1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Spójrzmy prawdzie w oczy. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Spójrzmy prawdzie w oczy. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. (Fot. iStock)
Wszyscy wiemy, czym jest kłamstwo. Mimo to etycy, prawnicy, filozofowie łamią sobie głowy, jak je udowodnić. Wszyscy myślimy źle o kimś, kto kłamie, a mimo to kłamiemy jak z nut – według badań średnio dwa razy dziennie. Czy możliwe jest życie bez kłamstwa?

Odpowiedź kilkunastu ankietowanych przeze mnie osób brzmiała identycznie: „Nie jest to możliwe”. Nawet dzieci nie wyobrażają sobie świata, w którym króluje prawda. Pytane przez psychologa Tomasza Witkowskiego, co sądzą na ten temat, odpowiadały: „Bez kłamstwa nie dałoby się żyć!”.

Okazuje się, że i tym razem dzieci wiedzą lepiej. Naukowcy dowodzą, że kłamstwo jest po prostu wpisane w naszą egzystencję. Tomasz Witkowski we wszechstronnie ujmującej ten problem książce „Psychologia kłamstwa” pisze: „Jeśli spojrzymy na historię naszego gatunku daleko, daleko wstecz, nietrudno będzie odnaleźć kłamstwa i uznać je za jedno z naczelnych praw natury. Bo to nie człowiek, lecz natura, a ściślej rzecz biorąc, ewolucja »wynalazła« zachowania, które my nazywamy kłamstwem bądź oszustwem”. Kłamie kameleon, upodobniając się do otoczenia, kłamie pewien rodzaj południowo-afrykańskich gąsienic, które w sytuacji zagrożenia udają jadowitego węża, kłamią pasożyty oszukujące nasz system odpornościowy. Ale zwierzęta robią to na ogół po to, żeby przetrwać: nie dać się zjeść, zdobyć pożywienie, w celach prokreacyjnych. Dlaczego kłamie człowiek?

Białe i czarne

Siedem lat temu ciężko zachorował mój ojciec. Nikt w rodzinie nie odważył się wyjawić mu prawdy, baliśmy się, że jej nie udźwignie. Skłamaliśmy, że to nic poważnego, że wszystko będzie dobrze. Zrobiliśmy to z tak zwanych szlachetnych pobudek. Czy jednak mieliśmy do tego prawo? Po latach, gdy prawda wyszła na jaw, tata miał do nas żal, że nie przygotowaliśmy go do walki z chorobą.

Już Tomasz z Akwinu próbował ustalić motywy kłamstw, dzieląc je na żartobliwe, konieczne i obliczone na szkodę. Z kolei święty Augustyn sklasyfikował je na dziewięć kategorii, począwszy od kłamstwa służącego pomocy, poprzez takie, które rani, po kłamstwo według niego najcięższego kalibru – dotyczące religii. Współczesne teorie opisują motywy kłamców o wiele precyzyjniej, jedna z nich przytacza tych motywów aż 41. Na przykład: Z przyzwyczajenia. Ponieważ inni wokół nas kłamią. Bo jesteśmy zmuszeni. Ponieważ nie chcemy wyjawić naszych przekonań. Żeby się zrewanżować. Dlatego że jesteśmy irracjonalni.

Tomasz Witkowski, konstruując swoją klasyfikację kłamstw (mimowolne, altruistyczne, żartobliwe, egoistyczne, manipulacyjne, destrukcyjne), przyznaje jednocześnie: „Zamykam ją bardziej z obawy przed nadmiernym rozrostem niż poczucia wyczerpania tematu. Bo oto pojawia się katalog motywów bardziej subtelnych, takich jak: marzenia, potrzeba piękna, ucieczki ze świata rzeczywistości w świat fikcji”.

Profesor Jolanta Antas z Zakładu Teorii Komunikacji Instytutu Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego od wielu lat zajmująca się teorią komunikacji niewerbalnej, autorka książki „O kłamstwie i kłamaniu”, też twierdzi, że życie bez kłamstwa to idée fixe. „Nigdy bym się nie upierała, żeby kłamstwo wyplenić ze społeczeństwa. Często jest to bowiem skuteczna strategia lecząca stosunki międzyludzkie. Mam tu na myśli zabraniające powiedzieć prawdę konwencje grzecznościowe, które nazywa się »białymi kłamstwami« w przeciwieństwie do kłamstw ciężkich, czyli »czarnych«. Kiedy mamy do wyboru »białe« kłamstwo albo bolesną prawdę, wybieramy to pierwsze”.

O skali zjawiska (kłamstwa czarnego i białego razem wziętych) świadczą badania amerykańskich naukowców. Brało w nich udział 77 studentów, którzy mieli zarejestrować wszystkie swoje kłamstwa w ciągu tygodnia. I co się okazało? Że badani kłamali średnio dwa razy dziennie i to przede wszystkim na swój temat – żeby obronić lub podwyższyć swoją samoocenę. Około dwukrotnie więcej kłamstw przynosiło korzyść samemu kłamcy, przy czym częściej były to korzyści psychologiczne niż materialne. Co czwarte kłamstwo wypowiadano po to, żeby nie ranić czyichś uczuć lub ochronić kogoś przed niezręczną sytuacją.

Zdradliwe przebieranie nogami

Katarzyna, 23-letnia studentka lingwistyki o subtelnej urodzie, ma błahy z pozoru problem. Nie umie powiedzieć koleżankom, że wyglądają w czymś okropnie, tylko odpowiada nieszczerze: „super”. – Wiem, że jestem fałszywa, ale inaczej nie potrafię. Może robię im w ten sposób krzywdę, bo utwierdzam w błędnym przekonaniu? A może mówiąc swoje zdanie, skrzywdziłabym je, bo zepsułabym im dobre samopoczucie?

Stan Walters, jeden z największych amerykańskich ekspertów w wykrywaniu oszustw, w książce „Kłamstwo. Cała prawda o…” pisze, że ten proceder niejedno ma imię. Bo to zarówno dezinformacja, wprowadzanie w błąd, zatajanie, oszukiwanie, fałszowanie, jak i bardziej niewinne jego odmiany, czyli: ukrywanie, kręcenie, gmatwanie, maskowanie, koloryzowanie, zmyślanie, przekręcanie, unikanie. Jakkolwiek by nazwać tę praktykę, jedno jest pewne – nie byłaby możliwa bez odbiorcy, czyli okłamywanego, któremu kłamiący „wciska kit” w określonym celu.

Kłamcy posiedli różne strategie. Potrafią fałszować emocje, zakładać maski, próbować uwiarygodniać fakty, manipulować przekazywaniem informacji, grać. Ale nie są w tym doskonali. Iwona Winiarska Feleszko, adwokat specjalizująca się w sprawach cywilnych, rodzinnych i gospodarczych, obserwuje na sali rozpraw różne postawy zeznających.

– Sąd jest miejscem stresującym i jeżeli nawet ktoś wcześniej przygotuje sobie w głowie kłamliwe zeznania, to w konfrontacji z sędzią, przed którym miałby je wygłosić, bardzo często łagodzi swoje kłamstwo albo wręcz wycofuje się ze składania fałszywych zeznań. Tylko starzy wyjadacze, czyli ludzie zeznający w sądzie wiele razy, nabierają przekonania, że nic im się nie może stać i że ich kłamstwo nie zostanie zweryfikowane, w związku z tym kłamią niejako na luzie. Ci, którzy są w sądzie po raz pierwszy, okropnie się denerwują. Każdy przeżywa to na swój sposób: jedni wyłamują palce, inni się czerwienią albo jąkają, tracą wątek. Obserwowałam niedawno pewnego człowieka, który ewidentnie kłamał, co wynikało z dokumentów, jakie miałam przed sobą. Był przy tym tak zdenerwowany, że drgał każdy mięsień jego twarzy. Sędzia czy adwokat z dużym prawdopodobieństwem mogą odczytać po zewnętrznych symptomach zachowania człowieka, czy ten mija się z prawdą.

– Kłamstwo jest stanem podwójnej świadomości – wyjaśnia Jolanta Antas. – Kłamca musi wyprodukować nieprawdziwą wersję, ale jego ręce są jakby podłączone do myśli, które chce ukryć. I przestaje gestykulować, co jest sygnałem, że coś nie gra. Ale świadczą o tym nie tylko ręce. Wykonując ten w gruncie rzeczy ogromny wysiłek mentalny, jakim jest spreparowanie kłamstwa, człowiek traci kontrolę nad ciałem, szczególnie tymi jego partiami, których nie widzi. Przeprowadzono eksperyment polegający na tym, że trzem grupom terapeutów pokazano materiał nagrany podczas rozmowy z człowiekiem, który usiłował ukryć chorobę psychiczną. Pierwsza grupa widziała jedynie jego twarz, druga twarz i tułów, a trzecia całą postać. Jedynie trzecia grupa trafnie oceniła stan chorego. Zdradziło go przebieranie nogami, szuranie, wiercenie się. O kłamstwie informuje nawet nasza skóra – wytwarza się na niej wtedy rodzaj napięcia. Wygodna na co dzień koszula nagle nas pije, drażni i mamy przemożną ochotę się podrapać. To często silniejsze od nas. Jak wynika z badań Desmonda Morrisa zajmującego się kłamstwem, człowiek na prawdziwe swędzenie reaguje co najmniej siedmioma drapnięciami. Kiedy wykonuje ich mniej, to znaczy, że odczuwa jakiś niepokój. Podczas kłamstwa poza naszą kontrolą pozostaje ruch źrenic, które wtedy wyraźnie się zwężają. Natomiast nie jest prawdą przekonanie, że kłamca nie patrzy w oczy. Wytrawny oszust nie tylko będzie nam patrzył prosto w oczy, ale jeszcze się uśmiechał.

Język naszego ciała doskonale „czyta” wariograf, zwany potocznie wykrywaczem kłamstw. To aparatura wielkości aktówki wyposażona w czujniki rejestrujące pracę serca, oddech, przewodniość skóry. Zakłada się ją na klatkę piersiową, ramię oraz palce dłoni.

 
Jacek Bieńkuński, jeden z najbardziej uznanych polskich ekspertów obsługujących to urządzenie (badał m.in. podejrzanych o zabójstwo Jaroszewiczów), tak precyzuje swoją rolę: – Nie zajmuję się wykrywaniem kłamstw, bo z tym odsyłam do wróżki. Zajmuję się śladami, jakie zostają w naszej pamięci i systemie nerwowym po dokonaniu określonego czynu.

Badanie wariografem to naukowa metoda z dziedziny kryminalistyki ustalająca, czy w świadomości badanej osoby są zarejestrowane ślady związane z uczestnictwem w jakimś zdarzeniu. Żeby zaistniała reakcja na ten bodziec, muszą wystąpić dwa czynniki: świadomy odbiór – badania wariografem nie mają nic wspólnego z podświadomymi reakcjami – i poczucie zagrożenia, które wynika z lęku badanego przed ujawnieniem faktycznego związku ze zdarzeniami, o które będzie pytany. Naukowo dowiedziono, że człowiek aktywnie uczestniczący w zdarzeniu reaguje inaczej niż osoba, która jest o to uczestnictwo pomówiona. Świadczą o tym zmiany psychofizjologiczne organizmu, które są zapisywane na przesuwającej się taśmie papieru w postaci wykresu. To na jego podstawie ekspert opracowuje opinię.

Co do wiarygodności tych badań zdania są podzielone. Na pytania, czy urządzenie można oszukać, Jacek Bieńkuński odpowiada: – Urządzenia nie, eksperta tak, zwłaszcza jeżeli ma małe doświadczenie. Bo najtrudniejszy element badania to ułożenie dobrych pytań testowych i interpretacja zapisu urządzenia.

Portret kłamcy

Paweł, lat 35, biznesmen z branży budowlanej, wzbudza zaufanie. Przystojny, spokojny, uprzejmy. Zawsze uważnie słucha swoich klientów i nigdy nie mówi, że coś nie jest możliwe. Umie czarować kobiety, a ponieważ to one najczęściej prowadzą dziś budowy swoich domów, ma w tym względzie wiele „sukcesów”. Gorzej z dotrzymywaniem słowa. Notorycznie łamie umowy, nie wywiązuje się z zobowiązań, wymyślając przy tym wyszukane alibi. O takich ludziach jak Paweł mówi się „urodzony kłamca”. Czy słusznie? Czy można urodzić się z predyspozycją do oszukiwania?

Psychologia już dawno dowiodła, że coś takiego jak wrodzona cecha nieuczciwości nie istnieje. Mówi jedynie o naturalnych kłamcach, czyli ludziach od urodzenia mających łatwość wprowadzania innych w błąd i nieodczuwających z tego powodu żadnego strachu. Naturalni kłamcy mają zdolność do podejmowania racjonalnych decyzji, potrafią uczyć się na podstawie własnych doświadczeń i myśleć elastycznie, są indywidualistami. „Dobry kłamca powinien nie tylko być sprawny intelektualnie, ale również mieć dobrą pamięć, wszak musi pamiętać, kiedy, komu, w jakich okolicznościach, w zestawieniu z jakim innym sądem przedstawiał nieprawdziwe dane” – pisze w „Psychologii kłamstwa” Tomasz Witkowski.

Jego przypuszczenia potwierdzają badania Belli DePaulo, profesor psychologii z uniwersytetu w Wirginii, która wykazała, że ludzie z wyższym wykształceniem częściej mijają się z prawdą. Kłamstwa (zwykle niewinnego) w czasie 10-minutowej rozmowy dopuszcza się 20 procent ludzi, podczas gdy wśród tych z wyższym wykształceniem ta proporcja wynosi 33 procent. Uczona tłumaczy to zjawisko większym zasobem słów i pewnością siebie ludzi wykształconych. Niektórzy ewolucjoniści idą dalej – ich zdaniem właśnie doskonalenie sztuki wzajemnego oszukiwania doprowadziło do przyspieszonego rozwoju ludzkiego mózgu! Na szczęście to tylko hipotezy.

Na podstawie badań można pokusić się o stworzenie psychologicznego portretu kłamcy. To pragmatyk, dla którego cel doraźny jest o wiele bardziej istotny niż wyznawane zasady. Z łatwością zmienia poglądy dla uzyskania jakichś korzyści, swobodnie operuje sprzecznymi informacjami, umie powstrzymywać emocje. (Bycie pragmatykiem nie jest jednak równoznaczne z byciem kłamcą.) Rasowy kłamca jest na ogół bezwzględnym graczem o cynicznych poglądach na ludzką naturę, zakładającym, że wszyscy – tak jak on – dążą do władzy i prestiżu, że dobro publiczne to pozory, które nie mają większego znaczenia.

Zdaniem niektórych naukowców to kobiety częściej mijają się z prawdą. „Dlaczego kobiety kłamią?” pyta w tytule książki Harriet Lerner i winą za to obarcza patriarchalny system społeczny, w którym kobiety od wieków żyją i w którym muszą sobie jakoś radzić. Tomasza Witkowskiego nie przekonują takie tłumaczenia. Pisze: „Być może pokutuje w tym względzie stereotyp podobny do tego, który mówi, że kobiety mają większą od mężczyzn skłonność do gadulstwa. Badania pokazują jednak, że jeśli w grupie mężczyzn kobiety i mężczyźni mówią tyle samo, to ludzie sądzą, że więcej mówiły kobiety! Niewykluczone, że podobny stereotyp funkcjonuje w zakresie kłamstwa”.

Najdroższy rachunek

Ewa, studentka medycyny, zachodzi w ciążę z przygodnie poznanym mężczyzną. Ukrywając prawdę, poślubia swojego długoletniego chłopaka. Dziś ma 42 lata, jest szanowaną lekarką, żyje z mężczyzną, którego poślubiła, i ma z nim syna. Córka z przelotnego związku studiuje medycynę. Nikt poza Ewą nie zna prawdy. Co by było, gdyby ją wyjawiła? Czy ma prawo oszukiwać najbliższych? A czy ma prawo burzyć ich szczęście, mówiąc o wszystkim?

Oto dylematy moralne, przed jakimi stają ludzie dopuszczający się kłamstwa. Prawda i kłamstwo to pojęcia ściśle związane z moralnością. To pierwsze wypisuje się na wielu sztandarach, drugie wywołuje oburzenie, potępienie, choć w świecie natury bywa oceniane jako doskonała umiejętność przystosowawcza. Zresztą nie tylko w naturze. O legitymizacji kłamstwa świadczy wiele przykładów z historii kultury, począwszy od mitycznego Odysa, mistrza forteli, przez romantycznego bohatera Konrada Wallenroda.

Wielu filozofów sądzi jednak, że kłamstwo nie jest ani moralnie dobre, ani moralnie złe. Jest po prostu formą społecznego działania. Dopiero skutki, które wywołuje, mogą być oceniane w kategoriach moralnych.

Sofokles na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: „Nie, jeśli kłamstwo może nas ocalić”. Wielu z nas dorzuciłoby kolejne „nie”: Jeśli kłamiemy w dobrych intencjach. Jeśli nie chcemy zrobić komuś przykrości. Jeśli chcemy pomóc. Gdy chcemy podkolorować szarą rzeczywistość.

Ten ostatni argument podnosi też znany pisarz latynoamerykański Mario Vargas Llosa, pisząc w „Prawdzie kłamstw”: „Fikcja wzbogaca naszą egzystencję, dopełnia i wynagradza przelotnie ów tragiczny los, jaki przypadł nam w udziale: wiecznie pragnąć i marzyć o czymś więcej, niż rzeczywiście jest nam dane. Fikcja wzbogaca ludzką egzystencję, nadając jej ów wymiar, którym karmi się nasze życie sekretne – nieuchwytne i ulotne, a tak drogocenne, choć przeżywane tylko na niby. Jest to prawo, którego powinniśmy bronić bez wstydu”.

Chciałoby się dodać – pod warunkiem że realizacja tego prawa nie szkodzi innym. Pozwalam sobie nieskromnie polemizować z wielkim pisarzem. Wydaje mi się, że w dzisiejszym zakłamanym świecie o wiele bardziej niż obrona prawa do fikcji potrzebna jest obrona prawa do prawdy.

Jak nie dać się okłamać? – Nie ma na to jednego dobrego sposobu – odpowiada profesor Jolanta Antas. – Gdyby był, kłamalibyśmy mniej. Jedyną szansą jest uważne analizowanie przekazu naszego rozmówcy, ćwiczenie się w wyłapywaniu niespójności w zachowaniu. Tak szkoli się między innymi agentów służb specjalnych. Oni mają świetne wyniki, więc i nam powinno z czasem iść coraz lepiej. Lepszej rady nie mam.

Jacek Bieńkuński instruuje kandydata do badań pół żartem, pół serio: – Proszę odpowiadać na pytania testowe zgodnie z prawdą „tak” lub „nie”. I dodaje: – Bo najtrudniejszy do zapłacenia jest rachunek sumienia.

Korzystałam z: Tomasz Witkowski „Psychologia kłamstwa”,  Moderator, Taszów 2006; Jolanta Antas „O kłamstwie i kłamaniu. Studium se-mantyczno pragmatyczne”, Universitas, Kraków 2000; Stan B. Walters „Kłamstwo. Cała prawda o…”, GWP, Gdańsk 2005; Harriet G. Lerner, „Dlaczego kobiety kłamią? Prawda i kłamstwo  w życiu kobiet”, Wydawnictwo Książkowe „Twój Styl”, Warszawa 1997.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Psychologia kłamstwa. Co dzieje się w mózgu, gdy nie mówimy prawdy?

W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ale to oznacza, że w mózgu wrze! Zatem co dzieje się w mózgu osoby, która jest okłamywana, i tej, która kłamie? – wyjaśnia Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Wykrywanie kłamstwa było przedmiotem licznych badań naukowych (Vartanian et al., 2012; Jiang et al., 2015) i dzięki obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego można zauważyć, że mózg inaczej reaguje, kiedy kłamiemy, a inaczej, gdy mówimy prawdę.

Mózg kłamcy

Jeśli na zadane pytanie odpowiadamy zgodnie z prawdą, obszary mózgu odpowiedzialne za słuch, następnie za rozumienie, wreszcie: za refleksję – aktywują się w normalny sposób: słuchamy pytania, rozumiemy je i zastanawiamy się nad odpowiedzią. Jeśli oszukujemy, włączają się liczne wyższe funkcje poznawcze. Można zaobserwować silne pobudzenie płata czołowego (odpowiada za refleksję i planowanie), wzrost aktywności kory przedczołowej (odgrywa rolę w kontroli poznawczej i regulowaniu myśli), zwiększenie się aktywności móżdżka (jest związany z funkcjami wykonawczymi) oraz aktywności kory ciemieniowej i śródmózgowia (zaangażowane w funkcjonowanie pamięci roboczej). Do źródeł pamięci roboczej sięgamy między innymi wtedy, kiedy musimy zastosować kontrolę poznawczą i wdrożyć procesy hamowania. Kłamstwo oznacza bowiem konieczność powstrzymania pewnych obszarów mózgu, które chcą powiedzieć prawdę! Im wyższa aktywność obszarów odpowiedzialnych za uruchomienie procesów hamujących, tym lepsza zdolność do kłamstwa! Innymi słowy, sposób komunikacji między poszczególnymi obszarami jest równie ważny, jak ich poziom aktywności i określa taktykę naszego kłamstwa.

Stwierdzono również, że trudności w kłamaniu, czyli poziom aktywacji obszarów mózgu, a także czas odpowiedzi, zależą od cech charakterystycznych bodźca lub formy, jaką przyjmuje kłamstwo, oraz prawdopodobnie typu stawianych pytań. Zresztą przednia część zakrętu obręczy kory aktywuje się mocniej, gdy musimy skłamać spontanicznie w pojedynczej kwestii niż w przypadku okoliczności zapamiętanej i wpisanej w narrację. Zatem większą trudność sprawi kłamstwo w odpowiedzi na nieprzewidziane pytanie, na przykład „Co twoja mama zrobiła wczoraj na kolację?”.

Konflikt emocjonalny spowodowany kłamstwem uaktywni również połączenie między wzgórzem i wyspą. Stąd biorą się tak silne emocje, gdy kłamiemy. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym, bo jeśli oskarżysz swojego partnera bezpodstawnie, także odczuje on silne emocje: wyrażanie emocji nie wystarczy do stwierdzenia, czy ktoś kłamie, czy nie.

Żeby uniknąć zdemaskowania, oszukujący musi zatem najpierw obliczyć ryzyko przyłapania, przypomnieć sobie, co mógł powiedzieć wcześniej (czyli odwołać się do zasobów pamięci), powstrzymać obszary mózgu, które popychają go do powiedzenia prawdy, a następnie wybrać najlepszą strategię odpowiedzi. Zachodzące wtedy w mózgu procesy tworzą pełne połączenie między partiami odpowiadającymi za pamięć roboczą, procesami hamującymi odpowiedź i uważnościowymi, rachunkiem mentalnym i działaniem.

Badacz i psychiatra Daniel Langleben należy do pionierów stosowania funkcjonalnego rezonansu magnetycznego do wykrywania kłamstwa. Jego zdaniem automatyczną reakcją mózgu jest mówienie prawdy (Langleben, 2008).

Im bardziej ludzie rozwijają zdolność do kłamstwa, tym bardziej maleją różnice między poziomem aktywności obszarów mózgu zaangażowanych w kłamstwo i mówienie prawdy. Wydaje się więc, że mózg przyzwyczaja się do kłamstwa.

A co dzieje się w naszym mózgu, gdy ktoś nas oszukuje?

Niewiele jest na ten temat badań, jednak prace Matthew Rushwortha, profesora neuronauk, dają pewne wskazówki. Podczas konferencji Cell Press Lab Links, która odbyła się w Londynie w 2010 roku, wykazał on, że myśl, iż jesteśmy oszukiwani, silnie uaktywnia grzbietowo-przyśrodkową korę przedczołową. Jeśli mamy poczucie zaufania, pozostaje ona spokojna. Kiedy te przewidywania okazują się fałszywe (ktoś nas oszukuje, choć myśleliśmy, że mówi prawdę, i odwrotnie), aktywność naszego mózgu znów się zmienia, pokazując, że tworzymy nowy obraz tej osoby. Zatem konfrontacja z kłamstwem wywołuje w mózgu stan wzburzenia!

Jeśli cierpisz na zespół stresu po zdradzie lub kłamstwo partnera (niezależnie od jego rodzaju) wywołało w tobie traumę, twój mózg – co logiczne – blokuje się. A ten stan angażuje: ciało migdałowate, hipokamp i korę przedczołową.

Ciało migdałowate odpowiada na bodziec oznaczający niebezpieczeństwo. Wytwarza ono poczucie strachu i aktywuje reakcję obronną, czyli ucieczkę lub walkę.

Hipokamp to ośrodek pamięci. Przechowuje wydarzenia.

Kora przedczołowa szacuje, racjonalizuje, planuje i podejmuje decyzje. Reguluje emocje.

Sytuacja stresu pobudza cały ten system, połączony z wyrzutem hormonów, jak adrenalina i kortyzol. Jeśli stres związany z daną sytuacją przekracza nasze zasoby i dociera do przechowywanych wspomnień, system się blokuje i kora przedczołowa nie może efektywnie pracować. Mózg i ciało pozostają w stanie permanentnego napięcia, co długoterminowo prowadzi do poważnych zaburzeń psychicznych. Mózg łapie wirusa i nie możemy robić nic innego.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Granice szczerości - co powiedzieć, co przemilczeć?

Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo opowiadać o tym, co było. (fot. Getty Images)
Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch. Ale ukrywanie ważnych spraw jest jeszcze gorsze: służy temu, żeby związek się nie udał – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Zacznijmy od tego, co przemilczane, zamiecione pod dywan. Co z tym zrobić? Wymiatać? Ale wtedy zakurzymy cały dom.
To się dom wywietrzy! Trzeba wymieść. Nie łudźmy się, że to, co pod dywanem, spoczywa tam na wieki wieków! Przemilczane, zatruwa wspólne życie, nawet te jego momenty, które mogłyby być miłe. Powiedzmy, że mężczyzna stracił duże pieniądze, wziął kredyt i źle zainwestował. A co gorsza, podjął te działania bez wiedzy partnerki. Kiedy się wydało, była awantura, a potem cisza i upychanie złości, zawodu i lęku pod dywanem. Niby załatwione, ale kiedy na przykład pójdą do znajomych, bo ci kupili nowy dom, to usłyszy od partnerki dużo złośliwości. I wieczór, który mógł ich zbliżyć, jeszcze bardziej ich od siebie oddali.

No, ale co zrobić? Powiedzieć: „Przez  ciebie nie mamy takiego domu!”? Będzie awantura albo ciche dni.
Właśnie o to chodzi, żeby nie było ani awantury, ani cichych dni, ani ukrytych pretensji. Sprawy spod dywanu trzeba wymieść, ale na spokojnie, kiedy nie czujemy złości ani nie kipimy chęcią zemsty. Po to, by zrozumieć, co się stało i dlaczego. Powiedzieć: „Usiądź, proszę, i posłuchaj. Zastanówmy się, dlaczego tak się stało. Co było przyczyną? Jakie wnioski na przyszłość warto z tego wyciągnąć?”. Można też to spisać na kartce i poprosić, żeby partner przeczytał, przemyślał, i potem z nim porozmawiać.

Co nam to da?
Szansę na odzyskanie tego, co straciliśmy: zaufania i przekonania, że możemy na siebie liczyć. Jeśli tego nie zrobimy, to dystans między nami będzie rósł. Podczas każdej kłótni będziemy wypominać partnerowi, co przez niego straciłyśmy. I to w toksycznej formie pretensji i ocen. A on poczuje się atakowany i przyjmie postawę obronną, a wtedy żadnego zrozumienia ani żadnej refleksji nie będzie.

A jeśli pod dywanem nie ma jednej wielkiej sprawy, ale jest masa drobnych, też zalecasz wymiatanie?
Koniecznie! Ale działajmy tak, żeby nie zaszkodzić naszej relacji. Jeśli pod dywanem jest wiele pretensji, zacznijmy od podziękowań. Wielkim błędem nie jest złoszczenie się czy narzekanie, ale to, że za mało dziękujemy. Zacznijmy więc od tego, co także przemilczane, ale co jest naszym sukcesem, np.: „Jesteśmy razem już 13 lat i teraz mniej się kłócimy o pieniądze”. A potem dopiero przejdźmy do tego, co negatywne, ale w otwierającej na zmianę, pozytywnej formie, czyli na przykład: „Byłoby mi lepiej, gdybyś chciał ze mną chodzić potańczyć”. Unikajmy zdań piętnujących: „Ty mnie wcale nie dostrzegasz”. Najważniejsze jest to, żeby partner poznał nasze pragnienia, o nich trzeba mówić wprost. Ale! Powiem ci więcej: trzeba jasno powiedzieć, czego pragniemy, co jest dla nas najważniejsze i na co nigdy się nie zgodzimy. I powiedzieć to, jeszcze zanim zaczniemy być razem i weźmiemy kredyt.

Bo nasze pragnienia mogą być nie do pogodzenia?
Właśnie! Mężczyzna, który jest czułym ojcem dla dzieci z pierwszego małżeństwa, nowej żonie mówi: „Ale ja już więcej dzieci nie chcę!”. A ona jest zdziwiona, bo widząc, jak troszczy się o nie, uznała za oczywiste, że będzie chciał! Nie zapytała, a on nie uprzedził. No, ale u nas nie ma zwyczaju, żeby zawczasu rozmawiać o oczekiwaniach, z których nie zrezygnujemy, o sprawach niemożliwych do odpuszczenia. Poznałam sporo takich par: ona dużo młodsza marzy o byciu mamą. Ale on dzieci już ma i nie chce znów tego przechodzić: kolek, ząbkowania.

Pozostaje im tylko rozstanie?
A jakie życie ich czeka we dwoje? Taki związek zacznie się rozsypywać, bo on nie będzie się już z nią kochać tak jak przedtem. Po kilku awanturach o dzieci i próbach doprowadzenia go w łóżku do utraty kontroli, nie będzie jej ufał w sprawie pigułek i zawsze nakładał gumkę. A ona poczuje się odrzucona i się obrazi. Chociaż od kiedy powiedział: „Nie chcę dzieci”, to ona czasem „zapomina” brać te pigułki.

Dlaczego nie mówimy zawczasu tak ważnych rzeczy?
Boimy się szczerości. Mężczyzna nie wspomni o tym, że jest spełniony w byciu ojcem, bo obawia się, że wtedy od tej młodej i atrakcyjnej kobiety usłyszy: „To ja sobie poszukam kogoś w moim wieku, z kim będę mieć dzieci”. No a kobieta może się obawiać, że usłyszy: „To pobrykajmy w łóżku kilka miesięcy, a potem pa”. Przemilczając prawdę, zakładają, że i tak ugrają swoje.

Nastawiają się na manipulowanie?
Myślę, że nie traktują poważnie tego, co słyszą. Robią tak zwłaszcza kobiety, a to błąd, bo mężczyźni na początku mówią prawdę o sobie. Kobiety jednak to lekceważą, bo uważają, że i tak przerobią faceta. O tym, jak mylimy się co do partnerów, piszemy z Suzan Giżyńską w nowej książce „Mam faceta i mam… problem”. Pamiętasz, w starej polskiej komedii „Człowiek z M-3” kobieta nieszczęśliwie zakochana w pewnym tenorze przebierała wszystkich swoich facetów tak, by wyglądali jak on. No i jakoś te jej związki się nie kleiły.

Przebieranie za tenora?! Zabawne. W życiu konsekwencje lekceważenia tego, co słyszymy, są poważniejsze.
Znałam taką parę, on jasno i wprost powiedział do starszej od siebie partnerki: „Chcę pobyć z tobą rok, ale potem ożenię się z dużo młodszą, żeby mieć z nią dzieci i dom”. Ona na to przystała, bo pomyślała: „Jak on ze mną rok pobędzie, to ja go w sobie tak rozkocham, że się ze mną ożeni”. No, ale się nie ożenił. Nasycił się nią, bo było im świetnie i w łóżku, i tak w ogóle, ale chciał czegoś innego. Odszedł do młodszej, a ta kobieta była zdruzgotana.

Była szansa, żeby z nią został?
Nie było, bo on miał inne pragnienie. A pragnienia nie można w człowieku zmienić. Można wymusić, można szantażować, uwikłać w relacje, ale to nie da szczęścia. Kobieta może zajść w ciążę z mężczyzną, który tego nie chce, ale po co? Nawet jeśli szczerze kochał, to zacznie się dystansować. Może nie odejdzie, ale uda się na wewnętrzną emigrację.

Czyli powinniśmy traktować poważnie to, co słyszymy. A o sobie też mamy mówić? Nawet to, co stawia nas w złym świetle?
Co to znaczy w „złym”? Czy prawda może być zła? Jeśli tak o sobie z myślimy, to za co chcemy być kochani? Za nieprawdę, udawanie? Wszystko, co ukryjemy, służy temu, żeby związek się nie udał, choć niekoniecznie rozpadł. Wielu ludzi grzęźnie na lata w tym, czego nie chcieli. Powodem bywają wygoda, lenistwo, lęk, ale też uwikłanie emocjonalne. Pamiętam, jak trzeźwiejący alkoholik zapytał mnie, czy ma powiedzieć narzeczonej o marskości wątroby, na którą cierpiał. No pewnie! Ona musi wiedzieć, że bierze sobie chorego faceta. Podobnie jak nie wolno mu było ukrywać, że jest alkoholikiem, choć od lat nie pił.

Ale tak na pierwszej randce? „Cześć, jestem alkoholikiem i nie mam wątroby? Chcesz mnie?”. Drugiej randki nie będzie!
No, może nie na pierwszej… Chociaż może jednak? Na pewno kiedy już wiemy, że zanosi się na coś poważnego, trzeba wyłożyć karty na stół. Ten drugi człowiek angażuje się, zaczyna marzyć i może budować zamki na piasku. Dajmy na to, narzeczona tego alkoholika marzy o własnej winnicy. No i co z nich za para? Czy mają przed sobą przyszłość? Przecież im razem nie po drodze. On może trafić do szpitala, a ona zamiast sommelierką, która umie dobrać wino do każdego posiłku, zostanie jego pielęgniarką. Może się na to zdecyduje, bo tak go kocha, ale ma prawo wiedzieć. Zanim zaczniemy wspólne życie, trzeba powiedzieć o sobie wszystko, co jest inne, zaskakujące, groźne. Niczego nie zatajać. Nawet ślub kościelny można unieważnić, jeśli udowodnimy, że ta druga osoba ukryła chorobę psychiczną, uzależnienie czy to, że nie chce mieć dzieci. Nie wolno wciągać w uczuciową pułapkę drugiego człowieka.

A jeśli w przeszłości zdarzyło się nam coś bolesnego, jak gwałt, albo nietypowego, jak seks grupowy? Mówić?
To delikatna sprawa. Byłabym ostrożna. Kobiety, które zostały zgwałcone, mają kłopot z mówieniem o tym nawet same ze sobą. No to jak mają powiedzieć facetowi? I co on ma z tą wiedzą zrobić? Zapewne najpierw się nad kobietą pochyli z troską. A potem? Może jej to wypominać. Nie jestem zwolenniczką wywalania wszystkiego na wierzch, ale powiedziałabym o tym, co wypaczyło mój seks, spowodowało, że mam nietypowe potrzeby albo że w ogóle ich nie mam.

Ujawnić to, co sprawiło, że mamy odmienne zachowania seksualne?
Pamiętam kobietę, która jako nastolatka zaczęła współżycie od relacji ze starszym mężczyzną. Przyzwyczaiła się przy nim do seksu uprawianego z fetyszami i z nutą przemocy. Kiedy zakochała się w kimś innym, okazało się to problemem. Nie miała orgazmu, a jej partner czuł się winny. Zdecydowała się powiedzieć o swoich doświadczeniach. Opłaciła się jej ta szczerość, bo razem skutecznie popracowali nad jej seksualnością i do dziś, a są razem od kilkunastu lat, mają udany erotyczny związek.

Szczerość – nawet gdy nas zawstydza – jednak popłaca?
Pamiętasz film „Zapomnij o Paryżu”? Ona powiedziała: „Ja to się chyba lubię kłócić”, a on: „A ja wyciskam pastę do zębów od środka i rozrzucam buty”. Jakie to rozkoszne! Powiedzieli sobie szczerze, jacy są, i się sobie spodobali! No więc szczerość popłaca, ale często ludzie sami o sobie pewnych rzeczy nie wiedzą. No bo czy kobieta, która niczym się nie cieszy, wciąż jest niezadowolona, powie: „Ze mnie to niezła zołza. Udaję, że mnie śmieszą twoje dowcipy, wychwalam tanie restauracje, do których mnie zapraszasz, ale to gra! Ujawnię, kim jestem, dopiero kiedy będziemy razem”?

Ale ten jej absztyfikant może o wiele więcej ukrywać.
Zdarzyło mi się spotkać kobiety, które po latach usłyszały: „Zapomniałem ci powiedzieć, że jestem żonaty”.  Zawsze trzeba mówić o tym, co jest. Nie warto za to dużo gadać o tym, co było. Liczy się to, co robimy teraz, razem. Przeszłość ma znaczenie o tyle, o ile czegoś się z niej nauczyłam. Doświadczenie mamy po to, aby z niego korzystać, a nie po to, żeby o nim opowiadać.

Kiedy już wdam się w romans, zdradzę albo partner znajdzie na Facebooku kochankę? Trzeba o tym powiedzieć?
Romans mamy dla siebie. A więc nie ma co o nim mówić. Wiele kobiet zresztą o zdradzie nie chce wiedzieć. Udają, że nie widzą szminki na koszuli mężczyzny. A kiedy ten chce o zdradzie powiedzieć, to kobieta zmienia nagle temat: „Oj, a zapłaciłeś ubezpieczenie za mój samochód?”. Nie chcą wiedzieć, bo wtedy musiałyby coś zrobić, może nawet się rozstać.

Nie mówić o zdradzie?
Mówić tylko, jak się wyda. A gdy o niej usłyszymy, możemy powiedzieć: „Zdradziłeś? To twoja sprawa, radź sobie teraz z poczuciem winy. Ja w tym ci nie pomogę. I nie interesuje mnie ta kobieta ani to, co robiliście. Interesuje mnie to, co dotyczy nas: czego ci w naszym związku zabrakło, że skoczyłeś w bok. Powiedz mi prawdę. Nie wiem, czy ci będę mogła to dać i czy będę chciała, ale chcę wiedzieć”. Tylko taka postawa ma sens, kiedy mleko już się rozlało. Lepiej, zanim wskoczymy z kimś trzecim do łóżka, zastanowić się, dlaczego rozglądamy się na boki. I powiedzieć o tym partnerowi: „Brakuje mi radości życia we dwoje”, albo „brakuje mi seksu i jeśli to się nie zmieni, to będę się od ciebie oddalać”.

To brzmi jak szantaż...
A gdzie tam! To szansa na szczęście we dwoje i uniknięcie zdrady. Tyle tylko, że niezgodna z romantyczną wizją miłości, w której słowa są zbędne. Niestety, mity i zaklęcia romantycznego uczucia niszczą miłość. Pozbawiają kobiety prawa do mówienia wprost, czego pragną i na co się nie zgadzają. Zamykają nam usta i czynią biernymi. Milczenie i niesłuchanie siebie nawzajem szkodzą miłości!

  1. Psychologia

Prawda ma długie nogi. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Według Wojciecha Eichelbergera, prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. (Ilustracja: Paweł Jońca)
Według Wojciecha Eichelbergera, prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. (Ilustracja: Paweł Jońca)
Cenimy prawdę. Nie zawsze jednak chcemy ją znać: jeśli ona nie zapyta, to on nie skłamie. Dla kogo prawda jest dobra – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kłamstwo tak jak komplement bywa pomocne – mówią psycholodzy. Z badań wynika, że sięgamy po nie dwa, a nawet sześć razy dziennie. Czyżby więc prawda nie zawsze była najlepszym rozwiązaniem?
Prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. Zanim więc ją zastosujemy, odpowiedzmy sobie na parę pytań. Pierwsze: Czy to, co mam do powiedzenia, rzeczywiście jest prawdą? Sprawa się komplikuje, gdy rzecz dotyczy uczuć, motywów, przekonań. Drugie: Czy prawda, którą chcę przekazać, stawia w trudnej sytuacji mnie, czy osobę, której ją komunikuję? Trzecie: Jaki czas, miejsce i forma będą najlepsze, by zakomunikować moją prawdę? Wielu szczyci się tym, że są szczerzy i bezkompromisowi, bo walą prawdę prosto z mostu – natychmiast, bez namysłu mówią innym, co o nich myślą. Na ogół nie zdają sobie sprawy, że ich przekonania, lęki i obsesje zniekształcają obraz świata, jaki widzą. A więc ta niby-prawda opisuje przede wszystkim stan ich umysłów, a nie rzeczywistość. Dlatego surowego, bezpardonowego sądzenia nas nie warto brać sobie do serca.

Czytałam w „Czterech umowach...” Don Miguela Ruiza, potomka Tolteków, żeby niczego, co inni mówią na nasz temat, nie brać do siebie, bo zazwyczaj są to projekcje ich własnych, jak to nazywa, snów. Autor obiecuje, że jeśli nam się to uda, unikniemy niepotrzebnego cierpienia i poznamy o sobie prawdę.
Ci, którzy walą w nas swoją niby-prawdą, zazwyczaj nie znają prawdy o sobie – nie wiedzą, kim są, jakie mają ograniczenia, ukryte lęki i motywy. Dlatego mistrzowie życia powtarzają: „Dopiero gdy poznasz prawdę o sobie, poznasz prawdę o innych". W międzyczasie lepiej nie oceniać, pamiętać, że jesteśmy w stanie mówić tylko o sobie, o tym, jak odbieramy zachowania i emocje innych.

Jest prawda, którą trzeba wyznać. „Mam kochankę”, powinien powiedzieć partnerce mężczyzna. Tak radzą nam poradniki psychologiczne.
Oczywiście. Ale mówmy o faktach. Gdy więc ona go dopyta: „Od kiedy masz kochankę? Ile razy się z nią przespałeś?”. „Raz” – odpowie, bo na to pytanie odpowiedzieć umie, ale kiedy ona dopyta: „Czy ją kochasz?”, będzie miał już kłopot. „Nie wiem. Chyba nie…”. Ona dalej: „To po co z nią spałeś?”. On jest już całkiem zagubiony: „Nie wiem”. Dlatego zanim się powie komuś prawdę, warto najpierw ją poznać, odpowiedzieć sobie na ważne pytania. No bo jeśli jemu zdarzył się erotyczny incydent, a teraz tego żałuje i postanowił, że następnych razów nie będzie, to lepiej, żeby jej o tym nie mówił.

Ma ukryć skok w bok? Skłamać?
Nie skłamać, ale przemilczeć. Zapewne poczułby się lepiej, mówiąc, co nawywijał. Ona jednak pod ciężarem jego prawdy ledwo by zipiała. On, nie mogąc poradzić sobie z wyrzutami sumienia, wymógłby pewnie na niej przebaczenie, a przy okazji przerzuciłby małodusznie na nią część odpowiedzialności, mówiąc np. „Bo ty tylko mnie krytykujesz”. I cóż ta kobieta miałaby z tym pseudobohaterskim wyznaniem zrobić? Dałaby mu pewnie jeszcze jedną szansę po wielu nieprzespanych nocach. On, zachwycony swoją uczciwością, spałby spokojnie jak dziecko. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w sytuacji osoby zdradzającej czy zdradzonej, gdy zdarzy nam się popełnić jakieś głupstwo, którego żałujemy, warto rozważyć, czy przypadkiem nie byłoby właściwiej dźwigać go w pojedynkę, zamiast w imię iluzorycznej cnoty mówienia prawdy przysparzać cierpienia najbliższym. Wtedy też mamy szansę na uniknięcie recydywy, bo niewyznany i niewybaczony grzech potrafi uwierać długo, nawet dożywotnio. I tak powinno w takich wypadkach być.

Cierpi wiarołomca, bo nie ujawnił swojej wiarołomności. Co jednak z prawdą?
Będzie cierpiał, pod warunkiem że jego sumienie jest świadome i wrażliwe. Zbytnia łatwość wyznawania grzechów i uzyskiwania rozgrzeszenia jakoś nie zmienia grzeszników w świętych. Najistotniejsze dla ewentualnej transformacji jest odczuwanie szczerego, głębokiego żalu. Jak ktoś nie ma wrażliwego sumienia, to żadna spowiedź ani wybaczenie nic nie zmienią. A prawda? On poznał tę najważniejszą i najbardziej niewygodną – prawdę o sobie. A mianowicie, że jest zdolny do złamania przysięgi. I z tą prawdą będzie musiał żyć i sobie jakoś radzić. Ma dwie drogi: albo zrobi wszystko, żeby nie powtórzyć zdrady, albo ma przechlapane, bo zacznie zdradzać notorycznie. Jeśli ma uniknąć tego drugiego rozwiązania i czegoś się nauczyć, musi z determinacją szukać odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego zdradziłem?”. Wyznanie typu: „Wiesz, kochanie, przespałem się z jedną dziewczyną, ale to nie ma znaczenia i więcej się nie powtórzy. Nie gniewaj się, proszę” – zbyt łatwo zamyka sprawę, jest ucieczką przed trudną rozmową z samym sobą. Jeśli zaś przyjmie nową, niewygodną prawdę, ma szansę lepiej poznać siebie. Żeby się zbliżać do prawdy o sobie, trzeba się od czasu do czasu z czymś boleśnie zderzyć.

Jakaż to ukryta motywacja może drzemać w zdrajcy? Zdrada to zdrada. Nie ma w czym grzebać.
Problem z kochankami można porównać do problemów dietetycznych: dopóki nie doświadczymy innej kuchni, nie zdamy sobie sprawy, że tradycyjna od dawna nam szkodzi. Czasami nawet przeczuwamy, że dotychczasowa dieta nam nie służy, ale nie potrafimy o tym rozmawiać z partnerem albo z góry przekreślamy szansę na jakąkolwiek modyfikację. Niełatwo jest nam dostrzec nawet palącą potrzebę zmiany, zanim nie doświadczymy alternatywy. Ba, nawet gdy obie strony uświadamiają sobie martwotę i toksyczność ich związku, to brakuje determinacji i odwagi niezbędnych do jego zakończenia. Więc tkwią w tej sytuacji dla świętego spokoju z lęku przed nowym, przed samotnością – bo lepszym nam się jawi znane piekło niż nieznane niebo. Dopiero gdy pojawi się kochanek czy kochanka, łapiemy się go, jej jak tonący łodzi ratunkowej i uciekamy z tonącego statku.

A czy nie bywa tak, że ktoś, kto ukryje prawdę, poczuje się bezkarny i zacznie notorycznie kłamać, bo to da mu poczucie przewagi i władzy nad „naiwniakami”?
Na dłuższą metę ukrywanie prawdy w bliskim związku możliwe jest tylko wtedy, jeśli druga strona nie chce jej poznać. Wtedy partnerzy po cichu solidaryzują się w jej ukryciu: „Ja ci nie będę mówił, a ty nie pytaj”. Czasami ktoś nawet porywa się na szczerość: „Chciałem ci powiedzieć, że poznałem pewną kobietę i dobrze nam się …”. Na co ona: „Przepraszam cię, kochanie, ale muszę wyłączyć gaz pod zupą”, i wybiega z pokoju. Wraca po dziesięciu minutach: „Trochę to trwało, bo zadzwoniła twoja mama, że wpadnie jutro na obiad… to o czym mówiliśmy?”. „Eee, nic ważnego” – usłyszy. Tak zawierane są w związkach niepisane umowy. Można z nimi żyć latami, bo w istocie nikt nikogo nie oszukuje. Ludzie szukają różnych kreatywnych rozwiązań, by ratować swoje stałe, długie związki.

Można dobrze żyć i oddychać pełną piersią w przemilczanej prawdzie?
To byłoby psychologicznie trudne, a mogłoby się nawet niekorzystnie odbić na zdrowiu obojga. Więc skoro ona wie o kochance (lub on wie o kochanku), lepiej będzie dla niej i dla niego, gdy wyrazi jasno swoje uczucia i decyzje, np. „Zrywasz z nią natychmiast i mówisz jej, że to była pomyłka. A jeśli zdradzisz mnie jeszcze raz, to z nami koniec”. Albo: „Twoja zdrada kończy nasz związek. Żegnaj”. Albo: „Skoro ty masz kochankę, to ja sobie wezmę kochanka i zobaczymy, co z tego wyniknie”. Wtedy on dostaje jasny komunikat i może podejmować swoje decyzje. Jeśli uzna, że związek z kochanką jest dla niego ważniejszy, to od niej odejdzie. Jeśli związek z kochanką/kochankiem jest nade wszystko związkiem serc i dusz, to ani sumienie, ani zmowa milczenia tego długo nie uniosą, sprawa się wyda i dotychczasowe związki obojga kochanków się rozpadną.

Dorośli mają więc szukać prawdy o sobie też dla zdrowia. A co z dziećmi? Są rozwiedzione pary, które nie mieszkają razem, ale mimo to ukrywają przed dziećmi, że każde z nich kogoś ma. Takie kłamstwo w imię dobra dziecka.
To zupełnie niepotrzebne i niedobre dla dziecka. Bo kiedy się dowie, a się dowie, bo kłamstwo ma krótkie nogi, to rodzicom nie wybaczy, że było oszukiwane. Bardziej bolesne będzie dla niego to, że tak długo kłamali, a nie to, że już dawno przestali się kochać. Największą krzywdą, upokorzeniem i rozczarowaniem jest świadomość, że byliśmy latami oszukiwani. Więc pewnego dnia dziecko im to wygarnie: „Przez tyle lat mnie oszukiwaliście?! To jak ja mogę wam wierzyć?!”. Co gorsza, gdy dorośnie, trudno mu będzie uwierzyć komukolwiek.

Prawda dorosłych zawsze robi dobrze dzieciom?
Prawda jest dla dzieci szczególnie ważna, bo od rodziców i opiekunów uczą się siebie i świata. Jeśli nie będą obcować z prawdą, to nie nauczą się ani siebie, ani świata, ani tego, jak w nim żyć, nie będą odróżniać kłamstwa od prawdy, nie będą miały zaufania ani do innych, ani do siebie. Prawda jest bowiem najlepszą i jedyną glebą dla rozumu, serca i ducha.

„Mam czyste sumienie, więc śpię spokojnie i mam się dobrze” – mówiła moja babcia. Badania potwierdzają: prawda to spokój i zdrowie. Z eksperymentu prof. Anity E. Kelly z Uniwersytetu Notre Dame wynika, że po pięciu tygodniach niekłamania mijają bóle głowy, gardła, rozdrażnienie. Nie ma też lęku, bo nie mamy czego się bać, nikt nas nie przyłapie na nieuczciwości.
Kiedy kłamiemy, poziom hormonów stresu wzrasta, szybciej oddychamy, silniej się pocimy, bo obawiamy się kompromitacji. Prawda to wielka ulga. Tylko trzeba wtedy z uniesioną głową przyjąć konsekwencje i spłacić do końca dług zaciągnięty kłamstwem. A to – w skrajnych wypadkach – może znaczyć, że zostajemy bez kochanki/kochanka, bez pieniędzy, bez domu i bez dzieci. Rekompensatą jest to, że nasze życie się urealni i uspójni – niczego nie będziemy musieli udawać, niczego bać, nikogo oszukiwać, będziemy mieli więcej czasu i energii na sprawy najważniejsze i będziemy zdrowsi.