepiej czują się sami.
Tak, bo dla poranionych i upokorzonych samotność oznacza bezpieczeństwo, jest upragnionym wytchnieniem, za które – mimo ogromnej tęsknoty za ufną bliskością – chętnie płacą izolacją. Często serca tych ludzi są tak zalęknione, że boją się każdego spotkanego na swej drodze. Tylko jakieś inne serce zdolne do bezinteresownej i bezwarunkowej miłości potrafi taką osobę wyrwać z izolacji.

Boję się zapytać, ale czy serca zranione potrafią kochać?

Potencjalnie każde ludzkie serce potrafi kochać. Pod warunkiem że się nie boi. A miłość, jak wiadomo, to jazda bez trzymanki z sercem na wierzchu, co w życiu dorosłych – częściej niż w dzieciństwie – niesie ryzyko odrzucenia, zranienia, rozczarowania. Zranione serce, zanim zacznie dawać miłość, potrzebuje choć trochę jej dostać. Ukryty miłosny potencjał zranionego serca ujawnia się dopiero po jego otwarciu, a otwarcie wiąże się z ryzykiem, którego zranione serce się boi. Całkowicie zapomniało o naturalnej miłości i zachwycie, którymi obdarowywało świat przez pierwsze lata po swoich narodzinach. Dlatego dorosłe, zranione serce raczej bywa chciwe, zachłanne i zazdrosne, a nie kochające. Często jest nielojalne, bo dojmujący głód ciepła, bezpieczeństwa i miłości każe mu korzystać z każdej miłosnej okazji, jaka się nadarza. Tak więc dorosłe zranione serce z reguły bywa egoistyczne. Tak bardzo, że nie tworzy miłosnej, partnerskiej więzi z innymi ludźmi, jedynie wikła ich, uzależnia i wykorzystuje, aby w końcu bez skrupułów porzucić. Wiele złamanych serc najbezpieczniej czuje się w otoczeniu udomowionych zwierząt – szczególnie wiernych, cierpliwych, bezwarunkowo kochających psów, a także koni. Dla nich potrafi mieć nieskończone współczucie, miłość i empatię.

Wystarczy kochać zwierzaki, by nauczyć się kochać i czuć kochanym?
Nie wystarczy. Bo wówczas nieświadomie umieszczamy swoje zranione serce i swój ból w porzuconych, zdradzonych, skrzywdzonych zwierzakach. Skutecznie wówczas pozbywamy się własnego bólu. A w konsekwencji, poświęcając się bez reszty zwierzętom, nie dostrzegamy już potrzeby zajęcia się własnymi problemami i iluzjami. W dodatku nasz lęk przed kochaniem ludzi fałszywie i wygodnie uzasadniamy ich niską wartością. Przekonujemy samych siebie, że nie są warci naszej miłości, że są z gruntu źli. W tej sytuacji miłość innych ludzi też niewiele dla nas znaczy. To znany mechanizm obrzydzania sobie tego, co upragnione, ale niedostępne. Tak rozmyślając, nieświadomie nadal będziemy żywić fałszywe przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość rodziców, co wyklucza możliwość nasycenia się jakąkolwiek miłością – także tą zwierzęcą. Wprawdzie wpatrzone w nas zwierzaki mogą wtedy koić nasz ból, ale go nie uleczą. Bo ich oddanie i uzależnienie uśmierzają tylko nasze objawy, więc nie sięgają do przyczyny bólu, a co gorsza, ją kamuflują. Z drugiej strony – nie ma nic złego w tym, że chcemy sobie przynieść ulgę w bólu. Jeśli w relacjach ze zwierzętami zachowamy stosowny umiar, to ich miłość i dobre wibracje mogą wiele dobrego zrobić dla naszych serc. Jednak gdy na tym poprzestaniemy, to grozi nam uzależnienie od uśmierzającej substancji i z czasem pozostanie nam tylko zwiększanie dawek zwierzęcej miłości i dalsze oddalanie się od ludzi.

Jak więc zająć się zranionym sercem w przyczynowy sposób?
Z wolna rezygnować ze strategii skorupiaka, który chroni swoje bezbronne ciała w głębi muszli czy pancerza. Ale skorupiak nie ma innego wyjścia, bo nie posiada wewnętrznego szkieletu, który tak bardzo zadecydował o ewolucyjnej przewadze kręgowców. Dla skorupiaków pancerz czy muszla są nie tylko tarczą i obroną, ale także zewnętrznym szkieletem. A ów ma tę wadę, że oddziela od świata i utrudnia poruszanie się, lecz stanowi jednak jakiś punkt zaczepienia dla mięśni. No i daje schronienie. Na szczęście my, ludzie, mamy inną możliwość. Jesteśmy kręgowcami, mamy wewnętrzny szkielet, którego niezastąpioną osią jest kręgosłup. Jak wiemy, mocny i sprawny kręgosłup w wymiarze mentalnym to poczucie godności i moralny kompas. Stąd prosty wniosek: aby właściciele zranionych serc porzucili strategię skorupiaka, muszą wpierw odzyskać swoją uszkodzoną wewnętrzną konstrukcję, szkielet i kręgosłup. Z punktu widzenia psychologicznej pracy z ciałem nie wolno otwierać komuś zatrzaśniętego serca, dopóki nie zbuduje podstawowego oparcia w sobie. Bo serce, aby się otworzyć, potrzebuje poczuć się bezpiecznie. Wewnętrzne, autogenne i autonomiczne oparcie dla serca budujemy, oczywiście, od dołu. Najpierw wzmacniamy stopy, nogi i biodra. Potem kręgosłup, po drodze wzmacniając brzuch. A na końcu ręce, które powinny być na tyle silne i sprawne, by móc odepchnąć agresora i obronić serce. Wtedy czas na umysł, który musi przynajmniej przypuścić, że rodzice nie kochali, bo nie potrafili, a nie dlatego, że z nami było coś nie tak. I dopiero wtedy serce odważy się wychynąć spod skorupy zgarbionych pleców i zacznie z wolna, ostrożnie rozkwitać.

Są jednak ludzie bardzo mocni i sprawni, którzy mają serca zatrzaśnięte, pełne złości?
To ci, którzy jako skorupy używają swojej muskulatury. Otulają zranione serca warstwami nadmiernie rozbudowanych mięśni i nastawiają się na czynną jego obronę, na walkę. W przeciwieństwie do wycofanych ich obroną jest agresja.

Dlaczego ich serca nie otwierają się?
Mają tylko potężne mięśniowe pancerze, ale nie mają poczucia oparcia w sobie. A co gorsza, przywykli do satysfakcji, jakiej dostarcza im ich pancerz mięśniowy, gdy za jego pomocą straszą, podporządkowują lub atakują niewinnych ludzi w imię obsesyjnej potrzeby zemsty za to, co ich niegdyś spotkało. Oni też boją się sięgnąć do źródła zranienia. Bo wprawdzie mają dużo siły, ale brakuje im samoświadomości. Gdy w środku coś boli, to łatwiej i bezpieczniej koncentrować się na zewnętrznej zbroi i wypierać trudne uczucia oraz potrzebę ciepłego, ufnego i bliskiego kontaktu z ludźmi. Wielka trudność w tym, że aby się na to wszystko otworzyć, trzeba jednocześnie otworzyć się na rozpacz, która wydaje się bezdenna. Ale tylko przeżycie tamtej, prawie zapomnianej, rozpaczy zranionego dziecka może otworzyć zatrzaśnięte serce na miłość.

W jaki sposób rozpacz może otworzyć na miłość? Czy nie można konfrontacji z rozpaczą ominąć?
Przykro mi, ale nie możemy. Chcesz otworzyć zatrzaśnięte, zlodowaciałe serce, to musisz przeżyć rozpacz, która zmusiła cię do tego, by je zamrozić, bo inaczej zabiłby cię ból. Teraz dopiero jako dorosła osoba możesz to w sobie pomieścić. Dasz radę. Uczciwe duchowe poszukiwania też cię tam zaprowadzą, pod warunkiem że unikniesz pokusy egzaltacji, wywyższania się lub ucieczki w wewnętrzną, martwą ciszę. Duchowe zderzenie z rozpaczą ma z reguły wymiar ponad-osobisty, co nie znaczy łatwiejszy – wręcz przeciwnie, znacznie trudniejszy. To tak jakby nasze serce przeżywało rozpacz wszystkich ludzi, którzy się kiedykolwiek narodzili na tym świecie. Wtedy serce otwiera się na miłość i współczucie w jeszcze głębszy, trudny do opisania sposób.

Czyli rozwój duchowy też jest drogą, by otworzyć serce?
Tylko jeśli nie jesteśmy nastawieni na obronę status quo. A, niestety, wielu takich jest wśród wyznawców każdej religii. Na naszym polskim podwórku najłatwiej zaobserwować to wśród katolików. Mimo że Jezus jest prorokiem otwartego serca, to wielu jego gorących wyznawców używa Go jako tarczy i oręża przeciwko innym ludziom, których nienawidzi i którymi pogardza. To zjawisko ma mniejszy zasięg, gdy duchowi wędrowcy mają od czasu do czasu bezpośredni kontakt z kompetentnym nauczycielem, który potrafi adepta uchronić przed zbłądzeniem na duchowe manowce.

To może na koniec: istnieją jakieś ćwiczenia dla serca?
Śpiewać, dużo śpiewać. Śpiew otwiera serce. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to przecież aż się nam chce śpiewać. Trudniej wydobyć z siebie głos, kiedy czujemy się źle. Wtedy jednak tym bardziej warto zadać sobie pytanie, jaki dźwięk moje serce chciałoby z siebie wydobyć. I próbować go zaśpiewać, zanucić, zamruczeć czy zajęczeć. Szukajmy takiego dźwięku i melodii, które okażą się głosem naszego serca tu i teraz. Jeśli w ślad za tym śpiewem podążą nasze emocje, to bardzo dobrze. Wyraźmy je głośno i do końca. Nagrodą będzie ogromna ulga i bardziej otwarte serce.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).