1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Terapia dźwiękiem

Terapia dźwiękiem

Masaż dźwiękiem wprowadzi twoje ciało w wibrację, uwolni od napięć, odpręży i zmobilizuje organizm do regeneracji. (Fot. 123rf)
Masaż dźwiękiem wprowadzi twoje ciało w wibrację, uwolni od napięć, odpręży i zmobilizuje organizm do regeneracji. (Fot. 123rf)
Potrzebujesz relaksu, odpoczynku i rewitalizacji sił witalnych? Spróbuj masażu dźwiękiem. Wprowadzi twoje ciało w wibrację, uwolni od napięć, odpręży, zmobilizuje organizm do regeneracji.

Wykorzystywane do masażu dźwiękiem misy tybetańskie wykonane są z brązu. Stawia się je na ciele (najpierw z tyłu, potem z przodu) i uderza w nie pałeczkami, obitymi skórą lub filcem. Jedna misa na brzuchu, druga na klatce piersiowej, trzecia na stopie... Z każdej płynie inny dźwięk. Wibruje, uspokaja, leczy. Jeśli otworzysz się na niego, pozwolisz mu się dotknąć, może zaprowadzić cię daleko. Przynieść ukojenie. Ten dotyk może być bardzo subtelny albo gwałtowny. Może nawet przypominać odkurzacz, który wysysa przykre emocje. – Nie sposób przewidzieć, jak dany człowiek zareaguje na masaż – mówi Kuba Korycki, jeden z pionierów masażu dźwiękiem w Polsce. – Czy będzie słyszeć głosy aniołów, czy też przechodzić męki, bo dźwięk dotrze do jakiegoś problemu, uwolni się ból. Odezwie się artretyzm. Albo wściekłość, niechęć do ludzi, żal...

Zrobić porządek

Kuba Korycki z żoną Moniką prowadzi na warszawskim Okęciu pierwsze w Polsce centrum masażu dźwiękiem. Jako pierwszy w Polsce używał zestawu mis planet (wydają dźwięki odpowiadające częstotliwościom planet Układu Słonecznego). Tak, Ziemia też ma swój dźwięk, został nawet nagrany przez NASA. – Używamy wielu mis – mówi Kuba Korycki – to daje nam większy bukiet dźwiękowy, którym możemy obmyć masowaną osobę. Ale jedną misą też można wykonać masaż, i wcale nie musi być słabszy w działaniu. Oczywiście, poszczególne misy są, przynajmniej częściowo, wyspecjalizowane. Wydają tony niskie, wysokie i średnie.

– Niektóre działają bardziej na poziomach subtelnych, inne wchodzą w głąb ciała – dodaje Monika Korycka. – Duże misy wykorzystuje się do dolnej części korpusu – są gruntujące, pozwalają zejść na Ziemię – podczas gdy średniej używa się do obszaru serca. Małe misy stawia się w obrębie głowy – działają na wysokich częstotliwościach. Czasami w kobiecych pismach widujemy zdjęcia pani w bikini z takimi miskami na stopach. To nieporozumienie, zwłaszcza że podczas sesji pozostaje się w ubraniu.

Sesja trwa zazwyczaj około 50 minut. I nie ma sensu jej przedłużać, bo ciało będzie za bardzo rozwibrowane, nie będzie się dobrze czuło. – Trzy kwadranse nasycą ciało dźwiękiem na cały tydzień – twierdzi Kuba Korycki. – Ten dźwięk może powrócić nieoczekiwanie po paru dniach, jak echo. Niektórzy mają po masażu intensywne sny, inni metaliczny posmak w ustach. Dobrze jest dużo pić, bo zostają poruszone nerki, uwalniają się toksyny. To delikatna metoda, ale działa potężnie. Do tego jest nieinwazyjna, trudno tu o jakąkolwiek manipulację. Podstawowy cel to pomóc masowanej osobie zrelaksować się. My tylko uderzamy w misy, a dźwięk sam zaprowadza porządek w ciele. Miliony fal przechodzą przez nie w poszukiwaniu dysharmonii, problemu. Kiedy znajdą, rozmasowują go. Chodzi o to, żeby ciało stało się przezroczyste dla dźwięku. Żeby wnikał przez stopy i wychodził swobodnie przez czubek głowy.

Wnieść życie

Uzdrawiająca moc niektórych dźwięków wynika... ze świętej geometrii. – Chodzi tu o częstotliwość harmoniczną, złoty podział – wyjaśnia Kuba Korycki. – Według tego podziału rozstawione są m.in. klawisze w fortepianie. Takie pakiety dźwiękowe uzyskujemy też, uderzając w misę. Również człowiek zbudowany jest według złotego podziału, i jeśli ta harmonia zostanie w nim zakłócona, może ją odzyskać poprzez kontakt z inną uporządkowaną formą. A najbardziej uporządkowane formy we wszechświecie to dźwięk, światło, kryształ – stąd terapia dźwiękiem, światłem, kamieniami szlachetnymi...

Masaż dźwiękiem może pomóc wszędzie tam, gdzie występuje stagnacja. Wniesie ruch, życie.

– Nie tyle „naprawiamy” drugą osobę, co pozwalamy jej uaktywnić własne mechanizmy samouzdrawiające – mówi Kuba Korycki. – O ile się zgodzi, bo czasem ludzie wolą być w centrum uwagi, zostawać w tym, co znają, być ofiarą.

Czy można przyjść na masaż z określoną intencją? Kuba Korycki nie jest zwolennikiem tego rodzaju pracy. Twierdzi, że osoba poddawana masażowi może pod wpływem oczekiwań spiąć się, myśleć cały czas o problemie, z jakim przychodzi. A tu chodzi o relaks. Zostawienie za drzwiami wszystkich kłopotów – tego, co w domu, pracy. Jak najmniej intelektualizowania!

Po sesji też zwykle nie rozmawia się zbyt wiele. – Najczęściej nie ma potrzeby – wszyscy jesteśmy skąpani w tym dźwięku, więc czujemy się świetnie – zapewnia Korycki. – Czasami tylko zauważamy, że któraś misa brzmiała inaczej, i coś to może znaczyć. Jeśli występują zakłócenia w pracy jakiegoś narządu, misy mogą nie wydawać dźwięku. Albo brzmi on zupełnie inaczej – jakby ktoś nasypał do nich piasku czy opiłków metalu. Więc pytamy, czy wszystko w porządku z sercem, biodrem... Zazwyczaj osoba, która przed sesją nie chciała mówić o swoich dolegliwościach, przyznaje wtedy, że coś jest na rzeczy. Ale 90 proc. masaży kończy się tym, że pijemy zrelaksowani herbatę i żegnamy się. Przed wypuszczeniem klienta z domu sprawdzamy jeszcze, czy nie jest zbyt głęboko w tym relaksie, zwłaszcza jeśli ma prowadzić samochód.

Uspokoić umysł

Co prawda kapłani egipscy stosowali terapię dźwiękiem już cztery tysiące lat temu, ale metoda masażu misami tybetańskimi jest dużo młodsza. Wbrew polskiej nazwie, powstała na Zachodzie, zaledwie 20–30 lat temu. – Rozpowszechnienie mis zawdzięczamy hippisom, którzy na przełomie lat 60. i 70. wychodzili z nałogu narkotycznego i nie radzili sobie z hiperaktywnością umysłu, bieganiną myśli. Nie pomagały żadne asany, medytacje – opowiada Kuba Korycki. – Wtedy Yogi Bhajan, hinduski nauczyciel jogi kundalini, zaczął ujawniać dobroczynne działanie dźwięku harmonicznego. Okazało się, że to działa – ludzie dobrze reagują na ten dźwięk, umysł poddaje się. W Belgii zaczęto stosować te misy w szpitalach, jeszcze nie stawiając ich na ciele. Od samego grania pacjenci uspokajali się, szybciej wracali do zdrowia. Dziś masażyści z Nepalu i Indii uczą się tej metody od ludzi Zachodu. Jest szkoła angielska, niemiecka...

Masaż dźwiękiem nie polega bynajmniej na mechanicznym przechodzeniu od jednej części ciała do drugiej. – Oczywiście, na początku masażysta uczy się pewnego schematu – trzeba opanować alfabet, żeby tworzyć wyrazy i zdania. Potem można włączyć w to intuicję – w trakcie pracy decydować na przykład, w którym miejscu dłużej się zatrzymać – mówi Monika Korycka. – Czasem ktoś prowadzi nasze ręce, wszystko odbywa się niemal bez naszego udziału. A czasem przypomina to jazdę pod górkę, pod wiatr – nie możemy nic z tym dźwiękiem zrobić...

Masaż misami korzystnie wpływa na serce, emocje. Rozpuszcza napięcia, wzmacnia odporność, oczyszcza. W ograniczonym zakresie można wymasować samego siebie. – Na przykład nałożyć sobie misę na głowę i poczuć się niemal jak w katedrze Notre Dame – porównuje Kuba Korycki. – Albo wejść do misy... Taki masaż wykonuje się też w wodzie – jest wtedy o wiele mocniejszy. Bierze się to stąd, że prędkość rozchodzenia się dźwięku w wodzie jest około 4,5 razy większa. Bardzo ciekawe doświadczenie, całym kośćcem się to odbiera. Ciało wyposażone jest w kilkanaście stref dermofonicznych – bardziej wrażliwych na dźwięk niż pozostałe. Są to: kręgosłup, kość ogonowa, serce, dłonie i stopy. Na stopach i dłoniach jest cała mapa człowieka, więc pracując na nich, obejmujemy masażem całą osobę. Ze względu na możliwość pracy na aurze, masuje się osoby z oparzeniami ciała, a także po radio- i chemioterapii, czego nie praktykuje się przy innych terapiach manualnych. Tu można bez obaw dotknąć pacjenta za pomocą dźwięku.

W szpitalu i w przedszkolu

Kiedy sięgają po dźwięk, nigdy nie wiedzą, co się wydarzy. – Kiedyś podczas kąpieli w gongu dla 60-osobowej grupy po kilku uderzeniach w instrument organizatorka zaczęła wić się z bólu – wspomina Kuba Korycki. – Dźwięk dotknął jakiegoś jej problemu, mimo że tylko obserwowała wszystko z boku, nawet się nie położyła. Innym razem pewna pani zbliżyła się do gongu tak bardzo, że ledwo mogłem w niego uderzać. Miała na sobie kołnierz ortopedyczny, który po krótkiej sesji zwisał luźno na szyi. W ciągu 25 minut zeszła jej cała opuchlizna z odcinka szyjnego! Byłem też świadkiem, jak kobiecie, która od 18 lat cierpiała na zespół suchego oka, po paru dźwiękach wydobytych z mis japońskich typu zen, popłynęły łzy.

Misy tybetańskie to również świetne narzędzie do pracy z dziećmi autystycznymi albo z cierpiącymi na porażenie dziecięce. – Efekty są spektakularne – zapewnia Kuba Korycki. – Te dzieci potrafią pod wpływem dźwięku wspaniale się rozluźnić. Zaczynają rysować. Zdarzało nam się odnotowywać bardzo duży postęp w krótkim czasie, nawet po miesiącu. Oczywiście, z dziećmi pracuje się inaczej niż z dorosłymi. Szybko znudziłyby się, leżąc nieruchomo, więc wymyślamy różne zabawy. Można na przykład poprosić dziecko, żeby nam zrobiło masaż – na pewno bardzo się w to zaangażuje. Nasza znajoma chciała kiedyś zrobić masaż kilkuletniej wnuczce, która miała bardzo wysoką gorączkę. Dziewczynka odmówiła, ale poprosiła, żeby zostawić jej misy. Przez dwie godziny przelewała wodę z miski do miski – aż gorączka ustąpiła. Może potrzebowała wejść w kontakt z żywiołem wody... Świetnie na misy reagują zwierzęta, naszemu kotu taki masaż kilka razy uratował życie. Ponieważ koty funkcjonują na co dzień w stanie alfa, szybko poddają się temu dźwiękowi. Potrafią zwinąć się w misce, i tak się regenerować.

Przeciwwskazania? Niewiele. Zażywanie leków psychotropowych, uzależnienie od alkoholu. – Na wszelki wypadek pytamy też, czy dana osoba używa rozrusznika serca, bo przy dźwiękach harmonicznych często przestają działać sprzęty elektroniczne – kamery, telefony... Do ósmego miesiąca ciąży nie można stawiać misy na lędźwiach – wiąże się to z ryzykiem przedwczesnego porodu. Ale w Niemczech na przykład rozpowszechniła się praca tą metodą z kobietami w ciąży. W używaniu mis szkoli się położne, ale i przedszkolanki. Dość powiedzieć, że kontakt z dźwiękiem harmonicznym rozwija kreatywność. Są też hospicja, gdzie dźwięk pomaga przechodzić nieuleczalnie chorym na drugą stronę. Zresztą i w Polsce można już wejść z misami do szpitali.

Trafiły też do więzień – za sprawą Andrzeja Samka, jednego z szefów więziennictwa. – Wcześniej jeździł na polowania, miał sporą kolekcję strzelb. Kiedy zrozumiał dobroczynny wpływ dźwięku na psychikę, sprzedał strzelby, zainwestował własne pieniądze w sprzęt dla więźniów, zaczął robić kąpiele w dźwięku. Rezultaty były zaskakujące: mniejsza przemoc w więzieniu, większa liczba przedterminowych zwolnień, więcej zresocjalizowanych przestępców – opowiada historię kolegi Kuba Korycki. Na temat działalności Samka powstają nawet prace naukowe.

Każdemu jego dźwięk

Monika i Kuba Koryccy prowadzą regularne zajęcia na kilku uczelniach. Uczą masażu misami, gry na gongach, didgeridoo... Podczas swoich kursów wyjaśniają też, na czym polega granie w grupie, jak zagrać koncert, jak masować dzieci autystyczne, jak przeprowadzać ludzi na drugą stronę, energetyzować żywność, leki, wodę.

Wiedza, technika mają znaczenie na początku, potem ważniejsza jest intuicja. – Jeśli się nie zastanawiasz, tylko grasz, to działa – zapewnia Kuba Korycki. – Misa wydobywa z siebie wszystkie dźwięki i każdy bierze dla siebie inny, bo każdy z nas ma brak pewnych częstotliwości i nadmiar innych. Ciało wchłania więc to, czego potrzebuje, i karmi się tym. – Trzeba tylko pamiętać, żeby misy były podgrzane – dodaje Monika Korycka. – W przeciwnym razie ciało będzie zbyt spięte. A najważniejsze jest rozluźnienie.

Monika i Kuba Koryccy, terapeuci dźwiękiem, nauczyciele jogi kundalini, prowadzą kąpiele w gongu. Korzystają też z takich instrumentów, jak: didgeridoo, muszle, bębny, piramida kwarcowa, misy krystaliczne.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Droga kobiety do odkrycia własnej mocy – od zachwytu męską siłą do zejścia w głąb kobiecości

Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety. (Fot. iStock)
Droga kobiety do odkrycia własnej mocy wiedzie od zachwytu męską siłą, poprzez pustkę biorącą się z tęsknoty za utuleniem w pełnych miłości opiekuńczych ramionach, aż do zejścia w głąb kobiecości. I tę drogę każda z nas musi przejść sama, kierowana wskazówkami serca i duszy – przekonuje psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Byłam typową córeczką tatusia, jego najstarszym synem – jak lubił o mnie mówić. Młodszy brat nie miał ze mną szans, musiał zostać po stronie matki. Pod jej opiekuńczymi skrzydłami, przez lata rozwijał swoją wrażliwość, delikatność, energię twórczą. W tym czasie ja trenowałam wyczynowo sport, dostałam się na oblegany wydział i zaczęłam szybko robić karierę, a ojciec każdego dnia tłumaczył, że „dam radę, bo jeśli nie ja, to kto” – wiele silnych, niezależnych kobiet mogłoby opowiedzieć tę historię jako swoją. Małe dziewczynki, które porzuciły słabe, zależne od mężów matki i przeszły na stronę silnych ojców. Zamieniły odkrywanie i pielęgnowanie kobiecej mocy na zdobywanie i podtrzymywanie męskiej siły, co z założenia jest niemożliwe.

Podróż zaczyna się od konfliktu

W dzisiejszych czasach ciężko jest nam zrezygnować z roli córki ojca – kobiety osiągającej sukcesy – tłumaczy Maureen Murdock, autorka książki „Podróż Bohaterki”. Książka ta to historia kobiecej podróży rozpoczynającej się porzuceniem matki, bo „jest słaba i żałosna, a ojciec jest silny”, dalej mamy wędrówkę w poszukiwaniu męskiej siły, odczucie pustki na szczycie, zejście do podziemi kobiecości i wreszcie integrację tego, co kobiece i męskie w każdej z nas. A to staje się możliwe, kiedy ponownie odkryjemy siebie jako córki matki.

„Pęka nam serce, kiedy uświadamiamy sobie głęboką ambiwalencję, jaką naznaczona jest nasza relacja z matką. Nie możemy nic poradzić na to, że równocześnie kochamy ją i mamy do niej żal” – pisze Murdock. To smutna historia, która ciągnie się od pokoleń; losy kobiet próbujących łączyć kobiecą wrażliwość z męską siłą, pęd do wolności i niezależności z potrzebą opiekowania się, instynkt macierzyński z karierą zawodową… Czy da się to pogodzić?

Odczucie wewnętrznej pustki

Rola matki jest najbardziej trwała ze wszystkich ról, właściwie jest nieodwoływalna – przekonuje Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka książki „La Mamma”. Od początku swojego własnego macierzyństwa próbowała zerwać ze stereotypami, że matka – nawet jeśli jest umęczona i nieumalowana – powinna być nieustająco w dobrym humorze oraz bez przerwy dostępna dla dziecka. Nic dziwnego, że małe dziewczynki z ciekawością zerkają w stronę tatusia, gdy elegancko ubrany wychodzi rano do pracy, w której robi mnóstwo bardzo ważnych rzeczy, podczas gdy mama… wiadomo. Autorka ,,La Mammy” podjęła własny wybór: „Po prostu chciałam być mamą, która się rozwija i realizuje, mamą, która zarabia; mamą, która wraca do formy; mamą, która jest zadbana. To były moje decyzje, które miały swoje konsekwencje i swoją cenę”. To prawda, cena za godzenie ról zawsze jest wysoka. Połączenie roli matki i pracownika to odwieczny konflikt tych kobiet, które decydują się na macierzyństwo i karierę.

Czas narodzin dziecka jest często również czasem powrotu do własnej matki. „Razem z macierzyństwem dostajesz dostęp do tej części macierzyństwa twojej mamy, do której wcześniej nie miałaś” – pisze Stopyra-Fiedorowicz. To prawda. Nawet jeśli nie mamy dzieci, przez lata, ciągle na nowo próbujemy znaleźć dostęp do matki – kobiety, która przez dziewięć miesięcy nosiła nas pod sercem. Tej pierwotnej więzi nie da się zerwać, choć można ją boleśnie nadszarpnąć. To w relacji z matką jest klucz do naszej kobiecej mocy.

„Kocham swoją pracę i kocham swoją rodzinę, ale chciałabym, żeby ktoś się mną zajął” – czytamy w „Podróży Bohaterki”. Córeczka tatusia w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że potrzebuje kogoś kochającego i opiekuńczego, kto wysłuchałby zmartwień, wymasował obolałe stopy, docenił sukcesy i zmniejszył ból porażek. Jednym słowem, tęskni za wewnętrzną opiekuńczą matką, którą kiedyś porzuciła. Zdaniem Murdock, oddzielenie od osobowej matki jest dla córki szczególnie intensywnym procesem, ponieważ musi postawić granicę między sobą a tą, która jest taka sama jak ona.

Wiele z nas pragnie żyć swobodniej i bardziej niezależnie niż nasze matki, ale czujemy, że wybranie takiego życia jest przeciwko miłości pomiędzy nami i matką. Ciężar tego konfliktu domaga się znalezienia winnego i… wybór najczęściej pada na matkę. Obwinienie i przez to kolejne jej porzucenie to zdrada nie tylko kobiety, która dała nam życie, ale także samej siebie. Konsekwencją tego aktu jest odczucie pustki, którą Murdock opisuje jako zgaśnięcie wewnętrznego ognia: ,,Po co to wszystko? Dlaczego czuję się taka pusta? Osiągnęłam każdy cel, który sobie wyznaczyłam, a jednak czegoś wciąż mi brakuje. Z jakiegoś powodu czuję, że się sprzedałam, że się zdradziłam, że porzuciłam jakąś część siebie samej, której nie umiem nawet nazwać”.

Odczucie pustki to jeden z początkowych etapów podróży bohaterki, ale bardzo znaczący. W dzisiejszych czasach wiele z nas, po zachłyśnięciu się realizacją zawodową, zgodnie ze scenariuszem dla córeczek tatusia, zaczyna odczuwać tęsknotę za czymś bliżej nieokreślonym i pustkę – ssąco-gniotący ból, który umiejscawia się w różnych częściach ciała.

Wszystko będzie dobrze

Kiedy dopuścisz do siebie tę tęsknotę, poczujesz i przeżyjesz ból pustki, z pokorą przyjmiesz słabość i swoją bezsilność – pewnego dnia, gdzieś w głębi serca usłyszysz głos: „Wszystko będzie dobrze”. Te magiczne słowa brzmią autentycznie jedynie w ustach kobiety. Tęsknimy za nimi wszyscy bez wyjątku, także silni mężczyźni. Kiedy podczas sesji zdarza mi się poczuć, że to właśnie chwila na te słowa, a pacjent dopytuje: „Obiecujesz?”, wiem, że bez względu na płeć, jest to ważny moment konfrontacji z własną słabością, a jednocześnie moment przyznania się do potrzeby dostania opieki – którą może dać tylko matka.

Zdaniem Murdock dla kobiety tak zaczyna się etap podróży: schodzenie w głębiny po to, by odzyskać te części samej siebie, które odszczepiły się w momencie odrzucenia matki i ,,roztrzaskania lustra kobiecości”. Aby odbyć tę podróż, musisz, jak pisze Murdock, być może po raz pierwszy w życiu, odłożyć na bok swoją fascynację intelektem oraz grami umysłu kulturowego i zapoznać się ze swoim ciałem, swoimi emocjami, swoją seksualnością, swoimi obrazami, swoimi wartościami oraz swoim umysłem. To jest święta podróż. Kobieca pustka może być uzdrowiona przez wewnętrzne połączenie, integrację wszystkich swoich części, „złożenie na powrót ciała matki-córki”, czyli uleczenie wewnętrznego rozłamu pomiędzy tobą samą a twoją kobiecą naturą.

Najważniejszy moment jest wtedy, kiedy całą sobą poczujesz, że to nie matka jest źródłem twojej pustki, to nie z jej powodu przeszłaś na stronę ojca, nie w niej powinnaś szukać winy. Twoja matka dała ci wszystko, co miała, była najlepszą matką dla ciebie.

Twoja matka być może również przeszła swój proces walki o męską siłę kosztem kobiecej mocy. Prawdopodobnie również doświadczyła swoich tęsknot, poznała ból pustki, a na dodatek czuła, że ty – jej córka jesteś skazana na podobną drogę. „W dniu, w którym moja mama została babcią, w jej ciele dopełniło się kontinuum pokoleniowe. W jej ciele mieszkają córka, matka i babcia (…). Stając się matką młodej matki, konfrontujemy się z tym, czego nie dałyśmy naszym córkom” – pisze Joanna Stopyra-Fiedorowicz. Ten ból wielu pokoleń kobiet nosi w sobie każda z nas. Każda musi przeżyć go po swojemu i odkryć swoją moc – kobiety zrodzonej z kobiety.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Sukces – co dla nas oznacza? Czy potrafimy obliczyć jego cenę?

Fot. i Stock
Fot. i Stock
Czym jest sukces? To pojęcie nie jest jednoznacznie zdefiniowane. Sukces postrzegany jest jako zdobycie czy osiągniecie czegoś uznawanego przez danego człowieka za wartościowe, pożądane i cenne. Utożsamiany jest z prestiżem, sławą, pieniędzmi, bogactwem, skutkiem działania ocenianym pozytywnie. Kiedy towarzyszy mu syndrom „toksycznego sukcesu"?

Trudno jednoznacznie określić, co oznacza sukces, ponieważ stan ten powiązany jest z systemem wartości człowieka - i to zarówno z systemem indywidualnym, jak i ogólnospołecznym. Dlatego właśnie analizując pojęcie sukcesu uwzględnia się wymiar subiektywny i wymiar obiektywny. Wymiar subiektywny polega na tym, że człowiek podejmuje określone działania prowadzące do indywidualnego sukcesu, a gdy go zrealizuje odczuwa zadowolenie i dumę – i to niezależnie, czy jego powodzenie jest dostrzegane przez środowisko, w którym żyje, czy też nie. Wymiar obiektywny z kolei oznacza możliwość porównania osiągniętego sukcesu z sukcesem innych osób z jego otoczenia.

Co jest dla nas sukcesem? Prowadzone badania pozwalają wyróżnić następujące wymiary sukcesu życiowego Polaków:

  • wymiar materialny: wysokość dochodów, posiadany majątek, dom, samochód itp.,
  • wymiar stratyfikacyjny: poziom wykształcenia, rodzaj wykonywanej pracy, kariera zawodowa, prestiż społeczny,
  • wymiar emocjonalno – afiliacyjny: szczęśliwa rodzina, dobre relacje z ludźmi itp.,
  • wymiar samorealizacji; spełnienie marzeń, zrealizowanie ambicji, rozwój wewnętrzny itp.,
  • i wreszcie wymiar bezpieczeństwa; stabilizacja, poczucie bezpieczeństwa, „życie bez problemów”.

Sukces jest więc jakimś osiągnięciem, faktem wyróżniającym człowieka spośród innych, jest wydarzeniem elitarnym.

Ale sukces może przynieść również rozczarowanie, samotność, depresję i choroby. Kiedy tak się dzieje?

Toksyczny sukces

Sukces może być groźny, może przybierać formę toksyczną, która zatruwa człowieka i jego społeczne środowisko. Kiedy za sukces płacimy zbyt wysoką cenę? Po czym poznać, że zmierzamy w złym kierunku? Objawy toksycznego sukcesu to często:

  • zaabsorbowanie własną osobą - zrodzona z nieuwagi ślepota na ważne sprawy w życiu własnym i u najważniejszych dla nas osób;
  • cynizm, brak zaufania, wrogość do innych ludzi i ich poglądów;
  • wzloty i upadki, oscylowanie między stanem nerwowej energii a depresyjnym wycofaniem;
  • izolacja psychiczna, stałe przebywanie myślami w pracy;
  • wyczerpanie, zaburzenie rytmu snu, syndrom wypalenia;
  • stosunek do czasu - wyznawanie podglądu że „czas to pieniądz”;
  • wyzyskiwanie związku; zaniedbywanie, nadużywanie relacji z najbliższymi;
  • zanik życia duchowego, poczucie pustki duchowej;
  • hamowana chęć władzy; duża potrzeba rządzenia, frustracja z powodu braku dostatecznej (subiektywnie) władzy i kontroli;
  • choroby jako skutek napięć; cały pakiet chorób współczesnej cywilizacji, będący skutkiem ubocznym toksycznego sukcesu.

Sukces jest wspaniały, ale jeżeli postrzegamy go jako sens życia i przekładamy na realizację kolejnych projektów, zdobywanie większych pieniędzy, władzy, tytułów, możemy – niechcący – zatruć się tak, że sukces przerodzi się w klęskę (i doprowadzi do utraty zdrowia, rozpadu rodziny, braku przyjaciół, samotności, nałogów).

Badacze zachęcają więc, aby dążyć do „słodkiego” sukcesu, który buduje się w równowadze między życiem osobistym a zawodowym. Sama równowaga nie zależy tylko od miejsca, w którym pracujemy i nie oznacza równego podziału czasu na pracę i czas wolny. To przede wszystkim zwiększenie świadomości indywidualnej, samokontroli i odpowiedzialności. Ważne, aby umieć zachować rozsądek i granice, umieć „zarządzać życiem”, potrafić określić cenę naszego sukcesu.

Tekst na podstawie wykładu prof. dr hab. Elżbiety Jędrych (specjalizuje się w problematyce zarządzania zasobami ludzkimi i kapitałem społecznym, zarządzania rozwojem pracowników, motywowania i wynagradzania) z Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie (międzynarodowa konferencja „Chrześcijaństwo a ekonomia” Kraków, 2015r.).

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Dlaczego wciąż popełniamy te same błędy?

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię. (Fot. iStock)
Po raz kolejny dałaś się oszukać, spaliłaś żelazko, zakończyłaś związek... Mądra Polka po szkodzie? Dobrze by było. Nie chcesz znów pluć sobie w brodę? Przeanalizuj najczęstsze błędy i powiedz: "Skoro ta metoda nie działa, zrobię to inaczej".

Ile razy zdarzyło ci się zostawić samochód z włączonymi światłami? Mnie ostatnio trzy razy, a właściwie cztery. Za czwartym wróciłam po godzinie, dzięki pacjentce, która przyszła do mnie z problemem wybierania niewłaściwych partnerów (o tym za chwilę). Mąż, który ratując mnie z opresji, gnał z drugiego końca miasta, by uruchomić mój nieczynny samochód, kiwał głową i mówił: „Rób tak dalej, a za chwilę akumulator odmówi współpracy”. No cóż, mężczyźni rzadko bywają wyrozumiali w tych sprawach, a my, kobiety, za dużo mamy na głowie. A przecież błędy to rzecz ludzka.

Zgubne nawyki

Zabiegani, zajęci tysiącem spraw, coraz więcej czynności robimy nawykowo, żeby nie zaprzątać zbytnio uwagi. Nawykowo wracasz do domu stale tą samą drogą, bo w międzyczasie układasz w głowie plan jutrzejszego wystąpienia u szefa albo w myślach kłócisz się z koleżanką z pokoju: „Powinnam tej małpie odpowiedzieć…”. Nawyk prowadzenia samochodu opanowałaś po sześciu tygodniach od momentu, gdy pierwszy raz usiadłaś za kierownicą (tyle czasu zajmuje przekształcenie nowej czynności w nawyk). Nie pamiętasz jednak, że na twojej stałej trasie od tygodnia trwają roboty drogowe i zdarza ci się wjechać na długie skrzyżowanie na pomarańczowym świetle – kiedy kamera cyknęła zdjęcie, było już czerwone, co kosztuje 500 zł i 6 punktów karnych (przerobiłam to ostatnio dwa razy). Nawykowo palisz garnki, grzanki w tosterze, wkładasz szczotkę do włosów do lodówki, a potem szukasz jej przez godzinę. Nawykowo słuchasz partnera i potakujesz głową, kiedy informuje cię, żebyś dziś nie czekała na niego z kolacją, a potem wściekasz się, że kolejny raz wstawiasz zapiekankę do piekarnika, a jego ciągle nie ma.

Nawyki to woda na młyn popełnianych przez nas błędów. Gdybyś choć raz usiadła spokojnie i wypisała wszystkie straty, które ponosisz z powodu zachowań, nad którymi nawet się nie zastanawiasz, może przestałabyś działać jak pluszowy królik na baterię.

Może tym razem zadziała

Wróćmy do mojej pacjentki, tej od „niewłaściwych” facetów. Ta piękna, samodzielna, mądra i przemiła kobieta trafiła do mnie po kolejnym rozstaniu. Ostatni partner okazał się znów niewłaściwym. – Każdy odchodzi tuż po trzech miesiącach – tłumaczyła mi z oczami pełnymi łez. – Co ja robię nie tak?

Jeśli miałabym być szczera, musiałabym jej powiedzieć, że robi wszystko, aby tak właśnie się stało. Jeżeli chcesz stracić mężczyznę, dopytuj go o jego „byłe”, ośmieszaj przy kumplach, krytycznie wyrażaj się o jego matce, rób mu awantury w stylu: „bo ty nigdy…, bo ty zawsze…”, zachwycaj się facetami przyjaciółek, którzy „są tacy zaradni, podczas gdy on…”, notorycznie nie miej czasu na seks, czyli rób wszystko, co robiłaś do tej pory w stosunku do swoich „eks” i… licz na to, że ten egzemplarz to wytrzyma, skoro cię kocha. Nie rozumiesz, o czym mówię? To kolejny scenariusz nieuczenia się na własnych błędach.

Gdy w pracy, przyjaźni czy miłości postępujemy tak samo od lat (forma bardziej rozbudowanego nawyku), to nie dziwmy się, że kolejny związek czy kolejna praca nie wypalają, bo czemu nagle miałyby? Narzekasz, że partner dominuje, jednak to ty sama od początku relacji wchodzisz w rolę uległej gejszy. Wściekasz się, że w pracy cię wykorzystują, lecz to ty nie potrafisz stawiać granic i odmawiać albo przynajmniej negocjować. Przykro ci, że ludzie cię wykorzystują, ale to ty pierwsza oferujesz pomoc, dajesz nadmiarowo, licząc, że świat odwdzięczy się tym samym. Ciągle masz budżet na minusie, ale dalej wydajesz wirtualne pieniądze, wierząc, że twoja pensja cudem się rozmnoży.

A gdybyś tak spróbowała zrobić coś inaczej niż do tej pory, wróciła do domu inną drogą niż zwykle albo umyła zęby lewą ręką? Głupota? Spróbuj. Dzięki temu wyjdziesz z nawyku, stworzysz w mózgu inną ścieżkę, odkryjesz nowy sposób działania.

Niech ktoś odmieni mój świat

„Co ja mam zrobić, żeby on przestał pić?”, „Jak mam wpłynąć na przyjaciółkę, żeby była bardziej lojalna?”, „Co zrobić, żeby szef mnie docenił?”, „Czy jest jakiś sposób na toksycznych rodziców?”. 90 proc. moich pacjentów przychodzi z oczekiwaniem, że odmienię ich świat. I choć tłumaczę, że nie jestem magikiem i nie mam takiej mocy, nie słuchają mnie albo raczej nie słyszą. Bardziej opornym proponuję następujące ćwiczenie: na pustym krześle kładę poduszkę i mówię:

– To jest twój partner, przyjaciółka, szef, matka. Spróbujmy nakłonić go/ją do zmiany.

– Ale ja mu/jej mówiłam to już tysiąc razy.

– I co?

– Bez rezultatu.

– Myślisz, że mnie się to uda, zwłaszcza że jej/jego tu nie ma? Jeśli chcesz, możemy kolejną sesję przeznaczyć na rozmowę o tym, jak zmienić drugiego człowieka, ale skutek jest do przewidzenia.

Jeśli wierzysz, że świat się zmieni dla ciebie – twoja sprawa. Możesz stracić czas, pieniądze, energię i w rezultacie zdrowie, ale świat ani drgnie. Lecz jeśli ty, wyciągając cenne lekcje z własnych błędów albo wychodząc z nawyków, zmienisz się choć trochę, świat odpowie na twoją zmianę. Bo relacje są jak system naczyń połączonych – jeśli zmienia się jeden element, drugi, w odpowiedzi, robi to samo. W starym, mądrym zdaniu: „Ucz się na własnych błędach” jest wielka prawda, niezmienna od początku świata.