1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice? Jak nie dać sobie wejść na głowę?

Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice? Jak nie dać sobie wejść na głowę?

Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Prośby, groźby, szantaż emocjonalny – to niezawodne sposoby, by zmusić innych do działania. Czy czasami masz wrażenie, że twoja suwerenność jest zagrożona? Oto typologia osób, które lubią wchodzić innym na głowę, i wskazówki, jak na to nie pozwolić.

Szef, co nie znosi sprzeciwu

Pani Krysiu, kto jak kto, ale pani to mnie nigdy nie zawiodła. No niech pani sama zobaczy, co ja się mam z tymi młodymi matkami – trzecia mi już zwolnienie lekarskie przyniosła. Chciałabym, żeby pani wzięła jutro ranny dyżur za Renatkę, dobrze? No chyba mi pani nie odmówi?

Jedyną reakcją, jaka w tej sytuacji pozwoliłaby pozostać Krystynie w zgodzie ze sobą, byłoby: „Nie, nie i jeszcze raz nie”. Miała dość tego, że dyrektorka ciągle stawia ją pod ścianą, a jej problemy nikogo nie obchodzą, bo musi być zawsze na zawołanie, żeby gasić cudze pożary. Ale powiedzieć „nie” i zawieść szefową? To na pewno nie skończyłoby się dobrze. Więc mówi: „Dobrze, pani dyrektor” i zastanawia się, czy wizytę u specjalisty, na którą czekała dwa miesiące, będzie mogła przełożyć bez problemu, czy znów spadnie na koniec kolejki oczekujących. Ale co by nie mówić, w końcu nawet szefowa nie jest w stanie zastąpić trzech osób naraz. Ktoś musi. Więc trudno, niech będzie. Początkowo odczuwana złość na samą siebie, że nie potrafi odmówić, przeradza się w strach przed utratą pracy i przechodzi w poczucie rezygnacji, że nic innego nie da się tu zrobić.

Czy Krystyna w tej sytuacji bierze pod uwagę, co jest najlepsze dla jej dobra?

Partner, który wie lepiej

Strach towarzyszy też Karinie, kiedy słucha podniesionego, zimnego głosu męża: Ty chyba sobie nie wyobrażasz, że ja wezmę urlop, żeby chodzić do szkoły w sprawie wagarów twojej córeczki. Tyle razy mówiłem, że trzeba ją trzymać krótko, ale ty wiesz swoje. To teraz pij piwo, którego nawarzyłaś. Powiedz jej, że jak jeszcze raz opuści lekcje albo się ruszy z domu mimo zakazu, to wyląduje u zakonnic jeszcze w tym roku szkolnym.

Karina kuli się wewnętrznie, słysząc taką serię jak z karabinu maszynowego. Wie, że ich córka potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia ze strony rodziców, bo szkoła, do której chodziła, stosowała metody presji, które „łamały” co wrażliwsze jednostki, a córka była typem wrażliwca. Myślała, że jak pójdą razem z mężem w jej sprawie – łatwiej będzie wyegzekwować zmianę podejścia na mniej „wojskowe” i że da się poszukać wspólnie jakiegoś rozwiązania. Ale okazuje się, że – jak zwykle w trudnych sytuacjach – sama jest sobie winna, więc nie ma co liczyć na pomoc, i jeszcze dodatkowo powinna dopilnować wykonania poleceń, co do których zupełnie nie ma przekonania, że mają sens. Ale wie z doświadczenia, że sprzeciw tylko pogorszy sprawę, bo jej mąż, kiedy wpadnie w szał, zdolny jest nawet do rękoczynów, więc lepiej go nie rozsierdzać.

Nadzieja na pomoc córce, zamrożona strachem, ustępuje chwilami wyrzutom sumienia, zamieniając się w poczucie beznadziei. Karina chciałaby ją chronić, ale może rzeczywiście przesadza z tą swoją ugodowością, w końcu ojciec nie chce źle dla swego dziecka, nauczyciele też chcą dobrze. Zdrowe wątpliwości ucisza racjonalnymi aksjomatami – przekonaniami, które są wpojone tak głęboko, że nawet nie przychodzi do głowy, żeby je weryfikować co jakiś czas.

Pojawia się pytanie, czy Karina staje po stronie tego, kto rzeczywiście potrzebuje jej pomocy.

Urzędniczka nieskora do pomocy

Kiedy Klaudia usiłowała szybko wypełnić zawikłany druk, co nie bardzo jej wychodziło i kilka razy prosiła o dodatkowe wyjaśnienia, urzędniczka po drugiej stronie okienka nie kryła zniecierpliwienia: – No czego tu można nie rozumieć, po polsku jest przecież napisane, nie umie pani czytać? Klaudia oblała się rumieńcem, wyobrażając sobie, że kilka par oczu osób czekających w kolejce spogląda na nią z dezaprobatą lub wręcz pogardą, i do tego wszystkiego ręce zaczęły się jej trząść i już zupełnie nie była w stanie odczytać drobnego pisma na druku. – To ja spokojnie wypełnię w domu i przyjdę jutro – powiedziała. – Jak tam pani sobie chce – odparła urzędniczka, kątem oka spoglądając w komputer.

Klaudia wyszła zła na siebie, że jest taką niezdarą i że jutro znów będzie musiała poświęcić kilka godzin na przyjazd do urzędu. Ale wolała to niż znoszenie wstydu w obecności tylu osób.

Jeśli ktoś ma podstawy do wstydu w tej sytuacji, to kto?

Urażeni rodzice

To bawcie się dobrze, korzystajcie, póki jesteście młodzi, bo potem, jak będziecie staruchami, nikt nie będzie się chciał z wami zadawać, nawet rodzone dzieci nie będą miały czasu się z wami zobaczyć.

Anna odłożyła słuchawkę telefonu i już wiedziała, że spotkanie z przyjaciółmi, z którymi mieli spędzić miło półtora dnia w czasie ich pobytu w Polsce (wspólny wyjazd nad morze i wypad do pubu), straciło dla niej cały powab i raczej nie będzie się dobrze bawić, skoro odmówiła matce dołączenia do ich wycieczki. Niby nic wielkiego: mama była sprawna, byli u niej w zeszły weekend, miała też znajome, z którymi mogła spędzić czas, jeśli nie chciała być sama, ale igła poczucia winy przeszyła serce Anny i wyciekła z niego cała radość ze spotkania z przyjaciółmi.

Jeśli ktoś jest tu winien, to kto? Kto niszczy czyjąś radość, działając na zasadzie: jeśli mnie nie może być dobrze, to niech tobie będzie równie źle?

Dlaczego tak się dzieje?

Znane sytuacje? Nic nowego ani odkrywczego, ale też nic miłego i takiego, za czym by się tęskniło. Nie chcemy tak postępować, a jednak postępujemy, wielokrotnie przysięgając sobie, że to już ostatni raz. Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza?

Takim wątpliwym napędem do naszych niechcianych działań są strach, wstyd i poczucie winy. Większość z nas jest podatna na zarządzanie za pośrednictwem takich emocji. Nie jest to przypadek, bo bardzo często w naszej kulturze stosuje się takie metody wychowawcze. Kiedy chcemy korygować zachowania dzieci na takie, które są dla nas akceptowalne, nie tłumaczymy im, dlaczego mają postępować inaczej, tylko zawstydzamy je, dając do zrozumienia, że coś z nimi jest „nie tak” („to wstyd być samolubem”), straszymy je („jeszcze raz tak się odezwiesz i pójdziesz do kąta”) lub wpędzamy w poczucie winy („przez te twoje wrzaski boli mnie głowa”). Za każdym razem w takiej sytuacji dzieci dowiadują się, że nie są w pełni akceptowane i mają się zmienić, żeby rodzic/opiekun był zadowolony. Nie dowiadują się jednak, dlaczego mają się zmienić – jakie racje, wartości, dobro ogółu (w tym ich samych) za tym stoją. W ten sposób wykształca się mechanizm ulegania osobom, które wzbudzają w nas wstyd, strach lub poczucie winy.

Bo jestem taka mała…

Bardzo wiele osób w dzieciństwie uwewnętrznia mechanizmy ulegania władzy i nie robi remanentu w tej kwestii w dorosłym życiu. W sytuacjach oddziaływania na nas strachem, wzbudzaniem poczucia winy czy wstydu wskakujemy w emocjonalną skórę małego dziecka i reagujemy tak, jakbyśmy my sami żadnej władzy nad niczym nie mieli. Gdzieś tam przez skórę czujemy (tak jak czuliśmy w dzieciństwie), że sytuacja nam nie służy, ale ulegamy argumentom, których zasadności nie mamy w zwyczaju sprawdzać, tylko przyjmujemy je na wiarę. Ba, robimy tak, gdy te argumenty nie zostały głośno wypowiedziane, tylko usłyszeliśmy je w swojej głowie.

Przecież dyrektorka nie powiedziała Krystynie, że ją zwolni z pracy, jeśli ta nie weźmie dodatkowego dyżuru. Nie powiedziała też, że nie ma możliwości takiego ułożenia grafiku zastępstw, żeby Krystyna poszła rano do lekarza. Podobnie mąż Kariny nie powiedział jasnego „nie” wobec udania się na wywiadówkę – zasugerował tylko, co ona sobie wyobraża, a czego nie. Nie wiadomo, jak zareagowałby na asertywną prośbę: „Chciałabym, żebyśmy poszli razem w możliwym dla ciebie terminie, bo moim zdaniem to jest ważne dla całej rodziny, czy twoim zdaniem tak nie jest?”.

Czy gdyby Klaudia nie dała się owładnąć poczuciu wstydu, byłaby w stanie zobaczyć, kto w zaistniałej sytuacji nie jest w porządku, kto nie wypełnia swoich obowiązków, za które otrzymuje wynagrodzenie? A Anna – gdyby poczucie winy nie odebrało jej jasności widzenia – może rozważyłaby kwestię, dlaczego zwyczajowo ludzie nie chodzą do pubu spotkać się z przyjaciółmi w asyście bliższej i dalszej rodziny każdej ze stron?

Wyjść ze schematu

W chwilach napięcia, a taką na pewno jest sytuacja, w której ktoś przekracza nasze granice, wpadamy zwykle w czarno-biały schemat dobry/zły. To powoduje, że godzimy się na rozwiązanie, w którym jedna ze stron przegrywa, a druga wygrywa. Takie głęboko zakorzenione, nieuświadomione przekonanie, że w spornej sytuacji tylko jedna ze stron może mieć rację, powoduje, że jeśli nie czujemy się na siłach być zwycięzcą – poddajemy się, godzimy z przegraną. Warto zacząć myśleć w kategoriach wygrana–wygrana, pamiętać, że istnieją rozwiązania, które mogą służyć wszystkim stronom.

Kiedy sytuacja odbiega od normy służenia wszystkim, a nie tylko wybranym jednostkom, złość pojawia się jako informacja o potrzebie zmiany. Podobnie mogą z nami współpracować wspomniane poczucie winy, wstyd i strach (pojawiają się jako zdrowe wątpliwości, potrzeba akceptacji i troszczenia się o siebie nawzajem). Trzeba je jednak zaprząc do współpracy, ogarnąć zdrowym rozsądkiem, wykorzystać informacje, które ze sobą niosą: co nie działa, jakiej zmiany potrzeba, jakie jest rzeczywiste, a jakie wyimaginowane zagrożenie. Co mogę w tej sytuacji zrobić sama, a w jakich kwestiach warto byłoby zwrócić się z prośbą o wsparcie do osób, które mogą i chcą tego wsparcia udzielić?

I ciągle warto przypominać sobie o tym, że już nie jestem małym bezbronnym dzieckiem zdanym jedynie na łaskę i niełaskę nastrojów dorosłych. Mogę wybierać!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakie popełniamy nadużycia wobec dzieci?

Dziecko czuje się winne, gdy rodzice wchodzą w konflikt, a już najbardziej wtedy, gdy się rozstają. (Fot. iStock)
Dziecko czuje się winne, gdy rodzice wchodzą w konflikt, a już najbardziej wtedy, gdy się rozstają. (Fot. iStock)
Nadmiernie odpowiedzialne, perfekcjonistyczne, ale też uciekające w używki czy chorobę – to często dzieci niedokochane, zaniedbane, zbyt wcześnie włożone w za duże buty. Czy winni jesteśmy my, rodzice, czy może system? – pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Znajoma opowiadała mi, że w dzieciństwie, kiedy rodzice byli pogniewani, biegała między mamą a tatą, przekazując informacje od jednego do drugiego, by ich pogodzić. Czy taka sytuacja nie była jednak nadużyciem wobec niej.
Oczywiście, że była. Jest wiele form wykorzystywania emocjonalnego dzieci i ten przykład też się do nich zalicza. Dziecko czuje się winne, gdy rodzice wchodzą w konflikt, a już najbardziej wtedy, gdy się rozstają. Myśli, że to ono było nadmiernym ciężarem lub kłopotem, z powodu którego rodzice się kłócą: „Bo przecież gdyby nie ja, to wcale nie musieliby ze sobą mieszkać”.

Niektórzy rodzice to nawet mówią wprost.
Tak, i to też jest nadużyciem, które powoduje trwałe blizny w psychice dziecka. Bycie posłańcem to łagodna forma, która staje się bardziej drastyczna, gdy rodzice się rozstają i dziecko jest używane jako rodzaj amunicji w walce z drugą stroną konfliktu. Znajduje się wtedy wobec sytuacji niemożliwej, bo kocha oboje rodziców i nagle musi stawać po jednej stronie i to na zmianę. W dodatku często bywa obciążane rozżalonymi zwierzeniami rodziców, którzy chcą włączyć dziecko do swojej koalicji, wrobić je w powiernika, przyjaciela i sojusznika w konflikcie z drugą stroną. A to sprawia ból. Bo każdy atak przeciwko matce czy ojcu trafia też w dziecko, które myśli: „Skoro tata jest taki beznadziejny, jak mówi mama, i mama jest taka zła, jak mówi tata, to co ja jestem warte?”. Zaślepieni wzajemną niechęcią rodzice posuwają się czasem do tego, że opowiadają nawet nieletnim dzieciom o swoim nieudanym pożyciu. Mama mówi do córki: „A na dodatek twój tata był beznadziejny w łóżku”, a córka ma 9 lat.

Co to robi z psychiką dziecka?
Obciąża je niechcianą, niepokojącą wiedzą o seksualnym współżyciu rodziców, którego dziecko nie rozumie, a czasem nawet się nim brzydzi. Dodatkowo dewaluuje ojca jako mężczyznę i instaluje w umyśle dziecka fałszywe, niedobre przekonania dotyczące relacji seksualnej. Córka dostaje taki przekaz: „seks to udręka, poświęcenie, które trzeba znosić w milczeniu dla dobra związku”. Jako rodzice zapominamy, że dzieci uczą się świata i życia na podstawie doświadczeń rodzinnych – myślą, że wszystkie kobiety są takie jak mama, a wszyscy mężczyźni jak tata. I idą z bagażem takich przekonań przez życie.

W książce „Jak wychować szczęśliwe dzieci“ stawia pan tezę, że dewaluowanie drugiej płci może być także przyczyną homoseksualizmu dzieci.
W skrajnych wypadkach psychologiczne uwarunkowania homoseksualizmu mają właśnie takie źródło. Jeśli w oczach córki ojciec dewaluuje matkę, poniża ją, lekceważy, traktuje jak służącą – to dziewczynka może ułożyć sobie taki plan na życie: „Nie chcę wchodzić w związek z mężczyzną, bo będę żyć jak matka, a to jest straszne“. Mogą dojść do tego jeszcze inne komplikacje. Godząca się na upokorzenie matka, staje się służącą zarówno ojca, jak i córki. Wtedy ojciec nominuje córkę do roli swojej zastępczej, lepszej partnerki. Matka jest w kuchni, pierze i sprząta, a ojciec rozmawia z córką o ważnych sprawach, chodzą razem na koncerty, wyjeżdżają itd. Krótko mówiąc, córka jest wywyższana i uwodzona przez ojca, co sprawia, że emocjonalnie traci rodziców i przestaje być dzieckiem – bo matka staje się rywalką, a ojciec zaborczym pseudokochankiem. Ten rodzaj emocjonalnego nadużywania dzieci zdarza się często, gdy więź emocjonalna i seksualna rodziców jest zbyt słaba. Z tych samych powodów synowie są często emocjonalnie uwodzeni przez matki. Ponieważ nieletni syn z reguły zostaje z matką, gdy związek rodziców się rozpada, nieuchronnie wchodzi w rolę zastępczego mężczyzny/partnera/sojusznika matki. W przyszłości takim dzieciom trudno będzie trwale wchodzić w dorosłe związki, bo ich uczucia będą nadmiernie związane z mamą lub tatą.

A kiedy spotkają miłość, mogą mieć poczucie zdrady wobec ojca lub matki.
Właśnie. I chcąc rozwiązać emocjonalny konflikt i pozbyć się poczucia winy, dopuszczają ich zbyt blisko, bez poszanowania granic nowego gniazda, a także granic partnera czy partnerki, np. rodzice mają klucze od mieszkania dorosłych dzieci, mogą wpadać kiedy chcą bez uprzedzenia, urządzają im mieszkanie…

Jeszcze jedną groźną formą emocjonalnego nadużycia jest ustawianie dziecka od małego w roli opiekuna dla jego własnych rodziców. Tak często postępują rodzice emocjonalnie i społecznie niewydolni, uzależnieni, ale także chorzy, niepełnosprawni, a czasami po prostu leniwi. Problem w tym, że nie chcą lub nie potrafią dostrzec ani potrzeb swojego dziecka, ani granic jego możliwości i wysługują się własnym dzieckiem w sprawach, których nie powinno załatwiać. Nagradzają je wówczas pochwałami w rodzaju: „Jaka ty jesteś mądra i kochana, we wszystkim pomożesz. Co ja bym bez ciebie zrobiła!”. W rezultacie dziecko nie tylko sprząta, robi zakupy, gotuje i załatwia sprawy na mieście, ale również ustawia rodziców, organizuje rodzinne imprezy i generalnie rządzi w domu. Z jednej strony czuje się ważne, bo jest „głową rodziny”, a z drugiej jego dziecięce potrzeby bycia rozumianym, bezpiecznym, beztroskim i kochanym bezwarunkowo, a także potrzeba budowania swoich związków z rówieśnikami – nie są przez rodziców zaspokajane. Nie może rodzicom zaufać, nie może się im zwierzyć, podzielić się swoimi problemami ani okazać słabość.

Co takie dziecko może zrobić, żeby się uratować? Lub co robi?
Albo się podporządkowuje i wiernie służy rodzicom, albo – co zdarza się jednak rzadko – idzie w bunt. Ucieka z domu, w alkohol czy chorobę, zmuszając rodziców, by powrócili do swojej rodzicielskiej, opiekuńczej roli. Najczęściej jednak pozbawione dzieciństwa dorosłe osoby wpadają w depresję. W ten sposób komunikują światu i rodzicom: „Teraz wy się mną zajmijcie“.

Choroba dziecka może być też próbą scalenia rodziny, a niekiedy zwrócenia na siebie uwagi. Czy dziecko ma świadomość tego, co stoi za jego chorobą?
To nie jest wyrachowane zachowanie, dzieje się to na ogół poza obszarem działań i decyzji uświadamianych. Często dopiero będąc dorosłym, wraca do przeszłości i dochodzi do wniosku, że działało wtedy z takich właśnie pobudek. Że usiłowało pogodzić skłóconych rodziców, aby się nim wspólnie zajęli. W rozbitych związkach zdrowe dziecko rzadko bywa wspólną sprawą. Chorując, może ich zbliżyć przynajmniej w ten sposób, że staje się ich wyrzutem sumienia – szczególnie gdy choroba dotyczy psychiki. Odpowiedzialność za somatyczne dolegliwości dziecka rodzice mogą jeszcze przesunąć na np. szkodliwy wpływ środowiska. Dolegliwości psychiczne znacznie bardziej uwydatniają ich rolę i odpowiedzialność. Dzieci potrafią cierpieć psychicznie latami także po to, by nieświadomie karać mamę i tatę za brak opieki i wsparcia.

W rodzinach wielodzietnych zwykle chorują „środkowe“ dzieci, te najbardziej „odpuszczone“. Na odpuszczenie czy ignorowanie ze strony rodziców dzieci reagują najczęściej przekonaniem „Nikt mnie nie kocha”, „Nie jestem kimś, kto zasługuje na miłość”. I znów – dziecko może zareagować na dwa sposoby. Uciec w perfekcjonizm, czyli przekonanie, że muszę teraz zrobić wszystko, żeby zasłużyć na miłość. Albo przynajmniej nie sprawiać kłopotu: spełniać wszystkie oczekiwania, nie dzielić się problemami, trzymać wszystko w sobie – także sukcesy. Wtedy przez resztę życia trudno mu będzie uwierzyć, że ktoś je naprawdę kocha, nawet jeśli tak mówi i swoim zachowaniem to potwierdza. Ale dorastające dziecko może też pójść w bunt i rebelię, na zasadzie: „Skoro nie potraficie mnie kochać, to się o mnie martwcie“. I znowu może pojawić się choroba, uzależnienie albo uwikłanie w margines społeczny.

Niektóre matki mówią dzieciom: „Świat jest zły, nie dasz sobie w nim rady“.
Takie podejście nie tylko deprecjonuje, lecz przede wszystkim wiąże, wikła w zależność, by uniemożliwić dziecku usamodzielnienie się. Tak działają uparcie powtarzane zdania: „Świat jest zły“, „Jesteś za mała i niesamodzielna”, „Nie dasz sobie rady beze mnie”, „Jedynym bezpiecznym miejscem jest trwanie przy mnie, w domu“. Oczywiście matki robią to w dobrej wierze, co jednak nie znaczy, że nie krzywdzą swoich córek czy synów. Czasami dopiero jakiś wstrząs, choroba dziecka, depresja, ucieczka i konieczność wizyty u terapeuty otwiera im oczy.

Trudno samemu sobie je otworzyć?
Na ogół wypieramy myśl: „coś źle zrobiłem”. Dlatego tak pomocna jest wiedza o możliwych błędach i ich konsekwencjach. Rodzice też kiedyś byli dziećmi, a ich rodzice też mieli rodziców, itd. Każdy rodzic jest kształtowany przez wielopokoleniowy system rodzinny i jego skomplikowany przekaz. To, co w naszej rozmowie dotyczy rodziców, dotyczy również dzieci – i odwrotnie. Wszyscy popełniamy systemowe błędy. Bo to niewiedza, bezkrytycyzm i tradycja rodzinna generują najwięcej krzywdy i cierpienia, które skupia się oczywiście na najmłodszym pokoleniu. Rzadko jest ono wynikiem celowego, zamierzonego działania rodziców. Ale wystarczy zdać sobie sprawę z tego, że nieświadomie wychowujemy nasze dzieci tak, jak wychowywali nas nasi rodzice – choć obiecaliśmy sobie, że tego nigdy nie zrobimy – i oczy zaczną nam się stopniowo otwierać. Żeby wychować wystarczająco szczęśliwe dzieci, trzeba być choć trochę szczęśliwym rodzicem – że powtórzę myśl z mojej książki. Zaś niezbędnym warunkiem bycia wystarczająco szczęśliwym rodzicem jest samoświadomość i samopoznanie.

Przypomniała mi się przypowieść z pana książki. Kobieta przyszła do mistrza, by pomógł jej odzwyczaić syna od cukru. Mistrz powiedział: „Wróć za 2 tygodnie”. Po tym czasie i krótkiej rozmowie chłopiec powiedział, że nie będzie jadł cukru. Matka spytała: „Mistrzu, dlaczego kazałeś mi czekać 2 tygodnie, skoro przekonanie mojego syna zajęło ci 5 minut?“. „Najpierw sam musiałem odzwyczaić się od cukru“.
Niestety, rzadko bywamy tak szczerzy ze sobą jak bohater tej przypowieści. Najczęściej działamy jak ojciec z innej opowieści przytoczonej w mojej książce, który poszedł z dzieckiem do piaskownicy. Dziecko się bawi, on czyta gazetę. Nagle widzi, że jego synek bije łopatką po głowie młodszego kolegę. Zrywa się więc, wyciąga dzieciaka za kark z piaskownicy, wymierza mu potężnego klapa i krzyczy: „Przecież tyle razy ci mówiłem, że nie wolno bić młodszych i słabszych od siebie“.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl). 

 

  1. Psychologia

Stawianie granic - umiejętność na wagę złota

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Decyzjami, słowami i gestami tworzymy dla innych instrukcję obsługi naszej osoby. I potem w kontakcie z nami ci inni wyciągają tę instrukcję i zgodnie z nią postępują – mówi psychoterapeutka Małgorzata Liszyk-Kozłowska.

Znajoma została zatrudniona na stanowisku dyrektora. Ale gdy pierwszego dnia przyszła do pracy, dowiedziała się od szefa, że w stopce e-mailowej ma wpisywać „kierownik”. Nie zgodziła się. Stoczyła walkę o nazwę stanowiska, postawiła na swoim, ale szef był zniesmaczony i stwierdził, że to nieistotny szczegół. Przesadziła?
Powiedziałabym, że zadbała o swoje granice. Rozmawiamy o kobiecie, która jest ambitna, pewnie musiała ciężko pracować, by dojść tam, gdzie teraz jest, więc ma prawo oczekiwać, by traktowano ją tak, jak na to zasłużyła. Nie zapominajmy też, że została podpisana określona umowa i to szef próbował ją złamać. Myślę, że gdyby ta kobieta odpuściła, mogłoby to być odebrane jako sygnał, że można ją lekceważyć.

Sądzisz, że było to warte jej nerwów i napiętych relacji z szefem?
No właśnie – wiele osób odpuszcza dla świętego spokoju. Pytanie tylko, czy za jakiś czas ten święty spokój nie doprowadziłby do wojny. Chociaż wygląda na to, że ta kobieta poniosła pewne koszty trwania przy swoim, to nie wiemy, czy gdyby tego nie zrobiła, koszty za pół roku nie byłyby większe. Czy nie okazałoby się, że ma poważniejszy problem, bo np. szef nie liczy się z jej zdaniem. Rozumiem, że kiedy zaczynamy nową pracę, bardzo staramy się dobrze wypaść, nie chcemy wejść w żaden konflikt, ale nie warto pochopnie oddawać pola. Zadajmy sobie pytanie: „Za jaką decyzję sobie podziękuję za kilka miesięcy?”. Pamiętajmy, że wchodząc w relację, zarówno zawodową, jak i prywatną, zachowujemy się trochę jak psy – obwąchujemy się, sprawdzamy, czy druga osoba pachnie siłą, czy słabością, znaczymy swój teren.

Trochę mnie zaskakujesz.
Tak? To weź do ręki komórkę i przejrzyj listę kontaktów. Jestem przekonana, że bez problemu określisz, na jak dużo w stosunku do każdej osoby możesz sobie pozwolić. Z kim spotkanie możesz przełożyć, odwołać w ostatniej chwili i kto się nie obrazi, kiedy nie dotrzymasz obietnicy. Z kim, mówiąc brzydko, możesz utrzymać relację niskim kosztem.

Ale przecież świadomość, że koleżanka się nie obrazi, jeśli odwołam z nią spotkanie, nie musi oznaczać, że jej nie szanuję!
Oczywiście! Wszystko zależy od charakteru relacji i tego, czy jest w niej równowaga. Czy obie jesteście w stosunku do siebie wyrozumiałe i zwykle dotrzymujecie słowa. Czy też może tylko jedna ze stron zawsze się spóźnia, zapomina i potrzebuje pomocy. Czy nie jest przypadkiem tak, że na spotkanie z tą koleżanką spóźniasz się nie tylko ty, lecz także wszyscy znajomi? Albo czy to nie na nią wszyscy w pracy zrzucają swoje obowiązki?

No tak, są kobiety, które narzekają, że wszyscy je wykorzystują.
I dopóki tak myślą, to raczej nic się w ich życiu nie zmieni. Mówiąc: „Ludzie mnie nie szanują lekceważą”, zachowują się tak, jakby zupełnie nie miały na to wpływu, prezentują jakiś rodzaj ubezwłasnowolnienia. Tymczasem to one są w dużym stopniu odpowiedzialne za to, jak traktują je inni.

Te kobiety często mówią: „Po prostu jestem za dobra”.
Tym bardziej trudno się dziwić, że tkwią w tej sytuacji. Jak mają ją zmienić, jeśli uległość jest dla nich dowodem dobroci? Mają zacząć robić coś, co spowoduje, że we własnym mniemaniu staną się złe? Jest wiele takich mitów, które sprawiają, że trudno nam zadbać o siebie, np. mądry zawsze ustępuje, złość piękności szkodzi czy dobry człowiek pomaga wszystkim, gdy go o to proszą. Tymczasem bycie wciąż tym jedynym, który daje, pomaga, rozumie i odpuszcza, przedkłada cudze potrzeby nad własne, jest dowodem na brak szacunku dla samego siebie. Niszczy też relację.

Dlaczego? Przecież wszystko było po to, by właśnie ją utrzymać.
Jeśli ty wciąż inwestujesz w jakąś relację, a druga osoba nie, to nawet jeśli tego nie mówisz, czujesz żal, może złość, masz poczucie krzywdy. W końcu pewnie zaczniesz się od tej niewdzięcznej w swoim mniemaniu osoby odsuwać. Bez słowa i dania jej szansy, by wyjaśnić sprawę. Dlatego dbanie o siebie w relacji jest jednocześnie dbaniem o tę relację.

Mogę też tak długo znosić czyjąś niesłowność czy niesumienność, aż w końcu wybuchnę. Niekoniecznie z ważnego powodu.
Tak. I ten wybuch może być zupełnie nieadekwatny do sytuacji, a dla drugiej strony będzie szokiem. Bo jeśli wcześniej jakieś zachowanie było długo akceptowane, dlaczego nagle zaczęło przeszkadzać? Czasem nawet taki wybuch bywa powodem zakończenia znajomości, bo okazuje się, że wchodząc w relację, każda osoba była przekonana, że na coś innego się umawia. Dlatego najlepiej od początku otwarcie mówić o tym, co się dla nas liczy. Jeśli dla kogoś bardzo ważna jest np. punktualność, to musi nauczyć ludzi, z którymi się spotyka, że dla niego kwadrans akademicki nie istnieje. Jedni to uszanują, a inni nie – wtedy być może znajomość się nie rozwinie.

A jeszcze inni powiedzą: „Przesadzasz, czepiasz się drobiazgów”.
To już będzie manipulacja i umniejszanie drugiego człowieka. Jeśli nam zależy na relacji z kimś, kto nie znosi telefonów po 21, to będziemy dzwonić wcześniej, zamiast przekonywać go, że 21 to wczesna godzina.

Dlaczego czasem tak trudno nam postawić granice?
Często powodem jest zaniżona samoocena. Żyjemy w przekonaniu, że tacy, jacy jesteśmy, z naszymi wartościami i osobowością, nie zasługujemy na to, by inni chcieli z nami być. Próbujemy więc zrobić coś więcej, zasłużyć na to, by nas lubili.

A nie jest tak, że najbardziej lubiani są ci, dla których nie jest problemem, że ktoś się spóźni czy o czymś zapomni?
Nie wiem, czy są lubiani, bo to zależy od wielu czynników. Na pewno są wygodni. Nie do końca też wierzę, że im jest tak całkowicie i zawsze wszystko jedno, że za każdym razem im pasuje. Myślę, że często nie protestują, bo sądzą, że nie mają innego wyjścia. Pozwalają się źle traktować, licząc na to, że ktoś ich doceni. A będzie odwrotnie, co jeszcze obniży ich niską samoocenę. Powstanie błędne koło. Oczywiście, nie mówię, żeby popadać w drugą skrajność i spędzać życie z nosem przy ziemi, węsząc, czy ktoś przypadkiem nie chce nas wykorzystać. Dorosły człowiek potrafi się wykazać pewną elastycznością. Mnie chodzi o to, by nie przesadzać z gotowością do dopasowywania się.

Czy jeśli pozwalamy, by ktoś nas lekceważył, ryzykujemy, że inni pójdą w jego ślady? W myśl zasady: „Jeśli ona wciąż pożycza Zenkowi pieniądze, mimo że on nie oddaje na czas, to pewnie nic się nie stanie, jeśli ja też się o tydzień spóźnię”.
Oczywiście. Może nie kiedy jedna, ale gdy wiele osób traktuje kogoś w ten sam sposób, to my zaczynamy się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś racji.

A jak to wygląda w życiu zawodowym? Szefowie bywają różni, a pracę nie tak łatwo zmienić, więc często można usłyszeć, że ktoś godzi się na złe traktowanie z lęku przed zwolnieniem. A może właśnie, jeśli się postawi, poprawi swoją pozycję?
Niestety, nie ma na to gwarancji. Jestem przekonana, że warto stawiać granice, ale nie chcę też opowiadać bajek, że każdy szef nas dzięki temu doceni. Czasami trafiamy w tak toksyczne środowisko, że nasz sprzeciw może rzeczywiście skończyć się utratą pracy. Na pewno więc nie będę przekonywać, np. osób w trudnej sytuacji finansowej, żeby stawały do walki z przełożonymi.

Co poradzisz tym, które będą chciały się zbuntować?
Żeby zastanowiły się nad celem. Jeśli np. szef regularnie odnosi się lekceważąco do swoich pracownic, to moim celem nie będzie zmiana jego stosunku do kobiet, tylko to, by powstrzymał się od nieprzyjemnych uwag w mojej obecności. Oczywiście, gdyby to miał być mój przyjaciel czy mąż, interesowałyby mnie jego osobiste poglądy i wartości. Zależałoby mi na tym, żeby były podobne do moich, jednak jeśli chodzi o osoby z pracy, taka zgodność nie zawsze jest możliwa. Mogę jednak spokojnie i grzecznie poprosić szefa, żeby w rozmowie ze mną używał innych słów. W budowaniu swoich granic nie chodzi o to, by zmieniać innych ludzi, tylko by wysyłać jasny komunikat o tym, jak chcemy być przez nich traktowani. Nie każmy im się tego domyślać. Nie ma co liczyć, że ktoś do nas przyjdzie i powie: „Wygodnie ci się siedzi w tym kąciku? Bo ja przygotowałem dla ciebie tron”.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska jest psychoterapeutką i autorką książek: „Życie we dwoje”, „Lepiej żyć po swojemu” i „Skąd się biorą dorośli”. Prowadzi Pracownię Rozwoju Osobistego „Maliko”.