1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Energia Chi (Qi) – twoja życiowa siła. Jak ją wzmocnić?

Energia Chi (Qi) – twoja życiowa siła. Jak ją wzmocnić?

Na jednych qigong działa od razu, inni, zwłaszcza ci bardziej zestresowani i zmęczeni, potrzebują 2–3 miesięcy, żeby zauważyć wyraźny przypływ chęci do działania. (Fot. iStock)
Na jednych qigong działa od razu, inni, zwłaszcza ci bardziej zestresowani i zmęczeni, potrzebują 2–3 miesięcy, żeby zauważyć wyraźny przypływ chęci do działania. (Fot. iStock)
Ciało ludzkie to mała elektrownia złożona z elementów wytwarzających ciepło, a przez połączenie z mózgiem – motywację do działania. Można ją wzmocnić za pomocą ćwiczeń polecanych przez nauczycieli qigongu.

Energia Chi jest ważniejsza, niż mogłoby się wydawać.

Tłumacząc bezpośrednio z chińskiego, qigong (czyt. czikung) to praca nad energią qi, czyli naszą energią życiową – mówi Rafał Becker, instruktor shaolińskiego qigongu. – Chodzi o to, aby za pomocą określonych ruchów ciała, oddechu i wizualizacji sprawić, by bez przeszkód krążyła w ciele. Wtedy jesteśmy zdrowi, pełni witalności, mamy sprawne ciało i umysł. W tradycyjnej medycynie chińskiej energia Chi nie ma nic wspólnego z newage’owym wyobrażeniem czegoś eterycznego, tajemniczego i wirującego w kosmosie. Przeciwnie, jest czymś namacalnym, powiązanym z konkretnymi narządami i ich funkcjonowaniem. Nasze ciało jest swego rodzaju elektrownią złożoną z wzajemnie zależnych elementów, wytwarzającą ciepło, a poprzez połączenie z umysłem – motywację do działania. Siłę energii Chi miałem okazję sprawdzić 15 lat temu, po 8 latach trenowania kung-fu. Poprosiłem mojego nauczyciela Sławomira Pawłowskiego, żeby mi pokazał, jak działa to qi. Najpierw zademonstrował, jak działa uderzenie w „zwyczajnym” kung-fu. Poleciałem metr do tyłu, ale szybko wstałem i byłem gotowy do walki. Potem pokazał, co się dzieje, gdy w takim uderzeniu wykorzysta się energię qi. Nie ruszyłem się prawie z miejsca, ale w środku czułem, jakby coś mnie zmiażdżyło. Postanowiłem lepiej poznać tę siłę i nauczyć się z niej korzystać, ale w celach leczniczych.

Gosia, 39-letnia asystentka na ASP, poczuła działanie qigongu rok temu, już po pierwszych zajęciach, na które zaciągnęła ją przyjaciółka. – Przyszłam zdołowana, bo nie byłam w stanie skończyć projektu, choć goniły mnie terminy – opowiada.

– Po godzinie zajęć poczułam się lekka, pewniejsza siebie i spokojniejsza. Wróciłam do domu i ruszyłam z kopyta: odblokowały mi się pomysły, choć wcześniej przez miesiąc kręciłam się w kółko. Od roku chodzę na zajęcia dwa razy w tygodniu, a jak nie mogę iść, ćwiczę w domu. Łatwiej mi się skoncentrować, mniej rzeczy mnie rozprasza, nie odkładam niczego na później i, co też istotne, zniknęła mi lwia zmarszczka i poprawiła się cera.

Qigong na początek

– Energia życiowa powiązana jest z krwiobiegiem – tłumaczy Rafał Becker. – Jeśli mamy skłonność do obsesyjnego myślenia w kółko o tym samym problemie, więcej krwi idzie na obsługę mózgu, a mniej do śledziony i nerek, według tradycyjnej medycyny chińskiej odpowiedzialnych za radzenie sobie z lękiem i stresem.

Gdy ćwiczymy qigong, energia Chi nie tylko krąży swobodniej w ciele, ale też daje się łatwiej kierować na to, co w danym momencie istotne. Umiemy się na tym skupić, cieszyć się tym, co w danej chwili się dzieje, a tym samym wzmacniać swój potencjał energetyczny.

Jaki system qigongu wybrać na początek? – Żeby energia harmonijnie krążyła w ciele i dobrze nam służyła, warto łączyć dwie formy ruchu: mocniejszą, nastawioną na wzmacnianie mięśni, i delikatniejszą, skoncentrowaną na narządach wewnętrznych – radzi Becker. – Warto też pamiętać, że na jednych qigong działa od razu, inni, zwłaszcza ci bardziej zestresowani i zmęczeni, potrzebują 2–3 miesięcy, żeby zauważyć wyraźny przypływ chęci do działania. Pod warunkiem że trenują minimum dwa razy w tygodniu po godzinie. Najlepsze efekty są wtedy, gdy ćwiczymy regularnie, choćby po 15 minut dziennie w domu.

Piłki w brzuchu

Dla tych, którzy mają wrodzoną niechęć do gimnastyki i za nic nie dadzą się zaciągnąć na ćwiczenia, a jednocześnie narzekają na zmęczenie, trudności ze skupieniem się i ogólny życiowy marazm, idealne będzie… przewietrzenie ciała. Chodzi o to, by wpuścić świeże powietrze do krwi i mózgu. Zaletą ćwiczeń oddechowych jest to, że można je robić praktycznie wszędzie, nawet w garniturze lub służbowej garsonce, trzeba tylko na chwilę rozpiąć guzik i poluźnić pasek. Można przyjść na godzinne warsztaty oddychania brzusznego, a potem robić ćwiczenia w domu.

– Specyfika oddychania w qigongu polega na tym, że nie tylko uruchamiamy brzuch, jak w oddychaniu przeponowym, znanym na Zachodzie, ale też odcinek lędźwiowy kręgosłupa – mówi Rafał Becker. – Na początku trzeba się rozluźnić i podejść do tego jak do zabawy. Potem trzeba wciągnąć powietrze do brzucha, wyobrażając sobie, że mamy tam gumową piłkę, którą nadmuchujemy. Piłka się robi okrągła, wypychając do przodu mięśnie brzucha, a do tyłu część lędźwiową kręgosłupa. Potem wydychamy wszystko dokładnie, wyciskając z naszej „piłki” całe powietrze. Takie oddychanie sprawia, że lepiej wykorzystujemy płuca. Druga rzecz, że przepona schodzi w dół i lekko naciskając na narządy wewnętrzne, masuje je. To powoduje, że są lepiej ukrwione, a więc bardziej doenergetyzowane, czujemy się pełni wigoru.

Ćwiczenia oddechowe sprawiają wrażenie statycznych, ale to tylko pozory, bo mięśnie brzucha pracują pełną parą. Rozciągają się i wzmacniają, są coraz bardziej uelastycznione, szybciej wracają do swojego punktu wyjścia, dzięki temu sylwetka się prostuje. – Kolejna korzyść z oddychania brzusznego jest taka, że im głębiej skupiamy się na oddechu, tym łatwiej się uspokajamy – dodaje Rafał Becker. – Świadomy oddech jest powiązany z najnowszymi ewolucyjnie częściami mózgu, w tym z korą mózgową, co wzmacnia odczuwanie teraźniejszości i pozwala uniknąć zalania umysłu negatywnymi emocjami i myślami. Dlatego jeśli wcześniej jesteśmy zdenerwowani i energię pożera nam lęk, po kilku minutach robienia „piłek” uspokajamy się i możemy skupić się na meritum sprawy. Czyli na tym, czego najbardziej potrzebujemy.

Qigong dla kobiet, czyli promienny lotos

Jest też specjalny Qigong dla kobiet. Nazywa się „Promienny Lotos” i łączy „zwykły”, wywodzący się z medycyny chińskiej qigong, automasaż, akupresurę i dźwięki – wszystko po to, żeby energia Chi płynnie krążyła po kanałach energetycznych, poprawiając sprawność i urodę ciała oraz wzmacniając siłę umysłu. Stworzony został przez Daisy Lee, Amerykankę chińskiego pochodzenia, czerpiącą z różnych tradycji medycznych i rozwojowych: chińskiej, zachodniej, hawajskiej i tybetańskiej. – Daisy Lee jest chodzącą reklamą swojego qigongu: pięknie się porusza, jest radosna, otwarta, przyciąga do siebie ludzi, a przy okazji wygląda na 30 lat, choć ma sporo więcej – śmieje się Anna Horban, instruktorka „Promiennego Lotosu”. – Qigong dla kobiet oprócz tego, że powoduje przypływ sił, zmniejsza napięcie przedmiesiączkowe, bóle menstruacyjne, pozwala łagodnie przejść przez menopauzę. Największą korzyść odniesiemy wtedy, gdy wybrane ćwiczenia będziemy robiły codziennie przez mniej więcej 30 minut albo dwa razy w tygodniu po 1–1,5 godziny. Ale są kobiety, które oklepując się codziennie po brzuchu przez 10 minut, dożyły sędziwego wieku i uważają, że to najlepsze ćwiczenie na zdrowie, urodę i witalność.

Podstawowa zasada jest taka: żeby ułatwić harmonijny przepływ energii Chi, czyli pozbyć się starej, zastałej energii, potrzebne są wibracje. Wytwarzamy je za pomocą potrząsania, oklepywania i sześciu tybetańskich dźwięków. Jak to wygląda w praktyce? Trzeba zacząć od rozstawienia stóp na szerokość bioder i mocnego postawienia ich na ziemi – „ukorzenienia”. Potem rozluźnić całe ciało. Głowa do góry, plecy wyprostowane tak, jakby kręgosłup był koralikami luźno nanizanymi na sznurek – od dołu trzymający się ziemi, a od góry zaczepiony bardzo wysoko, gdzieś na niebie. Gdy już jesteśmy rozluźnione, można zacząć oklepywać brzuch obiema dłońmi od dołu, jednocześnie podskakując na piętach.

Warto wspomnieć również o prostych praktykach poprawiających jakość życia. Aby opanować strach lub zmęczenie, należy mocno potrzeć dłonie jedna o drugą i rozgrzane przyłożyć do nerek. Gdy chcemy się ożywić, można połączonymi opuszkami palców jednej dłoni opukać umiejscowioną tuż za mostkiem grasicę (poprawi to także odporność).

Ekspert Rafał Becker instruktor shaolińskiego qigongu, www.shaolinqigong.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  1. Psychologia

Jak kierować swoją energią, żeby uwolnić się od stresu i wewnętrznych konfliktów?

Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Cel – nie dać się stresom. Strategia – chronić własną energię. Przede wszystkim przed... nami samymi. Bo nic nas tak nie osłabia jak wewnętrzny chaos i konflikty. Spójność, harmonia i świadomość siebie to nasze najważniejsze zasoby – tłumaczy coach Lidia Czarkowska.

Jakie wewnętrzne zasoby mogą nam pomóc radzić sobie ze stresem?
Rozumiem, że rozmawiamy o stresie jako o czymś, co nas podkopuje, drenuje z energii? Bo może być też stres stymulujący, konstruktywny.

Chodzi mi o wewnętrzne zasoby, które nas wzmacniają, sprawiają, że tak zwana rzeczywistość nas nie przerasta.
To ważne pytanie, choć nieczęsto je sobie zadajemy. Co nam daje energię, a co nas jej pozbawia? W tym sensie najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. Bo nic tak nas nie osłabia jak chaos i wewnętrzne konflikty. Ważne jest też nasze osobiste nastawienie do tego, co nas spotyka. Często przytaczam takie dwa zdania: doświadczenie to suma popełnionych błędów. Oraz: doświadczenie to nie jest to, co nas spotyka w życiu, tylko to, jak reagujemy na te wydarzenia i co zrobimy z tym, co nas spotyka. Takie podejście to wielki potencjał obronny przed stresem i załamaniem. Można powiedzieć, że same wydarzenia zewnętrzne to są tak zwane fakty. Na doświadczenie składają się jednak również nasze reakcje i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Dlatego jeden człowiek, gdy straci pracę, może wpaść w depresję, a inny uzna, że to świetna okazja, by coś w życiu zmienić i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Choć mam świadomość, że taka zmiana sposobu myślenia jest możliwa, wiem, że nie jest to szybka droga.
A kto powiedział, że ma być?

Nie chciałaby pani, żeby były takie sposoby radzenia sobie ze sobą jak nowoczesne pigułki przeciwbólowe? Szybko, skutecznie i już z uśmiechem kręcimy się na karuzeli
Nie ma szybkich rozwiązań dających trwałe efekty, choć są rozwiązania proste. Na przykład jedna z zasad Huny mówi, że wszystko, czemu dajemy energię – rośnie. Tak jakbyśmy pielęgnowali ogród. Te rośliny, których doglądamy, mają się dobrze. Te, które zostawiamy samym sobie, obumierają. Takim doglądaniem jest nasza uwaga, bo za nią podąża energia. Jeśli chcemy wyhodować szczęście, powinniśmy się koncentrować na tym, co w naszym życiu dobre, a nie na tym, co nam się nie udało. A to oznacza m.in. nie rozpamiętywać złych chwil, nie snuć czarnych scenariuszy, nie nurzać się zbyt długo w trudnych emocjach. To jeden ze skuteczniejszych sposobów zmiany myślenia.

Który wymaga dyscypliny i dużej samoświadomości
. Dlatego od tego zaczęłam. Samoświadomość pozwala panować nad życiem. Bez niej jesteśmy bezbronni, zależni od okoliczności. To podstawowy zasób, który należy pielęgnować. Sposobów jest mnóstwo. Na przykład coaching dysponuje konkretnymi narzędziami ułatwiającymi samopoznanie. Dzięki nim jesteśmy w stanie ustalić, na czym polega nasz obecny wewnętrzny chaos, na jakim poziomie są konflikty, niespójności. Jeśli to wiemy, możemy z tym pracować. Jeden z modeli pokazuje na przykład, że nasze działanie jest zawsze wypadkową trzech czynników: tego, co myślimy na dany temat, jakie mamy w związku z tym emocje i czego chcemy. Komponent wolicjonalny, czyli wola, umiejscowiony jest w brzuchu, komponent emocjonalny, czyli uczucia – w sercu, a komponent poznawczy, czyli nasze przekonania i myśli – w głowie. Gdy głowa, serce i brzuch mówią jednym głosem, kiedy wszystkie te trzy sfery są spójne, działamy zgodnie ze sobą, nie wytracamy energii. Do tego należy dążyć. Problem w tym, że rzadko kiedy tak się dzieje.

Większość ścieżek rozwojowych mówi to samo: należy dążyć do tego, by nasze ciało, serce i umysł były zjednoczone. Bo kiedy tak się dzieje, możemy spełniać swoje marzenia, działamy zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coaching też to zaleca.
To, o czym mówię, to klasyczny psychologiczny model postawy. Pięknie opisuje nasz wewnętrzny świat i walki, jakie w nim toczymy. Bo co się dzieje na przykład, kiedy w jakiejś sprawie nasz umysł i serce nie są w zgodzie? Częsta sytuacja: wiem, na poziomie głowy, że palenie mi szkodzi, ale tak bardzo to lubię, że nie umiem sobie odmówić. Albo nie mam ochoty przestać. W efekcie – palę, ale próbuję ciągle rzucić palenie albo mam poczucie winy, miotam się. W każdym przypadku kosztuje mnie to sporo energii.

Może być też tak, że chcę czegoś i nie chcę jednocześnie. Na przykład zjeść czekoladkę i nie zjeść czekoladki. Pójść gdzieś i nie iść.
Niespójność może występować na wszystkich poziomach, nie tylko pomiędzy poszczególnymi elementami, ale też w obrębie każdego z nich. To, co pani mówi, oznacza, że musimy popytać siebie bardziej szczegółowo o motywację, zajrzeć głębiej. Jedną z przyczyn wewnętrznych konfliktów jest niespójność celów. Mamy ich zwykle wiele w życiu, w dodatku nie zawsze są one uświadomione. Niektóre stawiamy sobie sami, inne przejmujemy, na przykład od rodziców, albo narzuca nam je kultura. W dodatku to się zmienia w czasie. Często panuje tu niezłe zamieszanie. Warto co pewien czas robić z tym porządek. Wypisać sobie te cele, uporządkować, zhierarchizować. Niektóre okazują się nieaktualne, a inne wzajemnie się blokują. Typowym objawem takiej sytuacji jest to, że czegoś chcemy i jakoś nam się to nie udaje. Na przykład planujemy, że od przyszłego roku zaczniemy płatne studia, ale jakoś nie możemy odłożyć na nie pieniędzy. Mamy cel, ale działania wcale nas do niego nie przybliżają, wręcz przeciwnie. To znaczy, że nasz faktyczny, głęboki cel jest inny niż ten zadeklarowany, podejmujemy decyzję na głębszym poziomie, choć czasem nawet tego sobie nie uświadamiamy.

Dla mnie ważnym momentem było uświadomienie sobie, że czasem podejmuję decyzję, choć wydaje mi się, że tego nie robię, tylko „tak wyszło” albo „tak trzeba”.
Coaching zgadza się tu z Biblią: po owocach nas poznacie. Wynik pokazuje, jaka ostateczna decyzja zapadła, nawet jeśli jej sobie nie uświadamiamy. Jeśli nie pojechałam na wakacje, „bo jakoś tak wyszło”, to po prostu znaczy, że gdzieś w sobie podjęłam taką decyzję, że nie jadę. Rozumiem jednak, skąd się bierze przekonanie, że to nie była decyzja. Kiedy mówimy: „podjęłam decyzję”, to znaczy potocznie, że pojawiła się w mojej głowie jakaś myśl na ten temat. Ale to iluzja. Ostateczna decyzja zapada wtedy, gdy za czymś podąży nasza energia. A emocje mają najwyższą energię, więc to one decydują. I tu wracamy do naszego trójkąta: brzuch – serce – rozum. Jeśli nie ma spójności, decyzja mentalna może mieć się nijak do ostatecznego wyniku. Albo może się dziać coś, choć pozornie nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo nie zaistniała na poziomie myśli.

Co jeszcze może powodować brak wewnętrznej harmonii?
Często zdarzają się nam konflikty na poziomie przekonań i ról. By to zrozumieć, proponuję ćwiczenie, które jest wersją używanego w coachingu koła jakości życia. Rysuję sobie kwiatek ze środkiem i płatkami. Płatków jest tyle, ile ról, jakie odgrywam w życiu. Np. jestem mamą, żoną, wykładowcą, autorem publikacji, trenerem, coachem, córką, przyjaciółką itd. A środek to jest moje ja, czyli to, kim jestem jako człowiek. Kiedy już to wszystko mam, mogę się przyjrzeć, ile czasu i energii wydatkuję na bycie w poszczególnych rolach. I czy mi to odpowiada. Może któraś rola za bardzo dominuje i to mi nie pasuje. Sprawdzam, czy są w tym rysunku jakieś słabe miejsca, role, które chciałabym wzmocnić. Oczywiście, może być tak, że z którejś z nich świadomie rezygnuję w danym momencie. Ale bywa, że nie panuję nad tym, i taki deficyt mnie na dłuższą metę osłabia, bo czuję się niespełniona. W ostatecznym rozrachunku energetycznym ważne jest określenie, ile czasu, energii i uwagi zabiera każda z ról, a ile daje.

Jak to ocenić?
Generalnie jest tak, że rola nas karmi, gdy jest spójna z nami. Na przykład jeśli bawię się beztrosko z moimi dziećmi, czerpię z tego siły. Jeśli spędzam z dziećmi czas, ale w głębi duszy tego nie lubię, tylko to robię, bo czuję, że powinnam, zabiera mi to energię. To subiektywna sprawa. Trzeba to sobie uświadomić, bo zawsze są jakieś możliwości, by dopasować tę rolę do siebie. Wówczas nie tracimy energii. Jeśli jest odwrotnie, drenujemy się z energii i osłabiamy. Tracimy radość życia. Walka z samym sobą nas zjada.

Tylko że do tego trzeba wiedzieć, kim się jest.
Po to jest w tym ćwiczeniu środek kwiatka. Kim jestem? Gdybym spytała o to panią, co by pani odpowiedziała?

Hm... sobą.
Super. A co to dla pani znaczy?

Że się nie boję. No i jest w tym jakaś radość, wolność.
Co panią wyróżnia spośród innych ludzi, którzy też są sobą?

Trudno mi to nazwać, byłoby mi to łatwiej pokazać.
Świetnie. Powiem pani, co zobaczyłam w tym ruchu. Kreatywność i lekkość. Coś jeszcze?

Chyba wystarczy. Rozumiem, że w ten sposób można to odkryć?
Tak. Choć dla wielu ludzi takie ćwiczenie jest trudne, bo mają kiepski dostęp do siebie. Np. definiują siebie tylko poprzez role. Skończyłam takie a takie studia, nie pracuję, mam tyle a tyle lat, jestem kobietą. Trzeba długo pracować, by pomóc im oddzielić siebie od ról. Czasem ludziom pomagają etykietki, symbole, określenia o charakterze porównawczym, np. jestem wcieloną dobrocią. Poszukują nazwy na swoją tożsamość.

Mnie przychodzi na myśl motyl.
Świetnie. A więc pani jest motylem, który pełni funkcje dziennikarki, matki, żony itp. Jak to się ma do siebie? Każda rola ma swoje ramy, które określają, co się w niej mieści, a co nie. Rola społeczna to jest pakiet oczekiwań przypisanych do konkretnej pozycji w strukturze społecznej. Poza tym są jeszcze oczekiwania konkretnych osób. Na przykład jestem żoną i to ma konkretne społeczne i kulturowe ramy, ale oprócz tego są jeszcze oczekiwania mojego męża, moje własne, moich teściów itp. Dlatego na styku ja – rola dochodzić może do wewnętrznych konfliktów, które, jak już mówiłyśmy, są energetycznie kosztowne. Możliwy jest konflikt pomiędzy osobą a rolą, pomiędzy rolami, konflikt w roli – istnieje nieskończenie wiele odmian tej sytuacji. Choćby na poziomie wartości: ktoś jest katolikiem i ginekologiem, który dokonuje aborcji. Albo w ramach samej roli, np. menedżer średniego szczebla, od którego zwierzchnicy oczekują, że będzie uległy wobec nich, ale nieugięty wobec podwładnych.

Przeżywałam spory konflikt między moją osobowością a rolą matki. Dużo mnie to kosztowało, wpadłam niemal w depresję, nie mogąc sprostać wymaganiom. Wcale mnie to nie dziwi: tu motyl, a tu odpowiedzialność, przyziemność, dbanie o innych... podczas takiej analizy zadałybyśmy sobie pytanie: jak napisać dla pani rolę mamy. Jak kreatywnie stworzyć ją na nowo, by mogła pani ją odegrać z radością. Chodzi o to, by nasze role przedefiniować, a nie z nimi walczyć. Wojna zawsze nas osłabia. Jeśli to, co robię, zmusza mnie do udawania kogoś, kim nie jestem – więdnę, słabnę. Jeśli moja dusza emanuje poprzez to, co robię – rozkwitam. Do takiej spójności dążymy. To w sumie proste.

Dr Lidia D. Czarkowska, psycholog, socjolog, antropolog; konsultant, trener, coach, mentor i superwizor. Od ponad 20 lat wspiera rozwój ludzkiego potencjału. Założycielka i dyrektor w latach 2010-2018 Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego, Twórca i kierownik trzech kierunków studiów podyplomowych: Coaching profesjonalny, Coaching menedżerski oraz Mentoring, adiunkt w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Leona Koźmińskiego. Mama czwórki dzieci. Miłośniczka gór, tanga i kotów.

  1. Zdrowie

Życiowy potencjał w medycynie wschodniej - skąd możemy czerpać energię?

Fot. iStock
Fot. iStock
W ujęciu tradycyjnej medycyny chińskiej potencjał, jakim będziemy dysponować przez całe życie jest określony już w chwili narodzin. Chińczycy nazywają go energią przedurodzeniową. Składa się na nią potencjał naszych rodziców, naszych przodków, a więc to, co dzisiejsza nauka dostrzegła w genach. I na to nie mamy wpływu.

Z każdym dniem i godziną każdemu z nas ubywa tej energii – dlatego się starzejemy.

Ale na tempo utraty życiowego potencjału mają wpływ: energia czerpana z pożywienia, z powietrza i z umysłu. Dzięki temu możemy i powinniśmy świadomie oddziaływać na stan naszej energii życiowej – wspomagać fizyczne i psychiczne zdrowie, i w ten sposób opóźnić proces starzenia.

Energia z pokarmu

Energię chi, bo tak się ją określa, możemy czerpać z właściwego dla naszych indywidualnych  potrzeb pokarmu. Nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich ludzi, ale podstawą pożywienia każdego dbającego o swoje zdrowie człowieka powinny być wszystkie jadalne nasiona (mają dużo własnej chi i są w łańcuchu pokarmowym oddalone od ludzkiego DNA). Należą do nich przede wszystkim zboża, wszelkiego rodzaju kasze, ale również nasiona roślin strączkowych, np. groch, fasola oraz takie przysmaki, jak orzechy, migdały, pestki słonecznika, dyni itp. Pokarmy sprzyjające zdrowiu to również warzywa i owoce spożywane w różnych wersjach, zarówno surowe, jak i na ciepło. W piramidzie zdrowia ostatnie miejsce zajmują pokarmy zwierzęce, a wśród nich pokarmy ssaków będących genowo najbliżej białka ludzkiego (należy do nich wieprzowina), potem białko mięsa ptaków i ryb.

Energię do życia czerpiemy też z powietrza, dlatego tak duże znaczenie mają ćwiczenia oddechowe oraz jakość powietrza, którym napełniamy nasze płuca. Aktywność fizyczna sprzyja czerpaniu tej energii wraz z tlenem transportowanym przez pęcherzyki płucne do krwi.

Energia generowana przez umysł

Najpotężniejszą porcją energii można zasilić się (ale i, niestety, osłabić) poprzez sterowanie własnym umysłem. Jeśli w życiu przeważają mądrość, przyjacielskość, współczucie, sprawiedliwość i uczciwe zamiary nasz umysł zdolny jest zrekompensować nawet niedomagania ciała. Zdolny jest też dać radość życia i poczucie sensu w każdej zastanej chwili. To czyni człowieka nieustraszonym.

Strach natomiast jest najbardziej destrukcyjną emocją dla nerek, od których, według tradycyjnej medycyny chińskiej, zależy energia chi. Współczesnemu człowiekowi, bardziej niż kiedyś, towarzyszy strach przed starością i przemijaniem. W dawnych czasach starość była atutem, mówiło się np. z szacunkiem „zacny staruszek”. W niektórych kulturach tylko starzec mógł być uznany za mędrca. W kulturze zachodniej zewsząd podsycany kult młodości czyni człowieka nieodpornym na najbardziej naturalne ze wszystkich naturalnych zjawisk – przemijanie.

Jeśli mamy dobrej jakości energię życiową, nie boimy się przemijania i przyjmujemy spokojnie to, co lata niosą.
Tymczasem słyszy się dokoła, że młodość może nam przedłużyć lek od ginekologa, skalpel chirurga czy zabieg u kosmetyczki. Wszystko to sprawia, że przestajemy być świadomi możliwości własnego organizmu, a naturalne procesy, jakie w nim zachodzą jawią się jako choroba, która wymaga leczenia. Jednym z przykładów może być okres menopauzy. Lansowane hormony, zwane eliksirem ryzyka, nie są jedynym środkiem do łagodzenia objawów menopauzy i na pewno nie są  eliksirem zdrowia. Oprócz działania onkogennego (ryzyko choroby nowotworowej) obciążają wątrobę, która musi sobie poradzić z ich metabolizmem. Ponieważ wątroba jest też odpowiedzialna za poziom niektórych czynników krzepnięcia, pojawia się możliwość wystąpienia choroby zakrzepowej. W medycynie Wschodu i Zachodu niejednakowo respektuje się powiązania narządowe warunkujące homeostazę, czyli równowagę wewnętrzną wszystkich układów ciała ludzkiego.

Ojciec medycyny, Hipokrates podkreślał, że naczelną zasadą leczenia jest „po pierwsze nie szkodzić”. A więc, jeśli działanie lekarza ma spowodować szkody większe niż sama choroba, należy przyjąć inną strategię. Przecież takie objawy jak gorączka czy ból często ostrzegają przed tym, co zaczyna się dziać w chorym organizmie. Mogą więc stać się jego sprzymierzeńcem poprzez szybką mobilizację układu odpornościowego (w podwyższonej temperaturze na przykład intensywnie produkowane są przeciwciała, a mniej intensywne jest namnażanie się bakterii, wirusów i innych patogenów). Oczywiście medycyna Zachodu w sytuacjach załamania się układu odpornościowego, urazach, nieodwracalnych lub wrodzonych defektach zdrowia przejmuje dowodzenie i jej zasługi są niekwestionowane. Jednak w wielu  przypadkach przewlekłych schorzeń sama nie zdaje egzaminu i powinna czerpać z mądrości medycyny Wschodu.

Dr n. med. Wiesława Stopińska: lekarka rodzinna i pediatra; dyplomowana akupunkturzystka. Propaguje i stosuje w praktyce lekarskiej naturalne metody diagnozowania i leczenia obok metod akademickich. Autorka książki "Medycyna. Między wschodem a zachodem".

  1. Styl Życia

Amulety i talizmany: jaką rolę pełnią w naszym życiu?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Idziesz na negocjacje biznesowe albo do przedszkola po dziecko z wisiorkiem w kształcie lamparta lub lwa na szyi. Co zyskujesz? Czym są dla nas symbole zwierząt? I co mają wspólnego z potrzebą samopoznania i stawania się najlepszą wersją siebie samego – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Pewnego dnia, biegnąc do Łazienek Królewskich, przypomniałam sobie, że jako dziewczynka bawiłam się, udając, że jestem białym koniem. Poczułam wtedy radość, że biegnę tak lekko, jakbym się tym koniem stała! Michael Harner, autor „Drogi szamana”, pewnie powiedziałby, że użyczyłam ziemskiej powłoki duchowi mojego zwierzęcia mocy, aby nacieszyło się istnieniem. I stąd ten skok energii. A ty jako psycholog co o tym sądzisz?
Wrażliwość i spontaniczność dziecka, którym wtedy byłaś, na pewno odegrały w tym przeżyciu istotną rolę. Zabawa w konia sprawiała ci ogromną frajdę i dziś, kiedy sobie o niej przypomniałaś, ten szczególny wymiar dziecięcej radości do ciebie wrócił. Ważną rolę w tym wątku twojego życia odgrywają zapewne znaczenia i skojarzenia związane z koniem: siła, szybkość, swoboda, gracja. Utożsamiając się z nim, odkryłaś, że są one dla ciebie ważne, i uruchomiałaś proces ich nabywania. Z tych samych powodów terapeuci i trenerzy proponują ludziom autodiagnozę ich zasobów i aspiracji, pytając: „Gdybyś miał być zwierzęciem, to jakim?”. Podobnie używa się metafor zwierzęcych jako feedbacku: „Wyobraź sobie Anię czy Tomka jako zwierzę. Jakie to mogłoby być zwierzę? Opisz jego cechy i właściwości”. Z reguły zwierzęce autometafory, jak i metaforyczny feedback trafnie oddają ważne cechy opisywanych ludzi. Także te cechy ukryte.

W jaki sposób pytanie o to zwierzę, którym chciałabym być, może służyć rozwojowi mojej samoświadomości?
Metafory są pojemne i niejednoznaczne. Dzięki temu pomagają zobaczyć w nas i w innych głęboko ukryte wady i jakiś nierozpoznany pozytywny potencjał. A to z reguły w łagodny sposób inspiruje do mitygowania tego, co negatywne, i rozwijania tego, co w nas pozytywne. Z pewnością wybór zwierzęcia, z którym się utożsamiamy, nie jest przypadkowy. Nawet z całkowicie racjonalnej perspektywy kulturowej. Wszystkie zwierzęta i ich gatunki mają widoczne gołym okiem specyficzne cechy, a więc m.in. tylko im właściwe strategie przetrwania, reguły zachowania, stadne czy zbiorowe obyczaje, systemy komunikacji, organizację społeczną itd.

Niedźwiedź zapada w sen zimowy, wiewiórka nie wie, gdzie chowa orzechy, mrówki to wspólnota, a rosomak – sama agresja...
Właśnie. Często, nie będąc tego świadomi, obserwujemy, czytamy czy fascynujemy się zwierzętami mającymi te właściwości, których nam brakuje, lub te, których nie zdołaliśmy w sobie rozwinąć. W szamańskich tradycjach używa się tych powiązań i fascynacji po to, by świadomie kierować procesem samorealizacji adeptów. Zwierzę mocy albo zwierzę opiekuńcze ze wszystkimi jego cechami i właściwościami zyskuje wówczas rangę nauczyciela czy przewodnika, którego powinniśmy naśladować i uczyć się od niego. Aby nawiązać z nim i podtrzymywać duchową więź, przyjmujemy jego imię wraz z dodatkiem tej jego właściwości, która jest dla nas szczególnie istotna, np. Siedzący Byk, Sprytny Lis, Szybki Mustang. Tak więc twoja dziecięca fascynacja koniem powinna cię zobowiązywać do niezaniedbywania wymiaru przestrzeni, swobody, radosnego biegu, gracji ruchu, a także siły i wytrzymałości. Ale jasnowidzący szaman  powiedziałby ci pewnie, że istnieje jakieś pokrewieństwo między tobą a koniem, że koń jest twoim źródłem energii życiowej, animalną częścią duszy i że jest powiązany z twoimi przodkami. Koń stałby się wówczas twoim zwierzęciem totemicznym. To zobowiązywałoby cię do podtrzymywania energetycznej więzi ze światem koni, np. poprzez uczestniczenie w odpowiednich rytuałach, noszenie amuletów itp. Szaman powiedziałby ci również, że bez łączności z energią konia będziesz słabsza, nie zrealizujesz swojego życiowego potencjału, a nawet możesz zachorować czy wpaść w depresję. Z kolei hinduski guru zobaczyłby prawdopodobnie w historii twojej duszy jakiś koński epizod reinkarnacyjny.

Mogłam być kiedyś koniem? Nawet jeśli w to nie wierzę, dobrze by było mieć z tym zwierzakiem kontakt, bo dzięki temu rozwinę w sobie jego przymioty?
Właśnie tak. Psychologicznie można to wyjaśnić dużo prościej: może kiedyś w dzieciństwie zobaczyłaś z okna pociągu galopującego białego konia i zachwyciłaś się gracją jego ruchu, długim ogonem i rozwianą grzywą? A może dziadek albo mama czytali ci do snu baśń o pięknym i wolnym białym koniu, a wtedy twoje dziecięce serce zapragnęło dla siebie pięknego i wolnego życia? W ten sposób biały koń mógł stać się twoim nieuświadamianym, symbolicznym ideałem. Dlatego gdy teraz widzisz takie zwierzę, czujesz, że reprezentuje to, czego najbardziej od życia potrzebujesz.

A jakie jest twoje totemiczne zwierzę?
Jakieś 15 lat temu pewien indiański wódz i szaman stwierdził, że jest nim orzeł. Nie zaskoczyło mnie to. Bliskie jest mi dążenie do tego, by wznosić się wysoko i widzieć szeroko. Widzieć wzory i zależności, których nie widać z bliska. Szybując w oceanie powietrza, nieprzywiązany do żadnego miejsca na ziemi orzeł doświadcza bezgranicznej swobody, jest mieszkańcem świata. Pewnie dlatego lubię latać samolotem. Najbardziej mnie cieszy moment startu, oderwanie się od ziemi. Lądowanie jest symbolicznym powrotem do zamieszania, konfliktów i cierpienia, powodowanego przez umysł, który zatracił proporcje, perspektywę i ogląd całości.

Czyli z perspektywy orła czerpiesz radość, a nie się zasępiasz?
Oczywiście. Ale wspomniany sęp pokazuje, że nie każdy ptak jest symbolem wolności i radości. Niezależnie jednak od tego, czy zwierzęcy symbol reprezentuje słabe, czy mocne strony naszego mentalnego wyposażenia, to zawsze spełnia swoją podstawową rolę – podłącza nas energetycznie i emocjonalnie do świata przyrody, przypomina, że do niego należymy. Karta do bankomatu, smartfon i samochód nie skontaktują nas ze źródłem życia. Dlatego tyle w nas lęku i agresji w tym, wydawać by się mogło, coraz bardziej bezpiecznym świecie. Zgubne skutki braku połączenia z naturą widać także w coraz większej liczbie zaburzeń lękowych i problemów z tożsamością. Dlatego wszystko, co kontaktuje się głównie z pikselowymi obrazami przyrody, pozwala poczuć się w realnym z nią kontakcie i jest prawdziwym wybawieniem dla ciała i ducha.

Dlatego szamanizm staje się modny. W zgiełku miasta łączy nas z energią przyrody. Znajoma nosi na szyi emblemat lwa i twierdzi, że dzięki niemu realizuje się artystycznie. Więc może coś w tym jest. Niekoniecznie magicznego. Symbole zwierząt są przecież też obecne w religii chrześcijańskiej. W Apokalipsie św. Jana lew to symbol siły, wół – wytrwałości, orzeł – ostrości widzenia. Z kolei człowiek to symbol woli.
Podobnie dzieje się z godłami państw i szlacheckimi herbami. Tam też się roi od totemicznych zwierząt i roślin, bo wszyscy czerpiemy energię, inspirację do życia z przyrody. Gdy docenianie i podkreślanie tego nazywamy magią lub pogaństwem, to popełniamy grzech pychy i ignorancji. Nie ma nic głupiego ani niestosownego w poszukiwaniu tego, co boskie, w boskim stworzeniu. To właśnie czynił św. Franciszek.

Więc jeśli to komuś pomaga w stawaniu się lepszym i pełniejszym, niech nosi na szyi pazur lamparta czy skrzydełko ważki. W kwantowej rzeczywistości nie ma granic ani różnic, także między człowiekiem a zwierzęciem. Można tę jedność porównać do fal na powierzchni oceanu. Każda z nich jest odrębnym bytem, ale zawsze pozostają jednym oceanem. Część z nich wchodzi w interakcje, które dodają im sił, energii i szybkości. Inne, zderzając się, ulegają unicestwieniu. W chaotycznym hologramie wszechświata nie istnieje żaden mechanizm, który by uniemożliwiał lub uznawał za niewłaściwą wzmacniającą interakcję fali, którą jesteś ty, z falą pięknego białego konia. Ucz się od niego. Zwierzęta i cała przyroda są dla nas, ludzi, niezastąpionymi nauczycielami niedwoistości, bo przyroda – choć jawi się naszym umysłom jako podzielona – w istocie ma jedną duszę. Tylko my się od tej jedności oddzielamy i nie potrafimy jej dostrzec. Dlatego im silniejszy się staje w naszych człowieczych relacjach ze zwierzętami – ciągle powikłanych, niemądrych i nasyconych okrucieństwem – wątek troski, miłości i szacunku dla naszych mniejszych, niewinnych braci i dzielonego z nimi domu zwanego Ziemią, tym lepiej dla nas wszystkich.

Trudno to zrozumieć.
Są ćwiczenia pomagające na poziomie języka i myślenia przełamywać dualność. Na przykład patrząc komuś uważnie w oczy, po chwili skupienia powiedz kilka razy – powoli, szeptem, ważąc każde słowo: „Kiedy patrzę ci w oczy, widzę widzącego/widzącą siebie." To czyni bardziej wrażliwym i uważnym. Wzrusza i na chwilę rozpromienia. Bo widząc siebie w innym i innego w sobie, doświadczają błysku wyższego, nieegocentrycznego poziomu miłości. Na ogół łatwiej to nam przychodzi w relacjach z ludźmi. Trudniej popatrzeć w oczy swojemu psu i wyszeptać do niego to zdanie. Nie mówiąc już o zwróceniu się w ten sposób do ulubionej rośliny doniczkowej. A co dopiero o spojrzeniu w ten sposób na przydrożny kamień. Choć spotykam wiele osób, które znacznie łatwiej odnajdują niedualną perspektywę w kontakcie ze zwierzętami i przyrodą niż w kontaktach z ludźmi.

Na przykład ja. Kocham psy i wiem, że kontakt z nimi polega na odczuciach i bywa prostszy niż z ludźmi...
No właśnie. Bywa też tak, że gdy doświadczymy tej jedności, tego „nie-dwa” ze zwierzętami, to łatwiej nam potem nawiązać taki kontakt z własnym gatunkiem. Kilka lat temu opisałem to w swojej szamańskiej bajce, zamieszczonej w charakterze posłowia w książce „Bajka to życie”, napisanej wspólnie z Agnieszką Suchowierską. Opowiada o Wilczycy i Orle, którzy wychowywali porzucone ludzkie niemowlęta. Gdy dzieci dorosły, Wilczyca nazwała swoją przybraną córkę Tytoja, a Orzeł swego przybranego syna nazwał Jatoty. Nietrudno sobie wyobrazić, co się wydarzyło, gdy tych dwoje spotkało się na górskiej ścieżce. Tym bardziej że Tytoja przez swoją matkę Wilczycę jest związana z Ziemią, a Jatoty przez swego ojca Orła związał się z Niebem. A przecież wszystkim prorokom od zawsze chodzi o to, by w ludzkich głowach i sercach doszło do pojednania Nieba i Ziemi. Tak jak np. w pięknej modlitwie chrześcijan „Ojcze nasz”: „[...] bądź wola Twoja jako w Niebie, tak i na Ziemi”.

Podsumowując, jaka jest mądrość Orła, czego można się od niego nauczyć?
Ogarniania jednym spojrzeniem tego, co z perspektywy Ziemi jawi się jako przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Orzeł z wysokości widzi to, co za chwilę spotka Wilczycę za zakrętem ścieżki, którą ona biegnie. Widzi też drogę, którą Wilczyca ma już za sobą. Patrzy na wszystko jednocześnie. Dla niego ta chwila jest wiecznością, a wieczność chwilą. To, co z perspektywy Ziemi jawi się jako chaotycznie rozrzucone puzzle, z wysoka układa się w wyraźny wzór, w sensowny proces. Stamtąd widać, że wszystkie bolesne błędy – popełniane przez ludzi na skutek niedostrzegania perspektywy „nie-dwa”, skutkujące chciwością i nienawiścią, narcyzmem nacjonalizmów i szowinizmów, szaleństwem konfliktów i wojen, pogardliwym i bezmyślnym niszczeniem życia planety – tworzą potężny wektor, który mobilizuje nas i przynagla do przebudzenia się z dualnego snu.

 

WOJCIECH EICHELBERGER,
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

 

  1. Styl Życia

Vastu, czyli energia przestrzeni. Jak urządzić dom, w którym będziemy się rozwijać?

Duże okna to jeden z warunków przepływu dobrej energii według Vastu (Fot. iStock)
Duże okna to jeden z warunków przepływu dobrej energii według Vastu (Fot. iStock)
Vastu to starożytna wiedza na temat aranżacji przestrzeni wywodząca się z Indii. Pomaga stworzyć miejsce, w którym będziemy mogli żyć harmonijnie i w którym nasz potencjał będzie się rozwijał. Magia? Może, ale według ekspertów ta magia działa!

Twoje mieszkanie bardzo dużo mówi o tobie, o twoim życiu. Jeśli wierzyć Vastu, wybrałaś je nie przypadkiem. Co więcej, jeśli zmienisz coś w swojej fizycznej przestrzeni, zmieni się też coś w twojej przestrzeni życiowej. Jak to działa?

To proste, jesteśmy częścią natury, wpływamy na siebie nawzajem. I tylko połączeni z uniwersalną energią Wszechświata możemy osiągnąć równowagę. W Chinach ta energia znana jest jako chi, w Indiach jako prana. Chińczycy mają feng shui – na Zachodzie bardziej znane od Vastu. Oba systemy liczą sobie po parę tysięcy lat i badają położenie naszych domów oraz mieszkań w stosunku do kierunków świata. Oba biorą pod uwagę rozmieszczenie pięciu żywiołów (choć nie są to te same żywioły). Wiele wskazuje na to, że właśnie w Indiach są korzenie tej wiedzy. Że to na bazie Vastu powstały inne pokrewne i często uproszczone systemy.

Sylwia Achala Kuran i Igor Govindadas Mihajlović, konsultanci Vastu i Jyotisha (astrologia wedyjska – przyp. red.), podkreślają, że dom, w którym mieszkasz, to metafora twojego życia. Patrząc na niego, konsultant Vastu potrafi ocenić, jak wygląda twoja sytuacja zawodowa i finansowa. Jakie masz relacje z partnerem i innymi członkami rodziny. Jaki jest stan twojego zdrowia i co mu zagraża. Jakie wartości wyznajesz. Jak śpisz. Z czym się zmagasz. Jak wiele wysiłku musisz włożyć w to, żeby osiągnąć swoje cele. Jak wyglądają twoje perspektywy na przyszłość... Co więcej, na diagnozie się nie kończy. Ważny może być każdy szczegół, nawet rozmieszczenie luster, roślin, kolory... Niektórzy boją się ingerencji z zewnątrz – mają swoje przyzwyczajenia, własny gust. Ale zdarza się, że zmiany proponowane przez konsultantów są niewidoczne dla oka. A mimo to odczuwalne. Fakt, najpoważniejszych defektów mieszkania nie da się wyeliminować. Ale czasem wystarczy przesunąć nieco meble, zmienić ustawienie łóżka. Wreszcie – zastosować remedia. I nagle coś się zmienia, nie tylko w wystroju, ale i w życiu.

Jantry i remedia

Jednym z najpopularniejszych remediów są jantry. – To geometryczne kształty stworzone i zaprojektowane w taki sposób, żeby generowały określony rodzaj energii – tłumaczy Sylwia Achala. – W zależności od sytuacji mogą uruchomić pożądany wpływ albo zneutralizować szkodliwy. Wprowadzają równowagę. Są wyjątkowo skuteczne, niezależnie od tego, czy wierzy się w ich działanie.

– Na przykład moja mama jest bardzo sceptyczna wobec tej wiedzy – przyznaje Igor Govindadas. – Jakiś czas temu umieściliśmy w jej mieszkaniu zieloną Śri jantrę. W północnej części, za lodówką. Północą rządzi planeta Merkury, odpowiadająca między innymi za przepływ finansowy. Ta część była zamknięta, wymagała wsparcia. Niedługo potem w życiu mamy pojawiły się pomyślne zbiegi okoliczności: wygrana pieniężna, przekaz, nowe możliwości zarobkowania. Dość niecodzienne, całkiem nieprzewidziane...

Ich klienci często przeżywają nawet rewolucję. – Pierwszy moment może być niezbyt przyjemny – przyznaje Sylwia. – Ludzie czują się nieswojo: stają się nadpobudliwi albo zmęczeni, nawet przygnębieni. To całkiem normalne – kiedy otwieramy jakąś sferę życia, która przez długie lata była zamknięta, podświadomość musi to odreagować. Trwa to jakieś dwa–trzy dni, potem jest coraz lepiej. Zazwyczaj po tygodniu pojawiają się pierwsze zmiany. Ludzie zmieniają mieszkanie, wyjeżdżają za granicę. Odchodzą stare relacje, które już nie służyły, przychodzą nowe...

Okna na świat

Kluczowe znaczenie mają okna – zwykle widoczne na oficjalnych planach, takich, którymi dysponują spółdzielnie mieszkaniowe bądź deweloperzy. – Dla harmonijnego przepływu energii mieszkanie powinno być otwarte we wszystkich kierunkach świata poza południowo-zachodnim – tłumaczy Sylwia Achala. – Brak dużych okien jest szczególnie niekorzystny na północy i wschodzie, ponieważ są to kierunki odpowiedzialne za bardzo ważne sfery naszego życia. Północ to finanse i komunikacja. To logiczne – kiedy ktoś jest dobry w komunikacji, łatwiej odnosi sukcesy w biznesie. Z kolei wschód, rządzony przez Słońce, odpowiada za zdrowie, moc osobistą, autorytet, poczucie wartości.

Co zrobić, kiedy okien brakuje i dobroczynna energia do nas nie dociera? No właśnie, jantry. Można je ściągnąć z Internetu, wydrukować i umieścić we wskazanym miejscu (czasem za obrazkiem czy meblem, choć nierzadko stają się ozdobą mieszkania). Można też kupić gotowe, wykonane z miedzi. Inne rozwiązanie to ustawienie w „słabszej” części mieszkania piramidy Meru. – To trójwymiarowa forma jantry, więc siłą rzeczy będzie działać mocniej – mówi Igor Govindadas.

Pozostałe remedia to miedziane żyłki, kamienie szlachetne. Można też operować kolorami, przypisywanymi poszczególnym kierunkom i planetom, a czasem wykonać jeszcze prostszy zabieg... Weźmy lustra. – Też otwierają przestrzeń, można powiesić je zamiast jantr w miejscu brakującego okna – podpowiada Sylwia Achala. – Z drugiej strony zaleca się, żeby unikać luster w pomieszczeniach przeznaczonych do spania i do nauki. Jeśli chodzi o naukę, sprawa jest prosta – po prostu rozpraszają. Ze spaniem jest to odrobinę bardziej skomplikowane. Chodzi o świat snów. Kiedy śpimy, nasze ciało astralne podróżuje, podświadomość zaczyna intensywnie pracować. Lustra mają to do siebie, że odbijają i potęgują wszystko, co mamy w sobie. Duże lustro w sypialni może więc wpływać niekorzystnie na śnienie, generować koszmary. Taka osoba będzie po przebudzeniu zmęczona, zwłaszcza jeśli leżąc w łóżku, odbija się w lustrze. Zwykle wystarczy zasłonić je na noc i wszystko się uspokaja...

W swoim żywiole

Jakie są najpoważniejsze defekty mieszkania według Vastu? Choćby zamknięty Brahmasthan, czyli jego środkowa część. Żywiołem przypisanym tej części jest eter. – To najważniejsza zasada Vastu – tłumaczy Igor Govindadas. – Ten fragment powinien być otwarty. Jeśli stoją tam meble albo przechodzą przez niego ściany, przepływ energii będzie poważnie zaburzony.

– Bardzo niekorzystnie na energię domu działa wejście umieszczone w części rządzonej przez żywioł ziemi – dodaje Sylwia Achala. – Ten fragment, obejmujący głównie południowy zachód, powinien być dla odmiany możliwie najbardziej zamknięty, wręcz ciemny. To miejsce na ciężkie meble, toaletę, kosz na śmieci. Świetnie sprawdzi się tu sypialnia. Żywioł ziemi daje spokój, ugruntowanie, to idealna przestrzeń do regeneracji. Jeśli więc będziemy mieć tu drzwi wejściowe, powodujące duży ruch energii, możemy  odczuwać niepokój, a nawet wyczerpanie. Pojawi się motyw zmagania: nasze wysiłki nie będą przynosić zamierzonych rezultatów, dużo pary pójdzie w gwizdek. Grożą nam też uzależnienia

Żywioły rządzą się swoimi prawami. Według zasad Vastu, jeśli umieścimy kuchnię na żywiole wody, to przygotowywane na niej jedzenie będzie się szybko psuć, a domownicy mogą mieć nadwagę i podupadać na zdrowiu. Idealną lokalizacją dla kuchni jest, oczywiście, przestrzeń pozostająca pod wpływem ognia (przede wszystkim południowy wschód). Tam, gdzie rządzi woda (głównie północny wschód), wspaniale się medytuje, marzy i snuje plany na przyszłość. Najlepsze miejsce na wejście? Północ, północny wschód albo wschód. Bo już na północnym zachodzie, gdzie panuje powietrze, niekoniecznie musi się sprawdzić. – Drzwi generują duży ruch, co będzie bardzo korzystne dla sklepu – mówi Achala.– Ale dom z wejściem w tym miejscu nie daje poczucia bezpiecznej przystani. Jego gospodarz będzie wyjeżdżać, podróżować, ostatecznie prawdopodobnie się wyprowadzi. Ja wyprowadziłam się z mieszkania, które miało wejście na północnym zachodzie, po miesiącu. Od właściciela dowiedziałam się, że nikt nie wytrzymał tam dłużej.

Bez plotek i nikotyny

Sylwia i Igor mieli okazję doświadczyć, jak płynie energia w domu zbudowanym według zasad Vastu. – Jest kilka takich domów w okolicach Zagrzebia. Czuliśmy się tam niesamowicie – opowiada Sylwia. – Energia w takich domach płynie niezwykle harmonijnie i intensywnie, sprzyja wszystkim obszarom życia. Są w nich nie tylko bardzo korzystne wibracje duchowe, ale również te wspierające relacje, karierę, przepływ finansowy. Niektórym osobom po wejściu do tych budynków kręci się w głowie. Ich architekt twierdzi, że do zamieszkania w nich trzeba się intensywnie przygotowywać, minimum przez miesiąc. – Jeśli ktoś na przykład pali papierosy albo lubi plotkować, w domu zbudowanym według Vastu po prostu nie będzie mógł tego robić – śmieje się Sylwia. A Igor dodaje, że najważniejsze budowle na świecie uwzględniają starożytne zalecenia Vastu. – Wystarczy spojrzeć na Bazylikę św. Piotra w Watykanie i Biały Dom z ich wyjątkowo otwartym wschodem. Przypomnę, że wschód to moc, władza, autorytet. Jestem przekonany, że nie ma tu mowy o przypadku.

Vastu i kolory

Vastu i Jyotisha przypisują każdej planecie określony kolor. Do tego planety związane są z dniami tygodnia. Co możesz zrobić z tą wiedzą? Po pierwsze, przyjrzeć się aranżacji mieszkania i zadbać o to, żeby w miejscach odpowiadających poszczególnym kierunkom pojawiły się kolory rządzących tam planet. Załóżmy, że potrzebujesz więcej optymizmu. Ustal, która część mieszkania przypada na rządzony przez Jowisza północny wschód, i umieść tam coś żółtego. Możesz też otaczać się tym kolorem, niezależnie od rozmieszczenia kierunków. Zdaniem Sylwii Achali Kuran bardzo dobrze zrobi nam noszenie ubrań w kolorze władającej w danym dniu planety. Jeśli na przykład chcesz rozwinąć swoje umiejętności komunikacji (Merkury), ubieraj się w środy na zielono. Potrzebujesz stać się bardziej aktywna? Przygotuj na wtorek (Mars) coś czerwonego. A w piątek, rządzony przez Wenus, czas na róż.