1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Codzienny trening asertywności - proste ćwiczenia

Codzienny trening asertywności - proste ćwiczenia

Pamiętaj: masz prawo mówić o swoich odczuciach, nie ranisz wówczas drugiej osoby, a jedynie informujesz ją, co się w obecnej chwili z tobą dzieje. Jesteś autentyczna. (Fot. iStock)
Pamiętaj: masz prawo mówić o swoich odczuciach, nie ranisz wówczas drugiej osoby, a jedynie informujesz ją, co się w obecnej chwili z tobą dzieje. Jesteś autentyczna. (Fot. iStock)
Cel: stać się osobą, która bez lęku wyraża swoje zdanie, podejmuje decyzje i realizuje plany. Asertywność warto trenować codziennie, i to w różnych sytuacjach.

Ćwiczenie 1. Jak wyrażać odmienne zdanie?

Bez poczucia winy i lęku, że kogoś zranisz. Z pewnością siebie, ale bez okazywania wyższości. Możesz powiedzieć np.:

– Szanuję twój punkt widzenia, ale ja to widzę inaczej.

– Mam inne zdanie w tej sprawie.

– Nie zgadzam się z tym.

– Moje zdanie jest takie:…

– W moim odczuciu…

Ćwiczenie 2. Jak odmawiać?

Stanowczo, krótko, pewnie, bez zbyt długiego tłumaczenia. Możesz powiedzieć np.:

– Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić, mam zbyt dużo obowiązków.

– Niestety, nie mogę ci pomóc, mam wiele spraw na głowie.

– W tej sprawie nie potrafię ci pomóc.

– Nie mogę ci pożyczyć pieniędzy, mam w tym miesiącu dużo wydatków.

– Niestety, nie mam czasu, aby to zrobić.

Ćwiczenie 3. Jak wyrażać konstruktywną krytykę?

Niezależnie od tego, czy jesteś osobą krytykowaną czy krytykującą, zwróć uwagę na to, czy krytyka odnosi się do charakteru człowieka, czy jego zachowania. W asertywnej komunikacji lepiej jest odwoływać się do konkretnego zachowania, bez osądzania osoby, oraz nie generalizować.

Zamiast: „jesteś osobą nieodpowiedzialną”, powiedz: „zachowujesz się nieodpowiedzialnie”.

Zamiast: „nigdy nie można na ciebie liczyć”, powiedz: „w tej sprawie nie mogłam na ciebie liczyć”.

Zamiast: „jesteś niesłowny”, powiedz: „powiedziałeś, że to zrobisz, ale nie zrobiłeś”.

Ćwiczenie 4. Jak komunikować niezadowolenie?

Czasami pod wpływem silnych emocji obrażamy drugą osobę i zrzucamy na nią odpowiedzialność. Zapominamy przekazać to, co najważniejsze, czyli jak się czujemy w danej sytuacji. Mówienie o uczuciach to bezpieczny sposób na rozwiązanie wszelkich nieporozumień. Nie atakujesz słownie drugiej osoby, lecz odnosisz się do swoich odczuć.

Możesz powiedzieć np.: „Czuję… (np. złość, smutek), kiedy ty… (np. mówisz do mnie podniesionym tonem, kolejny raz spóźniasz się na spotkanie) i proszę… (np. rozmawiaj ze mną spokojniej, następnym razem bądź na czas).

Uwaga: Nie mów tego z pozycji wyższości. W komunikacji asertywnej pamiętaj zawsze o szacunku do siebie, ale również do drugiej osoby.

Ćwiczenie 5. Co powiedzieć, jeśli ktoś mówi, że zraniły go twoje słowa?

Nie możemy brać odpowiedzialności za uczucia drugiej osoby, ale możemy wyrazić swoją troskę. Możesz powiedzieć np.:

– Przepraszam, moją intencją nie było zranienie ciebie, ale wyrażenie tego, co naprawdę czuję.

– Przykro mi, że tak się czujesz, nie chciałam cię zranić.

Ćwiczenie 6. Jak panować nad swoim głosem?

Głos kobiety asertywnej nie jest piskliwy, ale niski, ześrodkowany. Naucz się oddechu brzusznego. Z każdym wdechem twój brzuch zwiększa swoją objętość, a na wydechu zmniejsza. Możesz również intonować przeciągłe: „oooo” wraz z wydechem i ćwiczyć obniżanie głosu na tyle, na ile jest to dla ciebie możliwe.

Ćwiczenie 7. Jak przyjąć asertywną postawę ciała?

Badania wykazały, że odpowiednia postawa ciała może zwiększyć ilość testosteronu we krwi, co przekłada się na zwiększenie pewności siebie i odwagi. Wystarczy, że twoje plecy będą proste, klatka piersiowa otwarta, a dłonie oparte na biodrach. Przećwicz to teraz, najlepiej przed lustrem. To postawa pewności siebie, która pomoże ci poczuć się pewniej przed ważnym spotkaniem. Jeśli twoje ramiona są napięte, plecy zgarbione, a klatka zapadnięta, twoje ciało wysyła do rozmówcy komunikat: „Jestem uległa”, „Nie potrafię odmawiać”, „Potrzebuję oparcia”, „Nie wierzę w siebie”, „Łatwo się denerwuję”, „Mam teraz stresujący okres w życiu”. W trakcie ważnego spotkania nie trzymaj rąk na biodrach, bo może być to odebrane jako konfrontacja. Tuż przed wejściem na spotkanie zrób głęboki wdech nosem i długi wydech ustami, poczuj, jak twoje ramiona swobodnie opadają w dół. Powtórz to dwa razy.

Ćwiczenie 8. Jak trzymać emocje na wodzy?

Jeśli podczas rozmowy trudno ci powstrzymać wybuch emocji, masz co najmniej dwa konstruktywne wyjścia: przerwać dyskusję, poprosić o odłożenie jej na czas, kiedy napięcie nieco opadnie, lub powiedzieć o swoich odczuciach wprost. Pamiętaj: masz prawo mówić o swoich odczuciach, nie ranisz wówczas drugiej osoby, a jedynie informujesz ją, co się w obecnej chwili z tobą dzieje. Jesteś autentyczna.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice? Jak nie dać sobie wejść na głowę?

Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Prośby, groźby, szantaż emocjonalny – to niezawodne sposoby, by zmusić innych do działania. Czy czasami masz wrażenie, że twoja suwerenność jest zagrożona? Oto typologia osób, które lubią wchodzić innym na głowę, i wskazówki, jak na to nie pozwolić.

Szef, co nie znosi sprzeciwu

Pani Krysiu, kto jak kto, ale pani to mnie nigdy nie zawiodła. No niech pani sama zobaczy, co ja się mam z tymi młodymi matkami – trzecia mi już zwolnienie lekarskie przyniosła. Chciałabym, żeby pani wzięła jutro ranny dyżur za Renatkę, dobrze? No chyba mi pani nie odmówi?

Jedyną reakcją, jaka w tej sytuacji pozwoliłaby pozostać Krystynie w zgodzie ze sobą, byłoby: „Nie, nie i jeszcze raz nie”. Miała dość tego, że dyrektorka ciągle stawia ją pod ścianą, a jej problemy nikogo nie obchodzą, bo musi być zawsze na zawołanie, żeby gasić cudze pożary. Ale powiedzieć „nie” i zawieść szefową? To na pewno nie skończyłoby się dobrze. Więc mówi: „Dobrze, pani dyrektor” i zastanawia się, czy wizytę u specjalisty, na którą czekała dwa miesiące, będzie mogła przełożyć bez problemu, czy znów spadnie na koniec kolejki oczekujących. Ale co by nie mówić, w końcu nawet szefowa nie jest w stanie zastąpić trzech osób naraz. Ktoś musi. Więc trudno, niech będzie. Początkowo odczuwana złość na samą siebie, że nie potrafi odmówić, przeradza się w strach przed utratą pracy i przechodzi w poczucie rezygnacji, że nic innego nie da się tu zrobić.

Czy Krystyna w tej sytuacji bierze pod uwagę, co jest najlepsze dla jej dobra?

Partner, który wie lepiej

Strach towarzyszy też Karinie, kiedy słucha podniesionego, zimnego głosu męża: Ty chyba sobie nie wyobrażasz, że ja wezmę urlop, żeby chodzić do szkoły w sprawie wagarów twojej córeczki. Tyle razy mówiłem, że trzeba ją trzymać krótko, ale ty wiesz swoje. To teraz pij piwo, którego nawarzyłaś. Powiedz jej, że jak jeszcze raz opuści lekcje albo się ruszy z domu mimo zakazu, to wyląduje u zakonnic jeszcze w tym roku szkolnym.

Karina kuli się wewnętrznie, słysząc taką serię jak z karabinu maszynowego. Wie, że ich córka potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia ze strony rodziców, bo szkoła, do której chodziła, stosowała metody presji, które „łamały” co wrażliwsze jednostki, a córka była typem wrażliwca. Myślała, że jak pójdą razem z mężem w jej sprawie – łatwiej będzie wyegzekwować zmianę podejścia na mniej „wojskowe” i że da się poszukać wspólnie jakiegoś rozwiązania. Ale okazuje się, że – jak zwykle w trudnych sytuacjach – sama jest sobie winna, więc nie ma co liczyć na pomoc, i jeszcze dodatkowo powinna dopilnować wykonania poleceń, co do których zupełnie nie ma przekonania, że mają sens. Ale wie z doświadczenia, że sprzeciw tylko pogorszy sprawę, bo jej mąż, kiedy wpadnie w szał, zdolny jest nawet do rękoczynów, więc lepiej go nie rozsierdzać.

Nadzieja na pomoc córce, zamrożona strachem, ustępuje chwilami wyrzutom sumienia, zamieniając się w poczucie beznadziei. Karina chciałaby ją chronić, ale może rzeczywiście przesadza z tą swoją ugodowością, w końcu ojciec nie chce źle dla swego dziecka, nauczyciele też chcą dobrze. Zdrowe wątpliwości ucisza racjonalnymi aksjomatami – przekonaniami, które są wpojone tak głęboko, że nawet nie przychodzi do głowy, żeby je weryfikować co jakiś czas.

Pojawia się pytanie, czy Karina staje po stronie tego, kto rzeczywiście potrzebuje jej pomocy.

Urzędniczka nieskora do pomocy

Kiedy Klaudia usiłowała szybko wypełnić zawikłany druk, co nie bardzo jej wychodziło i kilka razy prosiła o dodatkowe wyjaśnienia, urzędniczka po drugiej stronie okienka nie kryła zniecierpliwienia: – No czego tu można nie rozumieć, po polsku jest przecież napisane, nie umie pani czytać? Klaudia oblała się rumieńcem, wyobrażając sobie, że kilka par oczu osób czekających w kolejce spogląda na nią z dezaprobatą lub wręcz pogardą, i do tego wszystkiego ręce zaczęły się jej trząść i już zupełnie nie była w stanie odczytać drobnego pisma na druku. – To ja spokojnie wypełnię w domu i przyjdę jutro – powiedziała. – Jak tam pani sobie chce – odparła urzędniczka, kątem oka spoglądając w komputer.

Klaudia wyszła zła na siebie, że jest taką niezdarą i że jutro znów będzie musiała poświęcić kilka godzin na przyjazd do urzędu. Ale wolała to niż znoszenie wstydu w obecności tylu osób.

Jeśli ktoś ma podstawy do wstydu w tej sytuacji, to kto?

Urażeni rodzice

To bawcie się dobrze, korzystajcie, póki jesteście młodzi, bo potem, jak będziecie staruchami, nikt nie będzie się chciał z wami zadawać, nawet rodzone dzieci nie będą miały czasu się z wami zobaczyć.

Anna odłożyła słuchawkę telefonu i już wiedziała, że spotkanie z przyjaciółmi, z którymi mieli spędzić miło półtora dnia w czasie ich pobytu w Polsce (wspólny wyjazd nad morze i wypad do pubu), straciło dla niej cały powab i raczej nie będzie się dobrze bawić, skoro odmówiła matce dołączenia do ich wycieczki. Niby nic wielkiego: mama była sprawna, byli u niej w zeszły weekend, miała też znajome, z którymi mogła spędzić czas, jeśli nie chciała być sama, ale igła poczucia winy przeszyła serce Anny i wyciekła z niego cała radość ze spotkania z przyjaciółmi.

Jeśli ktoś jest tu winien, to kto? Kto niszczy czyjąś radość, działając na zasadzie: jeśli mnie nie może być dobrze, to niech tobie będzie równie źle?

Dlaczego tak się dzieje?

Znane sytuacje? Nic nowego ani odkrywczego, ale też nic miłego i takiego, za czym by się tęskniło. Nie chcemy tak postępować, a jednak postępujemy, wielokrotnie przysięgając sobie, że to już ostatni raz. Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza?

Takim wątpliwym napędem do naszych niechcianych działań są strach, wstyd i poczucie winy. Większość z nas jest podatna na zarządzanie za pośrednictwem takich emocji. Nie jest to przypadek, bo bardzo często w naszej kulturze stosuje się takie metody wychowawcze. Kiedy chcemy korygować zachowania dzieci na takie, które są dla nas akceptowalne, nie tłumaczymy im, dlaczego mają postępować inaczej, tylko zawstydzamy je, dając do zrozumienia, że coś z nimi jest „nie tak” („to wstyd być samolubem”), straszymy je („jeszcze raz tak się odezwiesz i pójdziesz do kąta”) lub wpędzamy w poczucie winy („przez te twoje wrzaski boli mnie głowa”). Za każdym razem w takiej sytuacji dzieci dowiadują się, że nie są w pełni akceptowane i mają się zmienić, żeby rodzic/opiekun był zadowolony. Nie dowiadują się jednak, dlaczego mają się zmienić – jakie racje, wartości, dobro ogółu (w tym ich samych) za tym stoją. W ten sposób wykształca się mechanizm ulegania osobom, które wzbudzają w nas wstyd, strach lub poczucie winy.

Bo jestem taka mała…

Bardzo wiele osób w dzieciństwie uwewnętrznia mechanizmy ulegania władzy i nie robi remanentu w tej kwestii w dorosłym życiu. W sytuacjach oddziaływania na nas strachem, wzbudzaniem poczucia winy czy wstydu wskakujemy w emocjonalną skórę małego dziecka i reagujemy tak, jakbyśmy my sami żadnej władzy nad niczym nie mieli. Gdzieś tam przez skórę czujemy (tak jak czuliśmy w dzieciństwie), że sytuacja nam nie służy, ale ulegamy argumentom, których zasadności nie mamy w zwyczaju sprawdzać, tylko przyjmujemy je na wiarę. Ba, robimy tak, gdy te argumenty nie zostały głośno wypowiedziane, tylko usłyszeliśmy je w swojej głowie.

Przecież dyrektorka nie powiedziała Krystynie, że ją zwolni z pracy, jeśli ta nie weźmie dodatkowego dyżuru. Nie powiedziała też, że nie ma możliwości takiego ułożenia grafiku zastępstw, żeby Krystyna poszła rano do lekarza. Podobnie mąż Kariny nie powiedział jasnego „nie” wobec udania się na wywiadówkę – zasugerował tylko, co ona sobie wyobraża, a czego nie. Nie wiadomo, jak zareagowałby na asertywną prośbę: „Chciałabym, żebyśmy poszli razem w możliwym dla ciebie terminie, bo moim zdaniem to jest ważne dla całej rodziny, czy twoim zdaniem tak nie jest?”.

Czy gdyby Klaudia nie dała się owładnąć poczuciu wstydu, byłaby w stanie zobaczyć, kto w zaistniałej sytuacji nie jest w porządku, kto nie wypełnia swoich obowiązków, za które otrzymuje wynagrodzenie? A Anna – gdyby poczucie winy nie odebrało jej jasności widzenia – może rozważyłaby kwestię, dlaczego zwyczajowo ludzie nie chodzą do pubu spotkać się z przyjaciółmi w asyście bliższej i dalszej rodziny każdej ze stron?

Wyjść ze schematu

W chwilach napięcia, a taką na pewno jest sytuacja, w której ktoś przekracza nasze granice, wpadamy zwykle w czarno-biały schemat dobry/zły. To powoduje, że godzimy się na rozwiązanie, w którym jedna ze stron przegrywa, a druga wygrywa. Takie głęboko zakorzenione, nieuświadomione przekonanie, że w spornej sytuacji tylko jedna ze stron może mieć rację, powoduje, że jeśli nie czujemy się na siłach być zwycięzcą – poddajemy się, godzimy z przegraną. Warto zacząć myśleć w kategoriach wygrana–wygrana, pamiętać, że istnieją rozwiązania, które mogą służyć wszystkim stronom.

Kiedy sytuacja odbiega od normy służenia wszystkim, a nie tylko wybranym jednostkom, złość pojawia się jako informacja o potrzebie zmiany. Podobnie mogą z nami współpracować wspomniane poczucie winy, wstyd i strach (pojawiają się jako zdrowe wątpliwości, potrzeba akceptacji i troszczenia się o siebie nawzajem). Trzeba je jednak zaprząc do współpracy, ogarnąć zdrowym rozsądkiem, wykorzystać informacje, które ze sobą niosą: co nie działa, jakiej zmiany potrzeba, jakie jest rzeczywiste, a jakie wyimaginowane zagrożenie. Co mogę w tej sytuacji zrobić sama, a w jakich kwestiach warto byłoby zwrócić się z prośbą o wsparcie do osób, które mogą i chcą tego wsparcia udzielić?

I ciągle warto przypominać sobie o tym, że już nie jestem małym bezbronnym dzieckiem zdanym jedynie na łaskę i niełaskę nastrojów dorosłych. Mogę wybierać!

  1. Psychologia

Zdrowa pewność siebie - na czym polega?

Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. (Fot. iStock)
Aby stać się świadomym siebie, dojrzałym człowiekiem, warto przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie. Brakuje ci wiary we własne siły? Pora na młodzieńczy bunt!

Wszyscy znamy te historie… Brawurowy kierowca przejeżdża przez tory tuż przed rozpędzonym pociągiem, zarozumiały kapitan pasażerskiego statku wykonuje ryzykowny manewr ogromnym kolosem, by popisać się swoimi umiejętnościami, i doprowadza do tragedii. Zbyt pewni siebie chcą zrobić wrażenie na innych, ale i na sobie. Po co, skoro są tacy wspaniali? Bo żeby uwierzyć w swoją moc, potrzebują poprzeć ją zachwytem w oczach innych.

Na drugim biegunie są osoby skrajnie nieśmiałe, które boją się powiedzieć zdanie w towarzystwie w obawie, że się zbłaźnią. Nie potrafią upomnieć się o wyższą ocenę, choć wiedzą, że im się należy, a potem latami czekają na awans w pracy. Niepewni siebie nie wierzą, że mogą się komuś spodobać, od swoich partnerów oczekują nieustannych potwierdzeń. Kosztem niskiej samooceny są też życiowe wybory prowadzące donikąd – praca, która nie cieszy, małżeństwo, które frustruje, chroniczne lęki, depresje, rezygnacja z marzeń.

Co jest pośrodku? Zdrowa pewność siebie. Na czym polega? W skrócie: na adekwatnym i stabilnym poczuciu własnej wartości. Na łatwości mówienia o sobie dobrze, ale też świadomości swoich wad i otwartości na krytykę. Na umiejętności rozdawania, ale i przyjmowania komplementów. Osoba pewna siebie jest ciekawa zmian, a nie tylko się ich obawia. Dostrzegalna jest harmonia między tym, co mówi, a tym, co robi, jak się porusza i jakim głosem się wypowiada. I o to chodzi!

Walizka na życie

Pewność siebie jest cechą bardzo pożądaną – pozwala żyć w psychicznym i fizycznym dobrostanie. Problem w tym, że na pewność większości z nas wpływ ma to, co powiedzą lub pomyślą o nas inni. Szukamy potwierdzeń w świecie zewnętrznym – niby to nic złego, bo miło być docenionym, pochwalonym. Ale dopóki pewność siebie nie będzie płynąć ze zdrowych przekonań na własny temat i wynikających z nich działań, dopóty samopoczucie, ścieżkę kariery czy dobór znajomych, a nawet partnerów, będziemy uzależniać od tego, czy inni są z nas zadowoleni, a nie my sami.

Skąd się to bierze? Jak większość naszych przekonań – z dzieciństwa. To, co mówi o nas i do nas najbliższe otoczenie: rodzice, wychowawcy, rówieśnicy – kształtuje myślenie o sobie i życiowe postawy. – Poznajemy świat poprzez to, jak nam zostaje przedstawiony – mówi psycholog i coach rodzicielski Ingrid Dahl-Głodowska. – A nawet więcej, poprzez to, jakie uczucia w nas wywołuje. Im silniejsza emocja – pozytywna lub negatywna – tym głębiej się utrwala komunikat. Dlatego bardzo ważne jest, czy dziecko jest wspierane, karane, czy nagradzane, czy ktoś się w ogóle nim interesuje. Ale też dobrze jest, gdy pozwala się mu w pewnych granicach eksperymentować, polegać na sobie, ponieważ nadmierna opiekuńczość i wyręczanie w najprostszych czynnościach może budzić brak pewności siebie („nie wiem, czy sobie poradzę, bo nigdy tego nie próbowałem”). Dobrze by było, by każde dziecko wchodziło w życie z przekonaniem, że jest wartościowe takie, jakie jest. Niestety, nie jest to norma. Drugim ważnym okresem, w którym kształtują się przekonania i pewność siebie, jest czas dojrzewania i związana z tym burza hormonalna. Dorastając, musimy zaprzeczyć wszelkim autorytetom, przestać słuchać innych, a zacząć słuchać siebie, zbudować się jako samodzielnie myślącą i biorącą odpowiedzialność za swoje czyny osobę.

Dobra wiadomość jest taka, że nawet jeśli nie udało ci się wypracować zdrowego poczucia pewności siebie w dzieciństwie czy okresie dojrzewania, to masz jeszcze na to całe życie!

6 filarów pewności siebie

Nathaniel Branden, kanadyjski psychoterapeuta i pisarz, autor „Sześciu filarów poczucia własnej wartości”, twierdzi, że samoocena powinna być oparta na sześciu aspektach:

1. Świadome życie – dokonujesz wyborów ze świadomością ich konsekwencji, nie unikasz odpowiedzialności.

2. Samoakceptacja – jesteś swoim sprzymierzeńcem, dbasz o siebie, o to, co o sobie myślisz (samoakceptacja nie oznacza aprobaty dla wszystkich działań, jest wezwaniem do pracy nad sobą), troszczysz się o swoje odczucia i pragnienia, jesteś świadoma własnych przeoczeń, ale nie obwiniasz się zanadto.

3. Odpowiedzialność za siebie – to od ciebie zależy twoje życie, ty nim kierujesz, a nie ślepy los, twoi rodzice czy mąż. Ponosisz odpowiedzialność za realizację swoich marzeń, za swoje postępowanie, decyzje, jakość relacji z innymi, wartości, zgodnie z którymi żyjesz, a nawet za swoje szczęście.

4. Asertywność – wyrażasz emocje, nie naruszając psychicznego terytorium innych osób, dbasz też o nienaruszanie twoich granic i szacunek dla siebie.

5. Życie celowe – wykorzystujesz wszystkie swoje zdolności do osiągania zaplanowanych celów i realizowania marzeń, obserwujesz wyniki swoich działań i sprawdzasz, czy prowadzą cię tam, dokąd postanowiłaś iść.

6. Spójność – integrujesz wartości, standardy i przekonania ze swoimi zachowaniami (codzienne wybory).

Stabilna, silna samoocena jest najlepszą drogą do zdrowej pewności siebie. Pozwala podejmować wyzwania, bronić swoich wartości, stawiać ambitne cele, wierzyć, że dasz sobie radę, nawet jeśli sukces czy realizacja planów nie przyjdą od razu. Nie poddajesz się i masz przeświadczenie, że nikt inny, tylko ty, najlepiej wiesz, co jest ci w życiu potrzebne i jaka jesteś.

Coś większego niż ty

– Całkowite poczucie pewności wymaga wiary w siebie, w ludzi obecnych w twoim życiu oraz w coś większego niż ty – twierdzi Tim Sanders, popularny mówca, szef firmy doradczej, autor książki „Moc pewności siebie. Osiągaj zamierzone cele i poczuj siłę spełnienia”. – Kiedy zdobędziesz te wszystkie trzy rodzaje wiary, będziesz się cieszyć zrównoważoną pewnością siebie, która przeprowadzi cię przez wszelkie kłopoty i okresy zawirowań. Zawsze, kiedy to możliwe, miej świadomość poziomu swojej pewności siebie w każdej z tych trzech kategorii, uzupełniając te z nich, które ciągną resztkami sił.

Poprawiając obraz samej siebie (przekonania na swój temat), zaczynasz wierzyć, że jesteś wystarczająco dobra, by kochać, odnosić sukcesy i przewodzić innym.

Wiara w siebie to twój fundament, decyduje o jakości twojego życia. Twój obraz siebie wyznacza granice, w ramach których jesteś zdolna kierować swoim losem.

Wiara w innych jest potrzebna, bo zdrowa pewność siebie to także świadomość własnych ograniczeń. Nie musisz za każdym razem udowadniać (sobie i innym), że sama ze wszystkim sobie poradzisz. Poproś czasem o pomoc.

Wiara w coś wyższego – dla każdego może być czymś innym. Chcemy czy nie, wierzymy czy nie, jesteśmy częścią większej całości – systemu społecznego, politycznego, ekonomicznego, odwiecznego rytmu przyrody, moralnego porządku, systemu duchowego, religijnego itd. Reguły rządzące światem są nam potrzebne, wnoszą stały element, do którego można się odnieść lub na który można się powołać. Ci, co grają nie fair, nie szanują tych reguł, prędzej czy później tracą – tak jak np. firmy liczące na szybki zysk, oferując marny produkt czy usługę. Ci, którzy ignorują to, że mogą się nauczyć czegoś od innych, zostają w tyle lub prędzej czy później są ignorowani.

– Liderzy, którzy nie poddają się komuś lub czemuś większemu niż oni sami, upijają się w końcu fałszywym poczuciem własnej mocy – mówi Tim Sanders. – W rezultacie ludzie ci stają się własnymi bóstwami. Kiedy wierzysz, że stoi za tobą ktoś lub coś większego niż ty sama, to ta wiara daje ci energię i entuzjazm, których potrzebujesz, by iść naprzód.

Wszystko, czego potrzebujesz, by być pewną siebie, już masz. Tylko sobie to uświadom. Kiedy osiągniesz zdrową pewność siebie, potrzeba bycia najlepszą albo lubianą zejdzie na dalszy plan, ustępując miejsca celom, jakie chcesz w życiu osiągnąć. Twoim celom.

  1. Psychologia

Skąd wziąć odwagę do bycia sobą?

Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Boimy się odmawiać, powiedzieć, co naprawdę czujemy. Nie chcemy urazić innych, zależy nam na akceptacji. Tymczasem okazuje się, że ludzie asertywni są bardziej lubiani niż ci, którzy nie potrafią zadbać o swoje potrzeby. Jak stać się taką właśnie osobą?

Chcemy czuć się spójni w naszym zachowaniu. Rozwijać komunikację. Ale też szacunek – do siebie i do innych. Taki zresztą tytuł – „Szanuj siebie i innych” – miały jednodniowe warsztaty prowadzone przez trenerkę i psychoterapeutkę Dorotę Szymonik, pracującą też z głosem. Bo – żeby coś dostać, osiągnąć – trzeba to powiedzieć głośno. Kto bierze w nich udział? Osoby, które czują się wykorzystywane w pracy. Takie, które nie potrafią przeciwstawić się roszczeniowemu klientowi. Rodzice, którzy chcą mądrze wychowywać dzieci – bez ciągłego odwoływania się do systemu kar i nagród. Ludzie, którym znudziło się ciągłe wchodzenie w rolę „zadowalacza”. Bo, szukając akceptacji innych, tracą kontakt z tym, co dla nich ważne, zdradzają siebie. Wreszcie ci, którzy, owszem, potrafią postawić na swoim, ale robią to w sposób autorytarny. Być może uciekają się do agresji słownej. Wciąż palą za sobą mosty...

Na czym polega asertywne zachowanie?

Na początku prowadząca proponuje stworzenie kontraktu – wewnętrznego kodeksu grupy. W podgrupach wypisujemy zasady, jakie chcemy, by były przestrzegane podczas kilkugodzinnej pracy. Potem konfrontacja dwóch „dekalogów”, dyskusja. Wbrew pozorom nie jest to część stricte organizacyjna. Wypływa to, co ważne dla poszczególnych uczestników. Pojawiają się różnice zdań. Jest okazja, by poćwiczyć umiejętność wyrażania swoich potrzeb. Możesz zastanowić się, dlaczego wolisz, żeby z przekąsek korzystać tylko na przerwie, podczas gdy dla innych nie ma to najmniejszego znaczenia. Co rozumiesz przez szczerość i otwartość, które postulujesz. Dlaczego obawiasz się, że ktoś może zdominować resztę grupy i trzeba będzie przerywać jego nudne wywody?

Umawiamy się na zaangażowanie. Na poufność. Na to, że będziemy empatyczni, uważni na innych. Że nie będziemy oceniać. Jeśli zechcemy odnieść się do czyjegoś przypadku czy problemu, użyjemy tak zwanego komunikatu „ja” – będziemy mówić w pierwszej osobie, co czujemy, jakim doświadczeniem gotowi jesteśmy się podzielić.

Pora ustalić, czym jest dla nas asertywność. Dorota Szymonik pyta, jakie słowa czy pojęcia się z nią kojarzą. Oprócz tak oczywistych, jak: stawianie granic, odmawianie, obrona siebie, relacje, poczucie wartości, komunikacja, samoświadomość – pojawiają się: odpowiedzialność, prawda, wierność sobie, odwaga, równowaga, dystans, przestrzeń, przyjmowanie krytyki, przyjmowanie komplementów, korzyści, ryzyko... Wreszcie powstaje definicja. Naszym zdaniem asertywność to „umiejętność dbania o siebie i swoje granice, rozpoznawania własnych potrzeb i uczuć i komunikowania ich w otwarty, przejrzysty sposób, z szacunkiem do siebie i innych”.

Lęk przed narażeniem się innym

Co powstrzymuje nas przed przyjęciem postawy asertywnej? Lęk przed konfliktem. Przed tym, że ktoś nie zrozumie naszej postawy, preferencji. Naszego komunikatu. Że się obrazi, poczuje zraniony, zareaguje gniewem. – Ja sama miałam kiedyś kłopot z tym, żeby zwrócić uwagę osobom palącym na przystanku – przyznaje Dorota Szymonik. – Bardzo tego nie lubię, a wygląda na to, że mimo obowiązującego prawa norma społeczna jest zupełnie inna. Kiedy więc tylko poczułam zapach dymu nikotynowego, biłam się z myślami: powiedzieć czy nie powiedzieć?

Doskonale znasz te wszystkie myśli, niepozwalające ci zadbać o siebie, wyrazić dyskomfort: czepiam się, tylko mnie to przeszkadza, nie ma sensu się wychylać, szkoda zachodu, świata nie zmienię, nie ma co tego rozdmuchiwać, lepiej siedzieć cicho, może nie mam racji, jeszcze się zbłaźnię... Sęk w tym, że za bardzo utożsamiamy się z naszymi myślami. Zapominamy, że to tylko interpretacje i spekulacje próbującego nas ochronić umysłu. Tworzymy sobie w głowie całe historie na temat błahego zdarzenia, zamiast sprawdzić, co jest pod spodem. Zająć stanowisko. – Fantazje mają to do siebie, że trzymają nas w zamkniętym świecie, blokują naszą aktywność – mówi terapeutka. – Trzeba je weryfikować. Podstawową zasadą asertywności jest działanie.

Od czego zacząć? Rozpoznaj różne sabotujące, asekuracyjne myśli i zmień je. Podczas warsztatów oglądamy niektóre z nich pod lupą i zastępujemy bardziej asertywnymi. Dokonujemy przeprogramowania. Weźmy chociażby takie proroctwa: „Jeśli to zrobię, odmówię, powiem, co naprawdę czuję, nie będzie zadowolony” albo „Zawiedzie się na mnie”, „Uzna mnie za niewdzięczną”. Jak możemy na nie odpowiedzieć? „To nie jego zadowolenie jest tu najważniejsze”, „Nie jestem odpowiedzialna za czyjeś samopoczucie”, „Nie jestem po to, by zadowalać innych”, „Zobaczymy”, „Jest szansa, że zrozumie”, „Jakoś to zniesie”, „A może właśnie zacznie mnie szanować?”.

Teraz przyjmujemy, że zdarzyło ci się pomyśleć: „Wydrze się, zwolni mnie”. Możesz na to odpowiedzieć: „Poradzę sobie”, „Zawalczę o swoją godność”, „To nie jest takie łatwe, zwolnić pracownika”, „Nie chcę pracować dla kogoś, kto zwalnia innych, by zademonstrować swoją siłę”, „Coś się zmieni”... Czasem za długo zaciskamy zęby, stwierdzamy „dam radę”, „to nie takie ważne”, „powiem następnym razem”. A potem narasta w nas wściekłość. Dorota Szymonik opowiada o kobiecie, która podczas zakupów nie zareagowała, widząc, jak sprzedawczyni wkłada jej do torby nadgniłe jabłko. – Przez całą drogę do domu czuła jego ciężar. A na koniec powiedziała sobie ze złością: „Teraz jeszcze będę musiała je zjeść”.

Przed otwartą komunikacją często powstrzymuje nas lęk, że nie zapanujemy nad emocjami, okażemy słabość. A gdybyś powiedziała sobie: „Zgadzam się ujawnić, co czuję”, „Nie chcę udawać”, „Pozwalam sobie na bycie sobą”, „Okazywanie emocji wcale nie jest negatywne”? Zdaniem trenerki istnieje coś takiego jak „przemoc na bycie pozytywnym”. To próba zbudowania iluzji, że pewne emocje nie istnieją. Kończy się, oczywiście, wypieraniem ich, spychaniem w strefę cienia.

– Miałam kiedyś na warsztatach grupę ezoteryków. Mieli opór przed uwalnianiem złości, uznali, że ich to nie dotyczy. Że nie będą wchodzić w negatywną energię. Kiedy wreszcie pozwolili sobie na to, by wypuścić ją z siebie, zrobiło się tak gorąco, że w zamieszaniu dostałam pięścią.

Teraz ja krzyczę!

Po przerwie ważny moment. Sięgamy do sytuacji z naszego życia, w których nie zachowaliśmy się asertywnie. Może ktoś nie dotrzymał danej ci obietnicy, narzucił swoje reguły gry, a ty nie potrafiłaś zaprotestować? Może zależało ci na czymś albo na kimś, ale nie okazałaś tego w żaden sposób, bo uznałaś, że nie wypada? A może pozwoliłaś, by ktoś zbeształ cię jak pensjonarkę, zamiast przerwać potok inwektyw krótkim „stop, basta!”? Zastanawiamy się, co następnym razem można by zrobić inaczej, żeby osiągnąć lepszy rezultat. I odgrywamy te sceny.

Oto kobieta rozmawia z szefem. Uważa, że dostaje za dużo obowiązków, musi zostawać po godzinach. Szef próbuje ją zignorować, zbagatelizować problem. Przyjmuje postawę zajętego, roztargnionego. Mimo to podwładna nie ustępuje. Przyglądamy się jej wysiłkom, słuchamy. Potem podpowiadamy, co zmienić. Sugestii jest sporo: przygotowanie krótkiej, rzeczowej argumentacji, żeby optymalnie wykorzystać czas, większa stanowczość, głos z przepony, wyeliminowanie słów osłabiających przekaz („troszeczkę”, „jak gdyby”), trzymanie się tematu i faktów, podkreślanie własnych kompetencji i wkładu (ale nie kosztem innych). Kolejna odsłona – za drugim razem jest dużo lepiej. Za trzecim naprawdę dobrze. Szef patrzy kobiecie w oczy, kiwa głową... Przy okazji Dorota Szymonik uczy nas prostej techniki, jak poczuć się pewniej przed ważną rozmową: wystarczy stanąć gdzieś (choćby w toalecie) i przyjąć taką postawę ciała, by zająć jak najwięcej miejsca... Sprawdź! Poczujesz się większa, silniejsza.

Następna scena, dyskusja przez telefon – dlatego biorące w niej udział osoby siadają do siebie tyłem. Kobieta oskarża mężczyznę o zaniedbania przy wspólnym projekcie, nie daje mu dojść do głosu. Krzyczy. On tłumaczy się niepewnie i – choć przekonany jest, że chodzi o nieporozumienie – używa takich słów, jak „współwinny”, „błąd”. Po wskazówkach, jakie otrzymuje, dużo uważniej dobiera słowa. Stosuje też dwa zasugerowane przez trenerkę chwyty. Mówi: „A może teraz ja zacznę krzyczeć?” i zwraca się do kobiety po imieniu. To działa na nią otrzeźwiająco. Po wyjściu z roli przyznaje: „Dopóki nie powiedziałeś mi, że krzyczę, nie zdawałam sobie sprawy, że się tak zagalopowałam”.

Cenne doświadczenie. Pozwala spojrzeć na sytuacje życiowe z różnych perspektyw, zmienić podejście, może nawet przeformułować relację. – Czasem nie zauważamy, jak bardzo utknęliśmy w jakiejś roli, boimy się zmienić pewne status quo – mówi Dorota Szymonik. – Na przykład kobieta nie wychodzi z koleżankami do pubu, bo zakłada, że mąż źle na to zareaguje, a kiedy porusza tę kwestię, okazuje się, że on nie zgłasza najmniejszego sprzeciwu. Ja sama mam podobne doświadczenie. Przez lata opiekowałam się chorym ojcem, wreszcie stwierdziłam, że trwa to za długo. Zakomunikowałam rodzinie, że się wycofuję. Nie miałam rozwiązania zastępczego, żadnego pomysłu na to, co dalej. Wiedziałam tylko, że pora zacząć żyć własnym życiem. Okazało się, że wystarczyło powiedzieć „dość” i natychmiast znalazła się osoba, która mnie zastąpiła.

Oczywiście, może też zdarzyć się inaczej. Ryzyko, że sprawy przyjmą niespodziewany obrót, jest zawsze. – Na tym polega życie – tłumaczy terapeutka – Czasem tracimy ważne relacje i, nie oszukujmy się, strata boli. Ale nie możemy wciąż chronić siebie i innych – w ten sposób odbieramy i sobie, i im szansę rozwoju. Nie unikniemy straty, frustracji, rozczarowania. Dla dziecka odkrycie, że nie może dostać wszystkiego, jest bardzo rozwijającym, głęboko uświadamiającym doświadczeniem. Dlaczego mielibyśmy chronić przed nim dorosłych? Osoby roszczeniowe często nie przeszły tej ważnej fazy w rozwoju – dlatego tak źle reagują na odmowę. Jeśli więc ktoś się obrazi – trudno. Mój nauczyciel zwykł mawiać w takich sytuacjach: „Pałac Kultury się nie zawali”.

Dorota Szymonik: psychoterapeutka; absolwentka studiów filozoficznych, muzykologicznych i pedagogicznych oraz Szkoły Psychoterapii w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty rozwoju osobistego i konsultacje w obszarze pracy z ciałem i głosem.

  1. Zdrowie

Jem to, co chcę. O asertywności przy stole

Przy świątecznym stole słyszysz: „Spróbuj, jakie to pyszne! Po co ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze!”. Ulegasz, a po powrocie do domu obwiniasz... siebie. (Fot. iStock)
Przy świątecznym stole słyszysz: „Spróbuj, jakie to pyszne! Po co ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze!”. Ulegasz, a po powrocie do domu obwiniasz... siebie. (Fot. iStock)
„Od dzisiaj nie jem słodyczy i pustych węglowodanów!”. Jasne, skąd my to znamy…? Wystarczy, że pójdziemy na rodzinny obiad, żeby zaczęło się pod przysłowiową górkę.

Zasiadasz z bliskimi, zwykle pełna pozytywnego nastawienia, przy wspólnym biesiadnym stole, by z miejsca usłyszeć: „Jak to, tego nie zjesz? Spróbuj tylko jakie to pyszne! Ale po co w ogóle ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze! Cały dzień dla Ciebie gotowałam, specjalnie dla Ciebie!”. Udręczona wpędzającym w poczucie winy nagabywaniem, w końcu ulegasz namowom: koleżanki, babci, mamy, partnera, to bez znaczenia. Ważne, że zjadasz – i to nie jeden, lecz parę kawałków. A po powrocie do domu czujesz, że znowu nie stanęłaś na wysokości zadania! Obwiniasz więc siebie, bo ktoś Cię namówił, bo jesteś zła i nic dobrego Ci się w życiu nie może przydarzyć itd. Czy takie sytuacje są Ci bliskie?

Nie dziw się swoim dotychczasowym porażkom, bo powiedzieć „nie” jest możliwe dopiero wtedy, gdy nauczysz się wsłuchiwać w siebie i swój organizm.
Z reguły wiemy, które potrawy i w jakiej ilości nam służą, po czym czujemy się pełni energii, a po czym leniwi i ospali. Bez problemu potrafimy również  określić jakie potrawy sprawiają nam przyjemność. Zdrowe jedzenie to po prostu takie,  po którym nie wzdyma się brzuch, a stolec ma odpowiednią konsystencję. Twoje własne ciało jest tak inteligentne, że wie wszystko. To czy działasz w zgodzie ze sobą, czy też przeciwko sobie jest zawsze Twoją suwerenną decyzją. Zapamiętaj to, bo wiedza ta stanowić będzie dla Ciebie podstawę do podejmowania kolejnych  decyzji związanych z jedzeniem i tzw. zdrowym odżywianiem.

 „Jestem tym, co jem”

Wiedza o sobie jest podstawą wszystkich zmian, które wprowadzamy w procesie zdrowego odżywiania. Inaczej: jeśli chcę jeść to, co lubię, a wiem, że to mi szkodzi, to pozostaje mi podjęcie decyzji  i wzięcie na siebie całej odpowiedzialności z nią związanej. Idąc dalej, jeśli zacznę rozwijać swoją samokontrolę dotyczącą jedzenia oraz będę pełna entuzjazmu i pasji, by zdrowo się odżywiać,  to jestem na dobrej drodze, by wziąć odpowiedzialność za to, co jem.

Trudne? Niekoniecznie. Miałam w diet coachingu kobietę ze sporą nadwagą, dla której jednym z celów było przestać jeść słodycze (miała trudność w odmawianiu sobie tej jedynej, małej przyjemności). Dodam, że była to osoba bardzo zdecydowana na wprowadzenie radykalnych zmian, która przeszła już kilka porad dietetycznych, stosowała wiele różnych diet, i która cierpiała na efekt jo-jo. Solidnie pracowała nad tym, by być i żyć w zgodzie z sobą - spotykała się z diet coachem przez pięć miesięcy.

Obserwowała m.in. kiedy może odpowiedzieć „nie” a kiedy według niej i z jakich powodów jest to niemożliwe. To nie koleżanka ją namówiła, to nie rodzina nalegała, to nie babcia prosiła, lecz ona postanawiała, że będzie lub nie będzie jadła kolejnego ciastka. Swoje postanowienie oparła o wiedzę dotyczącą wpływu cukru na organizm, którą jej przekazałam oraz na wynikach działań związanym z obserwacją siebie.

Obecnie to ona wybiera, postanawia i decyduje - nie tylko o swoim jadłospisie, ale o całym swoim życiu. Trzyma je w swoich rękach i jak sama mówi czuje się z tym wspaniale. Dlatego zapraszam Cię do obserwowania reakcji swojego ciała na jedzenie, do ćwiczenia uważności oraz do pamiętania o zbawiennym wpływie aktywności fizycznej. Uważne obserwowanie siebie i swoich nowych nawyków pozwoli Ci stawić czoło wewnętrznym demonom związanym z jedzeniem.

  1. Psychologia

Kiedy warto sobie odpuścić i powiedzieć innym „nie”? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Odmawianie jest trudne. Oskarżamy przełożonych, że to oni są winni naszemu przemęczeniu i brakowi czasu. Ale sami zgadzamy się na wszystko, a nawet wymyślamy sobie nowe obowiązki. Dlaczego właśnie w czasach kryzysu trzeba w pracy odmawiać, wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor programu odnowy „8 razy O”.

„Ty zrobisz to najlepiej”, „tobie mogę zaufać”, „musimy dołożyć sił, by nie dać się konkurencji”, każdy z nas słyszał od szefa podobne słowa i przyjął dodatkowe zlecenie. Bo nawet gdy wiemy, że to nieczysta zagrywka, trudno odmówić, skoro kryzys straszy: uwaga, bezrobocie!
No właśnie. Do tej pory mówiliśmy o rzeczach, za które my sami ponosimy odpowiedzialność. Od nas zależy, jak oddychamy, co sobie wyobrażamy, o czym myślimy. Jeśli nie jesteśmy ugruntowani w sobie lub nie umiemy odreagowywać i odpoczywać, możemy się tego nauczyć. Wówczas nasza efektywność i odporność wzrosną nawet w trudnych sytuacjach. Z odmawianiem jest inaczej. To kwestia relacji z innymi.

Bo w pracy nie wszystko zależy od tego, jak oddychamy i o czym myślimy.
Właśnie. Możemy pojazd, jakim jest nasz organizm, dobrze serwisować i być sprawnym kierowcą, ale jeśli nie mamy świadomości granic naszej ładowności, to przekroczymy normy bezpieczeństwa. Dlatego musimy nauczyć się nie brać na siebie zbyt wiele. Czyli odmawiać innym i odpuszczać sobie. Odpuszczać sobie, bo zamiarem naszych szefów na ogół nie jest przeciążanie nas pracą. To często my sami – z własnej woli – bierzemy sobie za dużo na głowę i potem nie dajemy rady. Ale o tym, dlaczego tak postępujemy, porozmawiamy następnym razem. Dziś powiemy o trudnościach z odmawianiem. To ważne. Jeśli bowiem przyzwyczaimy innych do tego, że nie odmawiamy, to na pewno z tego skorzystają i radośnie będą przekazywać nam wszystkie sprawy, którymi im nie będzie się chciało zająć.

Odmawianie jest trudne, jeśli dotyczy osoby, na której opinii nam zależy i która nie wiadomo, jak zareaguje.
Wchodzimy tu w sferę relacji międzyludzkich. Kiedy nie odmawiamy, bo myślimy, że tylko my zrobimy to lepiej – to taki jest nasz wybór. Nawet jeśli nie do końca uświadomiony. Ale gdy czujemy, że nie jesteśmy w stanie przyjąć kolejnego zlecenia, bo już brak nam sił i czasu, i pojawia się taka myśl: „Cholera, co będzie, gdy odmówię? Co sobie szef/szefowa o mnie pomyśli? Czy ja mam w ogóle prawo odmawiać? Czy to nie będzie nieuprzejme, rozczarowujące, a może dyskwalifikujące mnie?”. To mimo tych obaw trzeba powiedzieć: „Przepraszam, ale więcej nie dam rady – są w moim życiu inne ważne sprawy, na które muszę mieć czas i siły”.

Ja zdobyłam się na to dopiero po wizycie u lekarza.
Często dopiero choroba jest dla nas wystarczającym uzasadnieniem. Zdejmuje z nas odpowiedzialność za powiedzenie „nie”. Ale musimy umieć odmawiać w porę.

Potrzebny nam kurs asertywności, przynajmniej dobra książka z zasadami mówienia „nie”.
Gdy lęków i obaw przed odmową jest zbyt wiele, uczenie się formułek nie pomoże. Bo i tak będziemy się bali ich użyć, nawet jeśli będą to zdania tak skonstruowane, by nikogo nie urazić. Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. Jeśli kiepsko oddychamy, brakuje nam poczucia oparcia w sobie, zbyt często przebywamy w świecie dewaluujących nas fantazji, nie będziemy w stanie zachować się naprawdę asertywnie. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. Trzeba je mówić z przepony. Wiele różnych kompetencji osobistych musimy rozwinąć wcześniej, by móc skutecznie odmawiać w sposób, który nie uraża niczyjego poczucia godności. Dlatego mówimy o tym pod koniec prezentowania programu „8 razy O”.

Uczy się nas jednak, że odmawianie starszym, rodzicom jest złe. Pewnie dlatego myślimy, że przełożonym też odmówić nie wolno. Dlatego potrzebujemy głębszego rozumienia asertywności. Zgodnego z następującą definicją: „Asertywne zachowanie w sytuacji konfliktowej wzmacnia poczucie godności obu stron”. Warto o tym pomyśleć, bo wiele osób ma problem z „nie”, gdyż uważa, że dla drugiej osoby jest to upokarzające i trudne. W istocie tak nie jest. Odmawianie nie jest zabieraniem, nie jest poniżaniem, nie jest odrzuceniem. Odmawiamy tego, czego jeszcze nie daliśmy ani nawet nie obiecaliśmy. Skoro ktoś nas o coś prosi, to znaczy, że liczy się z odmową. W przeciwnym razie nie pytałby, tylko sobie wziął. Jeśli ktoś nas prosi o coś, o co nie powinien prosić, lub o to, czego nie chcemy ofiarować, to odmawianie sprzyja temu, aby obie osoby poczuły się godniej.

 
Czy zawsze odmowa przywraca nam godność?
Ważne, byśmy odmawiali w porę. Wielu z nas odmawia zbyt późno. Nie możemy zdobyć się na odwagę. Oszukujemy się, że jeszcze damy radę to unieść. W dodatku gdy raz w porę nie odmówimy, to wkrótce otoczenie – nie orientując się w tym, że jesteśmy już przeciążeni – będzie próbowało coś jeszcze nam dołożyć. Wtedy, gdy dociśnięci do muru wybuchamy, ludzie wokół nas nie rozumieją, dlaczego zamiast spokojnego, lecz stanowczego „nie” słyszą rozpaczliwą, nieadekwatną do sytuacji odpowiedź. I wtedy mają święte prawo ze zdumieniem pytać: „Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że masz dość?”. Mają prawo nie tylko się zdziwić, ale też obrazić. Odmawiajmy więc w porę, kiedy jeszcze potrafimy zrobić to spokojnie i rzeczowo.

I kiedy można znaleźć kogoś innego do wykonania tej pracy.
Jeśli odmówimy w porę, szef nie powie: „Nie musiałem z tym do ciebie iść. Ale zawsze mówisz, że zrobisz to najlepiej! No i kto to teraz zrobi?”. Odmawiajmy, kiedy nie jesteśmy wykończeni, bo inaczej nasza odmowa nie przywróci godności nikomu. My będziemy się wstydzić naszego zachowania, a szef poczuje się pokrzywdzony.

Zauważyłam, że ci, którzy potrafią mówić „nie”, są bardziej szanowani i częściej awansowani.
Z pewnością odmawiali w porę, asertywnie i spokojnie. Zostali docenieni, bo to świadczy o ich większej dojrzałości, inteligencji emocjonalnej i lepszym zarządzaniu swoimi zasobami. Na wyższych stanowiskach są to umiejętności niezbędne. Zaletą tych ludzi jest też to, że nie zakładają, iż wszyscy chcą ich wykorzystać. Wiedzą, że dla normalnego człowieka wykorzystanie kogoś nie jest czymś, czego pragnie. Bo większość z nas ceni wzajemny szacunek w relacjach z innymi.

Dając się wykorzystywać, nie szanuję siebie, ale też stawiam innych w trudnej sytuacji.
Zdecydowanie tak. Gdy ludzie z otoczenia osoby, która wcześniej nie mówiła „nie”, nagle usłyszą od niej: „Wy mnie cały czas wykorzystywaliście!”, mają prawo poczuć się oszukani, wrobieni w „wykorzystywaczy”. Jeśli już coś komuś daliśmy lub pozwoliliśmy to sobie bez protestu zabrać, nie możemy mu potem zarzucać, że nam to ukradł. To nieuczciwe. Jako dorośli– także w relacjach zależności i podległości – nie możemy oczekiwać, że inni będą za nas wyznaczać i chronić nasze granice. Nie wolno nam delegować tej odpowiedzialności na innych.

To, co pan mówi, jest jak okład na duszę żołnierza korporacji. Ale czy przekona tego, kto boi się kryzysu i zrobi wszystko, by przetrwać w firmie?
Właśnie dlatego, że jest kryzys, trzeba szczególnie na siebie uważać. W takiej sytuacji łatwo przekroczyć granice swoich możliwości. Ponad siły możemy pracować najwyżej miesiąc, dwa. Gdy się wypalimy, to i tak nas zwolnią, bo nie będziemy w stanie pracować tak dużo, tak szybko i tak dobrze jak kiedyś. Dlatego powinniśmy dbać o siebie, ćwiczyć kompetencje i stosować zasady programu „8 razy O”. I nauczyć się odmawiać. Jeśli szef przekona nas, że tylko dodatkowy wysiłek uratuje nasze miejsce pracy, możemy podjąć decyzję, że czasowo pracujemy więcej. Aby przetrwać w kryzysie, firmy muszą obcinać koszty, i to my możemy być tym kosztem. Szef może nie przewidzieć, że mimo naszego poświęcenia i tak będzie musiał zlikwidować nasze stanowisko. Dlatego nigdy nie zużywajmy wszystkich zapasów energii. Pamiętajmy, że to my jesteśmy dla siebie samych firmą najważniejszą ze wszystkich. Musimy dbać o to, żeby dobrze funkcjonować w każdych, nawet najtrudniejszych warunkach. Bo jeśli z przepracowania się rozchorujemy, kto zarobi na nasze utrzymanie? Jeśli nigdy nie odmawiając, wypalimy się i stracimy całkiem siły i ochotę do życia, kto doceni nasze poświęcenie?